czesctoja // odwiedzony 1883 razy // [pi_the_movie szablon nlog7 v01f beta] // n-log home
pokaż: ostatnie 20 | wszystkie z tego miesiąca! (0 sztuk) | wszystkie (4 sztuk)
13:31 / 19.08.2015
link
komentarz (0)
ten tydzień jest kluczowy - będziemy wiedzieć czy są przerzuty czy nie.

myślałam o pójściu do swojej ostatniej pani psychoterapeutki. poprzedniej - bo miałam ich trzy.

do pani nr 1 chodziłam jakieś 7 lat temu, kiedy z dnia na dzień zostawił mnie ówczesny chłopak, który był największą miłością mojego życia (pani nr 3 powiedziała mi, że nie powinnam tak o nim mówić, ale nadal mówię. no cóż). poszłam następnego dnia do losowej przychodni zdrowia psychicznego, żeby zwyczajnie ktoś mi powiedział CO TO SIĘ TU W OGÓLE STAŁO. bez "o boże! nigdy bym się nie spodziewała", "no co ty! na pewno kogoś ma", "od razu wiedziałem, że tak będzie". trochę się wypłakałam, usłyszałam, że dam radę i dałam radę. na kolejnej wizycie powiedziałam, że się już zebrałam i będzie ok. nie przypuszczałam, że wychodzenie z tego gówna zajmie mi jakieś 4 lata, w tym 1,5 roku ciężkiej depresji, która jebana zaskoczyła mnie rok po rozstaniu, kiedy wszyscy już myśleli, że jest OK. nie nie było.

pani nr 2 była pomysłem na poradzenie sobie z tym właśnie stanem, kiedy poza chodzeniem do pracy nie wychodziłam z domu wcale. leżałam w łóżku, nie miałam nawet woli brania prysznica, głównie spałam, oglądałam seriale, brałam jakieś leki uspokajające z supermarketu. pani nr 2 przyjmowała w bloku na drodze powrotnej z mojej ówczesnej pracy. bardzo mi pomogła. byłam u niej raz - powiedziałam jej wtedy, że nienawidzę ludzi i świata, ale ludzi bardziej. w kilkunastu dosadnych zdaniach... i zobaczyłam cień zmieszania na jej twarzy, jakbym obraziła ją i jej rodzinę, a nie ludzkość jako taką. i w sumie doszłam do wniosku w tym samym momencie, że poradzę sobie sama, bo sama świadomość, że jestem w bagnie jest już pierwszym krokiem do przodu. nawet nie pamiętam, czy przesiedziałam tam pełne 50 min. jakoś się wygrzebałam. chociaż najciężej było odbudować relacje ze znajomymi.

pani nr 3 też znalazła się przypadkiem. chciałam iść do pani nr 1 ale okazało się, że nie ma kompletnie czasu na nowych pacjentów, a ja tak się bałam, że pogrzebię swój aktualny związek, że już w sumie było mi wszystko jedno. spotykałyśmy się 6 miesięcy. bardzo mi pomogła. to, że jestem we względnie szczęśliwej relacji od 2,5 roku jest jej zasługą, bo bez tego byśmy się rozszarpali już na samym początku.

no i teraz ten RAK.
no ale nie... nie chcę chodzić do tej baby. jakoś zupełnie nie mam poczucia, ze ona wiedziałaby o czym mówi. wiesz - baba w górskich butach i spodniach z kieszeniami po bokach, bez makijażu.
może ze mną rozmawiać, jak mam ogarnąć jakieś stare lęki, ale nie uwierzyłabym rozmawiając z nią o tym czy bardziej się boję o siebie czy o swojego ojca i czy to normalne, że zaczynam sprawdzać czy mamy z ojcem ubezpieczony kredyt na moje mieszkanie, który wzięłam razem z nim.

inna sprawa, ze na razie nie mam o czym nawet powiedzieć, bo ciężko mi się oswoić z ta myślą, a co dopiero jeszcze coś o tym powiedzieć. trochę rozmawiałam o tym ze swoim chłopakiem, ale tylko po pijaku i obydwoje jesteśmy w jakiejś drętwocie i raczej monologujemy.

nie wiem skąd się bierze polecanych psychoterapeutów od raka. z postu na fejsie "hej kochani, czy komuś z Was umierał rodzic i ma może namiary na jakiegoś spoko psychologa. dzięki!" czy ogłoszenia na oferii... haha może to jest pomysł na startup (zgodnie z zasadą, że w dzisiejszych czasach nie jesteś zajebisty nie mając startupu). dobra, ok. zacznę od googla.