14:07 / 16.09.2010 link komentarz (0) | Lemoniadowy Joe
Czesi maja jaja. Na przyklad, kiedy mysmy robili Trylogie Sienkiewicza jako utajniony przejaw antykomunizmu, oni nakrecili Lemoniadowego Joe. Western. Tak jest Panie i Panowie, czeski western w jezyku czeskim, przy ktorym wysiada nawet W samo poludnie.
Bieg z przeszkodami, przesmiewcza wersja komunistycznej propagandy, zbiegi okolicznosci rodem z Brazylijskiej telenoweli, zarty z katolikow i jednoczesnie fascynacja Dzikim Zachodem...
zobacz sam:
http://www.youtube.com/watch?v=M_yMdxXAG7I
Pierwszy raz spotkalam Joe na warsztatach filmowych w Bydgoszczy, przeglad kina czeskiego, dwie butelki taniego wina (to byly czasy Dzbanka Lesnego z Zabki, wiesz) i nie moglismy wytrzymac ze smiechu, jedno z tych zapomnianych kin w palacu kultury, gdzie smiech niosl sie echem, a my przewracalismy sie w sniegu po seansie, myslac WTF o co w tym tak w ogole chodzi, co za absurd i az sie lezka w oku kreci. | 19:26 / 03.06.2007 link komentarz (0) | Kevin Costner ma w sobie coś niezwykłego. Niektórzy mówią, że to zamknięcie się w jednej roli, od czasów Mad Maxów. Jednak czy ktokolwiek byłby bardziej przekonywujący w roli listonosza? Może to jego oczy, sposób w jaki unosi głowę, zagryza usta.
Film "The Guardian" to opowieść o ludziach, z których istnienia nie zdajemy sobie sprawy. Amerykański, z Ashtonem Kutcherem w dodatku. Ale tak naprawdę, to film ratowników morskich. Którzy śmieją się z Navy. Za nic mają politykę.
Pewnie kiedy codziennie ryzykujesz własne życie dla ludzi, których nie znasz, inaczej traktujesz świat.
To właśnie widać w "Strażniku". Nie ważne kim jesteś, ale to co robisz. Nie ważne co mówisz, ale twoje czyny.
Świetny temat. Doskonałe zdjęcia.
Finałowa piosenka rozwala nas na kawałki. Oryginalne zdjecia tylko dopowiadają, że tacy ludzie istnieją na prawdę. I chyba dlatego niewiele można temu filmowi zarzucić.
Nie, żadne tam arcydzieło nie. Bardziej dopracowany hołd. Jak dobre wiadomości na jedynce. Coś, co mówi Ci że szlachetność, poświęcenie to wciąż część człowieczeństwa. | 10:42 / 23.03.2007 link komentarz (3) | i filmy których nigdy nie obejrzałam do końca
Mechaniczna Pomarańcza
Lśnienie
[mam jakiś problem z Kubrickiem czy coś?] | 19:27 / 19.03.2007 link komentarz (3) | To jest lista moich 10 ulubionych filmów. Fimów prz których płakałam, śmiałam się, biegałam wokół krzesła i chciało mi się krzyczeć
1. The Princess and The Warrior - i jeśli nie wstrzymywałeś oddechu kiedy skakali z dachu..
2. Elephant - każdy z nas jest takim dzieciakiem wiesz, jeszcze w liceum, chciałby pójść z tą zajebistą strzelbą i powystrzelać wszystkich
3. System - Sandra Bullock contre cały świat. I słowo pretorianie nigdy już nie będzie brzmiało tak samo
4. House M.D. - ktoś może się dziwić czemu serial w dodatku o lekarzach zajmuje tak wysoką pozycję.Och, od razu widać że jest to ktoś kto nie widział żadnego odcinka w którym Hugh Laurie rozgniata wszystkich na miazgę
5. Braveheart - czyli pierwszy film na którym płakałam w życiu. Przełamujący wszystkie konwencje. Jak te wszystkie wolne piosenki natychające do woli, unforgiven, wiesz
6. Hollywoodland - idealny. i tak zajebiście zostaje w Tobie gdzieś głęboko w środku na zawsze.
7. Requiem dla snu - czyli tam gdzie zawsze jest lato. (ta scena z telewizorem na kółkach? i słońce słońce za plecami). Łapanie motyli
8. Casablanca - jestem jak ten dziadek z Kustoricy, który wciąż puszczał sobie ostatnią scen
10. Mangi. Kiki delivery servis. Nausikaa. Totoro. Wszystkie zabierające mnie do świata gdzie
więc weź mnie tam
--- jeśli nie widziałeś któregokolwiek z tych filmów żałuj żałuj och żałuj! --- | 23:18 / 04.03.2007 link komentarz (1) | Breakfast at Tiffany's
Magia kina to określenie które już dawno się zużyło, nie znaczące. Ale jak inaczej nazwać Holly Golightly, ten film z Hepburn i Peppardem. Jak inaczej nazwać sposób w jaki unosi ona papierosa na długiej lufce. Tą scenę kiedy umalowana kobieta śmieje się i płacze do lustra. Jak wreszcie inaczej nazwać szalony bieg w szpilkach i deszczu, rozpaczliwe wołanie "the cat".
Są osoby, które choć istnieją realnie, w gruncie rzeczy tylko prześlizgują się po rzeczywistości. Nudne jak flaki z olejem. Pani Dalloway zwykła zapraszać je na przyjęcia. Prowadzą tak monotonne, unikające przygód życia, że wydają się nie istnieć. Nigdy nie możesz porozmawiać z nimi o niczym ciekawym. Mają zrezygnowane usta i oczy.
I są phoneys, które chociaż z definicji nierealne, to przecież nie możemy przestać o nich myśleć. Nie obchodzi nas czy to kreacja piękna aktorka, przedłużanie samogłosek w taksówce, nie obchodzi nas czy to kwestia garderobianej, muzyki zdjęc a może światła. Holly nas porywa i zapominamy o oddychaniu. Nie znam wielu równie realnych osób.
Chociaż opowiadanie Capote jest zupełnie inne, to przecież, wyłączając piękny klasyczny hollywoodzki koniec, mają wiele wspólnego. To zauroczenie dzieciakiem w czarnej sukni i kapeluszu. Te pragnienie prześlizgujące się między wierszami. Holly. | 21:57 / 03.03.2007 link komentarz (0) | Hollywoodland
Dopiero oglądając ten film czujesz czym jest Hollywood. Jesteś w olbrzymim studiu filmowym, gdzie zbudowano małe miasteczko. Samochody z lat 50. Domy. Ubrania. Wnętrza. Nawet parkometr na ulicy jest z epoki.
Te stare wozy, z błyszczącymi zderzakami lśnią w słońcu wyglądając jak nowe.
Adrian Brody przechodzi samego siebie. Chyba najbardziej przypominał mi ten film Chinatown. Gdyby Nicholson zagrał jak on mielibyśmy chyba coś podobnego. Dla mnie lepszy był Brody, anyway.
Nie mogę przestać myśleć o tym filmie. To co USA zrobiło z motions pictures. Ludzie, którzy kryją się pod postaciami. Aktorzy. I to "grasz czy robisz to na prawdę". Prawdę? Pamiętam jak zabolało mnie gdy mi ktoś tak kiedyś powiedział. I znowu - jak wyglądałoby kino bez amerykańskich filmów? Jak graliby ludzie-sławni bogaci, bez problemów, gdyby faktycznie problemów nie mieli?
Hollywoodland należy do tych filmów, których nie można nie zobaczyć. Może dlatego, że zabrakłoby wtedy czegoś ważnego w każdym kolejnym oglądanym amerykańskim filmie. Może dlatego, że logo MGM pachniałoby inaczej. Bez tej duszącej nuty krwi i kurzu. Starego papieru. A Zinnemann pozostałby tylko znanym nazwiskiem.
Ludzie piszą, że reżyser to serialowiec a scenarzysta robi przeciętne błędy. Bzdura. Nie ma ani jednego zdjęcia, które nie pasowałoby do klimatu, ani jednej sceny, którą można byłoby wyciąć. Film jest idealny. Nie sposób się oderwać. Nie sposób odejść od ekranu chociaż na chwilę, by nie słyszeć w myślach tej muzyki, zamknąć powiek, by nie widzieć tych rozkołysanych oczu Brody'ego, spojrzenia unoszącego się powoli by za chwilę patrzeć wprost w przepaść.
I jest w tym jakaś prawda, której nie można zapomnieć. |
|