.................................................
 wszystko   z 20 dni   z 4 tygodni 
.................................................
2010.08.12 09:41:21
o jezu, o jezu! właśnie po raz pierwszy od chyba miesiąca udało mi się zalogować na nlog przez znienawidzonego firefoxa. simple as that. a już byłem pewien, że to koniec naszej wspólnej historii. nadzieja rzeczywiście umiera ostatnia.


2010.06.12 15:11:09
obudzić się na średnio ciężkim kacu w ten gorący dzień - bezcenne. siedzę w rozciągniętym 3xl tiszercie i się pocę, parują ze mnie promile, trochę ściska mi łeb. spijam przez rurkę pajarito limon y menta, które było zimne i z lodem, ale było takie dwie godziny temu, a teraz jest już tylko letnie. wspominam wysoce kulturalną domówkę-bifor-urodziny, tags related: moja_była, jej_wielki_dom, jej_chłopak_mały_skurwysynek. modernizacja w duchu zachodnim imprez polskiej zepsutej młodzieży (przejawem - pojawianie się jedzenia i lżejszych kalibrowo trunków) wcale nie przełożyło się na zmianę nawyków spożycia. koniec końców - każdy kończy tak samo. fokyt. poza tym po raz drugi już w dobitny sposób empirycznie potwierdziłem, że bez wódki jestem kompletnie aspołeczny. co na to bukowski?


2010.06.04 20:37:20
ogólnie to, wiesz, nie lubię pogrzebów. ja bym chciał, żeby mnie spalili na takim dużym stosie (jak już umrę). a że to na bank nie przejdzie - to do tego małego pudełeczka, hop, ludzki proszek. i tyle. to znaczy - jest mi wszystko jedno, ale każdy sobie wyobraża, że z góry będzie na to wszystko patrzył w 42 calach. albo z dołu. full hd. dalej - bez księdza, bo to kiepscy mówcy są, często prości ze wsi. niech każdy lepiej coś miłego powie (nie dłużej jednak, niż pięć minut). z lekką dawką patosu. jak w ameryce. i mieć taki grób, jak mają sartre i simone de beauvoir, to jest myśl. a tak naprawdę, to nie chcę umierać, bo po śmierci nic już nie ma. ale czy to jakoś motywuje, by bardziej działać teraz, tu? mnie - niezbyt.


2010.05.19 02:02:43
jestem zły. zły i obrażony na los, który - jak wiadomo - jest chujem. w momentach nerwowego i milczącego (bo nie wiadomo, co powiedzieć) oczekiwania na to, co nieuchronnie przyjdzie, doceniasz to, że można mieć problemy większe od niespieralnej plamy na nowej kurtce czy nieznośnego bólu pleców. nie ogarniam, że to się dzieje naprawdę.


2010.04.23 02:05:13
źle ze mną. tzn. dobrze w gruncie rzeczy, tyle że już dawno po dwóch paulanerach nie szumiało mi w głowie. ciężko się zastanawiam, czy wysłać bit na konkurs, w którym stawką jest pojawienie się na nowej płycie polskiego rapera z tzw. hi-endu. chyba to osram, niech o laury walczą młodsi. ja nawet majspejsa nie mam.


2010.04.11 01:25:35
nie mam ochoty dociekać już przyczyn, krytykować bezmiaru wylewającej się obłudy czy rozwodzić się nad potencjalnym uzdrawiającym wpływem tej tragedii na życie polityczne. zginęli tam bliscy ludzi, których osobiście znam. słabo, ale zetknąłem się z nimi w moim życiu. to przybliża wymiar całej katastrofy, czyni ją bardziej odczuwalną. pokój dla zmarłych, wszystkich bez wyjątku. kolejna polska narodowa trauma wsiąka w rosyjską ziemię. pokój.


2010.03.21 01:13:19
życie się toczy. wiosna jest. dziś z okazji ładnej pogody i trwonienia czasu pękło ponad 6 kilometrów. zmiennym tempem, ale pękło. kolejny krok w celu uporządkowania życia. ponadto piję sporo yerby i mam dużo witaminy b w sobie, więc się nie wkurwiam tak bardzo, ale jednak czasami są powody. tym razem wkurwiłem się na ostrego, idola wszystkich studentów. raz za to, że człowiek o takim potencjale rozmywa się w kolejnym dwupłytowym, przegadanym niby-konceptalbumie, w którym to, gdy już się wyłuska coś mądrego, spokojnego i fajnego i to mądre i fajne sobie płynie (a ty z nim), nagle autor wyskakuje z jakimś nieszczęsnym odróżnianiem gówna od twarogu czy też innym buraczeniem, i całość bierze w łeb. dwa, za bycie inspiracją dla grona pseudosurferów z helu, których więcej ostatnio na jego koncertach niż łysych skurwysynów z bloku. cóż, każdy ma taki hardkor, na jaki zasłużył. trzy i cztery i pięć za ogólny regres, robienie cudów z głosem, kreowanie się po raz n-ty na kryminalistę, itepe, itede. whatevah. ale cieszmy się, żyjmy, bo wiosna. ludzie, z którymi przestałem pić i udawać dobrego kolegę odzywają się co prawda rzadko, za to ludzie, których kiedyś naprawdę lubiłem/kochałem/szanowałem - niespodziewanie i spontanicznie, co bardzo cieszy. jak ta jedna z panien, za którą oglądało się pół miasta. czas odbudować parę rzeczy. w ogóle ostatnio czuję się trochę jak effy w skins (których zakończenie czwartego sezonu woła o pomstę), jak jakiś pieprzony wujek dobra rada. ktoś, kto naprawia błędy innych. mam nadzieję, że przynajmniej mnie nie odjebie w pewnym momencie. do pełnej bibliografii houellebecq'a brakuje mi tylko "platformy", która idzie do mnie pocztą z jakiegoś zadupia. kocham allegro i nowoczesność. wczoraj obejrzałem ekranizację cząstek, mocne trzy daję. dużo odbiera słodka końcówka.

a tak na marginesie, to chcę już mieć święty spokój. wakacje. wyjebać, zapomnieć, zapić. jakoś tak. i opener nawet fajny się szykuje.


2010.02.27 22:42:20
od dwóch dni jem kulturę. po (najlepszej, wg autora i najgorszej, wg opinii publicznej) "możliwości wyspy" houellebecq'a teraz czytam jego "cząstki elementarne". klasyk. pierwszy raz trafiam na pisarza, który ma tak zbieżny z moim punkt widzenia na współczesne, zachodnie społeczeństwo. życzyłbym sobie więcej takich konserwatystów. 280 stron od wczoraj. dieta-cud.


2010.02.24 00:44:41
standard, rutyna, życie v2.0 build. mam 12-tygodniowy plan treningowy, który wymyśliła moja opaska na rękę. trening wygląda tak. wchodzę na hajpmaszynę, zgrywam co fajniejsze kawałki, słuchawki na uszy, kurtka na bęben, hajs w kopertę i wychodzę. idę pięć minut marszem, szlug. biegnę minutę. potem znów pięć minut marszem, szlug, minuta biegu. pięć minut marszem, szlug. chociaż tego zawsze wychodzi dwadzieścia minut i trzy szlugi. nieważne. wiosna idzie i w powietrzu czuć tym razem zapach płaszcza pozostawionego na wieszaku w pizzerii aka stołówce. w życiu jak to w życiu, raz ty jebiesz, raz jebią ciebie. mnie dziś zjebał potrójnie habilitowany tomek: przynajmniej wiem, jak będzie to wyglądało za rok, kiedy mnie będzie wyrzucał z egzaminu.


2010.02.08 23:45:53
urodziny jeszcze przez ćwierć godziny. nie pytaj, dlaczego nie jestem w mieście i nie zalewam pały. na plus, że odezwały się z życzeniami osoby, których w życiu bym o to nie podejrzewał i te, z którymi (jak sądziłem) kontakt się zerwał. nawet te, o urodzinach których ja nie pamiętałem. trochę na minus to, że nie odezwała się jedna z tych osób, które bankowo miały napisać jako pierwsze. i z roku na rok coraz więcej życzeń dostaję drogą sieciową, niż dzwonioną czy textowaną. znak czasów? portal na f w 2009 obrósł przecież w niesamowitą popularność, nie da się ukryć. są już nawet zdjęcia babek z dziećmi. świat zwariował w dwadzieścia dwa lata.


2010.01.17 16:52:05
jest mniej więcej tak, że: właśnie wylogowałem się z fejsbuka, po raz pierwszy (chyba) od założenia profilu. to raz. dwa - na dworze jest zimno niż zimniej (tak, tak właśnie chciałem napisać), mimo że mój termometr wskazuje tylko minus trzy. po trzecie - zamówiłem sobie zestaw do parzenia południowoamerykańskich ziółek, które podobno pobudzają mocniej niż kawa. a po czwarte, w związku z trzecim, czas się z okazji sesji odciąć na czas nieokreślony i pewnie zarwać trochę nocy. więc znów nie pójdę do kina...


2010.01.02 21:48:23
stary rok/nowy rok. nawet nie chciało mi się pisać podsumowań, rozliczeń i innych pierdół, które przy tej okazji pisać wypada. nawet nie kazałem dwutysięcznemu dziewiątemu wypierdalać w opisie na gg czy fejsbuku. bo i po co. jeśli poprzedni rok uznałem za najgorszy, to wolałem nie cofać słów. jeśli co do tego miałem nadzieję, że zmienię sporo w swoim życiu, to się zawiodłem. nie był najgorszy, był po prostu jakiś dziwny. sporą część przespałem, pozostałe przepiłem bądź przeleżałem ze wzrokiem wbitym w ciekawy jak nigdy sufit. kilkoro ludzi ubyło z książki telefonicznej na komórce, jak co roku. pewnie przeze mnie. każdy ma problemy, tak sobie (siebie) tłumaczę. plus tych kilka naprawdę filmowych momentów, w których miałem wrażenie, że wszystko się ułoży i będzie dobrze, dzieciak. na razie był sylwester z trójką przyjaciół, jedzenie pieprzonego sushi, wyjście o czwartej, powrót nocnym, wysiadka (nie wiem, po co) kilka przystanków za wcześnie i pieszy powrót przez pięć kilometrów do domu. fajnie się szło samemu przez śnieg w biało-zielonych dunkach, ale do żadnych wniosków nie doszedłem. a rano był brak kaca.


2009.11.29 18:19:26
no i wróciłem, by rozwiać przedwczesne pogłoski o mojej śmierci i odnowić oblicze nloga, tego nloga. ostatnie dni można by streścić w słowach "co wy, kurwa, wiecie o spleenie i weltszmercu?!". wtajemniczeni wiedzą już o mojej niezbyt ciekawej ostatnio psychicznej kondycji i robią wiele, by mnie podnosić na duchu. co pomaga doraźnie, ale na dłuższą metę i tak jest mi źle. spektrum środków, jakie stosują, waha się od antysemickich żartów, przez wódkę wyborową, duży kubełek z kfc za trzydzieści złotych i możliwość przytulenia się do najfajniejszych cycków w moim kręgu kulturowym, po najlepszą-od-niepamiętnych-czasów trawę. a ja wpadłem w korek. zakupowy. nie wiem nawet, na co poszło prawie three grand. no dobra, na łachy, które noszę, wódkę, trawę i wzmiankowane kubełki z kfc. i książki lub czasopisma. i buty do biegania. i fajne, acz zupełnie niepraktyczne dresy. i bezprzewodową klawiaturę. akurat ta ostatnia się przydaje, bo kupiłem też grę wiedźmin. wreszcie mam komputer, na którym jako tako śmiga. i jestem w głębokim szoku, że twórcy gry dokonali tego, co tak bardzo chcieli uczynić twórcy ekranizacji (tyle że spektakularnie zjebali). nie wierzę, że tak doskonale i wiernie oddano klimat prozy sapkowskiego. no kurwa, nie wierzę! nawet aluzje i żarty są jakby żywcem wyjęte z sagi i opowiadań. i takie, no, postmodernistyczne. co do sapkowskiego, przeczytałem też "żmiję". fajne, ale trochę za mało, jak na niego. z tego powinno powstać co najwyżej opowiadanie, nie powieść. i jestem ciekawy, czy naprawdę było coś takiego, jak magazyn "rybaław-spartsmen".


2009.11.04 02:25:39
dobry miałem dzień, nie ma co gadać. mimo że jestem trochę chory. choroba uderza znienacka wieczorami, drapie w gardle, kaszle i powoduje uczucie gorączki bez gorączki. techniczne to nawet mam hipotermię, tak przynajmniej twierdzi kupiony na costa brava termometr ze znaczkiem starej firmy mojego starego (co za ironia). ale jebać chorobę nastoprocent, wyleczę się sokiem z czarnego bzu (propsy dla babci!) i szlugami popijanymi hen'kiem. grecki bóg niechodzenia na zajęcia natchnął mnie dziś do podjęcia słusznej decyzji, w związku z czym nie poszedłem na finanse. no i świetnie wybrałem, bo akurat zza rogu wyskoczyła o. w mega fajnych butach, więc zabrałem ją na herbatkę i ploteczki. co prawda nie skończyło się to nawet ocieraniem przez ubranie, ale potrzebowałem tego spotkania, tak jak skrzypiec futerał (by zacytować klasyka). a teraz nazwij mnie głupkiem, bo obejrzałem za jednym zamachem ostatnich sześć odcinków drugiej serii true blood. nierównej. momentami świetnej, momentami żenującej. też myślisz, że seriale oparte na genialnych pomysłach powinny trwać maksymalnie jeden sezon? i co takiego jest, kurwa, w wampirach, że teraz wszyscy kręcą o tym filmy?


2009.10.26 01:20:22
zaprawdę, powiadam wam, dziatki, nie pijcie wódki i nie palcie papierosów. jako i ja czynię. z tym pierwszym zupełnie (od dziś będę pił tylko weissbiery, ewentualnie chardonnay), z drugim zaś li tylko nominalnie, bo wiadomo jak wyjdzie (w każdym razie ograniczone i limitowane będzie). klnę się na figurkę mamy chrystusa (plastikową, odpustową, napełnianą wodą) z różowym orzełkiem na piersi, która na mnie spogląda ze stolika, że się wezmę za siebie. kupiłem dresiarskie elo naje do biegania i szare dresy także. mało brakowało, a bym i ipoda kupił, by mi krok mierzył i tętno. a we wszystkim tym umocniłem się po przebudzeniu w sobotę. niech to będzie swego rodzaju manifest i bunt przeciwko piciu i niszczeniu się na próżno, gdy okazuje się, że twoja ulubiona knajpa z duszą, w której nie byłeś trzy miesiące, podupadła już zupełnie i upijasz się na smutno w otoczeniu czternastolatków. a alternatywą staje się jakieś pieprzone różowe neorokokoko z hausami.


2009.10.19 02:19:59
zabawne. mimo że decyzję już dawno podjąłem i nie ucieknę od tego wyboru, będę się jeszcze jakiś czas łudził, że wszystkie drogi są możliwe. aż do ostatniej chwili, kiedy to zrobię. lubię chyba sam siebie oszukiwać i zaskakiwać. g'night, nlog.


2009.10.18 00:55:26
bezsilność jest najgorszym z uczuć. a już bezsilność, której przyczyna tkwi w twojej głowie, wkurwia najbardziej ze wszystkiego. byłem tam w końcu. bo gdybym dłużej to odwlekał, to jestem pewien, że zacząłbym regularnie chrupać diazepam podkradany od matki z gabinetu. byłem tam. nie zauważyłem zielonej, skórzanej kanapki, nie było gipsowego odlewu ludzkiej głowy z odkrytym mózgiem, stojącego na biurku z mahoniowego drewna. był mały pokoik z wysiedzianymi fotelami, stolikiem i wieszakiem na ubrania. czekała na mnie kilka lat starsza dziewczyna, zmęczona całym dniem pracy. dochodziła w końcu dziewiętnasta. znałem jej głos z telefonu i imię. nazwisko ktoś przekręcił. zaczęliśmy rozmawiać. poczęstowała mnie pall mallem, zapaliliśmy. w jej małym, szpitalnym pokoiku. czyli jednak filmowe sytuacje się zdarzają, pomyślałem. może następnym razem skręcimy lolka. włączył mi się ego trip, kiedy chcę, to mogę mówić dużo i długo. nasze spotkanie potrwało około czterdziestu minut. nie wiem, czy czułem ulgę po wyjściu. w sumie to dopiero początek. czułem za to trochę wstydu, że muszę szukać u kogoś obcego pomocy. że muszę się otwierać. ale dopóki się nie zniechęcę, to może mi to wszystko jakoś pomoże walczyć ze światem i samym sobą.


2009.10.12 00:37:12
znów jest noc, ale tym razem ja, a nie mefistofeles, siedzę na parapecie okna. siedzę tak pół na pół, nogi wiszą mi za oknem, na kolanach lapek, a reszta mnie po stronie wnętrza pokoju. jesienny chłód i wilgoć versus przytulność pierwszego piętra w domu na przedmieściach (nie wiem, czy słowo przytulność istnieje, ale jeśli nie, to propsuj mnie za neologizm). ściszony szum rodzi hałas, jeśli wiesz, o co chodzi. emade jest mistrzem subbass'u. instynktownie sięgam po płyty, które potem uznaję za moje ulubione, i ten pieprzony top ten leży teraz na jednej z kolumn. to źle, że mam teraz ogromny napęd do remiksowania, robienia nowej muzyki, klejenia minimiksów i zaskakiwania samego siebie mashup'ami. cieszę się modulacją lfo i ciężkim, dubstep'owym wobble'em. uspokaja mnie dobrze dobrany pad. rytm nadaje rzeczom bieg. kręcę knobem i śmieję się, jak dzieciak, z efektu, jaki uzyskuję. to nie fair, że ta wena przychodzi właśnie teraz. mam potencjał, kurwa, nie chcę go zmarnować. teraz jest ten czas, żeby błyszczeć. ale jak to wszystko ma się udać, skoro jutro znów się wpierdolę w kolejne gówno i tym razem przegram życie na pewno. no jak?


2009.10.11 11:17:59
chciałbym móc napisać, że to leniwy niedzielny poranek. że za kilka godzin przeistoczy się w leniwe niedzielne popołudnie. że leżę pod kocem i gram w szachy z komputerem na dziesiątym levelu. że nic mnie nie martwi, nie denerwuje, niczego się nie boję. jaka to szkoda, kurwa, że nie mogę tak napisać. że jeszcze tydzień stresu i najdziwniejszego stanu w życiu. ale w szachy gram naprawdę.


2009.10.09 22:50:46
jest trochę zbyt późno. gdyby nie było, wsiadłbym do ostatniego autobusu odjeżdżającego w kierunku łodzi, wysiadł dwa przystanki dalej, kupił na stacji papierosy i wrócił spacerem do domu, uszczuplając paczkę o trzy do pięciu z nich. ale skoro jest zbyt późno, a ja czuję wewnętrzny imperatyw wyjścia z domu, to pójdę pobiegać. szlachetne zdrowie podbudować. i tak nie palę od paru dni.