::TAI-WR::SHOOL::Burkina::Faso::
::proudly::presents::

::Mih::Krk::
::blog::

To nie ja mam schizofrenię, to ten drugi

?ein ,amrof żet ęis yzcil

pokaż: ostatnie 20 - wszystkie z tego miesiaca - wszystkie

 

2006.01.18 17:41:36
Mija już kolejny miesiąc odkąd bytuję elektrycznie na żydowskim blogasie Gazety Wyszernej. Wszedłem tu zupełnie przez przypadek, niezmieniony od lat szablon przypomniał mi te wszystkie wspaniałe chwile, które tu spędziłem, postanowiłem coś napisać. Ot jestem, więcej na mihkrk.blox.pl choć wielu pewnie by powiedziało, że to już nie to.
Naprzód idziemy.
:::
2005.08.27 16:26:22
Sorry DOS, znaczy sorry nlog, ale wyprowadzam się. mihkrk.blox.pl

nie czekaj z kolacją/śniadaniem/obiadem

mimo wszystko było miło
:::
2005.08.27 13:37:05
ło jezu, jak to lata

znaczy się tutejszy net. jest naprawdę odlot.

wracam do Czasu Surferów - na polskim box office zajmuje miejsce 5, ale wśród filmów polskich ma miejsce 1! Przy 45 kopiach, gdzie "Och Karol, co został papieżem" ma 3 razy tyle.

Chuj ci w dupę młody panie z Gazety Wybiórczej.

Spróbuję tu tak urządzić, żeby jakieś foty na blog móc znów wrzucać czy coś.

Ściskam,

Krk
:::
2005.08.27 10:24:52
Wreszcie znów mam stałe łącze. Będę teraz więcej na tlenie i skype, ci co mnie znają to sobie pogadają.

2MB łącze za 15 funtów na miesiąc. Tak to jest tylko w Królewstwie.

Właśnie jestem w trakcie odtwarzania mojej złodziejskiej konfiguracji kompa. Tak jest, muzyka znów będzie płynąć szerokim strumieniem z wszelkich nielegalnych źródeł.

Ściskam.

Krk
:::
2005.08.23 20:00:29
Było o Cyklistach, teraz musi być o tych innych

Realizatorzy Czasu Surferów niestety zapomnieli o najważniejszej zasadzie, na której opiera się nasza rodzima kinematografia - film można zrobić chujowy, ale trzeba kupić dobre recenzje. Gazeta Wyborcza opublikowała tekst jakiegoś młodego frajera, w którym CS został zjebany od stóp do głów. Nie będę z tym wytryskiem dyskutował, bo nie ma o czym. Trudno powiedzieć, czemu aż tak na ten film pojechali - czy dlatego, że recenzja nie zapłacona, czy że film zrobiony z dala od pierdolonego bagna stolycy i nie zarobili na nim ci, co zwykle zarobić mają.

Tak zwaną reakcję publiczności na film znam z dwóch źródeł: po pierwsze, byłem na premierze w Poznaniu i widziałem, że widzowie się dobrze, po ludzku bawili. Było dużo śmiechów, ziewania nie zauważyłem. Po drugie, poczytałem recenzję na serwisach filmowych i o ile przed premierą było sporo głosów na "nie", że Boguś, że znów ktoś dostał młodego wilka w dupie itp, o tyle 99% tych, co film widzieli, wypowiada się o nim bardzo pozytywnie. Bo to po prostu fajny, zabawny, dobry film jest.

Też żałuję, że zagrał Linda, bo choć go lubię, to w scenariuszu jego postać ma 25 lat i tak powinno pozostać. Zamachowski ma twarz tak opatrzoną, że niezależnie od tego, kogo gra, ja widzę niestety Zamachowskiego. A to niedobrze. No i jeszcze Maciąg. Ale nawet ona nic nie była w stanie popsuć.

Cały film ciągną trzej młodzi - Fifi, Bonus i Kozioł. Nawet ten młody, co w Klanach czy innych Złotopolskich, bo nie pamiętam, grał, mi się tu podoba. A ci dwaj blokersi - naturszczycy, są po prostu zajebiści. Widziałem ich na żywo i są to postaci trafione na 100%. Tego typu ludzie mnie zabijali swym wyglądem i swą promieniującą głupotą jak jeszcze mieszkałem w mordorskich blokach i przyjemnie mi było się z nich pośmiać w kinie.

Ot, tyle.
:::
2005.08.19 11:18:31
Żydzi, Masoni i... jak to dalej szło?

Chciałem kupić sobie rower używany, żeby dojeżdżać do pracy, bo po przeprowadzce zrobiło mi się bliżej. Poszedłem na słynne targowisko na Brick Lane. Tam sprzedaje taki facet w kraciastym swetrze, wełnianych spodniach na 3/4 i w czapce z rydlem. Wykapany Cyklista. No i okazuje się, że używane rowery zaczynają się powyżej 70 funtów. "Były i tańsze" mówił, ale chwilowo nie ma. Poza Londynem i owszem, są. Ale tu nie ma. Kumpel kupił fajny rower w Woking za 20 właśnie w tym tygodniu. W Londku taki sam chodzi po 70.

Rynek używanych rowerów został wywindowany w Londynie do poziomów niebotycznych. I kto na tym zarabia? Cykliści.

A wyście się śmiali.
:::
2005.08.15 20:01:05
wrocilem do stolycy swiata. jest ok

co mowi kochanka Bin Ladena po udanym seksie?
- meeeeeeeee...
:::
2005.08.11 17:28:18
Czas surferów - porąco go lecam

Widziałem wczoraj na pokazie w Poznaniu. Film bardzo dobry, z życiem, z jajem. Nie żadne kino artystyczne, reżyserskie i w żadnym wypadku nie kolejny polski skok na kasę. To po prostu bardzo dobra komedia sensacyjna. Wielką siłą są autentyczne postaci głównych bohaterów - młodych "typowych polaków" którzy pakują się w nietypową sytuację. Nawet tacy goście jak Linda i Zamachowski nie byli w stanie spieprzyć całości.
Film niczego nie parodiuje, niczym się nie podpiera, jest dobry bo oparty na dobrym scenariuszu, dobrze wybranych aktorach, dobranej muzyce itp.

Może wreszcie polskie kino odrodzi się w Poznaniu, z dala od warszawskiego bagienka, przekrętów i jebanych grubasów składających koszerne propozycje. Jeśli film zrobi kasę to jest na to szansa.

Martwi mnie trochę bardzo słaby marketing filmu. Czytam polskie serwisy informacyjne dość regularnie, a o filmie dowiedziałem się od samego Wielebnego. Stronę internetową www.czassurferow.pl też uruchomili chyba całkiem niedawno. Ja dowiedziałem się o niej dopiero wczoraj. W tym wypadku marketing musi zrobić się sam - informacja o pierwszym od lat dobrym polskim filmie musi zostać puszczona z gęby do gęby. Ja swoją cegiełkę do tego dokładam - i nie dlatego, że zrobił to kumpel, tylko dlatego, że od początku do końca filmu doskonale się bawiłem. I chyba nie tylko ja, bo na stronie filmowej onetu same pochlebne opinie.
:::
2005.07.28 21:04:51
Dobra, ja miałem pomysł z dziewicami, Angole podeszli do sprawy bardziej siłowo. Z Londynu zrobiła się istna psiarnia, na każdym rogu stoi dwóch, z których każdy jest równy Bogu. Znaczy się człowieku mogą ci dziurę w głowie zrobić i ogólnie przenieść cię na fleku.
Nawet zdjęcia porobiłem i chciałem wrzucić, ale pogubiłem wszystkie dane do mojego darmowego serwka. Więc nic nie zobaczycie.
Ale ostatnio kusi mnie, żeby bardziej zrobić to wszystko foto. Bo ostatnio czytałem moje stare notki i brak mi trochę odniesień graficznych.
Miałem zresztą niezłą jazdę przy czytaniu, bo jak wiecie porzuciłem tego loga na jakiś czas i zdążyłem zapomnieć trochę, jak to było w Burkina Faso.

A tu okazja zdarza się niebylejaka, żeby odświeżyć pamięć. Kumpel z filmówki napisał kiedyś scenariusz, właściwie to nie kiedyś tam, tylko konkretnie na obronę dyplomu, no i parę lat później, czyli właśnie niedawno, zrobili film, gra Bogusław L. i Zbigniew Z. między innymi. Film nazywa się "Czas surferów" i premieruje w sierpniu, więc jadę zobaczyć. A co zobaczę, to opowiem. Scenariusz był świetny, zabawny i żywy. Niepokojem napawa mnie trochę fakt, że np. rolę głównego bohatera, w tekście dwudziestoparoletniego, obsadzili Bogusiem. No, jednym słowem sporo pewnie pozmieniali, miejmy nadzieję, że nie wszystko na gorsze.

Jak tam w Mordorze tak w ogóle?

Pozdrosy!

Krk
:::
2005.07.27 19:25:24
80 sztuk świeżej dupy damskiej na głowę

albo

Londyn 7/7 - o co chodziło kozojebom?


Wsiadając dziś o 5:10 rano do Kolejki Doklandzkiej i chwytając do rąk darmową gazetę "Metro" nie wiedziałem, że lektura tak mnie poruszy, a zawarte w jednym z artykułów informacje odsłonią przede mną taki obraz rzeczywistości, że aż chwycę za wirtualne pióro i wykonam następną notkę w tym temacie.

Otóż jedna ze znajomych niedoszłego (na szczęście) zamachowcy opisuje, jak to miły i sympatyczny chłopak opowiadał jej o Islamie, o tym, że to fajna religia jest, bo na każdego dobrego Muslima, kiedy bohatersko umrze w walce o Prawdę, czeka w niebie 80 dziewic. I że głównie o to mu chodzi w życiu.

Tak więc nie Irak, Afganistan, nie bezbożni Amerykanie, nie Bush i Blair nawet; nie pieniądze z ropy (a mówią, że gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze - jak widać, nie w przypadku Muslimów) - odpowiedź na pytanie "po co zabiliście siebie i 52 Bogu ducha winne osoby?" jest, jak to się mówi w Burkina Faso, prosta jak jebanie. Chodziło o dupy. I to nie byle jakie dupy, ale dziewicze.

Wniosków i przypuszczeń nasuwa się kilka.

Po pierwsze - widać wśród Muslimów wielki deficyt dziewic, skoro są w masowej wyobraźni towarem tak pożądanym. Jak to możliwe, skoro ich kobiety chronią nie tylko dziewiczość swoją, ale i cześć ogólną zawijając się w kilometry kwadratowe chust, tego pewnie my niewierni się nie dowiemy.

Po drugie - coś, co wydawało się tylko zbrodniczym nonsensem, zamienia się w przerażającą, choć groteskową paranoję. Bo jeśli ktoś może mieć tak we łbie nasrane, żeby uwierzyć, że po samobójczej śmierci czeka go w niebie 80 gołych bab, w dodatku dziewic, to równie dobrze może uwierzyć w cokolwiek i wcale nie potrzeba międzynarodowej interwencji wojskowej w jakimś kraju zamieszkanym przez kozojebów, żeby nakłonić takiego człowieka do wysadzenia w powietrze/obcięcia głowy/torturowania/porwania/gwałcenia (niepotrzebne skreślić) kogokolwiek i czegokolwiek. Wystarczy mu powiedzieć "oni nie są z nami, więc są przeciwko nam" i taki delikwent wykona, co mu się powie. Pewnie nawet spróbowałby ściąć drzewo śledziem, ale myślę, że będzie to coś znacznie mniej śmiesznego, a dużo bardziej skurwysyńskiego i zbrodniczego.

Po trzecie - jeśli już stwierdzamy z przerażeniem, że ci goście mają równo napierdolone pod sufitem, to trzeba się zapytać, kto im tak te kapownice dostroił. I na jakim fundamencie. Ano, odpowiadamy, dostroili to odpowiednio rodzice, współwyznawcy i Imami. (Czym się pan ima? Imam się imaniem). Na fundamencie Islamu. I wcale nie potrzeba im było robić wielkiego prania mózgu, wystarczyło tylko parę klocków układanki przestawić w inne miejsce i BUM!, mamy bombera.
Po czwarte - może jednak w tym ciemnym tunelu jest nadzieja. No bo jeśli chodziło o dupy, a nie o politykę, to można pokusić się o takie rozwiązanie. Na każdego potencjalnego bombera trzeba znaleźć 80 dziewic, które chcą dziewictwo stracić. Śmiało można przypuścić, że te, które jeszcze dziewictwa nie straciły, no, przytłaczająca większość, chce stracić. Jeśli nawet takich bomberów jest stu, a tylu nie będzie, no ale nawet jeśli są, to potrzeba znaleźć 8000 dziewic. Będzie to trudne, ale nie niewykonalne.
Ale najlepsze jest to, że jeśli jedna kobieta, w dodatku nie dziewica, potrafi moje konto doprowadzić do zera w ciągu miesiąca, a umysł na skraj obłędu w ciągu godziny, to osiemdziesiąt rozwydrzonych Dziewic na biednego Pakistańca to jest ciężar, który pociągnie go do kryminału lub/i psychiatryka, w czasie szybszym niż potrzeba na wypowiedzenie słów: "Allah Akhbar". Natychmiast i na zawsze.

O co nam, normalnym ludziom, mniej więcej chodzi, a czego im, pierdolonym kozojebcom, z duszy, z serca, życzę.
:::
2005.07.24 16:20:02

W Londynie przerażenie, bo okazało się, że policja napierdala z ganów tylko dlatego, że ktoś wygląda podejrzanie. Powody do niepokoju ma przynajmniej połowa mieszkańców miasta, w tym wszyscy Pakole i przynajmniej jedna trzecia Polaków. Mógłbym wiele słów napisać o tym co się czuje w tych dniach tutaj, w mieście nad rzeką co raz płynie wtewtę, a raz wewtę, ale jedno odda wam to równie dokładnie.
Ciśnienie.

Patrzę na to wszystko z dwóch perspektyw: zoologicznej i astrologicznej. Zwłaszcza astrologicznie to wszystko wygląda nieciekawie, albowiem odbieram z niebios bardzo złe wibracje i sam coraz częściej łapię się na różnych myślach w stylu wyjebać kogoś przez okno bo zbyt nerwowo grzebie w plecaku. Zoologicznie zaś obserwuje siebie jako małpę w stadzie innych małp, z tymi wszystkimi prymitywnymi zachowaniami społecznymi, z lękami, z łączeniem w grupy, gdzie jeden duży goryl nadaje ton dyskusji, a reszta stoi w kółku, podłącza się, dostraja i nagrzewa do akcji, nie wiem jakiej akcji, nikt jeszcze nie wie, ale kurwa w całym londyńskim Zoo nagle zrobiło się niewesoo.

Jechałem wczoraj rano (5:00) do roboty i mijając Canary Wharf widziałem na platformie Lekkiej Kolejki Doklandzkiej jak angielskie psy dopadły jednego Pakistańca, nawet plecaka nie miał, może coś odpyskował po prostu jebaniec albo nie skumał jak do niego wołali "freeze", zapytał "co?" i już przy nim byli, łapy skuli, przeryli kieszenie, przeczytali dokumenty i ogólnie gościa zdołowali i zjebali mu dzień. I jednocześnie żal mi gościa i czuję, że to było ok, że tak powinni robić, bo kręci się jednak po tym mieście paru niefajnych zawodników, którzy mają zupełnie pojebane, nieprzyjemne pomysły.

Pracuję w centrum i od dnia zamachu średnio co pięć minut słyszy się syreny i za oknami, a okna mamy jebitne, od podłogi do sufitu i widać wszystko wyraźnie, za tymi oknami jest ulica i przejeżdżają nią co pięć minut na sygnałach karetki, straż i policja. I cały czas się myśli, czy jadą z powodu fałszywego alarmu, czy może było włamanie do jakiegoś pakistańskiego sklepiku i ktoś zajebał gumy do żucia i karty telefoniczne, a może Bush przyjechał z wizytą i znów dławi się preclem albo zleciał na ryj z roweru, a może jednak jakiś kozojebca znów się przedarł z plecakiem pełnym przygód do pociągu.

Ja na wszelki wypadek jeżdżę bez plecaka.

Wczoraj w nocy czarni na parterze urządzili wielką bibę zakończoną freak-outem jakiejś panienki, wycie, wrzaski, walenie drzwiami, napierdalanie w ściany, jakoś tak się stało że nikt nie wezwał policji, gdybym był antropologiem zacierałbym ręce z uciechy, mając możliwość obserwacji takich scen bez obawy że ktoś przyjedzie i przerwie zabawę. Niestety wybrałem w życiu inny fach i całe to zajście utwierdziło mnie w przekonaniu, że wibracja się coś zjebała ostatnio i ludzie dostają z garem.

No i w pizdu, napisałem następną notkę.
:::
2005.07.18 15:48:23
nieustannie ćwiczyć ostrość myśli
:::
2005.07.15 18:55:48
Tobi, mam maila na tlenie. Weź moje nazwisko, potem na końcu dodaj inicjał pierwszego imienia, małpa, tlen i masz mój adres.

Mixi, Cytryna była ok, no jasne. Gdyby to wszystko działo się jakieś 30 mil na zachód od Burkina Faso, to kto wie. No i gdyby nie głuchota na jedno ucho Stefana. Ale Burkina Stefanowi wybaczało wszystko - może i duże miasto 30 mil na zachód by wybaczyło? Gdyby tylko był stąd, to jest stamtąd. Jak można nie kochać gościa, który pisał takie teksty...

To stało się
Dnia piątego
Zieleń wyszła na ulicę
Spotkała się z błękitem
Nieważne nic
Nieważne jest już nic
Popatrz na niebo
Popatrz na niebo:

Ołowiane motyle
Latają nad naszymi głowami
Nasze głowy zawieszone w zachwycie
Usłysz
Ciszę


Tyle wspomnień. Co było to było a co jest to jest. A jest miasto Londra nad rzeką co raz płynie wtewte, a raz wewte. I najogólniej rzecz biorąc jest zajebiście. Wprowadziła się właśnie do mnie kobieta Włoszka. Ona mi serwuje owoce morza, ja ją podkarmiam białą kiełbaską, no wiecie, jest słodko. Mało czasu na duperele, ale przecież nie o duperele w życiu chodzi. A w każdym razie nie tylko.

Dzisiaj jednak zdarzyło się wydarzenie i ruchem hakowym podkręconym zawinąłem do koszyka zajebiście duże piwo produkcji chińskiej. Nie wiem jaka jest w Mordorze świadomość na temat browarnictwa w kraju, w którym powstają trampki pachnące jak najpiękniejsze wspomnienia mojej pankowej młodości. Piwo było zajebiste, stanęły mi przed oczami pola ryżowe, żółte bezzębne kobiety pokręcone reumatyzmem z pijawkami na łydkach, pakujące sadzonki w błotnistą paparydzę, bursztynowy zachód słońca, odwieczność, Wyjebisty Chiński Mur, ogólnie poczułem się że odlatuję. Przyznaję, dawno nie piłem. Zapodałem sobie Dead Can Dance i orbituję między tutaj, tam i chuj wie gdzie. Moja łacińska bogini przyjdzie za trzy godziny, póki co mogę leżeć i ściemniać.

Tobi, napisz. Mixi, bardziej do przodu.

Reszta pozdro.
:::
2005.07.13 10:26:56
Witam. Póki co w Londynie nadal łatwiej zatruć się kebabem niż poharatać w zamachu na szczęście bądź nieszczęście. Współczuję tylko biednym Pakistańcom, kiedy nagle w autobusie zacznie im w plecaku trzepotać w podrygach wibry ich rozjebana nokia 5210, niejeden może teraz dostać ciosa karate a plecak poleci przez okno. Cóż, podziękujcie pojebanym współplemieńcom.

Tobi, ja prawie jak dobry konspirator po wyjeździe zatarłem wszelkie ślady, łącznie ze skrzynką kontaktową przez e-mail pocztę elektroniczną, jako jedyny kontakt mając tego loga. Rany, już prawie mówię jak książepański. Więc Tobek zamiast kwilić jak przyskrzyniony Paki po ciosie karata weź sam coś napisz wpierw.

No właśnie, Krk powrócił. Wiecie ilu starych, zapomnianych znajomych odezwało się po tych wszystkich zdarzeniach? Człowiek po prostu czuje się w obowiązku powiedzieć - wszystko ok, byłem daleko od tego.

Tymczasem dziś jak zwykle do pracy.

Krk

:::
2005.07.08 23:59:57
U mnie wszystko ok. Pozdro.

Mih Krk
:::
2004.12.25 12:22:31
Wesolych Swiat.

Tesknicie?

Sciskam.

Krk w podrozy.
:::
2004.11.18 11:22:45
W Londynie, mieście dość starem
Żył raz dziad, co się dymał z zegarem
Miękkość sprężyn go wprawiała w stan błogi
Aż wypadek się zdarzył ten srogi
Metal pękł i ściął narząd z krwi garem.

---

W mieście Londyn, co tkwi nad Tamizą
Pewien student zajął się pizdolizą
Tej niezwykle poważnej nauki
Zgłębić wszystkie chciał arkana i sztuki
Kłaków kłąb go zdławił, gdy był z pewną markizą.
:::
2004.11.16 23:23:12
Wracam do poważnego pisania

Pewna londyńska arystokratka
Polubiła koniom nadstawiać zadka
A że się z tym specjalnie nie kryła
Prędko opinię publiczną wzburzyła
Aż ją zjebać musiała Królowa Matka

***

Wierz mi lub nie: dyplomata z Londynu
Zwykł był dodawać spermy do ginu
Szklaneczki, którą wychylał wieczorem.
Jego żona wrzeszczała zaś pod telewizorem:
"Zostaw dla mnie trochę, ty skurwysynu!"

***

Pewien rzemieślnik z londyńskiej dzielnicy
Wsypywał zawsze gwoździków do piczy
Nim ją wydymał. Spytany, dlaczego
Odparł, że seksu pragnie ostrego
I że lubi, gdy dziewczyna pod nim kwiczy




Mih Krk
London, deszczowy listopad 2004
:::
2004.11.08 14:31:19
Wszedzie dobrze, ale w Londku najlepiej

Kura nie ptica, London nie zagranica


takie to mysli chodza mi ostatnio po glowie. W sobote pojechalem z kumpela (ta corka ministra z Kenii) do Camden, polazic po targowiskach. Mnostwo ludzi, w powietrzu zaczyna sie unosic swiateczna atmosfera. Na kazdym rogu sprzedaja grzane wino. Po zakupach poszlismy w alejke smakolykow z calego swiata, gdzie postanowilismy sie posilic. No i nagle kogo widze? Kumpele z liceum, ktora widzialem ostatnio na obozie zeglarskim 10 lat temu. Pracuje na stoisku z winem, wiec polala nam po porcyjce i zrobilo sie juz zupelnie swiatecznie. A na stoisku z zarciem marokanskim nasz sternik, obecnie jej chlopak. Rowniez nie widzialem go od czasu tego pamietnego obozu, kiedy prawie utopilem sie walczac z deska windsurfingowa produkcji wschodnioniemieckiej, ktora rozpadla mi sie pod stopami.
Mowie wam, poczulem sie jak na gwiazdke czy cos.

Tylko potem troche bylo mi niedobrze po tej kozinie, ktora sobie zjadlem w alei smakolykow. Troche jednak zbyt egzotyczne danie.

Czas na mnie teraz. Pzdr. Krk
:::
2004.11.04 11:15:32
Kiedy już prawie przeminie ten dzień, będę wracał do mojego domu Lekką Koleją Doklandzką, wejdę do ASDY, kupię browca na uspokojenie po podróży, wypiję, zasnę. Teraz jeszcze jestem tu, w Burkina Faso, po nocy spędzonej w Poznaniu u najwierniejszego z przyjaciół. Lekko roztrzęsiony po imprezie, a może już przed lotem.

Pomysł ze spędzaniem urlopu w Burkina Faso uważam po fakcie za głupi strasznie. Jedyną rozrywką jest tu picie, jestem więc roztrzęsiony i wcale nie wypoczęty. Dobrze, że choć udało się spotkać parę bratnich dusz. A jutro o 2pm wracam do roboty.

Żałuję bardzo, że nie udało mi się wyrwać do stolicy. Wszystko jednak zdawało się temu przeszkadzać. No, nie dałem rady. Może w przyszłym roku.

Pozytywnym aspektem wyprawy jest ostateczne utwierdzenie się w przekonaniu, że słusznie zrobiłem, wyjeżdżając, bo w tym kraju się nie da żyć. W czasie mojej wizyty policjanci skatowali bez żadnego powodu jednego z moich kumpli; w knajpie, do której miałem iść, a do której szczęśliwie nie doszedłem, akurat tego wieczoru goście na przepustce z więzienia wybili jakiemuś chłopakowi wszystkie zęby; wysłuchałem skarg kilku bliskich znajomych, którzy ledwie wiążą koniec z końcem, pracując po kilkanaście godzin na dobę.

Pozdrawiam was kochani. Do zobaczenia tam.

Krk
:::
2004.11.02 14:07:24
Wlazłem w staciory i ze zgrozy włosy mi stanęły na plecach.

Co to może być za IP: 66.666.666.66.66?

To chyba znak, żebym się nie pchał w rozmyślania o pewnych rzeczach.

Z drugiej strony bardzo podłechtało mi, kto się moim powrotem do cybereteru zainteresował. Towarzystwo doborowe, nawet mietek się przybłąkał, choć bana z gg mi nie zdjął.

Gdyby jeszcze w komentarzach jakiś mały wpisik w stylu "miło że wróciłeś"... Ale o to zawsze trzeba się was prosić.

Dlaczego nic nie mówiliście że nowa płyta Kazika jest? Ma ktoś? Dobra?

Jakoś nie śmiem na Jego Spoconość Kazurę Stachurę podnosić Soulseekowej ręki. Może się zresztą przełamię...

Noście czapki, bo zimno.
:::
2004.11.01 12:08:38
Ja, w razie W. chciałbym mieć nagrobek w internecie. Nie gdzieś tam na błotnistym kwadracie pełnym plastikowych kwiatów, kobiet we włochatych beretach i rozwrzeszczanych dzieciaków, oblewających sobie łapy woskiem, ale w przestrzeni idealnej i czystej, gdzie spotykają się elektroniczne byty, projekcje najlepszych stron naszej osobowości. Tam właśnie załóżcie mi stronkę, na niej parę zdjęć, jakieś ocalone teksty, link do bloga, może mały czacik i księgę pamiątkową. Skrypcik, dzięki któremu można zapalić wirtualną świeczkę.

Hmmm, czy byt sieciowy jest bardziej duchowy, czy fizyczny? Z jednej strony jest to czysta fizyczność, jakieś kable, napięcia, elektrony, wszystko można zmierzyć, zważyć, wydrukować ciąg zer i jedynek. Z drugiej - to tylko idea, obraz, a nie rzecz sama w sobie. Nie wiem, czy mnie kumacie, jestem po bardzo przyjemnym wieczorze w miejscu o nazwie kodowej L14, w domu moich przyjaciół, gdzie przechodzę zazwyczaj poważne ćwiczenia mózgowe. Myśli mam porozciągane jak stare gumy od majtek, wątki rozważań przerzucają się jak pajęcze mosty nad przepaściami w głowie. Czasem fajnie tak sobie poużywać.

Upraszczając pytanie: czymże jest @linka - ciałem, eterem, perispritem? Gdzie ją umieścić w, skończonym zdawałoby się kiedyś, modelu rzeczywistości.

Czy istnieje coś takiego jak dusza elektronowa, którą zyskują ci, co dzięki błogosławieństwu netu pojawili się w cyberprzestrzeni?

----------
Płyty "Wesele" chyba jednak nie kupię, wczoraj po wielokrotnym przesłuchaniu jej z Mrocznym Adeptem Tajemnic Egzegezy Ludzi Afro doszliśmy do wniosku, że choć wielce zabawna i udatna, jednak z każdym przesłuchaniem znacząco traci, że wszystkie smaczki już wycyckaliśmy, za ostatnim przesłuchaniem nie zaśmialiśmy się w miejscu, kiedy pani leżąca pod drzwiami ocyka się strzelona w pysk przez człowieka, który nie umiał się odnaleźć na weselu. Choć nadal bawi nas solówa w Białym Misiu. A w piosence Adam M. odkryliśmy, że niezrozumiały bełkot to muszą być nazwiska innych skoczków.

Tak czy siak, dobrze, że się takie płyty pojawiają.

I jeśli kiedyś, gdzieś na murze, obok standardowego H.W.D.P, lub trochę bardziej oświeconego Ch.W.D.P, zobaczycie D.O.B, będziecie wiedzieć, że znaczy to: Dymać Orła Białego. I że Krk tam był.
:::
2004.10.30 18:46:15
Osama odezwał się po miesiącach milczenia, to i ja mogę

Jestem na zasłużonym urlopie w kraju, gdzieżby indziej, jeśli nie w ponurym i ponurą sławą się cieszącym Burkina Faso.

Ucieszyło mnie po przyjeździe bardzo niewiele rzeczy. Spotkanie z kumplami, dwie randki, trzy rozkoszne kace, kacmajory wręcz (katz mejdżer - czyli kac większy, nie mylić z nazwiskiem głównego sekciarza polski). Oprócz tak oczywistych rzeczy ucieszyły mnie dwa zjawiska kulturalne. Pierwszym są "Boży bojownicy" Sapkowskiego, którą to książkę przeczytałem w cztery dni, w knajpach, przy piwie, czekając na kumpli lub randki w ciemno. Książka jest pasjonująca i mądra. Oto przykład - "kto sobie z rana strzeli, dzionek cały się weseli." Strona 387. Wiele z tej mądrości już znalazło zastosowanie w moim urlopowym życiu.

Drugim olśnieniem, wciąż się rozwijającym, dzisiejszym, jest nowa płyta Tymona. Nie wiem na ile jest nowa, o jej istnieniu dowiedziałem się dzisiaj z Polsatu, oglądając cudowny teledysk, bazujący na polskich zwyczajach weselnych. Płytka powoli ściąga się z Soulseeka, na razie znam 3 kawałki i jestem wstrząśnięty. Zwłaszcza utworem "Biały Miś", w tak przepięknej wersji, że aż prawie chce się powiedzieć, że to prawdziwa sztuka jest. Postanowiłem sobie, że jeśli jeszcze kilka piosenek mi się spodoba, to pójdę do empiku i kupię se te wesele.

Większość urlopu spędziłem w Poznaniu, byłem nawet na koncercie Kultu. Najbardziej pamiętam bisy (dopiero wtedy w miarę otrzeźwiałem po uderzeniowej dawce wina, wypitego pod Areną z przypadkowo zapoznanymi dziewiętnastolatkami), "Poooolska, mieszkam w Pooolsce, mieszkam tuu tuu tuuu!!!". W zasadzie pamiętam jedynie bisy. Ale o to chyba chodziło. I że Kazik się tak sympatycznie uśmiechał. A zawsze go miałem za inteligentnego, zasłużonego, ale jednak chuja.

Następny kawałek się ściągnął, oj dobry, płyta będzie kupiona. Nie, no zupełnie genialne. Wieś niewymownie piękna, inspirująca...

Solo na saksie w "Misiu", mniam.

I tego, wszechogarniająca.

Idę dziś na imprezę. Jeśli odpowiednio wyliczę dawkę alku i nie zasnę, to napiszę coś na bombie.

Trzymcie się ramy, to się nie posramy.

Miho bin Krken

:::
2004.08.30 18:13:13
Rachuj, rachuj, wszystko na chuj

takiego to marynarskiego przyslowia nauczyl mnie kolega Piter, ktory przyjechal mnie odwiedzic w ten weekend. Nauczyl sie tego na zaglowcu plynac przez Atlantyk, ponoc mawial tak pierwszy oficer podczas wyliczania pozycji metoda tradycyjna. Ale przyslowie jest ogolnozyciowe, wiec sie nim dziele.

Poza tym wszystko ok.

Z ta ryba tak mi przyszlo do glowy, wydaje mi sie ze dosc trafnie. Nie myslalem o patelni, myslalem zeby nie szarpac splawika, to moze rybak sie nie kapnie i nie wyciagnie za szybko ze stawu.

Ide, spiacy jestem, a jutro znow do tyry o 3:40 pobudka.

Aha, studenci wyjezdzaja z Londynu, wszedzie na sklepach ogloszenia o pracy. Jeszcze tydzien czy dwa ma tak byc, wielka jesienna wymiana obslugi.

Sciskam,

Krk
:::
2004.08.26 18:31:15
Jesli czujesz, ze polknales haczyk
nie szarp sie i rozkoszuj sie smakiem przynety
:::
2004.08.20 14:22:54
Ma ktos na opchniecie po okazyjnej cenie pare pociagow wegla, gazu, ropy itp?

Wlasnie sie dowiedzialem, ze jedna z moich ulubionych kolezanek z pracy jest corka ministra energetyki Kenii. Natomiast druga czarnoskora kolezanka jest corka wodza wioski. Pelen odlot.

Poza tym wszystko ok.
:::
2004.08.09 04:00:08
Tesknilem za tym blogiem, zeby tak po nim pochodzic, poczytac.

A teraz juz musze isc sie kapac. A potem do tyry.
:::
2004.08.09 03:37:08
Mozna powiedziec, ze codzienna tyra, wstawanie o 3:50 nad ranem, powroty z roboty o polnocy i przekraczanie poludnika zerowego wewte i wtewte potrafia czlowiekowi niezle dopierdolic, dlatego pisac sie nie chce i statystyki bloga robia sie takie, ze trzeba by uzyc brzydkiego slowa z pogranicza anatomii. Mozna tez jednak powiedziec poetycko, ze

Nigdy jeszcze w zyciu nie widzialem
Tylu wschodow slonca
I nigdy wczesniej nie widzialem
Tylu usmiechow
Kiedy zmeczeni wracamy Lekka Koleja Doklandzka
Obcy ludzie, ktorym glowy opadaja
I kiedy ktos zobaczy kogos
Z opadajaca glowa
I tamten sie ocknie
Powstaje usmiech.

I czy ktos z was jezdzil kiedys
Czyms bardziej poetyckim, niz
Lekka Kolej Doklandzka?

Albo nazwy stacji:
Wzgorze Wiezy, Swiatynia, Pomnik
Wybrzeze. Ulica Armaty. Przystan Galeonow.
Teraz to moj swiat.

A mieszkam, nie uwierzycie
Na ulicy Oliwinowej
Oliwin, jak mowi mi Google
Jest kamieniem szlachetnym.

Czyli ogolnie jest niezle, zwlaszcza jak sie zlapie takiego poetyckiego kaca w mieszkaniu kumpla Iranczyka, ktory w dodatku ma internet. Bylismy w australijskim klubie, bylo fajnie, wielkie dziewczyny, takie jak lubie. To znaczy ja lubie wszystkie dziewczyny, ale wczoraj lubilem wielkie Australopiteczki.
Moze nawet niedlugo uda mi sie cos zjesc. Kumpel poszedl do pracy i zostalem sam w jego domu, pelnym dziwnego jedzenia: nalesnikowatego chleba i lodowki pelnej puszek opisanych w jezyku perskim. Na szczescie kumpel nie ma psa czy kota, wiec sie nie nadzieje na mielona konine. Ktoz to zreszta wie.

Problem jest taki, ze dzis, po australijskim piwie, wszystko inne ma smak popiolu. Od rana wypilem:
2 szklanki zimnego mleka,
1 puszke koli,
2 szklanki iranskiej herbaty,
2 szklanki soku pomaranczowego.
Zjadlem dwa ibupromy, poczulem sie bardziej inteligentny, ale bol nie minal. Cos im sie popierdzielilo w tej reklamie. A moze ibuprom to lek dla inteligentnych i dlatego na mnie nie dziala?

Swiat jest pelen zagadek.

Wymyslilem tez nowe przyslowie: Co kraj, to inny chleb.

Moze nie niesie ono w sobie jakiejs wielkiej madrosci, nie natchnie nikogo do zmiany swego zycia na lepsze albo chociaz do przeprowadzenia staruszki przez pasy na druga strone ulicy, nawet gdy staruszka tego nie chce, tak wiec przyslowie moje jest takie jak ja sam, nie za madre, nie za prawdziwe, a jednak cos w nim jest.

Od 2 dni probuje tez wymyslic kawal o moim sklepie. Kawal ma byc transformacja znanego w mojej okolicy dowcipu o miasteczku W., ktore w duzej czesci zamieszkane jest przez wojsko. W tym znanym dowcipie dwoch obcych facetow gada sobie, nagle jeden mowi, ze w miasteczku W. polowa ludzi to kurwy, a polowa zolnierze. Drugi, lekko urazony odpowiada, ze jego zona pochodzi z W. Pierwszy zas, bystro ratujac sytuacje, pyta: "Naprawde? A w jakiej jednostce sluzy?"

Moja wersja dowcipu ma byc oparta na fakcie, ze w naszym sklepie polowa ludzi to pedaly, a polowa to Polacy. Byc Polakiem zas to wcale nie jest wielki powod do dumy. Kawal szedlby mniej wiecej tak, ze dwoch gosci sobie gada, nagle jeden mowi, ze w tej kawiarni na Trafalgar Square polowa facetow to pedaly, a polowa Polacy. I ten drugi mowi (tu mam zagwozdke, nie moge wymyslic) mowi cos w stylu "moj kolega/brat/ojciec (jak to ugryzc?) pracuje na Trafalgar Square. Wtedy ten pierwszy, ratujac sytuacje, pyta: "Naprawde? A polyka czy wypluwa?"

Widzicie wiec, ze puenta jest mocna, dowcip jednak wciaz nie ma kregoslupa i bez wczesniejszego tlumaczenia i historii o miasteczku W. raczej nie jest smieszny. Moze wy, drodzy czytelnicy pomozecie? Czekam na propozycje.

W zyciu wymyslilem tylko jeden dowcip, probowalem puscic go w obieg, ale sie nie przyjal. Moze dlatego, ze byl zbyt drastyczny. Opracowuje go wciaz od nowa, ale nie chce zaskoczyc. Ostatnia wersja wyglada tak (do wprowadzenia zmian zainspirowaly mnie najnowsze rewelacje na Onecie):

PRZYCHODZI KSIADZ DO LEKARZA I MOWI:
- DOKTORZE, MOJ PENIS BEZ PROBLEMU MIESCI SIE W NORMIE.
LEKARZ NA TO:
- TO MUSI BYC KSIADZ ZADOWOLONY?
KSIADZ:
- NO NIE BARDZO. NORMA MA DOPIERO 6 LAT.


Prosze tylko nie wpisywac mi w komentarzach: "Krk, ty juz wiecej nie pij. I nie mysl."


Moze jeden z powodow jest taki, ze w naszym kraju niewiele osob kuma, ze Norma to tez moze byc imie dla dziewczynki. Nie znam co prawda nikogo o tym imieniu, ale wiem ze jest takie.
Ale jak u mnie bedzie corka, to dam jej na imie Tradycja. Albo Ekstradycja. W zadnym zas wypadku Patrycja. Ani Angelika. Ani Violetta. Albo dam jej na imie Ekstrakcja. Albo Destylacja. Destylacja Krk, co myslicie?

W kazdym razie jak za miesiac zadzwonie do kumpli, to mam nadzieje, ze jeden z nich powie: "Sory Krk, ze ci przerwe, ale swietny kawal ostatnio slyszalem: Przychodzi ksiadz do lekarza..."

Bywajcie.
:::
2004.08.02 11:30:48
Mam statystyki bloga jak Miller notowania w kwietniu. Winien jestem ja i tryb zycia, ktory prowadze, mianowicie bezmyslna pogon za mamona, trwonienie wolnego czasu na lazenie po muzeach i ogladanie starych skorup oraz bezsensowne pijatyki ze znajomymi z pracy.

W zeszly piatek, nie tak wcale pozno wieczorem, zbudzilem sie na koncowej stacji metra w kierunku przeciwnym i zauwazylem co nastepuje:

1. metro sie kolysze
2. ludzie usmiechaja sie do mnie sympatycznie, choc z troska

Wywnioskowalem z tego, ze primo - jestem pijany, drugie primo - cos ze mna musi byc nie tak. Mialem jak najgorsze obawy, ze np. wykonalem strazaka, ale na szczescie nic z tych rzeczy. Po paru minutach zauwazylem, ze na klacie mam wielka nalepke, jedna z tych, ktore uzywamy w sklepie - czerwony napis na bialym tle: "RETURN TO THE SUPPLIER".
Dowcipni koledzy (lub kolezanki, nikt sie nie chcial przyznac) wyekspediowali mnie w ten sposob do domu. Sami musieli byc na niewaskiej bombie, zeby pomylic kolory i wsadzic mnie do innego metra, ale nie o to chodzi. Cala notatka jest o sile ludzkiego umyslu, dzieki ktorej przemoglem upojenie i w czasie 1.5 godziny wrocilem do domu, wpatrujac sie dziko w tablice ze schematem polaczen, co by nie zasnac.

Sila ludzkiego umyslu. A moze tylko jestem chciwy na pieniadze? Dodam, ze w sobote zaczynalem prace o 6 rano. I nie zaspalem. I przepracowalem caly dzien, chociaz kuchnia kolysala sie jak okret na pelnym morzu.

Mamy czwartego Polaka w sklepie (a jak zaczynalem prace, to nie bylo zadnego). Przejmujemy kontrole, wkrotce hiszpanski przestanie byc jezykiem urzedowym. Ma na imie Andrew i studiowal filozofie. Jeszcze z nim nie gadalem, ale wyglada na niezlego zakreta.

Czas w kawiarni plynie potwornie szybko, nie ma juz sensu poprawiac tego co napisalem, wyciac nudy, dopisac cos jeszcze ciekawego, nie wspominajac o jakims zdjeciu.

Obok siedzi jakis pedek z krainy kredek i bezwstydnie przeglada fotooferty z golymi facetami na jakims serwisie spotkaniowym. Naprzeciwko usiadla wlasnie dziewczyna, ladna, ale wcina cos strasznie woniejacego i atmosfera ogolnie jest skisla, zwlaszcza ze mamy +35 w cieniu.

Dalsze plany na wieczor sa takie, ze przejde sie chyba zobaczyc darmowy koncert nad rzeka, a potem pojade odespac marynarski znoj, bo jutro znow pobudka o 3:45.

Trzymcie sie ramy to sie nie posramy.

Uciekam.

Do nastepnego razu.
:::
2004.07.22 22:00:08
Panie Stanislawie kochany jedyny, ja jak po ogien wpadam. Szybko tylko mowie przyslowie cosmy z kolezanka nowa Polka z roboty wymyslili wczoraj, kiedy sie okazalo, ze po kolejnej klotni menadzerowie nie zamowili polowy produktow, w zwiazku z czym produkcja kanapek stanela w poludnie w punkcie martwym i juz nie ruszyla, ku wielkiej uciesze naszej, a ku strapieniu klientow i kadry zarzadzajacej. Przyslowie brzmi tak:

"Gdzie pedalow szesc, tam nie ma co jesc."

Troche bez sensu, bo pedalow jest trzech, ale trzech sie nie rymuje. Gramatycznie tez nie jest 100% szczescia, ale gramatycznie tez sie nie rymuje.

I jeszcze ten kamyczek przywoze, co to pan Stanislaw prosil, z Jeleniej Gory. Tak, tak, oczywiscie, z Jasnej Gory. Pan wie, kto po nim stapal.

Siema.

Krk
:::
2004.07.19 14:54:28
Dzis poswiece wam pare minut dluzej. Ale co to za pisanie jest, wsrod japonskich turystow ogladajacych jakies krzaczki na monitorze, hiszpanskich dziewic zadajacych dziwne pytania lamana angielszczyzna, z ciaglym zerkaniem na zegarek. Wsrod lomotu klawiszy, niektorzy ludzie napierdalaja w klawiatury tym swoim jednym palcem jakby chcieli zniszczyc w ten sposob cale zlo naszego swiata. Tak to jest.

Gdybym chcial wam powiedziec cos ciekawego, nie wyszedlbym pewnie przed polnoca z tej kawiarni, bo wszystko jest ciekawe.

Mam menadzera pedala, ktorego bardzo lubie, bo jest zabawny. Ostatnio moja trenerka robila mi egzamin, jedno z pytan brzmialo: "czego nie wolno w kuchni", zgodnie z prawda odpowiedzialem, ze w kuchni nie wolno nosic bizuterii i makijazu, a Antonio zza jej plecow krzyknal: "Oh, come on!"

Widze jednak, ze Londyn osiaga stan nasycenia Polakami. W mojej firmie sa juz sklepy, gdzie polowa zalogi to Polacy. Jesli ktos mysli o przyjezdzie, proponuje poczekac do wrzesnia. Ot, i czas mi sie skonczyl (pisalem maile). Pozdrawiam - Krk
:::
2004.07.11 22:54:28
Jeszcze mam troche kredytu, to jeszcze troche napisze. Siostra ze szwagrem oszczedzaja kase, ale jak sie wkurze to sam sobie zaloze internet w domu. Wiec sami rozumiecie.

A jednak kredyt sie konczy. Co wam moge powiedziec tak szybko - ostatnio bylem na imprezie firmowej,3000 luda, picie i jedzenie za darmo. Obudzilem sie na stacji metra w 6 strefie, noc, zero komunikacji. 4 godziny wracalem z buta do domu. He he.

Pozdrawiam

Krk
:::
2004.07.11 22:39:08
Zyje i mam sie dobrze. Wybaczcie, ale jedyna rzecza, ktorej nie potrafie robic w miejscu publicznym jest korzystanie z internetu. Dzisiaj sie przelamalem, w drodze do pracy zaszedlem do kawiarni internetowej, czuje sie fatalnie ale daje wam znak zycia.

W UK jest swietnie, nie czytajcie bzdur na onecie. Pracuje, zwiedzam i chodze na imprezy. Wiaze sie z tym mnostwo zabawnych przygod, na szczegoly musicie jednak poczekac do nastepnego logowania.

Pozdrowska

Krk w podrozy
:::
2004.05.28 11:22:13
Wczorajszy dzień dużo bardziej udany od poprzedniego. Wstałem akurat tak jak trzeba, dotarłem pod punkt rekrutacyjny na dworcu Wiktorii na minutę przed kolejnymi kandydatami, byłem więc pierwszy. Po krótkiej rozmowie zaprosili mnie do kolejnego etapu, więc chyba nie jest źle.
Kiedy jeszcze czekałem w kolejce, obok pojawiła się grupa Japończyków w dość poważnym wieku. Knajpa do której startuję podaje też sushi, więc wziąłem ich za kolejnych rekrutów, ale okazało się, że z peronu obok odjeżdża Orient Express i oni wybierają się na wycieczkę.

Później z moją siostrą i jej chłopakiem szukaliśmy mieszkania, bo wkrótce musimy się wyprowadzić z Manor Park. Objechaliśmy zupełnie fantastyczne okolice. Zastanawiające, że ulica, złożona z dokładnie z takich samych domów jak ta, na której mieszkamy teraz, może wyglądać zupełnie inaczej. Inne światło, inna zieleń, trochę droższe samochody i jest zupełnie inne miejsce.
Zrobiliśmy sobie przerwę na Greenwich. To moje ulubione miejsce. W chińskiej jadłodajni kupiliśmy sobie jedzonko, gigantyczne porcje za śmieszne pieniądze, po drodze kupiliśmy frisbee od ulicznego sprzedawcy i zrobiliśmy sobie piknik na wielkim trawniku w parku pod obserwatorium. To jest życie!

Dzisiaj idę ciężki jak młotek i ostry jak przecinak i otworzę sobie to cholerne konto w banku, choćbym miał kogoś poczęstować siarczystą kurwą macią.

Pozdrawiam - Krk w podróży.
:::
2004.05.26 19:13:02
Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego Monty Python jest taki zakręcony? Zwłaszcza skecze dotyczące urzędów i instytucji? Pamiętacie ten kawałek o gościu, który przychodzi do lekarza z nożem w brzuchu, a tam zamiast natychmiastowej pomocy otrzymuje formularz z idiotycznymi pytaniami?

Nadal nie mogę otworzyć konta w banku. Nie mogę, bo nie mam pracy. Mam już kontrakt, który czeka na podpisanie, ale pracodawca nie może go podpisać, bo nie mam konta bankowego. Wypisałem w tej sprawie kilka aplikacji, zmarnowałem kilkadziesiąt kartek i nadal nic. Cóż, nikt nie mówił że będzie łatwo.

Paragraf 22 to po angielsku Catch 22. Codziennie uczę się czegoś nowego.

Teraz już wiem, dlaczego ludzie na ulicy są tacy zadowoleni z siebie. Mają większość tych problemów za sobą. To musi być przyjemne uczucie.

Ale to wszystko nie pomniejsza mojego zachwytu nad tym krajem, nad miastem i ludźmi, którzy tu żyją. Taki już jestem, uwielbiam skomplikowane kobiety, uwielbiam miejsca z charakterem. Jazda po lewej stronie ulicy, dwa krany przy każdym zlewie zamiast jednego, spłuczki z wajchą - kto tu nie był, ten nie wie o co mi chodzi - piwo bez gazu, herbata z mlekiem nigdzie nie smakuje tak jak tutaj, piętrowe autobusy, mind the gap, zostanę tutaj, poukładam wszystko i będzie jeszcze bardziej zajebiście niż jest teraz.

Kiedy już jestem totalnie podkurwiony, zawsze zdarza się coś takiego jak dzisiaj - puszczają w radiu jakąś zajebistą piosenkę, wychodzi słońce i nagle mam to wszystko w dupie, trafiam do nieba słuchając "Lay Lady Lay", najpierw w wersji Dylana, potem Ministry, potem Magnet, potem mruczącego czarnym głosem Isaaca Hayesa. Co za wspaniały utwór. Akurat na taki ciepły, słoneczny wieczór.
:::
2004.05.23 11:02:48
Małe sprostowanie - nie mogę założyć konta, bo nie mam potwierdzenia adresu w UK. Muszę mniej słuchać współlokatorów, a bardziej polegać na własnych zdolnościach komunikacyjnych.
Byłem wczoraj w banku i pani asystentka powiedziała, że najlepiej będzie, jeśli zarejestruję się u lekarza. Lekarz nie sprawdza prawdziwości tego, co mu powiem na temat adresu. Jedyny problem jest taki, że może to potrwać ze dwa, trzy tygodnie. Ale i na to jest rada. Pani w banku powiedziała, żebym poszedł i od razu powiedział, że coś mi dolega. Wtedy zostanę przyjęty natychmiast i zarejestrowany z miejsca. Ciekawe po co ci anglicy wymyślają te zabezpieczenia w bankach, jeśli tak łatwo jest je obejść. W dodatku sami asystenci klienta podpowiadają, jak to obejść.

Zastanawiam się właśnie, jaką dolegliwość mam sobie wymyślić. Coś niegroźnego, lecz na tyle nieprzyjemnego, żeby wymagało wizyty u lekarza. No i żeby na pierwszy rzut oka nie dało się stwierdzić, że to ściema. Ból głowy? A jeśli wezmą mnie z miejsca na tomograf, wyślą do szpitala i zrobią ze mnie królika doświadczalnego dla studentów medycyny?

W formie jestem kiepskiej, bowiem wczoraj przypadkiem trafiłem do raju. Było to stoisko piwne w sklepie samoobsługowym. Zobaczyłem tam rozmaite gatunki piwa, o których do tej pory tylko czytałem, bo w Polsce wałkuje się 3 piwa do bólu - normalne, mocne i ciemne. A tutaj jakieś bittery, które są smooth, cuda niewidy, ciemniejsze, jaśniejsze, słodkie, gorzkie, dostałem amoku, pokupowałem, pomieszałem, prawie wszystkie mi smakowały, pospałem sobie słodko na kanapie przed telewizorem. Jeszcze jedna zabawna rzecz się z tym wiąże - wczoraj był wieczór amerykańskich seriali kryminalnych, kumpel mi powiedział, że leciały cztery pod rząd. Ja niestety przesypiałem czołówki i zakończenia i wszystko to skleiło mi się w jeden pokręcony, chociaż kierujący się jakąś wewnętrzną logiką megakryminał, rozgrywający się na wschodzie, zachodzie, południu i północy USA, dotyczący jednocześnie tajemniczego zgonu młodego człowieka na schodach, fałszerstwa 3.5 mln dolarów, przemytu wielkiej torby narkotyków, gdzie kluczowym dowodem był kartonik amerykańskich pączków, z których jeden był nadgryziony przez faceta, któremu porwali żonę, a on potem zostawił ślady lukru na kabelku, do którego była podłączona bomba. Bo zapomniałem powiedzieć, że w to wszystko zamieszani byli Chińczycy, próbujący zabić, czy też uchronić przed śmiercią szefa jakiejś korporacji z Szanghaju. Jednym słowem, najlepsi amerykańscy scenarzyści wysiadają przy tym, co mi się wczoraj we łbie wyświetlało, jak patrzyłem w klekota sącząc siódmą puszkę siódmego z kolei gatunku piwa.

Za to rano trochę masakra.
:::
2004.05.22 11:40:10
Kolejne wielkie zaskoczenie. Policja na ulicach chodzi tutaj bez broni palnej! Wyobrażacie to sobie? Mają pałki, kajdanki, jakiś gaz i nic poza tym. Uzbrojeni jeżdżą tylko na poważne akcje przeciwko przemytnikom i gangsterom.

Żeby nie było tak różowo, są w tym kraju również sytuacje niezrozumiałe. Chcę sobie założyć konto bankowe. Nie mogę, bo nie mam pracy. Pracę mam w zasadzie załatwioną, ale nie mogę jej zacząć, bo nie mam konta bankowego. Klasyczny paragraf 22.
Ale coś wykombinuję, w końcu jestem z Polski, no nie?

Pozdrawiam.
:::
2004.05.21 12:48:10
Miło mi że chociaż wy we mnie wierzycie. Tutaj współlokatorzy śmieją się ze mnie, zyskałem pogardliwą ksywę "profesór", nikt nie może zrozumieć, dlaczego nie szukam normalnej pracy na budowie albo w jakimś barze, tylko sobie wymyślam. Chociaż tak poza tym to wszyscy są dla mnie mili.
Ja jeszcze tylko tydzień będę szukał wymyślnych zajęć, potem idę w knajpy i pizzerie.

Dziś wreszcie można normalnie oddychać na ulicy, zrobiło się chłodniej.

Wczoraj zrobiłem sobie wieczór z klekotem. Trochę przechwaliłem to BBC, mają chwile słabości. Ale ubawił mnie taki program, w którym nabijają się z telewizji amerykańskiej. Aż trudno czasem uwierzyć, że puszczają fragmenty prawdziwych show. Najbardziej trafił mnie fragment z programu religijnego, kiedy kaznodzieja wymachiwał żywym noworodkiem, opowiadając o okropnościach aborcji. A na zakończenie dali musicalowy numer o dwóch policjantach, skazańcu i krześle elektrycznym. Masakra.

Widzę, że oglądalność bloga spada. Cóż się dziwić, nie piję tutaj i nie rozrabiam, z waszego punktu widzenia moje życie zrobiło się nudne. Dla mnie to najciekawszy czas od dobrych kilku lat.

Czy ktoś wie, co się dzieje z @linką?
:::
2004.05.20 19:50:48
Ada, no na litość boską...

Za oknem właśnie kłócą się jacyś Turcy.

Po kilku dniach upału mieliśmy trochę gorącego deszczu. Przez parę godzin odrobinę łatwiej się oddychało.

Skopałem pierwszą rozmowę o pracę. Byłem tak skupiony na tym, żeby zrozumieć co do mnie mówią przez telefon, że chociaż zrozumiałem wszystko, to przepomniałem języka w gębie. Kurważ moja kurwa. Ale następnym razem będzie lepiej.

Tymczasem jeśli chodzi o moje aspiracje zawodowe to są one coraz wyższe. Właśnie wysłałem aplikację do BBC. Mówią, że im wyżej celujesz, tym wyżej trafisz. Trzymajcie kciuki.

Krk w podróży.
:::
2004.05.18 11:20:09
Hi! I'm looking for a job.

Nie, to jeszcze nie ja. Jeszcze nie ten poziom desperacji. Na razie omijam bary i kanapkownie, marzy mi się "dobra praca". Od wczoraj masowo wysyłam oferty, odpowiedzi powinny zacząć przychodzić w tym tygodniu. Wtedy się okaże.

Tutaj +25 stopni, gorąco, duszno, słońce cały dzień. Wczoraj musiałem się zdrzemnąć po południu, to jest coś co mi się nie zdarza, zazwyczaj nie sypiam w dzień. Klimat jak w jakiejś Hiszpanii.

Okno w okno z moim pokojem mieszkają muzułmanie z małymi dziećmi, wczoraj o 10 wieczorem matka zaczęła je wyzywać, pewnie rozrabiały. Śmiesznie brzmi taka kłótnia w języku pełnym gardłowych dźwięków.

W chacie mamy 4 telewizory. Jak wracają mieszkańcy z roboty, zaczyna się jazgot. Ale muszę przyznać, że BBC wieczorkiem to telewizja na poziomie. Lubię ich programy dokumentalne.
Słucham też radia w każdej wolnej chwili. Niestety akcent ludzi na ulicy znacznie odbiega od tego, który słychać w BBC.

Jeśli chodzi o ten nagłaśniany w naszych mediach polski potop, to muszę was rozczarować - na naszej ulicy jesteśmy nadal jedynymi białymi. Chyba że czarni Polacy też opuszczają kraj i gdzieś tu na Manor Park mieszka sam Oli.

Może w sobotę wrzucę na stronkę jakieś zdjęcia. Tymczasem pozdro.
:::
2004.05.16 13:57:20
Kiełbasa kurwa krakowska

W piątek byłem w pizzerii, gdzie pracują sami Hindusi. Kiedy powiedziałem któremuś z nich, że jestem z Polski, z wielkim uśmiechem powiedział najpierw: "kurrrwa macz", a potem: "kiejbasa". A jeden z nich, widać bardziej uczony, dodał: "krakow". Tyle mniej więcej obcokrajowcy mają do powiedzenia o Polsce. I nawet gdybym chciał zmienić im ten obraz, to nie mam pomysłu, jakiego słowa mógłbym ich nauczyć.

Wczoraj byłem na imprezie w australijskim pubie. Pełno fajnych lasek (spodziewałem się, że będzie z tym dużo gorzej,0), uśmiechały się do mnie, podchodziły pogadać, jedna siadła mi na kolanach kiedy odpoczywałem na kanapie. Za każdym razem wszystko układało się fantastycznie do momentu, w którym zadawały mi sakramentalne pytanie: "where are you from?". Nagle okazywało się, że czekają na nie zagubione koleżanki, chce im się siku itp itd. Ładną tu koledzy krajanie wyrobili nam reputację. Teraz będę się chyba podawał za szkopa, muszę tylko wymyślić jakąś krótką gadkę na ten temat.

Poza tym jest świetnie. W piątek cały dzień rozwoziłem z kumplem pizzę po takim mieście uniwersyteckim 50 km od Londynu. Miasteczko jak marzenie. Wczoraj byłem w Camden, po drodze zahaczyłem o miejsce, w którym pracowałem podczas poprzedniego pobytu. Sporo się zmieniło, chociaż sama knajpa wygląda tak, jakbym wyszedł z niej dzień wcześniej.

Ogólnie jest tutaj wszystko to, czego mi przez ostatnie 4 lata brakowało. A nie zauważam na razie nic, co by mnie mogło wkurwić. Z pewnością częściowo jest to magia podróży, ale też miejsce nieprzypadkowe.

Pogoda zajebista, ciepło, słonecznie. Biegnę coś ciekawego zobaczyć. Trzymajcie się.
:::
2004.05.14 09:32:43
Co jeszcze wam chciałem powiedzieć - tutejsza Neostrada, teoretycznie porównywalna z tą polską, popierdala tak, że szok.

Usłyszałem też piosenkę, ktróra mnie strasznie wkręciła. Nick Drake "Magic". Polecam romantykom.
:::
2004.05.14 09:26:54
Dawno, dawno się tak nie najadłem jak wczoraj. W dodatku same pyszności.

Ja, biedny chłopak z Burkina Faso, zostałem wczoraj zawieziony na Canary Warf, gdzie stalowo-szklane wieże celują wysoko w niebo. Nagle spojrzałem wyżej - samolot pasażerski. Nie muszę chyba pisać, co sobie pomyślałem. Ale samolot położył się delikatnie na skrzydło i poleciał sobie.

Siostra pracuje tam w knajpie, w której podają żarcie, przygotowane - jak się chwalą - w sposób naturalny, wyłącznie z naturalnych składników. Jak zwykle owinęła już tam sobie wszystkich szefów wokół palca. Coś wam powiem - gdybym był w 1/4 tak ładny jak moja siostra, byłbym szczęściarzem. No więc przyszliśmy tam po nią, dostaliśmy kawę i rogaliki czekoladowe. Ja nie przepadam za słodyczami, ale te rogaliki to był po prostu odlot.
Potem dostaliśmy jeszcze 4 siatki kanapek rozmaitych gatunków, nie udało mi się spróbować wszystkiego niestety. I tak włączył mi się Garfield mode.
A na kolację zjadłem sushi.

Oczywiście po takim festiwalu żarcia nie mogłem zasnąć, zdawało mi się, że dostaję zawału serca. Na szczęście dziś znów dużo biegania mnie czeka.

Jeśli chodzi o pracę, firma, która mnie interesuje, robi nabór w czerwcu, już się z nimi wstępnie dogadałem. Teraz muszę znaleść jakieś tymczasowe zajęcie. Jadę dziś z kumplem do jego firmy pogadać na ten temat.

Widziałem wczoraj na ulicy kilku prawdziwych Anglików. Tak mało ich tutaj...
:::
2004.05.13 10:52:16
W poniedzialek, przedostatniego dnia w Polsce, poszedlem do sklepu "U Magika", gdzie robi sie rozmaite kombinacje z telefonami komorkowymi. Zdejmowalem sobie simlocka, zeby moja nokia mogla dzialac rowniez w angielskiej sieci. Zabieg trwal minute. Jednak kiedy Magik oddal mi telefon i zainkasowal 15 zlotych, zdalem sobie sprawe, ze cos jest z tym telefonem nie tak. Czegos mi brakowalo na wyswietlaczu. Nie potrafilem powiedziec co to jest.
Dopiero wieczorem, kiedy musialem sprawdzic godzine, okazalo sie, ze na wyswietlaczu brakuje zegarka. Po wyjeciu baterii zegarek sie rozstroil i przestal sie wyswietlac. Wystarczylo ustawic go na nowo.

Pisze o tym, bo podobne wrazenie mialem, gdy jechalem autobusem z lotniska do wschodniego Londynu. Jeszcze w powietrzu, podchodzac do ladowania, gotow bylem krzyknac: "przeciez to Polska, oszukali mnie!". Z nieba wiekszosc Europy wyglada podobnie. Jednak kiedy jechalem autobusem i patrzylem na pola przy drodze, mialem takie samo wrazenie, jak dwa dni wczesniej, gdy patrzylem na wyswietlacz telefonu. Cos tu jest inaczej. Podobna roslinnosc, takie same pola, nawet uksztaltowanie terenu podobne do wielkopolskich pagorkow. W oddali domy, gospodarstwa. A jednak od razu wiem, ze nie jestem w Polsce.

W samym Londynie roznica jest tak wyrazna, ze nie ma sie nad czym zastanawiac. Zupelnie inna architektura, organizacja przestrzeni. Kolorowi ludzie na ulicy, mnostwo kobiet z zaslonietymi twarzami, tutaj juz nie mam wrazenia, ze cos jest nie tak, po prostu wiem, ze jestem w Londynie.

Zastanawia mnie tez, ze na pierwszy rzut oka mozna wylowic z tlumu Slowian. Rosjanie, Polacy, Czesi itp. maja w sobie jakies cechy - nie wiem czy jest to sposob ubierania sie, poruszania czy cos innego - ze natychmiast sie ich wychwytuje w kolorowym tlumie na ulicy. Nastepna zagadka w stylu zegarka nokii.

Moje najwazniejsze zadanie na najblizsze dni - zbadac jakie sa mozliwosci pracy, wybrac najlepszy wariant, zdobyc zatrudnienie.
:::
2004.05.12 23:47:11
Sory, zmeczony jestem, tutaj komp w stanie agonalnym, jutro od rana stawiam system. Londyn jak zwykle zajebisty. Samolot ok, na granicy spelnilo sie moje marzenie - przeszedlem przez bramki odprowadzony niedbalym machnieciem reki przez celnika. Wiecej pisac nie mam sily, pozdrawiam polskiego bloga. W kazdym razie potwierdzam moim autorytetem Krka, ze granica UK jest OTWARTA.
:::
2004.05.11 15:35:35
Objechałem wszystkie kantory w Burkina Faso i z trudem kupiłem potrzebne 300 funtów. Funty wykupione - znaczy, że również z mojego biednego puebla wypływ młodzieży jest masowy.

Swoją drogą bardzo fajne pieniądze - napisane jest na nich, że główny kasjer Banku Anglii obiecuje wypłacić posiadaczowi każdego banknotu 50 funtów.

Teraz muszę lecieć. Zobaczymy się pewnie już tam, po drugiej stronie kanału. Trzymajcie za mnie kciuki.
:::
2004.05.11 00:46:58
Przedostatni dzień w kraju spędziłem załatwiając miliony spraw. Ostatnie ekspresowe zlecenie, wizyta w mieszkaniu, podpisanie umowy z Chrząszczem (ta, którą podpisaliśmy w sobotę podczas imprezy, została oblana, podarta, pognieciona i zgubiona,0), potem wizyty u paru znajomych. No wiecie jak to jest.

Odezwało się moje słynne szczęście, rzutem na taśmę zgromadziłem resztę pieniędzy niezbędnych do wyprawy. Przyznam się szczerze, że w zeszłym tygodniu, po zapłaceniu rachunków, paru opłat firmowych i kilku piwnych długów w knajpie, w piątek rano miałem w kieszeni 20 złotych i grubo się zastanawiałem, co począć. Ale akurat przyszedł ten moment, kiedy klienci znów czegoś potrzebowali, w związku z czym musieli uregulować stare płatności. Mówcie co chcecie, ale stara dobra zasada 300 funtów w kieszeni moim zdaniem nadal ma sens, choć oficerowie podobno nie zaglądają już na granicy do portfeli. Fala wyjazdów przeradza się w falę powrotów oszołomów, którzy nie zdawali sobie sprawy, że w Londynie kanapka z serem kosztuje 15 złotych.

Siostra mi opowiada, że niestety obok studentów i normalnych ludzi kręci się po Londynie sporo naszego polskiego bydełka. Oj, pogorszy nam się wizerunek, kiedy to wszystko zacznie kraść, rozrabiać i szczać po bramach.

Poza tym moja ukochana siostra znalazła mi już jakąś koleżankę, którą chce ze mną swatać. Jest Włoszką, ma na imię Roberta, a zdjęcie jest tak niewyraźne, że równie dobrze może to być sobowtórka Naomi co Adolfa Hitlera.
Moja siostra próbuje mnie swatać ze swoimi dobrymi koleżankami od zawsze. Nie wiem, skąd u niej ta dziwna mania. To już jest któraś z kolei taka akcja. Nigdy jeszcze nic z tego nie wyszło, ale nie zraża się niepowodzeniami.

Na czole mam odbitą w formie siniaka fakturę wykładziny z dużego pokoju mojego mieszkania. To stało się wtedy, kiedy Chrząszcz przeszedł z fazy przyjacielskiego poklepywania i potrząsania z okrzykiem: "jaaa bym cię kuuurwa nie uderzyył! nigdy! nigdy!" do fazy szarpania, duszenia i wrzasku: "niee wierzysz mi, kurrrwa?! mi nie wierzysz?!"
To są skutki picia wódki.
Żeby oddać mu sprawiedliwość - ja pod koniec wieczoru ponoć przysięgałem, że odgryzę mu fafika. A opowiadała mi to dziewczyna Chrząszcza, która nie była bardzo pijana, kiedy to się działo. Nie wiem skąd mi się to we łbie wzięło, wszak wypiłem tylko parę piw i szampana. To chyba wszystko z tych nerwów.
:::
2004.05.09 17:29:51
Policja - dno dna

To jasne, że zadymy winni są kibole. Ale kurwa co to za policja, która nie potrafi przeprowadzić akcji, żeby kogoś nie zastrzelić? Za szybko chwytają za strzelby. Za bardzo świerzbią ich palce.

Ja od dziś na widok policjanta podnoszę ręce do góry.
:::
2004.05.09 13:56:31
A dla kiboli powinna być karna jednostka wojskowa, pakować tam, dać najbardziej skurwiałych kaprali z całej armi i wysyłać to dziadostwo na misje w świat, za pieniądze USA. Amerykańce dadzą nam każdą kasę za 20 - 30 tysięczny kontyngent. Bydło należy traktować jak bydło. I oczywiście wysyłać bydlaków na najgorsze misje.
:::
2004.05.09 13:29:48
Taak, ognisko było w miarę, nie przyszli wszyscy co mieli przyjść, ale nie padało. Odkryliśmy, że pies mojej mamy jest zawołanym piwoszem. Rozrywał puszki po piwie i wylizywał resztki, więc postanowiliśmy że nie ma co sępić, daliśmy mu jednego Leszka. Pies waży jakieś 8 kg, więc był poważnie nawalony. Chodził na szeroko rozstawionych łapach, ale wciąż mu było mało.
Rano miał potężnego kaca, przekrwione oczy i był nieswój.
Wczoraj impreza u Chrząszczy, w moim byłym mieszkaniu, które już nie jest moje. Dziwne uczucie. Niby ta sama chata, jeden nowy mebel - kupili sobie kanapę - ale wszystko jakieś inne. Ale impreza się udała, mam siniaka na czole i rozwalony łokieć. Wszyscy wstali na potężnym kacu, przed wyjazdem walnęliśmy strzemiennego i jakoś dzień się pokulał.

Jestem w dziwnym stanie zawieszenia przed wyjazdem, ciekawe uczucie. Przypomina mi się lato 2000, kiedy wyjeżdżałem pierwszy raz, nawet była taka sama pogoda. Pamiętam, że w dniu w którym wyjeżdżałem, w Paryżu spadł Concorde. A parę dni później zatonął Kursk. Mam nadzieję, że tym razem będzie spokojnie. Trzymajcie kciuki. Ja mogę trzymać tylko jeden, bo drugi wybity, hehe.
:::
2004.05.07 10:07:44
Właśnie dzisiaj zaplanowałem ognisko dla przyjaciół. No i co? I pada deszcz od rana.
Pozytywnie patrząc, można powiedzieć - w związku z planowanym przez Krka ogniskiem, aby zmniejszyć ryzyko pożaru, od samego rana jest zimno i pada deszcz.

Patrząc realnie - kurwa ostatni piątek w kraju, zaplanowałem ognisko dla przyjaciół, cały tydzień była zajebista pogoda, a tu akurat dzisiaj musiała się spierdolić.

Myślicie że wyjdzie słońce?
:::
2004.05.05 10:53:05
A jak już wjadę do UK, pierwsze co zrobię to przefarbuję twarz na żółto, przymróżę oczy, zacznę wydawać piskliwe, gęgające dzwięki, wmawiając wszystkim, że jestem Chińczykiem. Bo być Polakiem, w czasie gdy Lepper blokuje mównicę w europarlamencie, jakiś inny oszołom rozdaje tam krzyże, Kraków miasto nieburaków okazuje się być wiochą zabitą dechami, w takim czasie być Polakiem TO JEST KURWA OBCIACH!

Wszystko, co możemy wnieść do Europy, to jest nasz głód i zawziętość - nie jest to mało, bo społeczności, w których brak ludzi głodnych i zawziętych, robią się miękkie i apatyczne - głód i zawziętość powtarzam, bo nic więcej wartościowego nie mamy w tym kraju.

Nagrzewamy się tym, że ktoś tam spróbował bigosu i powiedział, że jest niezły i że nasz chleb jest niezgorszy (zgadzam się, jest dobry,0) ale to jest po prostu Europa, tam się je różne rzeczy, setki tysięcy potraw ze wszystkich stron świata, w tym trzy nasze przepisy, a my się czujemy dumni narodowo i robimy newsy we wszystkich TV i gazetach.

I nie wiem czemu ktoś wyobraża sobie, że nasza kato-paranoja to jest coś, co może zbawić Europę. Nasza kato-paranoja, która najchętniej zagnałaby homoseksualistów najpierw do zamkniętych szpitali, a gdyby nie chcieli zacząć udawać, że są "normalni" to do specjalnych więzień, które szybko zamieniłyby się w obozy koncentracyjne.
Kato-paranoja, która chce wyrokować o tym, co sztuką jest, o tym co nie jest i o tym, co w żadnym wypadku sztuką być nie może. Dla której sztuka to ładne obrazki, ładne piosenki i ładne, pokrzepiające filmy rodzinne. Eleni i jej podobni to są artyści. Wszyscy inni to przestępcy.
Kato-paranoja, która widzi samą siebie jako receptę na zło tego świata. Mam pomysł - znajdźmy jakieś małe miasteczko, gdzie 99,9% to kato-paranoicy, pełno jest takich miasteczek, znajdźmy je i postawmy tam obok meczet, wprowadźmy do miasteczka kilkuset wyznawców Proroka. Za miesiąc będzie tam wojna, krew, zemsta, wypruwanie flaków i obcinanie łbów i wszystko to na chwałę bożą. Bo kato-paranoja wszystko co jest inne uznaje za złe, a złe za niegodne istnienia. No przynajmniej nie w pobliżu.
I może sobie Papież nawoływać do tolerancji, odwiedzać synagogi i meczety; kato-paranoja skwituje to dzikim wyciem "Ojciec Święty!" a po powrocie do domku swoje będzie wiedziała i sąsiadka z dołu ruda będzie mi mówiła "Żydek to, Żydek tamto, ten taki owaki to musi być Żydek, bo Prawdziwy Polak to by tego nie zrobił", ta sąsiadka co zawsze chorągiewki wiesza na Boże Ciało.

Więc wybaczcie, ale rozpierdala mnie w drzazgi jak słyszę, że wnosimy do Unii jakieś wyższe wartości. Jak słyszę o tradycyjnej polskiej tolerancji. Tradycyjna polska tolerancja się właśnie objawiła w Krakowie. Zresztą wciąż się gdzieś objawia.

Głód i zawziętość to są nasze wartości. Nie są wyższe, są niższe. Ale są szczere, szczere do bólu wygłodzonych kiszek i zaciśniętych szczęk. Tego się trzymajmy, zapomnijmy o bigosie, niebieskim laserze, Koperniku i profesorze Wolszczanie odkrywcy planet, bo on to on, a my jesteśmy my.
:::
2004.05.04 22:11:04
Buraaaalu, czy ci nie żaaal???

Czy w tym kraju poza mną nie został już żaden facet z jajami, żeby wreszcie wyrwać buraczanego chwasta? Czy znowu ja muszę brać wszystko na siebie? Mało napaskudził nam do własnego mleka, teraz będzie nam robił wstyd na forum międzynarodowym?
:::
2004.05.04 10:26:03
Ktoś ma jakieś wieści z granicy z UK? Podobno pierwszego dnia podjechało tam 50 autobusów z naszymi - ale czy wszyscy wjechali, czy kogoś zawrócili? Na czym polega odprawa? Pytają o cel przyjazdu? Sprawdzają ile się ma kasy?

Haha, właśnie przeczytałem o Lady Pank - reaktywacji. Udał mi się bardzo ten Panasewicz. Tak właśnie trzeba rozwalać takie imprezki. Garnitury wypierdalać. Szkoda że ich nie potraktował złotym deszczem. Wiecie, tu w Burkina Faso naoglądałem się do obrzygania imprez w stylu "Urząd Miasta zorganizował dla mieszkańców wesoły festyn na rynku, wystąpił Norbi i Kasa, przywitała ich kwiatami żona prezydenta, prezydent i władze wysłuchali w skupieniu programu artystycznego z loży honorowej. Po występie przedstawiciele mieszkańców podziękowali kwiatami władzom za zorganizowanie tak wspaniałego wydarzenia". O ilę Lady Pank mam za nieco chory wykwit, to tym razem lidero ma u mnie 100% szacunku za ten numer.
:::
2004.05.03 22:55:00
Rower+piwo+Hemingway

to ogólny schemat ostatnich dni. Mało komputera. Dużo rozmów.

Czas operacyjny: -8 dni. Zaczynam się denerwować. Nic jeszcze nie gotowe. Ubrania nie poprane. Waluta nie kupiona. Mieszkanie w bloku nie zewakuowane.

A tyle miałem na wszystko czasu.
:::
2004.05.02 13:54:19
Czy serwery śnią o elektrycznych owcach?

Pamiętacie historię z tajemniczym gościem, który pojawiał się w moich statystykach?

W piątek byłem w Poznaniu na imprezie. Spóźniłem się, towarzystwo było już mocno rozochocone. Znałem tylko jedną laskę, która mnie zresztą zaprosiła. Zacząłem nadganiać picie, stosując sekwencję - wściekły pies+piwo+kamikaze, przy czym cały obieg trwał około 10 minut.
Obudziłem się rano w obcym mieszkaniu. W drugim łóżku leżał jakiś facet i oglądał DVD. Z pewną ulgą stwierdziłem, że mam na sobie zapięte spodnie.
Facet jak gdyby nigdy nic wznowił dyskusję na temat mojego życia, jakbyśmy urwali ją wczoraj gdzieś przy końcu. Okazało się, że jest sympatyczny i dobrze się z nim gada.

Potem przypomniałem sobie, że on siedzi mocno w komputerach. W przebłysku pamięci zobaczyłem, jak wieczorem siedzimy nad jego komputerem, pokazuję mu bloga, on sprawdza numer mojego prześladowcy, najpierw nie możemy zdobyć żadnych informacji, więc on posługuje się specjalnym programem, takim z czarno białym oknem gdzie wszystko jest tekstowe i nie działa myszka i okazuje się, że ten numer pochodzi z komputera w Nowym Jorku. Z głównego serwera World Trade Center.
:::
2004.05.01 19:58:21
Powiedzcie mi z czego ci zaplugawieni pederaści robią pieprzone Siouxburgery?

Zjadłem wczoraj pijany jednego, a teraz lawa, która pali mnie, wypełnia moje trzewia, boję się. Jeeee. I tak o samego rana aż do teraz.

W Unii czuję się ok. No, pomijając kaca i zatrucie. A wy?
:::
2004.04.30 14:22:04
Transport potrzebny!

Ktoś jedzie w niedzielę z W-wy do Wlkp.? Najlepiej do Poznania? Transport dla Krka potrzebny. Jeśli załatwię transport, to jutro jestem w W-wie i pokażę na czym polega PROTEST.

Kontakt: w-wilk@wp.pl lub gg 478600

KRK
:::
2004.04.30 11:08:44
Ja wam mówię jeszcze raz, nie podpuszczajcie mnie. Wierzycie w jednoosobowe spiski i jednoosobowe akcje protestacyjne?
Nie podpuszczajcie mnie. Bo zadrży świat.
:::
2004.04.29 18:23:20
Jestem r o z c z a r o w a n y

Spodziewałem się festiwalu głupoty, no ale nie festiwalu nudy.
Korzystając z tego, że przeniosłem kompa do rodziców (tpsa mnie w końcu odcięła,0) gdzie jest telewizor, obejrzałem teleekspress. Zachęciła mnie do tego przeczytana na onecie informacja o Radykalnych Cheerleaderkach, które miały występować podczas manifestacji.
Oczekiwałem prowokacji, czegoś jeśli nie spektakularnego, to chociaż odrobinę niezwykłego. Zobaczyłem kilka brzydkich lasek ubranych jak licealistki na pierwszy dzień wiosny. Nie mówię, że od razu musiały pokazywać owłosienie łonowe w kolorach tęczy, no ale bez przesady. Słowo "radykalny" do czegoś zobowiązuje.

Wypowiedzi manifestantów zupełnie mnie załamały. Czy ktoś nie mógł tam pomyśleć o napisaniu kilku mądrzejszych zdań, powieleniu tego na ksero i rozdaniu wśród ludzi właśnie na wypadek kamer/mikrofonów? Korporacje wykorzystują ludzi? Kurwa mać, moja była dziewczyna wykorzystuje ludzi. Każdy z nas wykorzystuje ludzi. 3/4 z tych manifestujących obiboków przyjechało tam za pieniądze swoich rodziców. Kto ma większe prawo do wykorzystywania ludzi, jeśli nie korporacje? ZHP? Zuchy? Kość. Kat.?

Dominował nastrój pt. "nie mam pracy, nie mam dziewczyny, jest mi niedobrze".

Czy ja mam im pokazać, jak się robi manifestację? Jak się przekazuje coś światu? Nie podpuszczajcie mnie, nawet nie próbujcie.
:::
2004.04.29 11:59:36
anty->alter ???

takie rzeczy dzieją się zazwyczaj kiedy ktoś kompletnie traci jaja. Nie żebym podziwiał jaja antyglobalistów, ale teraz to już są żałośni, a nie śmieszni.
Czyli że tamta nazwa była zła? A może zmienili poglądy? Jeśli nie potrafili wymyślić porządnej nazwy, to jak mam wierzyć, że wymyślili dobry program? A jeśli zmienili poglądy, to może te które mają teraz też są koślawe i zmienią je znów za rok?

Przez cały czas jak trwają te zadymy z antyglobalistami, nie usłyszałem jednego zdania, które wytłumaczyłoby mi, co im się tak naprawdę nie podoba. Jakieś ogólniki albo zwykłe brednie, nic takiego, co by mnie chwyciło za serce.

A wiedzieć powinniście, że moje serce jest czarne, anarchistyczne. Bardziej czarne niż czarna anarchistyczna flaga. Zobaczyłem to dzisiaj z całym płynącym z tej wizji mrokiem, kiedy szukałem pewnych papierów, by zanieść je księgowej. Parę dodatkowych złotych, które zarobiłem w zeszłym roku w pocie czoła. I ja mam z tych paru złotych cały wielki kawał przeznaczyć na utrzymanie tego chorego organizmu państwowego, z którym, jak się bardzo wysilę, jestem w stanie zgodzić się w 0.1% spraw.
Papierów nie znalazłem i z tych paru złotych się nie rozliczę. W dupie to mam.

Już i tak niedługo zaczną mnie ścigać listem gończym za przetrzymywanie przez 5 lat książek z biblioteki uniwersyteckiej. Niejedna kariera naukowa legła w gruzach przez to, że ich nie oddałem. A oni co roku wysyłają mi listy z pogróżkami. I wiecie co pewnego razu zrobiłem z tymi książkami? Wyjebałem je do śmieci. Jak barbarzyńca, chociaż wcale nie jestem barbarzyńcą. Ale nienawidzę bibliotek uniwersyteckich z ich jebaną upierdliwością. Oddałbym dawno te książki, ale że groziła mi kara kilkuset złotych, to je wyjebałem. Jak wrócę z Anglii za 40 lat, będzie czekał na mnie wyrok. Zostanę ścięty na środku wielkiego placu. Nikt już wtedy nie będzie wiedział, co to jest książka, lecz prawo pozostanie twarde.

Nienawidzę instytucji. Nienawidzę mojej spółdzielni mieszkaniowej. I Telekomunikacji, ich nienawidzę najbardziej. Każda ulotka reklamowa TPSA ze zdjęciami uśmiechniętych ludzi doprowadza mnie do wrzenia. A reklamują się w TV? Założę się że tak. Za moje kurwa pieniądze wmawiają mi przez jakieś ulotki i tv, że są ok, kiedy ja widzę każdego dnia, że są bandą wrednych, nieudacznych złodziei. Nic by mi w życiu nie ukradli, gdyby nie wspierało ich chore państwo z pierdoloną policją, komornikami, całą bandą jebanych cweli połączonych jedną myślą - wydrzeć Krkowi w pocie czoła utyrane pieniądze, wyrwać jak najwięcej.
Ale już teraz nic mi nie ukradną. Od stycznia nie dostali ani grosza, a teraz niech mnie szukają pierdolce. Mnie już tam nie ma.
:::
2004.04.28 15:12:34
Czy kobiety potrafią mówić prawdę? Bo kłamać nie potrafią, chociaż robią to wciąż i wciąż.
:::
2004.04.28 12:27:52
Zawsze chciałem to powiedzieć:

- Roberto! Moje płetwy!
:::
2004.04.27 20:55:19
Widziałem cię z innym chłopcem...

(...,0)
Jeśli odejdziesz z tym mutantem
Grzechotnę w drzewo mym trabantem
(...,0)
:::
2004.04.27 17:28:37
:::
2004.04.27 12:31:53
Sprawiedliwy wśród blogerów świata

Obiecałem sobie kiedyś, że niczego nie usunę z tego bloga, nawet jak będzie głupie. Zdarza mi się często wygadywać bzdury, chociaż zazwyczaj nie utrwalam tego w żadnej formie. Tym razem jednak byłem w kropce - napisałem coś takiego, że nie chciałem, by to trwało, a jednocześnie przyzwoitość nie pozwoliła mi udawać, że taka myśl w ogóle nie miała miejsca. Wybrałem rozwiązanie kompromisowe.

Czytam sobie ostatnie dwa miesiące bloga i widzę parę porzuconych wątków, na które zabrakło mi czasu i ochoty. Na przykład to o religiach. Pamiętacie? Buddyzm, chrześcijaństwo, islam itd.
To był taki moment, w którym wydawało mi się, że religie powinny zostać zdelegalizowane. Na całym świecie. Potem sobie pomyślałem, że to niczego nie zmieni, bo ludzie i tak będą się zbierać wokół jakichś idei - jeśli nie będzie to religia, to wystarczy klub piłkarski, narodowość, przekonanie polityczne.
Więc nie delegalizować, tylko pokazywać złe strony.

W BBC pokazali ostatnio rozmowę z hinduskim przywódcą duchowym, którego wyznawcy dokonali jakiś czas temu masakry na muzułmanach. Słuchałem przez moment tego, co mówił, a potem już nie skupiałem się na słowach, tylko na zachowaniu, sposobie mówienia. Mędrzec, człowiek uduchowiony, a zachowywał się jak dziecko. Można by podłożyć ścieżkę dźwiękową z rozżalonym dzieciakiem, odpowiadającym za jakąś rozróbę u dyrektora szkoły. "Ale to Krzysiek pierwszy mnie kopnął" - powtarzane w kółko, jak refren, jako jedyne usprawiedliwienie. "A dlaczego on mnie kopnął? A dlaczego on mnie mógł kopnąć, a ja jego nie? Nie, ja nie zrobiłem dobrze, ale on też zrobił źle." W masakrze zginęło kilka tysięcy osób, w tym ciężarne kobiety.
Z pewnością muzułmanie dali im jakieś powody do wściekłości, nie mówię że nie; myślę jedynie, że to wszystko jest tak głupie, jak tylko głupie może być.
Każda instytucja religijna ma coś takiego na sumieniu.

Tak przy okazji - ktoś wie, skąd się wzięło słowo "kościół"? Jest w tym słowie "kość". Czy kościół to miejsce, w którym się składa kości? Może kość niezgody?
:::
2004.04.26 19:34:14
Mam zrobioną taką stronę startową, na której umieściłem linki do stron, które najczęściej odwiedzam. Tam zaraz obok @linki jest Aljazeera. Lubię mieć szeroki ogląd pewnych spraw. Dziś przeczytałem na przykład, że japońscy zakładnicy, o których życie drżał niedawno cały świat, zostali przez swój rząd obciążeni kosztami przewozu do kraju, hoteli i opieki medycznej. Byli zakładnicy w wydanym oświadczeniu przeprosili naród Japonii za swoją lekkomyślność i za to, że narobili wszystkim tyle kłopotu.

Mnie się to nie mieści w pale. Z drugiej strony, w jakim innym kraju coś takiego jest możliwe, jeśli nie w Japonii?

A grubasa do pierdla. Należało mu się to choćby za filmowego "Wiedźmina".
:::
2004.04.26 12:48:40
[xxxxxxxxxxx
xxxxxxxxxxx
xxxxxxxxxx
xxxxxxxxxxxxxx
xxxxx

xxxxxxxx
xxxxxxxxxxxx
xxxxxxxxxxxxxx
xxxxxxxxxxxxxx]
:::
2004.04.25 20:40:14
Mam sine kolana, podarte spodnie i jestem cały obolały. Jeździłem tak długo, aż przeszło. Prawie. Zaliczyłem komplet upadków, tzn. przewróciłem kobietę, mężczyznę, dziecko i małe (50kg, a były większe,0) cyganiątko. Cyganiątka mają tam chyba status uchodźcy i darmowy karnet, bo ilekroć jestem w Dynamixie, zawsze są. Jeżdżą tam od roku i nie chudną - to kwestia specjalnej diety: frytki+lody+cola.

To, co mnie teraz boli, to jest normalne. Normalny ból.

Misery is a butterfly

Znacie jakieś fajne miejsce w okolicach Poznania/Burkina Faso, gdzie można wyskoczyć pod namiot? Jadę z Wasylem w długi weekend.

:::
2004.04.24 16:47:47
Staciory mojego bloga przypominają mi zebranie Ku-Klux-Klanu. Zakapturzone łby pochylone nade mną.

Ból, ból, kurwa ból. Promyczek światła - Elen w staciorach. Poza tym ból. Pewnie Nadia też tam była, ale niezalogowana. Drugi promyczek, słabszy, domyślny.

Jadę sobie pośmigać na rolkach do dynamixu. Może przejdzie, może zejdzie, może strzeli i zabieli i zabiorą mnie w pościeli, nie będziecie mnie już mieli.

Odcinam się od miejsca w którym byłem, od sytuacji, w której byłem; to jest proces, to boli. Tak zwane "sprawy" do załatwienia, oddawanie książek, magnetofonu, ciuchów i śmieciuchów, zdjęcia, zdjęcia, wszędzie zdjęcia. Każda muzyka ma coś wspólnego z tym wszystkim.

Browar. Dobrze że jest browar. I jeden oddany przyjaciel, który poświęci trochę czasu.

-------------------------

Myślę też sobie o tym, że nasz świat, a już zwłaszcza Polskę, przynajmniej od dekady budują kobiety. Coraz więcej ich widzę - siedzą za kierownicą malucha, z boku jakiś mały, wystraszony facet. Ona gospodaruje pieniędzmi, kupuje mu piwo, jedzenie. Mówię o prowincji, nie wiem jak jest w miastach, pewnie jeszcze nie aż tak. Tu na prowincji faceci się poddają, to kobiety ciągną wózek z bajzlem. I coś wam powiem, idą po najmniejszej linii oporu. Powstaje światek minimalistyczny, tyci tyci, małych domków stawianych na raty i małych fiatów rdzewiejących na podwórku. Kobiety nie mają kurwa rozmachu, co więcej, nigdy chyba nie będą go mieć. Bo im chodzi o bezpieczeństwo, a w bezpieczeństwie nie ma za grosz rozmachu.

A co myślicie o tym, że najbardziej dynamicznymi społeczeństwami naszych czasów są te, w których status kobiety nadal jest bardzo niski?



:::
2004.04.22 13:54:45
A tego nie znałem:

Przychodzi Lepper do lekarza i mówi: "Panie doktorze, co to znaczy, że codziennie śnią mi się ziemniaki?" A lekarz na to: "To proste, albo wykopią pana na jesieni, albo posadzą na wiosnę."
:::
2004.04.22 10:52:36
Szarpie mnie nera!

Jak pewnie wiecie, w tych właśnie dniach pozbyłem się tapczanu. Z powodu wyjazdu nie opłaca mi się już szukać jakiegoś konkretnego leża, zaimprowizowałem więc coś na kształt materaca ze starych poduszek po fotelu. Są niestety różnej grubości, trzeba więc się dobrze przyłożyć, żeby stworzyć przybliżony profil kręgosłupa.
Jeśli jednak śpi się niespokojnie, tak jak ja dzisiaj, poduszki rozsuwają się i spędza się pół nocy na wykładzinie w pozycji narciarza na wyciągu (szpitalnym,0). Jest też prawdopodobieństwo, że podczas zsuwania się w otchłań, koszulka, piżama czy co tam mamy na sobie, podjedzie nam na wysokość łopatek i przez kilka godzin będziemy świecić gołymi plecami w jaskini, po której hula wiatr (lubię spać przy otwartym oknie,0).
A kiedy to wszystko się stanie, następnego ranka nery szarpią jakby ci ktoś kijem zajechał.

A śniło mi się dzisiaj... śniło... miałem was zapytać co to znaczy i zapomniałem. A, już mam.
Czy wiecie co to jest motocykl półgodzinny? Śniło mi się dzisiaj, że przyjechał do mnie kumpel na motorze i powiedział, że to jest motocykl półgodzinny. Próbowałem go wypytać, co to znaczy, ale on wciąż mówił że nie, nie, to nie to.
:::
2004.04.20 14:01:51
O kurwa, patrzę na kalendarz i mi wynika z niego, że dzisiaj jest wtorek.

To co wy macie za syndrom?
:::
2004.04.20 12:57:33
No tak, to się nazywa chyba syndrom nie lubię poniedziałków na blogu. Ludzkość przybita powrotem do pracy nie ma siły czytać opisów wspaniałych imprez, które dopiero co się odbyły i zostały arcyciekawie opisane. A gdzie tu mówić o wpisaniu jakiegoś najkrótszego nawet komentarza w stylu: "nie, nie mogłem być w sobotę na tej imprezie, bo miałem umówioną sesję dominacji w pewnej renomowanej agencji". Albo: "Nie mogłam bo robiłam z babcią wiosenne porządki w słoikach, znalazłyśmy parę butelek porzeczkowego wina z 1997 roku. Pojutrze wypuszczają mnie ze szpitala". Albo: "na Malcie można wpaść pod wariata na rolkach i dlatego tam nie chodzę".

Do wyjazdu już tylko trzy tygodnie, odczuwam coraz mocniejsze mrowienie w kręgosłupie, jest też odrobina niepokoju jak to będzie i w ogóle. Czy wielość gatunków piwa mnie nie oszołomi? Czy 3 lata słodkiego dłubania na własny rachunek nie rozpaskudziły mnie do tego stopnia, że nie będę w stanie podjąć normalnej pracy, z określonymi godzinami, obowiązkami itp?

Z zupełnie innej beczki - próbowaliście tabaki Gawith morelowej? W sobotę wywąchaliśmy z Wasylem wszystko co mi zostało po przeszukaniu przez policję, dzisiaj uzupełniłem zapasy. Wiecie gdzie tu w Burkina sprzedają tabakę? Na stoisku warzywno-owocowym. Nieźle, nie?

Idę robić obiad.
:::
2004.04.19 00:56:08
Zwycięzcą audiotele zostaje użytkownik Hafiz. Gratuluję.

Tapczan był już tak stary, że pod wpływem wilgoci zaczęły wydobywać się z niego opary tych wszystkich bąków, które od pięćdziesięciu lat były w niego puszczane. Jako mebel był niewygodny i niepraktyczny. Rozstałem się z nim bez żalu, choć nie bez wysiłku. W ciągu 10 minut od wyniesienia na śmietnik został rozkawałkowany i wywieziony w nieznanym kierunku przez ludzi-bakterie.

--------------

Może ktoś z was brał w tym udział?

Byłem w Posen. W sobotę koleżanka zaprowadziła mnie na imprezę studencką w gigantycznym mieszkaniu. Tłumy ludzi, klimat obiecujący, niezgorsza muzyka, ale... Wyczuwało się ciągłe oczekiwanie na coś, co wkrótce ma się wydarzyć i wtedy dopiero będzie świetnie. O 23 ktoś rzucił hasło, że idziemy posiedzieć przy fontannie, tam koło Stajenki Pegaza. Ludzie powoli wytaczali się z mieszkania, wciąż ktoś chodził do kibla, było nas około 30-40 osób. Jeszcze w drzwiach jacyś goście się pobili, laski zaczęły wyć. Doszliśmy do fontanny po 30 minutach, a było to może 500 metrów. Tam towarzystwa porozsiadały się po ławkach, laski zaczęły biegać siku do Stajni, inne gdzieś po piwo do nocnego, ja rozprawiłem się z hot-dogiem, niezły był. Próbowałem przez telefon namówić Wasyla żeby przyszedł, bo parę dziewczyn wyglądało obiecująco. Wciąż wszystko wyglądało obiecująco. Po pół godzinie takiego siedzenia bez sensu ktoś rzucił hasło, że idziemy do Grzegorza. Kimkolwiek on jest, pomyślałem. Ktoś mówił, że tam jest świetnie. Poszliśmy. Znów peleton rozciągnął się niesamowicie, znów 500 metrów i prawie pół godziny spaceru. Oczywiście po wejściu na 5 piętro okazało się, że Grzegorza nie ma. Ktoś przytomnie wyjął komórkę, zadzwonił, Grzegorz był u kolegi 200 metrów w górę ulicy. Po 15 minutach nawoływania i marudzenia weszliśmy na 4 piętro innej kamienicy i tam rzeczywiście był Grzegorz i jacyś inni studenci. Ktoś robił żarcie w kuchni, ładnie pachniało. Grupki ludzi porozsiadały się to tu to tam. Brakowało ducha. Ale Grzegorz uśmiechał się obiecująco i mówił: "zaraz pójdziemy do mnie". Po 15 minutach zaczęliśmy ewakuację. Cała dzielnica była już wypełniona ludźmi z naszej imprezy. Wciąż po drodze wywiązywały się jakieś rozmowy, dyskusje, powrót do Grzegorza zajął 15 minut. Atmosfera oczekiwania narastała. W nabożnym milczeniu wspięliśmy się na 5 piętro. Weszliśmy do chaty zajmowanej przez studentów ASP, sądząc po sztalugach, blejtramach, porozkładanych tu i tam martwych naturach z butelek, cebul, desek do krojenia i takich tam. Wtoczyliśmy się do pokoju, gdzie był materac, spała na nim jakaś laska. W kącie stał maleńki magnetofonik, ktoś zaczął go podłączać, bo trzeba to było robić sposobem. W końcu zaczął smętnie grać.
Po 10 minutach złapałem się na tym, że czytam jakąś gazetę, ludzie przysypiali. Zadzwonił Wasyl. Przedstawiłem mu bez ogródek, jaka jest sytuacja (mam nadzieję, że nie uraziłem tym organizatorów tej super imprezy,0), postanowiliśmy, że idziemy do Minogi. Dwie dziewczyny zadeklarowały, że idą ze mną. Ruszyliśmy. Laski zatrzymywały się na każdym piętrze, bo stali tam ich kumple, "poczekaj chwilę" mówiły, aż w końcu po 10 minutach, kiedy nawet jeszcze nie opuściliśmy podwórka kamienicy, powiedziałem "a chuj z tym wszystkim" i poszedłem do Minogi sam.

Wasyl przyszedł niezawodnie, ale w Minodze impreza była już na innym etapie. My prawie trzeźwi, zamówiliśmy po piwie, wyszliśmy na dwór. Na dworze spotkaliśmy dwie laski, z którymi kiedyś przegrandziliśmy całą noc. Popatrzyły na nas, powiedziały cześć i uciekły. Wtedy, tamtej nocy zdradziły nam dużo sekretów, chyba było im wstyd.
Potem zeszliśmy z Wasylem na dół do jakiejś knajpy gdzie DJ puszczał z płyty taką muzykę, nie wiem jak się to nazywa, było łub dub łub dub, dudubdub, wiara tańczyła, nikt nie rozmawiał z nikim.

Poszliśmy do knajpy co się nazywa Zez, wystrój nawet fajny, jakiś statek kosmiczy czy coś, pełno miejsc w których trzeba się przeciskać, odjechany bar. Ale byłem już zmęczony, Wasyl też. Wasyl zagadywał jakąś laskę, trudno było skumać o co jej chodzi, była niby z chłopakiem, ale tuliła się ogólnie do wszystkich. Na parkiet wyskoczyła jakaś para i zaczęła bardzo fajnie tańczyć. Bardzo energetyczne to było. Pozazdrościłem im, no ale cóż, nie wszystko można w życiu umieć.

Posiedzieliśmy, wypiliśmy po piwie, zaczepiła mnie laska mówiąc do mnie "hej koleżko", po 5 minutach ciągłego "co?", "powtórz?", "możesz trochę głośniej?" wywrzaskiwanego nawzajem do uszu zrozumiałem, że chciała, bym jej dołożył 1 zł do piwa.

Poszliśmy z powrotem do Minogi, tam właśnie zamykali. Lubię być przy zamykaniu Minogi, choć obsługa o tej porze jest już bardzo niemiła, nie chcą sprzedawać piwa, puszczają chorą muzykę itd. Sam nie wiem, co w tym lubię, ale trzeci raz już mnie stamtąd wywalali i zawsze było w tym coś pozytywnego.

Szliśmy z Wasylem pieszo do chaty, rozmawiając o życiu, dziewczynach, rozmowa zrobiła się poważna, szczera. Kupiliśmy po drodze wielki kawał kiełbasy, chleb i jajka. W domu zrobiliśmy jajecznicę z 10 jaj, całej kiełbasy, mnóstwo tego było. Gadaliśmy, gadaliśmy, dobrze się z Wasylem gada.

Obudziliśmy się o 14 i Wasyl stwierdził, że ma gdzieś rozjaśniacz do włosów. Zdecydowałem się na zabieg. Wasylowi wyszły żółte jak u kurczaczka z ciemnymi plamami, a moje zrobiły się rudo-pomarańczowe, ale w miarę równe.

Potem wymyśliliśmy, że pojedziemy na Maltę na rolki. Pojechaliśmy. I to był najfajniejszy moment całego weekendu.

Wspaniała pogoda, pełno ludzi na rowerach, rolkach, małych pedałowanych samochodzikach, motorach, skuterach, wszyscy chodzili/biegali/jeździli wokół jeziora. Panowała atmosfera małej, szczęśliwej paranoi. Budki z goframi, frytkami, dzieciaki wyjące "ja chcę loda", psy husky ciągnące właścicieli na rowerach, słońce słońce i jeszcze raz słońce. To nic, że podali nam zapiekanki z mikrofalówki, a mała Cola kosztowała 4 zł. I tak było świetnie.

Potem dworzec PKP, oszukane żarcie w KFC, pełno kibiców piłkarskich (co to, jakiś mecz był?,0) i zawsze przynajmniej kilku musiało śpiewać durne piosenki na całe gardło. O ile szanuję sport, a w piłce nożnej, choć się na niej nie znam, wyczuwam pewną magiczną siłę, o tylę odrazą napawają mnie kibice. Idiotyczny zwyczaj noszenia szalików latem, wycie i zaczepki, bydlęctwo.

No więc pisałem to wszystko tylko z jedną myślą, żeby zadać to jedno pytanie - czy ktoś z was w którymś z tych epizodów przypadkiem nie uczestniczył?

Idę spać.
:::
2004.04.17 11:01:33
Nie, no nie, po prostu nie bo nie

Normalnie nie wiem co mam powiedzieć. Wracamy wczoraj wieczorem z knajpy, już mamy rozejść się w swoją stronę, kiedy dostajemy smak na hot-doga. Jest nas trzech, trzech z fasonem, przy czym jednak więcej fasonu niż nas. Idziemy na stację, kupujemy, wychodzimy wcinając ze smakiem. Przechodzimy obok dużej fury, w niej kilku sporych gości.
Normalnie takie sytuacje nie kończą się dla mnie niczym szczególnym, przechodzę obok i spoko. Nigdy nikt do mnie nie buczy, a nawet jakby co, to nie reaguję. Ale tym razem jest z nami kolega Indian* o skłonnościach (nie do końca, jak się później okazuje,0) samobójczych. Indian patrzy na największego z nich i prycha. Zaczyna się utarczka słowna. Drugi z kumpli, Robo*, widząc że awantura nas nie ominie, postanawia blefować. Wbija się odważnie w sam środek grupy, ociera zarostem jednego gościa, przez moment zyskujemy przewagę taktyczną, inicjatywa należy do nas. Goście są zdezorientowani, a my wchodzimy na stację po jeszcze jednego hot doga. Wtedy się zaczyna. Przychodzi jeden z tamtych i mówi, że na nas czekają za parkingiem. Teoretycznie chcą wyskoczyć na solówkę z Robo, tylko dlaczego nagle jest ich siedmiu, a telefony w dłoniach? Widzimy przez okno, jak pod ich autem zaczyna się kłębić, jak testosteron i amfa podgrzewa sytuację. Czekamy na hot doga, Robo zamawia taksówkę.
Ewakuujemy się szybko, oni za nami nie jadą.

Ale tu powstaje problem, bo kolega Indian nie mieszka na tym osiedlu co ja i Robo. A wracać pieszo mu się nie chce. Robo ma żonę i dzieci. Spoko - mówię - prześpisz się u mnie.

Ja wiem, że z nim różnie bywa, no ale przecież nie powiem mu, żeby wracał pieszo do chaty obok tamtej stacji. On również nie wyraża takiej chęci. Cała ta sytuacja zdaje się go otrzeźwiać, więc z lekkim tylko niepokojem przyjmuję go do siebie. Odstępuję mu tapczan, sam rozkładam poduszki na podłodze. Zasypiamy.

W nocy budzi mnie rumor, hałas spadających z biurka klawiatur, monitorów, nożyczek, pudełek itp. Indian wepchnięty między biurko a ścianę trawersuje w kierunku okna, z niszczycielską siłą przebijając się przez mój sprzęt audio-wideo-PC. Zwraca uwagę jeden szczegół - rozpięte spodnie. Myślę sobie - nie jest dobrze. Chwytam go, wyciągam w kierunku łóżka, on nagle siada na blacie z miną człowieka, który jest przekonany, że trafił do kibla. Ja z niepokojem lustruję okolicę. No tak, plama na tapczanie mówi wprost - jedną potrzebę już załatwił. A spodnie ma suche, czyli że musiał zrobić to w miarę chociaż świadomie.

Rano jak gdyby nigdy nic Indian wychodzi do roboty, a ja zostaję z osikanym tapczanem. Czy ktoś wie, jak się załatwia takie sprawy? Tzn. czy mebel da się uratować, czy już będzie mi tu tak stał i śmierdział? Karcher? Miska+szmata+2 godziny ciężkiej harówki?

Dodam może na marginesie, że staram się mimo wszystko, żeby to był kulturalny dom. Po imprezach sprzątam butelki, przepraszam sąsiadów, jak widzę że ktoś ma puścić pawia to kieruję tę osobę do kibla. Staram się, żeby było czysto, schludnie i pachnąco i taki szczegół jak walący uryną tapczan psuje mi moją wizję miejsca, w którym się mieszka.

Zapraszam do audiotele. Czy Krk powinien:
a,0) samodzielnie wyprać tapczan,
b,0) zawołać specjalistę z karcherem,
c,0) wyrzucić tapczan na śmieci, bo nic już się nie da zrobić.

Koszt zabawy - złotówka plus wat.

------------------------------
*Nazwisko, imię i prawdziwa ksywa znane redakcji.
:::
2004.04.16 18:49:55
Próbowałem właśnie poczatować z Japonką. Ktoś mi wcisnął kit, że one szaleją za Europejczykami. Nie zauważyłem. To znaczy są miłe jak cholera, ale dogadać się z nimi jest potwornie ciężko. Mam na myśli sprzężenie zwrotne, kiedy coś mówisz, ta osoba odpowiada i rozmowa zaczyna płynąć, robi się szósta rano, no wiecie. Chciałem coś poczytać o ich kulturze, ale same pierdoły znajduję w internecie, no to pomyślałem że zasięgnę informacji z pierwszej ręki. No i trafiłem na mur.

No ale ja się nie poddaję, wiecie.
:::
2004.04.16 14:02:12
Właśnie dzisiaj sobie pomyślałem, że przed wyjazdem jeszcze raz dam wam szansę i zaproszę blogersów do Burkina Faso. A tu na WP artykuł o mordercy z internecie. Ale my się nie poddamy terrorowi, prawda?

No więc tak - ostatni raz o tym wspominam w ogóle. Co myślicie o długim weekendzie majowym?
:::
2004.04.16 13:52:25
Oj, jak ktoś jest głupi, to za to płaci

Kupiłem sobie na obiad kurczaka z rożna w supermarkecie. Niepomny zupełnie przygód, które miałem z poprzednimi kupionymi tam kurczakami. Ale tego, co dostałem dzisiaj, nie mogłem się spodziewać. To było skrzyżowanie starej pardwy z piłką futbolową, przyprawione przez psychicznie chorego Chińczyka i wysuszone na wiór na rożnie.

Na szczęście, w jakimś przebłysku rozsądku, w drodze do kasy odwiedziłem dział "PIWA". Dzięki temu swoją dzienną porcję kalorii uzupełniam boskim napojem o bursztynowym kolorze i delikatnym owocowym bukiecie. Lubicie Palma? Ha, byłbym fanem już dawno, gdyby kiedyś nie postanowili reklamować się za pomocą twarzy pierwszego kretyna polskiej telewizji.
No, dzień w każdym razie mam już ustawiony. A wy?

Trzymcie się ramy.
:::
2004.04.16 12:08:25
Słyszałem że mają grać ten sam spektakl w sobotę w Poznaniu. Gość nazywa się Edward Gramont, tytuł to "Ustalenia". Chętnie bym się wybrał, bo akurat będę. Ktoś wie gdzie i o której?

:::
2004.04.15 22:46:38
trutu tutu, tara rara, właśnie chlapię se browara

A wogule to bylem na super teatrze w Młodzieżowym Domu Kóltury.

Zupełnie poważnie mówię teraz - dawno, dawno nie widziałem niczego tak fajnego. Czterej młodzi goście, prowadzeni przez starszego faceta, jak się później okazało - byłego hipisa. Zupełnie odjechane klimaty, tekst bardzo swobodny, momentami wręcz hiphopowy, ale świetnie zagrane.
Specjalnie dla was podpierdzieliłem kawałek scenografii na której napisany był tekst, żeby go sobie wklepać na bloga. No uwaga:

"Pozwól nam Zeusie Boże nasz po cichu udać się do kibla i nie podglądaj nas przez dziurkę od klucza ty grecki zboczeńcu, cuchnący Czeczeńcu i masakro islamskich fundamentalistów. Zostaw nas na ostatek jak zgniły opłatek i połknij nas w imię żarłoczności łączności z wszechświatem czymkolwiek ci się on wydaje.
I wysraj nas z wielkim stękaniem jako gówno tego świata i spuść po nas wodę by spuszczone było to głupie ryło."

I dalej w tym tonie, a był tam Robin Hood, Adam i Ewa i różne inne postaci. A goście występowali w takich płaszczach, jak kolesie w "Porachunkach" Guya Ritchiego. Kojarzycie - moment wielkiej akcji z porywaniem kasy.

No taki teatr offowy to ja rozumiem. Jutro o dziesiątej rano jeszcze jeden spektakl tego gościa, też się przejdę.

Pozdrawiam.
:::
2004.04.14 12:19:00
Z historii zabawnych, acz niepokojących. Zrobił mi się zajad na ustach, poszedłem do pani doktór i zapisała mi ona lek. Stosowałem go bez skutku przez kilka dni, a raczej ze skutkiem odwrotnym do zamierzonego, bo zajad coraz większy, w dodatku na brodzie zaczęły mi wyskakiwać dziwne rzeczy. No i się w końcu zdenerwowałem i zacząłem czytać ulotkę, myślę sobie - może to się je, albo dodaje do herbaty? No i co czytam? Że pani sprzedała mi środek na grzybicę pochwy. No to ja nie wiem, co jej się skojarzyło. Czy że za długi zarost miałem? Może zapach z ust nie ten? Myję kły trzy razy dziennie, ale im bliżej śmierci tym człowiek zaczyna dziwniej pachnieć sam z siebie. A może rzeczywiście złapałem grzybicę pochwy na ustach i to się tak trudno leczy? Będę musiał poważnie porozmawiać z niektórymi koleżankami.

Siostra moja rodzona poleciła mi natomiast witaminę B12, gdzieś przeczytałem, że jest jej dużo w piwie. No więc leczę się od niedzieli (w sobotę piłem jeszcze w celach rozrywkowych,0), zajad nie znika ale czuję się znacznie lepiej.

----------------
Coraz bardziej martwię się o tych biednych Japończyków. No i w ogóle o wszystkie ofiary kozojebczej paranoi.
:::
2004.04.13 16:11:26
Mam pomysł na zrobienie kasy. Przyszedł mi do głowy wczoraj, kiedy szukałem kogoś do pogadania na grupach tematycznych Yahoo. Gdziekolwiek nie wchodziłem, wszędzie było pełno jakichś lasek w stylu a0000000000000licia i zawsze trafiałem na zdjęcie jakiejś gołej baby, obiecującej że jak do niej zagadam to wsadzi sobie coś gdzieś, tylko muszę wypełnić jakiś formularz. Uciekałem, zmieniałem grupy tematyczne a tam wciąż to samo, w końcu wpisałem że szukam kobiety w wieku 40-50 lat, pomyślałem że takie stare są może mądrzejsze, zagadałem do jakiejś Clary z Texasu, zobaczyłem w profilu że nie jest zrzeszona w żadnym klubie kamerowych seksmaniaczek, ona jednak spytała prosto z mostu czy polizałbym ją tu i tam, wymiękłem.

Więc chyba otworzę płatną stronę, na której będę normalnie rozmawiał z ludźmi, o pogodzie, książkach i filmach. Potrzebuję trochę kasy na reklamę, ale szybko się zwróci.

Pożycz mi stary tysiaka do pierwszego
właśnie oczekuję przelewu pocztowego
:::
2004.04.13 12:59:30
good woman is hard to find

anyway

zawsze trzeba brać, kiedy ktoś chce dać
:::
2004.04.12 09:57:21
Hej!

Dzięki za życzenia, za te wpisane i te pomyślane.

Moja Wielkanoc była pełna mocnych wrażeń. W sobotę zrobiliśmy imprezkę na chacie, zaczęło się spokojnie, potem z koleżanką słuchaliśmy KSU i Defektu Muzgó ("Wszyscy pokutujemy za to że żyjemy",0) potem zaczęło się szukanie po szafkach czegoś na dopicie, trafiliśmy na malibu. Dopijaliście się kiedyś malibu? Potem trafiło się jeszcze pół butelki wina domowego. Chrząszcz w przypływie oszołomienia zdemolował sobie pokój. Koleżanki szalały. Zadziwiająca jest w tym wszystkim spokojna postawa sąsiadów, którzy tym razem nie interweniowali. To pierwszy taki przypadek, odkąd tu mieszkam. Śpiewaliśmy "wszyscy pokutujemy" do kratek wentylacyjnych. Może myśleli, że to jakieś wielkosobotnie modły?
Podsumowała to wszystko koleżanka Iza - "ostatni raz bawiłam się tak w liceum".

Wczoraj koncert kapeli kołwerowej, poskakałem, popiłem, a co widziałem, słyszałem i robiłem, to moje. W każdym razie miałem miłe spotkanie z pewną dawną koleżanką.

Ogólnie to ok.
:::
2004.04.10 10:58:44
W.S.S.J.M.D.

życzy

Mih Krk
:::
2004.04.09 20:32:05
Badanie stereotypów

Dopasuj elementy:

A. chrześcijaństwo
B. islam
C. hinduizm
D. judaizm
E. buddyzm

1. zakłamanie
2. nihilizm
3. pycha
4. okrucieństwo
5. zabobon

Nie chodzi mi o to, by powiedzieć, że dana religia jest taka czy inna. Interesuje mnie, które cechy dopasowalibyście do którego wyznania. Powiedzmy, że są to "grzechy główne" każdej grupy wyznawców.
:::
2004.04.09 00:19:15
Kontynuując poprzedni wątek - żeby osiągnąć podobną skalę, terroryści musieliby codziennie, przez 365 dni w roku, dokonywać dziesięciu takich zamachów jak ten w Madrycie.

A przecież nikt nie podnosi krzyku z powodu tych 3000 osób ginących codziennie. Świat myśli teraz o trzech biednych Japończykach, których porwali pierdoleni pasterze kóz. Nie wiadomo czy zginą czy nie, wiadomo natomiast na 100%, że jutro zginie kolejne +- 3000 osób. To możemy być ty czy ja.

Takie spostrzeżenie - w ciągu ostatnich miesięcy bardziej baliście się, że wpadniecie pod autobus, czy że nagle spod ziemi wyskoczy kilku kozojebów i właśnie pod waszym domem (miejscem pracy, autobusem,0) odpalą bombę? Bo ja bardziej bałem się tego drugiego. Dopiero kiedy zdałem sobie sprawę z irracjonalności takiego myślenia, odetchnąłem.
Piszę to wszystko, bo to taka moja prywatna wojna z terroryzmem. Podstawową siłą terroryzmu jest strach. A wystarczy sobie pewne rzeczy uświadomić i porównać, żeby przestać się ich bać.
Bardziej powinniśmy się bać nożowników na amfie, ochroniarzy na dyskotekach, pijanych kierowców TIR-ów itp.


----------------------
Xelc, cóż ci mogę powiedzieć o wyjeździe do UK. Jeśli nie masz tam nikogo znajomego, kto zapewni ci chatę, to potrzebujesz 500-600 funtów na początek, żeby mieć dwa, trzy tygodnie czasu na znalezienie roboty. Co będzie po pierwszym maja, trudno powiedzieć. Ma być łatwiej, ma być lepiej. Zakładając oczywiście, że dość nieźle mówisz po angielsku. Słyszałem co prawda o asach, którzy wjeżdżali zupełnie na pałę, bez forsy, bez znajomości i bez języka i się gdzieś załapali, ale do tego trzeba mieć szczęście i sporo wiary w siebie. Znam parę osób, które pojechały całkiem nieźle przygotowane i po miesiącu wróciły z podkulonym ogonem.

Ja byłem w Londynie w 2000 roku, pracowałem, było zajebiście. Potem wysłałem tam siostrę i jej chłopaka, znajomi im pomogli i teraz są już jakoś ustawieni. Wszyscy czekają co będzie się działo po 1 maja.
:::
2004.04.07 10:42:17
Każdego dnia na drogach ginie 3000 osób. Co roku w wypadkach samochodowych ginie 1 000 000 (milion,0) ludzi.

A my się boimy terrorystów.
:::
2004.04.06 12:51:40
Z drugiej strony...

przed wyjazdem miał mnie odwiedzić w Polsce kumpel, który niestety nie jest obywatelem UK. Żeby przyjechać, potrzebuje wizy. Żeby ją otrzymać, potrzebuje teraz oficjalnego zaproszenia, wpisanego do centralnego rejestru zaproszeń. Obiecałem, że to załatwię, myśląc naiwnie, że wyskoczę do miasta podbić jakąś pieczątkę, zostawić ksero i tyle.

Otóż muszę jechać do Poznania, z zaświadczeniem o prawie do lokalu w którym mieszkam i zaświadczeniem o dochodach. To zaświadczenie lokalowe dostanę w spółdzielni, jeśli udowodnię, że im z niczym nie zalegam, ale jak znam życie to zawsze się coś znajdzie. Już raz załatwiałem ten papier cztery dni, bo w systemie gdzieś im zginęły trzy złote i nie mogli mi go wydać.

Najlepsze jest to, że czas oczekiwania na potwierdzenie zaproszenia to od tygodnia do miesiąca.

A to przecież tylko jeden z dokumentów, potrzebnych do otrzymania polskiej wizy.

Kumpel chciał przyjechać za dwa tygodnie. Nie ma szans.

Płaczemy kurwa rzewnymi łzami, że Amerykańskie procedury wizowe są skomplikowane. Nasze są tak samo pierdolnięte, jeśli nie bardziej.

Szybciej bym pojechał do Warszawy i załatwił kumplowi polski paszport.
:::
2004.04.06 11:24:48
Uważam, że każdy młody człowiek tak czy siak powinien wyjechać z kraju, przynajmniej na pół roku. Lepiej na dłużej. Nieważne czy mieszka w USA czy w Chinach.

To nie ma żadnego związku z tym, co myślę o Polsce. Patrząc zupełnie obiektywnie, ten kraj przeszedł wielką drogę od 1989 roku, wiem że to słowa Kwasa, ale taka jest prawda. I raczej nic innego nie mogło się z nim stać niż to, co się teraz dzieje. Ten kraj zacznie się zmieniać na serio dopiero wtedy, kiedy ci, co teraz wyjeżdżają, zaczną wracać. Wracać z odmienionymi głowami, pełni pomysłów i nowych umiejętności. Ja w każdym razie nic więcej dobrego nie mogę zrobić siedząc tutaj. Takie mam poczucie.
:::
2004.04.05 12:46:49
Nie jestem już substancją ludzką tego kraju. Nie jestem żywą tkanką narodu. Mam to w dupie. Nie jestem Polakiem. Nie chcę. W UK wystąpię o naturalizację. Ja chcę mieć Królową, a nie posłankę Błochowiak. A wy róbcie sobie co chcecie.
I nie pójdę na wybory. Nie mam na kogo głosować.
Odeszła mi nawet ochota na przeprowadzanie zamachów politycznych. Kiedyś chciałem odstrzelić Leppera. Już mi się nie chce. Nie ma sensu. Pieprzę to.
:::
2004.04.05 10:14:20
Właśnie przeżyłem Kurta Cobaina o jeden dzień. Jak na razie wynik taki sobie, ale mam nadzieję że będzie lepiej. W każdym razie żadne głupie pomysły nie chodzą mi po głowie.
:::
2004.04.04 23:26:33
Ja też uważam, że jak wódka, to czysta, bez zmiękczaczy. Chyba że wściekły pies. We wściekłym najbardziej lubię tabasco. Ale wściekły to prawie jak czysta.
Lubię czystą pod ogóra. Albo pod kiełbasę polską. Najlepiej to i to. I piwo do przepicia.

O, a właśnie teraz przypomniałem sobie o słoiku oliwek, które mam w lodówce. Czy oliwki przed snem mogą zaszkodzić? Chyba nie, co?

Już wróciłem. Niezłe były, zielone, bez pestek. To podobno najbardziej podły gatunek, ale ja bardzo je lubię.

Siostra właśnie nadaje mi z Londynu, że pasterze kóz wyznawcy proroka zaczynają buczeć i straszyć. Jeśli coś tam wywiną, to chyba sam osobiście wstąpię do bojówki i zacznę robić porządek z towarzystwem. Ale u nich dopiero XV czy XVI wiek się zaczął, no to co się dziwić, że mentalność inna. U nas kończyło się w tym momencie średniowiecze. Dobrze, że nie mieliśmy wtedy atomówek i kałachów, bo pewnie rozmawialibyśmy dzisiaj nie przez internet, ale za pomocą znaków dymnych lub uderzając kijakiem w wydrążony pień.

Coraz bardziej mi się wydaje, że religie powinny zostać zdelegalizowane. To wszystko zaczyna mi przypominać rok 1984 Orwella, świat podzielony na trzy walczące ze sobą obozy. Zamiast tamtych nazw wystarczy wstawić chrześcijaństwo, judaizm i islam i wszystko gra. Na razie walka trwa głównie na poziomie propagandowym, ale co to będzie dalej? Myślicie, że się uspokoi? Ja myślę, że skończy się to wszystko dużą lekcją pokory udzieloną pierdolonym kozojebom przez Wujka S. A sytuacja będzie wtedy taka, że nikt w Europie słowa sprzeciwu nie powie, jak atomówki polecą na Iran i cały ten syf. Mam oczywiście nadzieję, że tak nie będzie. Ale ręki nie dałbym sobie za to uciąć.
:::
2004.04.03 14:57:46
DJ w klubie Minoga, taki gruby z wąsem, przypomina trochę kocura z bazy rybackiej. Absolutny Miszcz absurdalnych miksów, w dodatku łapy go swędzą, żeby bawić się suwakiem. A wszystkie fajne płyty ma tak zjechane, że nie daje się ich słuchać. Wygnał mnie wczoraj swoimi działaniami z parkietu, i już tylko piłem sok pomidorowy i myślałem, jaki ten świat jest dziwny, po co to wszystko, ludzie udają, że się dobrze bawią, ubierają się w jakieś dziwaczne stroje, a potem jest piąta rano, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku udają się do domów spać, opowiadać, pisać na blogu jak to było zajebiście.
Niestety muszę znów zacząć pić wódkę. Odczuwam bowiem absolutny brak kontaktu ze swym duchem wyższym, rzucił mnie na łaskę rozczarowania.
Smuci mnie również widok ludzi tak pijanych, że ledwie stoją na nogach, na ich twarzach widać gorycz i trud życia. Kiedy sam jestem pijany, nie widzę tego, zdaje mi się nawet, że nie czuję.
Jedno co mnie nie smuci, to przyjaciel Wasyl, zawsze pozytywnie nastawiony, konsekwentnie budujący swój świat.
Gdyby jeszcze w Burkina Faso było dokąd chodzić, może znów odzyskałbym siły. Cóż, podejmę następną, beznadziejną próbę. Byle do maja.

Aha, bilet już kupiony. Jeszcze tylko miesiąc tu. Mam nadzieję, że nic nie przeszkodzi.
:::
2004.04.01 20:21:02
Dręczyło mnie to strasznie, męczyło, że nie mam czasu na pisanie bloga, a kiedy go mam, to jestem zmęczony, albo wyeksploatowany twórczo, że nad takim trudnym słowem to myślę przez minutę.

Aż dzisiaj nagle przyszło olśnienie - przecież to nie ja jestem dla tego bloga, tylko ten blog jest dla mnie. Jeśli nic nie napiszę nawet przez tydzień, to co? Nic! A potem wrócę. I nie będę się musiał tłumaczyć.

Dzisiaj prima aprilis, a ja nikogo nie nabrałem. W tym roku poziom absurdu w tym kraju osiągnął taki poziom, że trudno jest wyskoczyć z czymś świeżym. Media też jakoś cieniutko w tym roku. Kiedy w sondażach zaczyna wysuwać się na prowadzenie Gumofilc, odechciewa się głupot.

Dobra, nie przejmujcie się, to mój biorytm. Zbiegły się w ostatnim czasie dolne stany wszystkich ważniejszych wykresów. Ot i cała tajemnica.

:::
2004.03.30 20:29:30
O rany Ada, aż mi głupio, że przeze mnie popsułaś sobie fryzurę. Sory.

Pani fryzjerka była ładna, choć nie w moim typie. Nie zawsze jestem w nastroju żeby pocieszać płaczące blondynki, mówiące "i co jo tero zrobie?". Ale poradziłem jej, żeby wystąpiła o pieniądze z UE na modernizację zakładu. Ciekawe, czy to zrobi.

Więc to pikantności się zachciewa towarzystwu, tak? Umówmy się - świństwa gadam po północy na gg, zdjęcia topless wysyłam na maila, a bezeceństwa wyczyniam tylko i wyłącznie w realu. Tylko i wyłącznie z kobietami. Tylko i wyłącznie z takimi, które mi się podobają. Choć przyznam, że moje upodobania są zróżnicowane.

Nie zamierzam natomiast opisywać tego na blogu. Kiedyś chciałem co prawda wypłynąć jako autor scenariuszy do filmów porno, dopóki pewien producent nie uświadomił mi, że przy ich produkcji raczej nie używa się scenariuszy. Miałem ochotę się zakręcić jako konsultant na planie.
:::
2004.03.29 20:05:52
Ha, jeszcze nie wszystkie ładne Polki wyjechały. Dostałem prześliczne zdjęcia, dzięki.

Decyzja o opuszczeniu Mordoru wpłynęła na mnie bardzo demobilizująco. Papierowe sprawy zostały nadane, teraz tylko czekać parę tygodni, aż urzędy je przemielą. No i robić się nie chce. A jeszcze parę rzeczy mógłbym zrobić, zarobić parę dodatkowych funciaków przed wyjazdem.
Zamiast tego powracam do mojego zawodu wyuczonego, czyli do scenariopisarstwa. Może przez miesiąc skończę treatment i złożę w agencji. W Polsce co prawda filmów się nie robi, ale producenci kupują czasem scenariusze w nadziei na lepsze czasy.
Piszę też opowiadanie fantastyczne, to, o którym dawno temu wspominałem. Za parę miesięcy będzie gotowe, to wam pokażę.

Dzisiaj byłem u fryzjera i pani właścicielka siedziała na zapleczu i płakała. Przyszedł do niej sanepid i wręczył jakieś nowe normy, podobno unijne, które ma spełnić w ciągu trzech miesięcy. Piszę "podobno", bo bywałem w Unii i nie widziałem nic podobnego, zakłady fryzjerskie są tam zupełnie normalne. Nasze pierdolone urzędasy są jak zwykle nadgorliwe, wymyślają bzdury i zasłaniają się Unią.

Aż z tego wszystkiego Chrząszcz poleciał do sklepu po Koźlaki.
:::
2004.03.28 23:23:37
Dostałem pierwszy list od wiernej czytelniczki. Niestety bez zdjęcia w bikini, ale zawsze coś.

Dziś krótko, bo jeszcze nie odespałem wczorajszej imprezy. Siedziałem sobie z jednym gościem, gadaliśmy o giełdzie i o przyszłości Polski. Doszliśmy do wniosku, że ten okręt tonie. Mam nadzieję, że utrzyma się do maja.

Chciałem jeszcze coś mądrego napisać, ale nie jestem w stanie. Czekam na następne zdjęcia oraz na wyrazy całkowitego uwielbienia i oddania. w-wilk@wp.pl
:::
2004.03.27 11:00:42
Właśnie mi Chrząszcz powiedział z namaszczeniem, że piliśmy wczoraj z naczelnikiem PKO. No już kurwa spokojnie w tym mieście nie można napić się piwa, żeby nie trafić na księdza, naczelnika albo dziwkę. Albo Dyrektora. Albo pracownicę sanepidu, która jest dawną koleżanką z liceum.

Szedłem wczoraj w jednym celu - wystartować do jakiejś laski o akceptowalnym wyglądzie. Mission failed. Wczoraj znów w najlepszej (jeszcze niedawno,0) knajpie w Burkina Faso odbywał się Freak Festival, impreza pod nazwą Nieporozumienie. Czy ja zimą więcej piłem, czy już zaczęła się migracja ładnych Polek na zachód? Jeszcze 1.5 miesiąca temu nie można było wejść do tej knajpy i nie potykać się o cudowne dziewczęta, w dodatku podpite i rozmowne. Tak było i to je fakt, jakby powiedział mój ulubiony bosman, Gorbals Wulie (pisownia nazwiska z pamięci,0).

Chyba się dziś przejadę do Poznania. Chuj z pieniędzmi. Chcę się wreszcie zabawić.
:::
2004.03.26 20:34:23
Zdjęcia żadne jeszcze nie przyszły. Czekam ;,0)

Poza tym to pieprzyć obietnice. Idę na piwo.

Luv

Mih Krk
:::
2004.03.26 17:24:54
Dostałem dziś kosza przez internet, pierwszy raz w życiu.

Drogie panie, jeśli wasi bracia poobrabiali wam już te zdjęcia na photoshopie, to właśnie jest ten czas, żeby je wysłać.

Od paru dni żyję takimi sprawami jak bilety a airpolonii, przedłużanie paszportu, wyrabianie nowego unijnego dowodu osobistego itp. Oglądam Monty Pythona na winampowej telewizji, żeby na powrót załapać, o co chodzi w angielskim akcencie.

Ktoś mi właśnie powiedział, że cały kwiecień ma być taki jak ostatnie dni. Nie mogę w to uwierzyć.

Ktoś inny powiedział, że świat na trzeźwo jest nie do przyjęcia. Ja myślę że ja na trzeźwo jestem nie do przyjęcia. Przynajmniej dla mnie samego.
:::
2004.03.24 13:49:12
Zgubne skutki niepicia piwa. Właśnie to obserwujecie. Spadek kreatywności. Załamania nastroju. Ogólny kryzys motywacji do życia w tym kraju, połączony z nieodpartą chęcią zakupienia biletu typu "one way ticket" w kierunku zachodnim.

Niechęć do onetu. Niechęć do radia. Niechęć do pracy.

Podobno ten moment jest najgorszy.

Wyżywam się na TPSA. W myślach. Piszę do nich listy i ich nie wysyłam. W listach obelgi, albo stwierdzenia w stylu "czuję się, jakbym mieszkał w Chinach". Po co mam wysyłać? Szkoda pieniędzy, oni to i tak zgubią, nie odpowiedzą. Satysfakcji dostarcza mi wspomnienie rozmowy z panem z PENTORA, który parę dni temu do mnie dzwonił, wypytując o jakość obsługi przez tę organizację. Odpowiadałem: "źle", "brak", "nie", "zero", "zero", "zero". I tak dalej w tym tonie. Zjebałem ich od stóp do głów.
:::
2004.03.23 13:28:10
NEOSTRATA

Chciałem wam dzisiaj wrzucić fajne zdjęcie, które zrobiłem na przedpołudniowym spacerku. No i co? No i okazało się, że moja Neostrata nie umożliwia mi obecnie połączenia z serwerem free.of.pl, bo TP Spierdalaj Abonencie ma coś na pieńku z kilkoma firmami i degraduje łącza.

Głupio, nie?

A tymczasem pojeby wciąż przysyłają mi rachunki, jakby nie docierało do nich, że nie płacę od stycznia i już im nie zapłacę, w życiu.
:::
2004.03.22 20:22:58
Wstrząśnięty, nie mieszany.

Tak to właśnie ze mną jest od kilku dni. Od czwartku rano zero browara. Wyprostowały mi się podłogi, zauważyłem, że mam tylko jedną ubikację, jedno łóżko, odkrywam mój własny mały świat na nowo. Przekonałem się też, że komputer wcale do mnie nie gada. Że w knajpie ludzie gadają głównie bzdury. Że ludzie najczęściej gadają bzdury, tylko po pijaku wydaje się to tak skomplikowane, że aż mądre.

Muzyka brzmi inaczej, drzewa wyglądają inaczej, powietrze pachnie inaczej, jedzenie jest inne, wanna, koc, monitor siedemnastka, pani w sklepie, majonez w lodówce, filety z dorsza, siostra w Londynie, onet wcale nie jest taki mądry. Słowem, odkrywam świat na nowo.

Niepokój wzbudza pytanie - co będzie, jak już sobie przypomnę cały świat na trzeźwo, jakiej wtedy poszukam odmiany? Oddychanie holotropowe? Hera? Hare Hare? Tora tora? Tora Bora? Wysłuchaj na spanie?

Znów jesteście w statach, wy moje robaczki. Nie uciekliście zupełnie. Bosko.

Wiosna w tym roku przyszła jako panienka z baru Teaser w Amsterdamie - niby super, piękna, świeża i olśniewająca, ale nie próbuj jej dotknąć, bo dostaniesz. Zimny prysznic na twój rozgrzany łeb. Tak właśnie miałem w tym roku, nie, nie w barze Teaser, nie z panienką, która za 50 euro pozwalała sobie zlizywać tequilę z cycków. Z wiosną. Zimny prysznic i zimny wiatr na dokładkę.

Tymczasem.
:::
2004.03.22 11:56:28
Ależ statystyki poleciały w dół. Masakra.

Zmieniam się. Przestałem pić piwo, rozpocząłem dietę tłuszczową, gram namiętnie w pingwiny na www.yetisports.net i ogólnie jest jakoś inaczej. W tym tygodniu dałem sobie spokój również z kobietami, ciśnienie krwi i tętno od razu się ustabilizowało.

Czas na wirtualne romanse. Fotooferty proszę wysyłać na w-wilk@wp.pl

Ideał? Kobieta, wiek 20 do 33, wzrost powyżej 175 (ja mam 172 ale czuję się wyższy,0), sylwetka kobieca, może być chuda może być grubsza, byle odpowiednie proporcje zostały zachowane. Usposobienie najlepiej wesołe, lecz drobne dewiacje psychiczne (schizofrenia, przewlekła paranoja,0) nie będą przeszkodą. Mogą być rozwiedzione, byle nie mężatki. Bo kto dupczy mężatki zostanie wyjebany w sposób piękny i gładki.

Francesca Piccinini. Marusia z Czterech Pancernych. Maggie O'Connel z Przystanku Alaska. Agentka Scully. Coś w tym stylu. Albo Tanita Tikaram. Albo Krisin Hersh.

Wracam do pracy.
:::
2004.03.20 11:05:57
Ale ładne słoneczko. Idę sobie pośmigać na skuterze. Szkoda że tak wieje.

Jeśli chodzi o wczoraj, to pozostawiam wam swobodę interpretacji. Ja tam swoje wiem.
:::
2004.03.19 17:07:42
kurwa
:::
2004.03.19 00:00:50
Witajcie kochani. Tak jak się spodziewałem, mój wspaniały komp poskładał się w końcu i dopiero teraz, po całym dniu walki odżył. Na jak długo? A, to już wirusopisarzy jebanych proszę pytać.

Wiosny więc nie pokąsałem, zgarbiony nad klawiaturą i sfrustrowany. W dodatku na kacu nieziemskim, gdyż wczorajszy św. Patryk nie przeszedł oczywiście o suchym pysku. Przyjechał z Poznania tow. Lenin, ja pamiętam akcję mniej więcej do godziny 22:30, choć podobno walczyliśmy do 2 z minutami. Z rzeczy, które mi opowiedziano, najbardziej podobało mi się, że wzbudziłem popłoch w taksówkarzu, oznajmiając w czasie jazdy, że będę rzygał. A że z upicia byłem już dość sprosny na twarzy, więc traktowano te groźby zupełnie poważnie. Koledzy jednak nie pozwolili zatrzymać taksówki. A ja oczywiście nie rzygałem, bo zdarza mi się to bardzo rzadko. Podsumowując - narzuciłem sobie zbyt szybkie tempo, zanim zacząłem rozrabiać, już byłem do tego niezdolny, w dodatku mam zero wspomnień. Od dziś rana do odwołania nie piję alkoholu.

Droga Elen, ja z każdą piękną kobietą czuję jakiś emocjonalny związek wymagający omówienia ;,0)

Hafiz - dzięki, sprawdzę, jak tylko poinstaluję sobie Soulseeka i wszystkie bajery.

Reszta - jak zwykle serdecznie, słonecznie i grzecznie pozdrawiam i dzięki że jesteście ;,0)
:::
2004.03.17 15:29:35
No to wiosna już jest. Ekstra.

Mnie jednak męczy dziś inne pytanie. Czy twarz ludzka zmienia się z wiekiem pod wpływem ludzkich myśli? To znaczy czy człowiek, który myśli o rzeczach prostych, z wiekiem staje się coraz bardziej sprosny na gębie, natomiast ten, co myśli o cudach, szlachetnieje? A może jest odwrotnie, ktoś genetycznie jest prostakiem i choćby był niewiadomo jak ślicznym, elfim dzieckiem, po latach wysunie mu się szczęka, urosną neandertalskie brwi, czoło nabierze elegancji samochodu marki Tarpan, kark porośnie kłakiem, a przy okazji jego czaszka zamieni się w śmietnik, pełen słów takich jak "kurwa", "przyjebać", "chuj". Po ulicach Burkina Faso chodzi wielu neandertalczyków wraz z żonami, wyglądają tak, zachowują się i mówią, jest pełna zgodność między tym co na zewnątrz i wewnątrz. Niektórych z nich znam od dziecka, z niektórymi się bawiłem w piaskownicy, byli bystrzy, mieli lepsze pomysły niż ja. Teraz jeżdżą maluchami i nie używają kierunkowskazów, po barach jedzą flaki i piją kawę po turecku, co zadziwiające, mają niezwykle bujny zarost na twarzach, łapy jak szufle. Czy gdyby myśleli o czymś innym, gdyby wewnątrz nadal byli takimi wesołymi dzieciakami, mieliby takie szerokie szczęki? Czy w wieku 27 lat rosłyby im brwi jak krzaki gorejące na pustyni? I włosy w uszach?

--------------
Poza tym wszystkim, jest niezła wibracja, dzisiaj znów piwo na legalu, przyjedzie do mnie towarzysz Lenin, będziemy odpalać bomby śrubowe jak w zeszłym roku, może przyjdą dziewczyny w stringach i kolega znów będzie je rozcinał nożem (stringi, nie dziewczyny,0).

Wiosna pachnie tak, że nawet za sto lat, kiedy wszystko przykryjemy śmieciami i psim gównem, nadal będzie wiadomo, że przychodzi, jej cudowny kobiecy zapach przebije się przez to wszystko i praprawnuki Krka, genetycznie uwrażliwione na ten właśnie zapach, będą pogrążać się w wesołych medytacjach, olewać pracę i pić piwo, tak jak dziś ich prapradziad.
:::
2004.03.16 10:57:01
Mój prześladowca 64.242.88.50 nadal przychodzi, nabijając mi niebotyczne statystyki. Komuś udało się rozwikłać tę zagadkę?

Wczoraj zrobiłem podejście do "Pasji" i kolejny raz podziękowałem Bogu za divixy. Zaoszczędziłem dzięki nim całe mnóstwo forsy, którą w przeciwnym razie wydałbym na filmy głośne, choć rozgłosu nie warte. Co można powiedzieć o "Pasji"? Chyba wypada powtórzyć za pewnym znanym internautą - "książka lepsza".
Z punktu widzenia zwykłego widza kinowego, jest to słaby film, a z punktu widzenia osoby wierzącej, za bardzo czuć w nim Gibsona.

Wiecie, ja bardzo mocno przeżywam filmy, nawet kiepskie i jeśli po 15 minutach nadal mam świadomość, że siedzę w swoim pokoju i patrzę na wytwór jakiegoś reżysera, kiedy widzę wszystkie cięcia, oceniam master shoty i drugi plan, to znaczy że się nie załapałem. Sztuka filmowa się wciąż rozwija i dobrzy reżyserzy wymyślają wciąż nowe sztuczki, żeby takich jak ja cwaniaków zdezorientować, huknąć w łeb i wciągnąć w sam środek swojego świata. A Mel chyba nie odrabiał lekcji od 10 lat, od czasu Braveheart.

Tak poza tym to odkryłem niezłe piwo - tak dobre, że zapomniałem jak się nazywa. Mocne jest. Ale butelkę poznam, bo nietypowa. Bez nalepek, z białym nadrukiem i tam jest łeb kozi narysowany.
:::
2004.03.15 14:32:01
Sory, wybaczcie, zasłuchałem się w mp3 z ringu Leppera z Rokitą.

Dostarczyło mi to więcej emocji niż pierwsze wysłuchanie "Nevermind" Nirvany, niż pierwsze oglądanie "Szeregowca Ryana" - jak w bardzo dobrym filmie były momenty do śmiechu, do płaczu i dużo, dużo do myślenia. Może przesadzam, ale wiecie, ja nie oglądam TV, nie jestem znieczulony, odbieram to wszystko na 100% i przechodzą mnie dreszcze.

Niestety Rokita nie zmiażdżył Leppera, tak jak próbują mnie przekonać w gazetach. Zdenerwował go, a sam był spokojny, ale obawiam się, że dla zwolenników Adolfa to kolejny dowód na to, że jest wrednym skurwielem który sprzedał Polskę, a Adolf dlatego się wkurwił, że nie może znieść tej nieprawości.

Gdybym robił w polityce, wziąłbym do PO na przykład Andrzeja Gołotę. Potem wystawiałbym go zawsze do rozmów z Lepperem, nastawiając go na to, że jak się wpieni, to może mu pierdalnąć fangę. Do Leppera przemówiłoby to lepiej niż groźba kolejnego prokuratora i jego zwolennicy wreszcie zobaczyliby swojego wodza trzęsącego portkami. Po prostu uważam, że gdyby Lepper dostał wjeb przed kamerami, jego zwolennicy uznaliby, że jest cienki.

Cóż z tego, że w moich oczach Rokita rozniesie 10 razy Leppera (a tym razem nie rozniósł,0) jeśli zwolennicy Samoobrony wiedzą swoje i dla nich to Lepper rozniósł Rokitę. Trzeba do nich przemówić w języku, który rozumieją. Niech Gołota w imieniu PO wpierdoli Lepperowi, ogoli mu głowę albo pumeksem zacznie ścierać opaleniznę z ryja. Niech go fizycznie upokorzy. Niech mu zdejmie spodnie i wpierdoli na gołą dupę. Gwarantuję 3 procent spadku poparcia dla Samoobrony po każdej takiej akcji.

Dobra, Gołota to tylko taki przykład, nierealne, ale niech znajdą jakiegoś byłego boksera, takiego co samym wzrokiem wyciska z człowieka nerwowego bąka i niech on fizycznie naprze na Leppera. Jeśli walczyć z Samoobroną, to tylko takimi metodami, bo nic innego do motłochu nie przemówi.
:::
2004.03.13 22:42:04
Tylko bez rutyny proszę.

- Kto zamawiał bez rutyny? - pyta pani barmanka w najlepszej knajpie w Burkina Faso. Piwo jasne pełne bez rutyny raz. Nie da się. Nie da się. W Burkina Faso bez rutyny nie da się przeżyć soboty. No chyba że pójdę na dyskę, gdzie mnie zabiją, a w najlepszym wypadku ja kogoś zabiję w samoobronie. Wziąłbym browara z lodówki i wypił, ale to zbyt smutne. Chyba poczytam jakąś książkę.
Gdybym się upił, nie byłoby to nic nowego. Zero nowych wrażeń. Jedno interesujące pytanie, czy ta laska co zawsze pokaże cycki czy nie. Czekolada z truflami, pychotka jest ta nasza knajpa, ale nie w ilości 1.5 kg tygodniowo.

Zapiszę się na jakieś kółko czy co?
:::
2004.03.12 16:49:48
Zaden crawler, to musi byc czlowiek, bo po dzisiejszej porannej notce wszedl jeszcze tylko raz i odtad go nie widac.

Przypadek?

Smutna wiadomosc. Moj pies, ogromna bestia o zoltych oczach i nastroszonych jasnych kudlach, przyjaciel wrobli i obronca kotow, odszedl dzis w nocy na swoj ostatni spacer. Zarazil sie nosowka podobno od jakiegos kundla przybledy. Jeszcze w poniedzialek bylem z nim na spacerze daleko w lesie, ale zaczal sie zachowywac dziwnie, wiec wezwalismy weterynarza. Wet dawal mu jakies zastrzyki, ale mowil ze szanse sa male. Tak bywa. To byla fajna, wesola, niezmordowana bestia.

Dzis juz nic nie napisze.
:::
2004.03.12 07:47:06
IP 64.242.88.50 - a może to jakiś wirus? Robi mi letko po 20 wejść dziennie, z tendencją wzrostową. Jakby to były akcje na giełdzie, to bym kupował. Tak się chyba robi na giełdzie, nie? Jak coś rośnie to się kupuje?

Żyję więc w permanentnym poczuciu zagrożenia, nie dziś, to jutro smutni panowie otworzą drzwi czarnego samochodu i powiedzą "zapraszamy na przejażdżkę panie Krk".

Prawdą jest też, że w Londynie będąc pracowałem w kuchni z jednym Baskiem z Bilbao, ale wyglądał on niegroźnie. Próbowałem wtedy od niego wyciągnąć jakieś informacje na temat ich paranoidalnej chęci oddzielenia się od Hiszpanii. Łi ar difrent - odpowiadał. Hard tu eksplein, bat łi ar difrent.
Co było w nim zabawne, to że zamiast w mówił b. Bery good, ale np. zamiast pub mówił puv. Mam nadzieję, że u niego wszystko ok, bo to sympatyczny chłopak był.

Zaraz po przebudzeniu miałem w głowie takie zdanie: "w życiu, tak jak na blogu, trzeba przyjąć jakąś konwencję". Nie wiem skąd mi się to wzięło. Właśnie nad tym myślę.

Pozdrawiam!
:::
2004.03.10 16:15:34
Policja obserwuje mój dom

Ten drugi też przyszedł. Poza tym jakiś samochód stoi od rana pod moim oknem, w środku siedzi facet i udaje, że jest niewidzialny. Gdybym przestał się odzywać na blogu, będziecie wiedzieli że coś jest nie tak. Fak, nie opracowałem procedury awaryjnej, nie zapeklowałem nigdzie hasła do mojego bloga, żeby któryś z was, blogowych przyjaciół, mógł zobaczyć te loginy i nadać sprawę komu trzeba, żeby mnie uwolnić, bądź uhonorować moje doczesne szczątki. Teraz czuję, że jest trochę za późno.

Niepotrzebnie też zdradziłem, że mieszka ze mną Chrząszcz, zawsze byłaby szansa że zaskoczymy napastników jego obecnością. A w trójce mówili, żeby wszystkiego nie paplać w internecie, a ja nie słuchałem.

Nabiera sensu zatrzymanie mnie wtedy na moście, w dniu moich urodzin, przez radiowóz drogówki. Zastanawiałem się o co im chodziło, a oni tylko myśleli, że będę miał przy sobie hasło do matriksa. Chłopcy - jestem łatwowierny, naiwny i czasem dziecinny, ale nie głupi. Nie nie.

Dobra, wrzucam tabakę na odwagę i wracam do realnego świata. Mietek co to za zespół? Czy to ma być prawdziwa niespodzianka dla kapitana?
:::
2004.03.10 11:06:39
Wyczerpało mnie pisanie komentarza do poprzedniej notki, a właściwie nie mnie wyczerpało, tylko mój czas wolny. Pozdrawiam was pierdolce kochane.

PS Rany, znów się pojawił ten gość w statystykach. Ujawnij się człecze, bo się boję że to mejtriks mnie zczytuje albo co gorsza LPR szykuje frontalny atak.
:::
2004.03.10 01:03:32
Biedaczki.

Zastanawiam się, które notki w takim razie uznajecie za nieczerstwe i fajne. Takie prawdziwe długasy, gdzie jest dużo o piwie i kobietach, gdzie ktoś opowiada śmieszne historie?

Tymczasem mam kilka zupełnie nieśmiesznych przemyśleń życiowych. Tanie zakupy wcale nie są tanie, są drogie i w dodatku chujowe. Wczoraj mi się wydawało, że kupiłem sobie jedzenia na ładnych parę dni za grosze, dziś połowa tego gówna jest już w koszu. Nie jestem arystokratą o wydelikatnionym podniebieniu, jestem człowiekiem pracy, ale bez jaj, papier toaletowy zamiast tuńczyka? Mąka ziemniaczana w konserwie mięsnej? A to, co zostało, jest tylko niewiele lepsze, przy czym kosztuje to wszystko dwa razy drożej niż na półce.

W jaką stronę zmierza ten świat? Papierowych parówek, wciskanych w bułki o 50% zawartości pierza (z tego robi się spulchniacze do pieczywa,0) i polane chemicznym keczupem?

I najdziwniejsze jest to, że ludzie to kupują i się cieszą, że tanie. W NETTO prawdziwe tłumy, chociaż to dzień powszedni; wszyscy z wypiekami na twarzy, podnieceni - JAKIE TO WSZYSTKO KURWA TANIE! Większość z tych ludzi już nie ma smaku, wystarczy im, że w telewizji im pokażą, jak wygląda parówka i powiedzą, że jest dobra. Proste porównanie obrazka na ekranie z tym, co na talerzu i można uznać, że śniadanie jest ok.

Ktoś powie, że wcale nie muszę być tam, w tym tłumie. Problem w tym, że niedługo już nie będzie dla mnie miejsca. Na szczyt szczytów się nie dopcham, bo nie potrafię być odpowiednio skurwielowaty. Moją naturalną niszą jest górna partia środka, ale ten środek znika w zastraszającym tempie.

Moi kumple ze studiów po imprezie rano odpalają telewizor, oczywiście mały i śnieżący, oglądają program "Bar". Bo z tego można się pośmiać - mówią. Noż kurwa - odpowiadam - pośmiejcie się ze zdjęć z Oświęcimia, że ludziom tak śmiesznie żebra odstają.
Przecież w tym programie ludzie robią z siebie ostatnie gówno. Śmiać się z tego to tak jak śmiać się z Oświęcimia.
A ci kumple to poloniści, w dodatku podobno doktoranci. Moja kra lodowa, na której dryfuję po tym świecie, robi się coraz mniejsza. Cóż z tego, że goście znają się na teatrze, jeśli piją piwo Dobre i Tanie. Żadnego teatru żaden z nich nie zrobi, dadzą dupy tak szybko jak się da. A jeśli nie dadzą, to będą nadal pili piwo DiT i dostaną raka jąder, jak to gdzieś wyczytałem.

Oddałem pierdolony telewizor koledze, a teraz żałuję, że go nie wyjebałem przez okno - byłby niezły cyrk, a ja zrobiłbym facetowi przysługę. Przez jakiś czas łudziłem się, że sobie założę BBC, bo to jest telewizja, którą można oglądać. Ale w mojej kablówce nie ma BBC tylko jakieś telewizyjne parówki z papieru toaletowego.

Oczywiście nie traktujcie tego wszystkiego zbyt poważnie. Tak mi się porobiło po zjedzeniu tego pieprzonego tuńczyka. Ale powiedziałem sobie że jak jestem głupi to teraz muszę przyjąć naukę do końca.

Filozofia życia opartego na tanich zakupach jest chujowa. Powiem wam coś - były tygodnie kiedy jadłem tylko ryż z keczupem, ale był to przynajmniej porządny ryż i porządny keczup. Tak samo jest z piwem - nie piłem go przez dwa tygodnie, ale jak zacząłem, to nie jakieś DiTy srity tylko Tyskacza i to kurwa w knajpie, wśród pijanych Romów co na korytarzu grali na gitarze.

Wkurwiłem się, bo wycofali ze sklepu moje ulubione parówki, które nazywały się "Dobre" i były o dziwo dobre. Teraz są podobne, w tej samej cenie, nazywają się "Dobre" i są chujowe.
Na szczęście jest jeszcze ryż i keczup. Ale jebany kombinat ściemniaczy i złodziei już pracuje, jak tu odebrać mi mój ulubiony keczup i podsunąć mi tańszy, chujowy. Ja wiem, to nie chodzi o mnie, ja nie jestem interesującym człowiekiem dla systemu, bo mam go w dupie i nie daję się manipulować. System jest zainteresowany tymi, co oglądają Big Brothera albo tymi co twierdzą, że Ich Troje jest fajne, bo można się z tego pośmiać. A że mnie przy okazji wezmą głodem to sobie zaliczą na plus.

Ktoś tu pisał ostatnio, że Ich Troje jest ok bo cośtam. Mam ogromną nadzieję, że to było ironiczne komentowanie jebanej pozy. To że ktokolwiek traktuje ten zespół poważnie, to jest obelga dla wszystkich, którzy kochają swoje matki. Ich Troje to papierowe parówki w bułce z kurzego pierza polane chujowym keczupem, w którym w ogóle nie ma pomidorów.

Ja się pytam, gdzie jest polskie Morphine. Gdzie są w ogóle dobre polskie zespoły. Wiem, że gdzieś są, tylko widowiska w stylu Idola są poniżej ich godności, a normalnym ludzkim trybem już teraz nic nie idzie.

Dobra, przyznaję, grałem kiedyś do kotleta, ale robiłem to bezczelnie do granic możliwości, w dodatku śpiewałem. I nigdy z chłopakami nie przepuściliśmy okazji, żeby narobić jakiegoś dymu gdy ktoś nas podnerwił. A jak mieliśmy ochotę to graliśmy Doorsów z 15-minutową solówką, nasz pianista był zajebisty, mówię serio, więc to był naprawdę miodzio, z tym że ludożerka wymiękała.
Kiedyś jeden buraczany, najebany prezesunio przyszedł do Micha, pianisty i naszego wodza, żebyśmy zagrali "Sto lat". Wcisnął mu sto złotych w kieszeń, co Micha wkurwiło. Więc odpowiedział na to, że my nie znamy, bo tylko on jest Polakiem, a reszta kapeli jest z Węgier i że gościu ma nas nauczyć. I facet zaczął nam śpiewać, my udawaliśmy, że nie wiemy o co chodzi, pan prezez w rozpieprzonej koszuli i przekrzywionym krawacie śpiewał zupełnie atonalnie i naśladując go robiliśmy niezły młyn. Cała knajpa wyła z tego gościa, ludzie kulali się po ziemi, aż w końcu przyszli ochroniarze i nas wyjebali, bo się okazało, że to był najlepszy klient, znajomy szefa. Zabrali nam to sto złotych, nie zapłacili za granie, ale mieliśmy ubaw z tej akcji przez następne cztery miesiące.

Jak rebelia to rebelia.

Nie, nie powinienem pisać w takim stanie. Trzymajcie się.
:::
2004.03.09 11:03:11
Tajemnicze osoby, które mnie śledziły, gdzieś się rozpłynęły. Robiło mi się dziwnie gorąco, kiedy widziałem po czternaście logów z jednego IP pod rząd. Czyżby to przez niefrasobliwe wierszyki, które swego czasu tutaj umieszczałem, w stylu:
Lepiej już w Zimbabwe mieszkać
Niż mieć za premiera Leszka

?

Sharks patrol these waters
Sharks patrol these waters
Don't let your fingers dangle in the water


A to już Morphine. Daje do myślenia.

Śniło mi się dzisiaj, że trafiłem do pierdla. Wszystko przez to, że ostatnio fotografowałem łóżka więzienne. W ogóle dziwne rzeczy robię ostatnio, a dziś o 16 idę znów na tyjatr jeksperymentalny do Burkinafasowskiego Domu Kultury. To wam powiem jak było, oki?

Mam dużo pracy. Tęsknicie za mną czasem, gdy zamiast długich i przezabawnych notek wrzucam jakieś krótkie gówienka na odczepne?
:::
2004.03.08 22:55:35
Chyba muszę się przepoczwarzyć. Tylko nie wiem w co.

Aha, nie kupujcie taniego tuńczyka w NETTO. Co z tego, że tani, jeśli w połowie składa się z papieru toaletowego.
:::
2004.03.08 11:55:01
Praca od 8 rano w poniedziałek to jak strzał z młotka w sam środek mojego łba. Nie zdarzyło mi się to od czasu kiedy robiłem kanapki w Londku. Trochę za mocne przeżycie. Uaaa!

Zapomniałem wam powiedzieć, że wczoraj odpaliłem Zrywnego. Ach, jak on się rwie do jazdy. Ale zimno tak, że smarki zamarzają w nosie a łzy wlatują za kołnierz. Albo na odwrót, już nie pamiętam.

Jeden z nas składa życzenia wszystkim kobietom. Drugi nie.
:::
2004.03.07 21:34:06
Szczegóły to sam chciałbym poznać. Ale z różnych strzępków wspomnień, przeczuć i domysłów maluje mi się pewna historia. W przybliżeniu chodziło o to, że zapoznana wczoraj wieczorem w najlepszej knajpie w Burkina Faso kobieta zapytała mnie, czy ją odprowadzę do domu. Byłem już po wymieszaniu wódki z piwem, nastrój miałem fantastyczny, towarzyski. Po drodze rozmawialiśmy o mało istotnych sprawach, jasne było, że sytuacja jest rozwojowa, ale żadna konkretna propozycja nie padła. Jednak gdzieś w okolicach jej domu przeskoczyłem nagle kilka niezbędnych etapów takiej znajomości, mianowicie zacząłem się zastanawiać, co bym chciał żeby mi zrobiła na śniadanie. Wiecie, wciąż ta sama śpiewka o jajecznicy i herbacie z cytryną. Załączył mi się Garfield mode.

Następne wspomnienie mam takie, że zarykuję się ze śmiechu na moście niedaleko mojego pieprzonego blokowiska.

Poza tym nie mogę już chyba chodzić do tamtej knajpy, bo wciąż proszą mnie żebym znów zatańczył bez spodni.

Dziś cały dzień czilautowania, bo impreza była z okazji tego że odwiedził mnie kumpel ze studiów, chodziliśmy skacowani po Burkina Faso, odwiedziliśmy jakąś wystawę i otarliśmy się o wielką politykę, bo akurat dziś w Burkina Faso działy się jakieś Ważne Rzeczy. Nie wiem jakie, bo nie mam TV, a na onetach nic nie ma.

Źle mi się myśli. Trzymajcie się koFani.
:::
2004.03.07 10:03:49
Nie, ja nie wierzę że to zrobiłem. Po prostu nie wierzę. Pozostaje mi śmiech, serdeczny śmiech z samego siebie. Bo to nawet jest śmieszne.

A impreza tym razem fajna, znajomi, rozmowy, potem rozmowa o życiu z sympatyczną kobietą.

A potem Krk zaszalał.
:::
2004.03.06 13:53:56
Nie lubię w życiu kilku rzeczy, nie lubię pedalstwa z rozsądku i picia z poczucia obowiązku. Wczoraj postanowiłem to sprawdzić, chociaż z nikim nie byłem umówiony, z nikim nie miałem się spotkać. Chciałem zobaczyć jak się czuje człowiek, który w piątek wychodzi do knajpy bo wie, że jest to jedyny dzień w tygodniu, kiedy może zaszaleć.

W najlepszej knajpie w Burkina Faso nie spotkałem nikogo znajomego, nie było żadnej ładnej dziewczyny, co się zdarzyło pierwszy raz w historii, za to widziałem kobietę z wąsami jak Adam Małysz. Ludzie byli dziwni, obcy, przypomniała mi się piosenka Doorsów "People are strange". Niezrażony tym faktem zamówiłem piwo, tak jakbym zamawiał bilet do cyrku, pewien że gdy je wypiję, spadnie zasłona i zobaczę prawdziwe oblicze piątkowego wieczoru. Ale zasłona nie spadła ani po pierwszym, ani po czwartym piwie. Gdy dopijałem czwarte piwo, jedna z dziewczyn zaczęła mi się wydawać interesująca. Niestety siedziała obok jakiegoś kolesia, który coś jej opowiadał, wrzeszcząc co chwilę: "kurrrrwaaaa!" a ona się śmiała.

Dziś zaczęliśmy z Chrząszczem odkrywać robacze truchła w różnych miejscach kuchni. Znaczy się, to jednak nie było kakało z jajkiem, tylko morderczy preparat Robokopa. Ta moja poznańska część osobowości, która żałowała wydanych na operację 30 złotych, cieszy się z tego. Natomiast ja, Krk, się martwię. Robaki mają wykrzywione cierpieniem twarze.

Pozdrawiam Hutę Kęty wraz z całą załogą.
:::
2004.03.06 09:09:41
Picie w piątek tylko dlatego, że jest piątek, to nuda. No ale wszystkiego trzeba w życiu spróbować.
:::
2004.03.05 19:38:05
Nie ma to jak sobie trochę ponapierdalać na gitarach, dzisiaj dostaliśmy amoku, chyba wszystkim zebrało się sporo bezsensownych wibracji, urządziliśmy sobie gitarową saunę, pokrętła na prawo, Gruby wyjął najcięższe pały do perkusji, sensu w tym nie było żadnego ale nie o to chodziło, były dwie godziny hałasu że jeszcze gwiżdże mi w uszach. Gitarowa sauna.

Czuję, jak myśli układają mi się teraz w głowie, powoli zaczyna się krystalizować wizja. Spokój.

Jestem śledzony na tym blogu, w statystykach pojawiły się dwie postaci zakodowane, które wchodzą tu po dziesięć razy dziennie. Jest mi z tego powodu miło, choć boję się że może chodzi o coś innego, ktoś zbiera przeciw mnie dowody, może to komputer Jakubowskiej zaczął żyć własnym życiem i odwiedza mojego bloga, szukając zagubionego "lub czasopisma". Albo się okaże że to ja, nieświadomie, jestem winien tego całego zamieszania. To jest najgorszy z moich koszmarnych snów, wiecie? Okazuje się, że jestem winny jakiejś potwornej zbrodni, chociaż nic o tym nie wiem. Przychodzą do mnie policjanci, wypytują mnie, ja zaprzeczam, wiem że tego nie zrobiłem, ale dowody są jednoznaczne, wszyscy wiedzą że to ja, nawet osoby którym ufam, w końcu zaczynam widzieć to co zrobiłem, jak to zrobiłem, nie wiem czy to wizja czy pamięć, w końcu się przyznaję, poddaję, zastanawiam się tylko jak to się stało.

Może to właśnie tak będzie?

Drugi koszmarny sen jest taki, że potwornie chce mi się sikać, a znajduję się w świecie, w którym ludzie o sikaniu nie mają pojęcia, nie ma ubikacji, nie ma pisuarów, nie ma bram, ustronnych miejsc, wstaję więc w środku jakiegoś zebrania i zaczynam sikać w szczelinę między meblami, albo pod szafę, albo w jakąś kurtkę wiszącą na wieszaku, modlę się żeby nikt nie zauważył, ale po chwili już wiem, że wszyscy na mnie patrzą.

Właśnie mi się przypomniało, że mam dla was prawdziwą bombę. Słuchajcie: jest taka huta, w miejscowości Kęty, tak się zresztą nazywa - Huta Kęty. Specjalizuje się ona w elementach ciśnionych i ciągnionych. Niewtajemniczeni - za pomocą ciągnienia produkuje się np. pręty stalowe.
Ponieważ huta jest mało znana, dyrektorzy poprosili speców od PR żeby wymyślili jakieś hasło, które będzie zawierało nazwę oraz specjalizację tego zakładu. Poza tym powinno być zabawne, łatwe do zapamiętania i powtarzania.

Huta. Stal. Pręty. Rury. Wydaje wam się, że temat beznadziejny?

Cóż to jednak dla specjalisty. Następnego dnia dyrektorzy usłyszeli taki oto wierszyk:

Huta Kęty
Ciśnie rury, ciągnie pręty


Myślę, że za parę dni w całym kraju ludzie będą wiedzieć o istnieniu huty w Kętach i o tym, co się tam wyrabia.
:::
2004.03.05 10:35:03
Nie, nic, tak mi się robi czasem gdy za dużo pracuję.
:::
2004.03.05 09:08:35
Gdybym mówił językami angielskim, niemieckim i hiszpańskim, gdybym posiadł wszelką wiedzę i cztery fakultety, gdybym nawet poderwał dziewczynę piękną jak wiosna i mądrą jak Platon, a pieniędzy bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.
I nic bym nie stracił, ale też nic bym nie zyskał.

Byłbym jak menadżer nawołujący na pustyni piasek do bardziej owocnej pracy, albo jak dyrektor kreatywny próbujący znaleźć nowe znaczenia metaforyczne dla oceanu. Byłbym jak trzepaczka do szampana albo specjalna maszyna za 2000000 dolarów do dziurawienia polskich dróg.
:::
2004.03.05 01:05:51
Jeśli jesteś z kobietą i ci na niej zależy, chciałbyś, żeby wszystko było dobrze, starasz się, jesteś wierny i zaangażowany, słowem jeśli chcesz, żeby to trwało, masz tylko dwie możliwości.

Po pierwsze, zabić jej najlepszą koleżankę (albo koleżanki,0), bo ta pieprzona menda stanie na głowie, żeby skłonić twoją ukochaną do kurewstwa i jeszcze będzie jej wmawiać, że to jest ok.

Po drugie, możesz jej nie zabijać, tylko po prostu zerżnąć. Wtedy głupia suka będzie siedziała cicho i będzie mówiła o tobie same najlepsze rzeczy i budowała w oczach twojej ukochanej jak najlepszy obraz twojej osoby. Oczywiście ze strachu, żeby się nie wydało.

Osobiście polecam drugie rozwiązanie i to z kilku powodów:
- jest jakby bardziej legalne,
- jest przyjemniejsze (no chyba że się jest psychopatą,0),
- pozwala sobie uświadomić, że miłość to nie jest ciągła sielanka, czasem jest to pierdolone pole bitwy, na którym leje się krew i nie ma wygranych. Czasem trzeba się poświęcić. Czasem trzeba zobaczyć, co jest snem a co rzeczywistością. Spocone ciało jest rzeczywistością, ale tylko wtedy, kiedy nie masz głowy zapchanej bzdurami o przeznaczeniu, o ponadczasowości uczuć, kiedy nie jesteś zaczadzony różową mgłą rodem z popcornowych filmów o chłopcu i dziewczynie. Gdzie lepiej to zrozumiesz, jeśli nie między nogami przyjaciółki twojej wielkiej miłości?

Nie ma kochania bez katowania.

Jeśli najlepsza przyjaciółka twojej ukochanej na ciebie nie leci, to wkrótce zacznie cię nienawidzić, a wtedy całą moc swego niewielkiego, ale pokrętnego rozumku wykorzysta, by wam zaszkodzić. I im więcej prawdziwej miłości zepsuje, tym bardziej będzie się cieszyć. Wiesz dlaczego? Bo takie niedopierdolone przyjaciółki najbardziej lubią pocieszać, a rozjebanie związku to wprost wymarzona ku temu okazja.

Jeśli przyjaciółka jest zbyt brzydka, żeby ją przelecieć, a jednocześnie brak ci determinacji, by ją zabić, rzuć na nią podejrzenie. Zaatakuj pierwszy, sugerując, że ona na ciebie leci. Prowokuj dwuznaczne sytuacje, w których ty będziesz wyglądać niewinnie, a ona będzie się czerwienić. Wspominaj półgębkiem, że w jej zachowaniu zauważasz coś dziwnego.
Jest to półśrodek, ale wachlarz w pełni skutecznych działań jest, trzeba przyznać, niewielki.

No tak, mądry Krk po szkodzie.
:::
2004.03.04 23:31:22
Cześć i dzięki za ryby
:::
2004.03.04 17:47:01
Będę się powtarzał, ale...

... chuj w dupę wirusopisarzom.
:::
2004.03.04 11:19:25
Właśnie się dowiedziałem, że wcale nie byłem spokojny w Poznaniu, znów usłyszałem kilka cierpkich słów od kolegi, który musiał mnie uspokajać, gdyż natchniony jakąś myślą doskakiwałem do domofonów, dzwoniłem i wrzeszczałem wielkim głosem: "OTWIERAĆ W IMIĘ MORDORU!".
:::
2004.03.04 09:37:36
Przygody dzielnego pływaka Krka

No tak, wreszcie się udało. Pozbierałem się i poszedłem na basen na 7 rano.

Tak to czasem jest, że jak bardzo chce się coś zrobić, intensywnie się o tym myśli i wytwarza się jakąś wizję, że po tym wszystko będzie inne, że będzie wspaniale. Tymczasem o 7 rano na basenie sporo ludzi, jakieś grupy pływackie które mnie dołowały, bo 15-letnie dziewczynki robiły trzy długości basenu kiedy ja robiłem jedną. Poza tym zapomniałem, że basen mnie rozluźnia i uspokaja, więc wyszedłem zadowolony z życia, ale bez zapału bojowego. Ogólnie nie warto się tak szarpać, spokojniej było o 17-tej i bardziej pasował mi ten czilaut o tej godzinie niż teraz.

Aby nie poddać się zwątpieniu, postanowiłem zrealizować jeszcze jedną myśl, która mi chodziła po głowie, mianowicie zrobić sobie tatara. Kupiłem w sklepie paczkę czerwonego mięsa o nazwie "przysmak tatarski", cebulkę, pieczywo i przygotowałem wszystko według zasłyszanego gdzieś przepisu. Potężnie się rozczarowałem. Jadłem kiedyś tatara na weselu i pamiętam, że był świetny. Ale to chyba trzeba umieć zrobić. No więc tego tatara, którego nie miałem siły jeść, usmażyłem sobie na patelni, ale to też nie był dobry pomysł. I siedzę teraz przed kompem i się czuję jak ten robak, który się najadł brązowego żelu porozkładanego przez Robakopa. A to wszystko zajęło mi tyle czasu, że zasiadłem do pracy tak, jakbym zaspał.

Nowości z domu Wielkiego Krka są takie, że dla ograniczenia kosztów przyjąłem współlokatora, kumpla ze starych czasów, zwanego Chrząszczem. Zamieszkał w mniejszym pokoju. Jego obecność trochę mnie dyscyplinuje, sprzątam po jedzeniu w kuchni, dbam o łazienkę i tak dalej. No i Chrząsz chodzi na 7 do pracy, więc się umówiłem, że mnie będzie budził.
Ale też jego realistyczne podejście do życia jest źródłem mojego niepokoju. Powiedział mi na przykład wczoraj wieczorem, że dałem się zrobić w konia, że to nie był żaden Robakop, tylko zwykły oszust, posmarował nam ściany jakąś pastą z kakała i skasował za to 30 zł, a robakom tylko radość. Coś w tym jest, ale nie, ludzie chyba nie mogą być aż tak wredni. Nawet jeśli byłby to oszust, to dla własnego spokoju mógłby rozkładać jakiś prawdziwy środek.

Podobno robaki mają zniknąć w ciągu 2 tygodni. W tym czasie gościu może zgarnąć niezłą kasę i uciec na Haiti. Tam będzie dla niego bezpieczniej, jeśli się okaże że to była ściema.

:::
2004.03.03 19:28:44
Krk i Robakop

Kilka miesięcy temu pojawili się w moim mieszkaniu goście. Małe, brązowe i czarne robaczki. No, niektóre miały po 3-4 cm więc nie były takie małe, ale raczej niegroźne. W niczym mi nie przeszkadzały. Kobieta która ze mną mieszkała nienawidziła ich, ale ona odeszła, a robaczki zostały, przypominając mi lepsze czasy.

Aż do dziś, kiedy to przyszedł pan i powiedział, że jest Robakopem, czyli gliniarzem od robaków. Jest akcja i wszyscy w wieżowcu muszą dać sobie rozłożyć specjalny żel w kuchni i łazience. Jeśli tego nie zrobię, moje nazwisko zawiśnie na klatce, wszyscy sąsiedzi będą widzieć, że to u mnie jest gniazdo, większość robaków z ich mieszkań ucieknie do mnie i już nie dam z nimi rady. Za każdym razem kiedy ktoś znajdzie robala we wczorajszym obiedzie stojącym na kuchence, będzie mieć pretensje do mnie.

Poddałem się. Za 30 złotych pozwoliłem sobie posmarować drzwi, zlewy, półki w szafie i inne tajemnicze robacze przejścia brązową pastą o dziwnym zapachu.

Potem Robakop opowiedział mi, jak działa ten żel. Robak, który się go naje, wcale nie pada na miejscu, rażony nagłą i bezbolesną śmiercią. Najedzony i zadowolony wraca do swojego domku, gdzie zaraża chorobą swoją żonę, dzieci, znajomych i rodzinę i wszyscy powolutku i w męczarniach zdychają. Potem z pozostawionych jajek wylęgają się ich dzieci-sieroty, dopadają przestraszone do martwych już rodziców, zarażają się i też zdychają. Robakop opowiadał mi to ze szczegółami, pewnie myślał, że nienawidzę robali i właśnie o tym chcę słuchać, jak bolą je ich robacze brzuszki i jak się skręcają i zdychają. Ale mnie się zrobiło ich żal. Postanowiłem odnaleźć i powycierać te wszystkie brązowe gówienka. Wydało mi się niemoralne mordować robale w ten sposób, masowo i podstępnie. Przyznaję, czasem któregoś z nich osikałem, gdy biegał po muszli klozetowej, albo oblałem gorącą wodą w łazience, ale to była czysta, myśliwska sytuacja, sam na sam, równe szanse - jego niewielkie rozmiary i robaczy spryt przeciwko mojej precyzji, ćwiczonej zimą 1994 roku, gdy na śniegu przed szkołą pisałem - wybacz mi Mietku - "Dyrektor Chuj" (atramentu wystarczyło mi tylko na Dyre, wybrałem zbyt dużą czcionkę, bo chciałem być spektakularny, a może też wypiłem za mało piw, kto wie,0).
No więc układ między mną a robalami nie był idealny, czasem któryś spaskudził mi resztkę spagetti, czasem ja któregoś posłałem do piachu, ale żeby tak bronią masowego rażenia...

Ostatecznie zwyciężyła jednak wielkopolska chytrość - wydałem na to dziadostwo 30 zł i ta świadomość powstrzymała mnie przed ulegnięciem odruchowi serca.

Chyba dorastam powoli do zamieszkania w Poznaniu.
:::
2004.03.03 09:33:24
Spieszę donieść na samego siebie, że właśnie wczoraj dowiedziałem się od kolegi, że podobno "Mówią weki" to nie jest mój pomysł, wpadli na to przede mną Mann z Materną. Nie przypominam sobie tego z ich programów, które oglądałem, gdy miałem telewizor. No ale jeśli ktoś to pamięta, to możliwe. Zresztą samo zjedzenie jednej literki nie wymaga wielkiej kreatywności i pewnie zupełnie niezależnie od siebie wymyśliło to kilka innych osób.

Jest jeszcze jedna rzecz, do której ciężko mi się przyznać. Całkiem niedawno rozmawiałem z dość wysoko postawionym przedstawicielem browarów poznańskich. Pewnie już wiecie, o co chodzi. Powiedział mi, że dokładnie to samo piwo trafia do beczek, butelek i puszek. Było to dla mnie zaskoczenie, bo jak już mówiłem, rewelacje o różnicach gatunkowych między piwami przechowywanymi w różny sposób przeczytałem w poważnym artykule w magazynie dla restauratorów.
Zapytałem, skąd się biorą w takim razie różnice w smaku. Powodów może być kilka. Po pierwsze, piwo w beczkach szybciej rotuje i przez to jest świeższe. Po drugie, jest różna zawartość gazu w piwie, co wbrew pozorom może bardzo zmieniać odczucia smakowe. Sposób magazynowania też ma znaczenie.

Niestety większość lokalnych browarów, które dostarczały na lokalny rynek piwo niepasteryzowane, poumierało śmiercią naturalną. Browar w Burkina Faso, produkujący dwa doskonałe piwa niepasteryzowane, został podobno przepity przez pracowników. Byłem tam kilka razy i widziałem na własne oczy, jak około jedenastej cała załoga słaniała się na nogach. Widziałem tam też największego siłacza w moim życiu, dwumetrowego gościa, ważącego pewnie ze 150 kg, który był tak napity, że tylko dlatego nie odlatywał, że niósł na ramionach dwie 50 litrowe beczki.

Teraz widzicie, jestem uczciwym Krkiem, przyznaję się do błędów, sygnalizuję wątpliwości, nie ukrywam i nie zamiatam nogą pod dywan.
:::
2004.03.02 18:14:46
No i opawiona magisterka. Ale powiem wam jedno - nigdy, pod żadnym pozorem nie jedzcie naraz dwóch Sioux burgerów przy Starym Rynku. Nawet gdyby się wam wydawało że są tak pyszne, że musicie, po prostu musicie zjeść następnego. Nie opłaca się.

Gdy wracałem pociągiem do Burkina, wpadłem na pomysł bardzo interesującej notki na bloga. Niestety nie miałem nic do pisania, a pamięć mam krótką i pomysł przepadł.

Poznań jest boski.
:::
2004.03.01 14:25:43
Co się odwlecze, to nie uciecze, a co ma wisieć, nie utonie. W sobotę nie balowałem, była wyższa kultura i złote cipki/włócznie. Za to dziś obrona pr. mgr. mojego kumpla, będzie walka w Poznaniu. Obawiam się trochę, bo to wielkie wydarzenie i w związku z tym może być wleczone. Mam nadzieję że nie przyjdzie im do głowy łażenie po knajpach, tylko kulturalnie upodlimy się w mieszkaniu.

Magisterka nieopawiona
Jest jakby nieobroniona
:::
2004.03.01 10:09:29
Adolf H. powraca, i to powraca kurwa w wielkim stylu. Tym razem wcielił się w postać człowieka z ludu, Andrzeja L. Oj, będzie się działo.
:::
2004.02.29 21:32:02
Zastanawiając się kolejny raz nad tym, jak tu zrobić NAPRAWDĘ DUŻE PIENIĄDZE, wpadłem na taki koncept - postanowiłem zostać wydawcą prasy. Powiecie pewnie, że pomysł banalny, ograny, obstawiony przez wielki kapitał, że wielu próbuje i ciężko się przebić. Macie racje, ale znalazłem na to sposób. Tym sposobem jest specjalizacja. Trzeba znaleźć niszę rynkową, na której nie ma konkurencji, a potencjalnie może być sporo zainteresowanych tematem.

Postanowiłem otworzyć miesięcznik dla miłośników kompotów owocowych. Chciałbym pisać o tym, jakie są ich codzienne kłopoty i radości, nowinki z kraju i ze świata dotyczące tej pasji.

Mam już nawet tytuł: "Mówią weki".

-------------------------------
UWAGA! PRACA!

Uważasz, że nawet zimą nie ma to jak śliweczka czy gruszka po obiadku? Lubisz dreszczyk emocji, towarzyszący otwieraniu zakurzonego słoika? Czujesz sentyment do piwnicy, gdzie na półkach, w równych rządkach stoją wszystkie wspomnienia lata? Redakcja miesięcznika dla miłośników kompotów owocowych "Mówią weki" czeka właśnie na ciebie!
Zgłoszenia przyjmuję w komentarzach.
:::
2004.02.28 23:28:05
O tym jak Krk złotą cipkę zobaczył i co z tego wynikło

Udało mi się dziś przezwyciężyć weekendową rutynę. Za sprawą kumpla, zamiast, jak zwykle, upić się piwem w knajpie, poszedłem do Domu Kultury na przedstawienie miejscowej grupy teatralnej. Oni jakoś inaczej siebie nazywają, nie pamiętam jak, w każdym razie nazwa od razu sugeruje, że nie zajmują się wystawianiem bajek o kotach w bucie tylko robieniem rzeczy dziwnych i mistycznych.

Nie opowiadałem wam, że ostatnio zaczęła mnie fascynować sztuka, ale ta najbardziej zakręcona, nie przedstawiająca niczego konkretnego, jakieś dziwne formy ze szkła, rdzy i żużlu, jakieś układanki z filcowych prostokątów, albo fotorealistyczne makatki ze scenami z filmów. Nie wiem jak to się dzieje, ale porusza mnie dogłębnie świadomość, że ktoś poświęcił swój czas na stworzenie czegoś z jedną myślą - żeby dać innym coś dobrego, choć niematerialnego. Że liczy się nie ten kawałek szkła jako coś, w co od biedy możnaby nasypać jabłek albo orzechów, nie nie, liczę się ja przy tym szkle oraz gdzieś w domyśle człowiek, który 50 lat temu w pocie czoła to ukształtował. I wydaje mi się, że myślał serdecznie o wszystkich tych, którzy kiedyś będę to oglądał.
Innymi słowy - odbieram bardzo pozytywną wibrację od takich przedmiotów i staram się ją wzmacniać w sobie i odsyłać w przeszłość, aż do tego dnia 50 lat temu, kiedy ten pan czy pani szczypcami wyciągali dziwne cycuszki na takiej krzywej szklanej misce w kolorach rozmazanych. Myślę sobie, że jeśli sprawiało im to wtedy satysfakcję, to częścią tego uczucia jest moja wibracja, którą wysyłam. I jeśli ja czuję coś dobrego, to jest to część ich dobrej wibracji. Na tym chyba polega sztuka.

Wróćmy do przedstawienia w Burkinafasowskim Domu Kultury.
Jest tam zupełnie abstrakcyjna sala, boazeria ze sklejki, podłoga z klepek, ale na suficie jakieś sztukaterie, żyrandole powyginane jak na komiksie o Rorku (zna ktoś?,0), pomieszanie z poplątaniem, kurtyny z brązowego misia wiszące na pordzewiałych żabkach, odlot.
Spóźniliśmy się z kumplem chwilę, w środku ciemno, na krzesłach może 20 osób wpatrujących się z namaszczeniem w wielką, czarną tablicę. Na tablicy w rządkach pełno białych jedynek, na środku przerwa, a tam... namalowana złotą farbą, metrowa cipka. A na środku tej cipki obrazek z aniołem.

Trafiło mnie to od razu. Uwierzcie mi, tych dwadzieścia osób wpatrzonych w złotą cipkę, do tego jakaś dziwna muzyka i trzy przygasające, to znów świecące mocniej lampki, to było to. Wzruszyłem się tak, jak mi się to już dawno nie zdarzyło. Oczy mi zwilgotniały, pomyślałem o tym wspaniałym człowieku, który to stworzył. Natychmiast zrozumiałem o co chodzi - jedynki to ostatnie stadium matrixa, albo otaczający nas cyfrowy świat, gdzie wszystko wyliczone, wymierzone. A na środku złota cipka, jako wszystko co dobre, duchowe i niecyfrowe. I jeszcze anioł.
Zacząłem w myślach przepraszać Burkina Faso za te wszystkie cierpkie słowa pod jego adresem. Powinienem stuknąć się w tępy łeb, że tak rzadko tam przychodziłem, że nie zainteresowałem się co tam robią. Że tyle straciłem pieniędzy, zdrowia i wrażeń, pijąc wciąż pieprzone piwo.

Ale ale, Burkina Faso jakby w odpowiedzi objawiło się w tym momencie z pełną mocą. Przed obraz wyszedł bowiem Artysta. Nie, nie po to, żeby się pokłonić, nie po to, żeby przyjąć jakieś oklaski czy coś. Wyszedł nam powiedzieć, co tak naprawdę widzimy, bo w naszym prostactwie i głupocie chuja oczywiście wiemy.
I przemówił głosem artystycznym, stonowanym, robiąc odpowiednie pauzy, wzdychając gdzie trzeba, mlaskając z namysłem. Otóż chodziło o to, że te jedynki reprezentują uporządkowane masy, a ikona przedstawia wyższy świat. A cipki żadnej tam nie ma, tylko złota włócznia, która też coś symbolizuje, nie pamiętam już co, bo zmartwiałem wewnętrznie i poczerwieniałem ze wstydu, że zobaczyłem cipkę gdzie jej nie było. Artysta mówił krótko, ale rozpieprzył mi wszystko to, co sobie poukładałem w ciągu kilkunastu minut wpatrywania się w złotą cipkę przy dźwiękach dziwnej muzyki.
Potem odwróciliśmy się w drugą stronę, gdzie stało jakieś dziwne urządzenie z drewna, wielkie, chropowate i niezgrabne, ale też mi się podobało, dopóki nie pomyślałem sobie, że nie mogę go sobie sam zinterpretować, tylko zaraz coś mi zostanie wyjaśnione. I rzeczywiście, okazało się, że nie jest to kaplica marsjańska czy coś w tym stylu, tylko CZAS.
Potem CZAS zaczął się poruszać ruchem wahadłowym, a potem jeden koleś w pomarańczowym stroju śmieciarza zaczepił na linach belkę i zaczął ją wciągać do góry. I koniec.
W drugiej części przedstawienia miałem takie dziwne, smutne uczucie, że to wszystko mogłoby mi się podobać, nawet nie musiałem myśleć o co chodzi, podobała mi się marsjańska kaplica i marsjańskie obrzędy, ale moje przeżycia są przecież chuja warte, bo za chwilę ktoś mi powie, co tak naprawdę widziałem i co powinienem był przeżyć. Całą radość zabił we mnie wstyd z powodu cipki.
Kiedy wszystko się skończyło, Artysta wyszedł jeszcze raz i powiedział, że to koniec.

No i mam w sobie takie rozdarcie teraz. Bo z jednej strony przeżyłem coś dobrego, budującego, ciemność, złota szczelina, muzyka bardzo fajna, ale muszę sam w swojej głowie uruchomić wirtualne nożyczki i za każdym razem wycinać ten fragment z Artystą mówiącym, że to włócznia.

Chyba jednak wrócę do piwa, przynajmniej nie zastanawiam się o co w nim chodzi i nikt przy zdrowych zmysłach nie próbuje tego dociec, ani tym bardziej mnie, prostakowi, tego objawiać natchnionym głosem. Mogę je sobie pić, odwalać freakouty po przedawkowaniu i nie zastanawiać się rano na kacu, czy zrobiłem to wszystko jako protest przeciwko wojnie czy też jako poparcie dla reformy systemu podatkowego.
:::
2004.02.28 19:10:13
Kreatywny jestem na kacu

A gdyby tak wzdłuż obwodu ziemi rozłożyć długi, sztywny pręt, o długości obwód ziemi + kilkanaście metrów. Połączyć go w obręcz. Powinien odstawać od powierzchni ziemi o jakieś dwa metry. Ale co najzabawniejsze, powinien się unosić w powietrzu! Przecież nie mógłby spaść!

Pomyślmy nad zastosowaniami takiej obręczy. Można by na niej wieszać huśtawki, pranie (a gdyby ktoś wprawił obręcz w ruch obrotowy? po paru godzinach zamiast własnych majtasów znalazłbym odzienie z Meksyku albo Afryki!,0), możnaby przywiązywać do niej psy, albo za jej pomocą przekazywać ważne informacje. Albo zrobić całą serię takich obręczy, oddalonych od siebie o parenaście centymetrów, i zrobiłaby się z tego drabina do nieba. Przecież tak można tanim kosztem dostać się w kosmos!
:::
2004.02.28 17:37:54
W okolicach któregoś tam piwa przestałem liczyć, ile wypiłem. Poźniej, parę piw dalej, zapomniałem numer tego piwa przy którym przestałem liczyć.

Mogę już teraz śmiało powiedzieć, że mam dobrych, bliskich przyjaciół. Wczoraj piliśmy pod hasłem "Przyjaźń na wieki". Było nieźle.

Nawet Bob Budowniczy o 8 rano, chociaż w mojej głowie rozbrzmiał z siłą młota pneumatycznego (niepotrzebnie brałem się za wódę!,0), nawet poczciwy stary Bob był ok.

Z przygód - zupełnie niepotrzebnie ratowałem świat przed kolejną bezsensowną bijatyką. Okazało się, że goście, których ratowałem, byli głupsi od tych co chcieli ich bić. Wstyd mi z powodu mojej naiwności.

A zauważyliście, że jak człowiek jest pijany, wydaje mu się, że wszyscy inni są trzeźwi? Czy tylko ja tak mam?

Obawiam się, że dziś powtórka z rozrywki.
Kocham was i kocham tego loga, ale real to real.
Nie martwcie się jednak, wrócę nim zdążycie powiedzieć: "Ciastko z kremem".
:::
2004.02.27 14:29:14
I co dalej? Co dalej z tym wszystkim? Co będzie ze Zrywnym jeśli wyjadę, kto będzie na nim ścigał się z wiatrem na wzgórzach wokół Burkina Faso?

Przyjaciele mi mówią - jeśli chcesz jechać, nie czekaj zbyt długo. Mądre to. Wciąż jednak pojawiają się nowe powody, dla których powinienem zostać jeszcze miesiąc dłużej. Za pierwszym razem zbierałem się 2 lata do wyjazdu.

A w ogóle nie interesuje was, a zwłaszcza Hafiza, co robiłem jak miałem 19 lat? Otóż byłem poganiaczem Orków w Mordorze.

W swoim długim życiu imałem się zresztą różnych zajęć, byłem treserem królików w cyrku, naprawiałem kiedyś książki po powodzi, byłem naganiaczem na polowaniach, zostałem postrzelony przez pijanego myśliwego, wypatroszony i porzucony w lesie, ale znalazł mnie jeden dziki człowiek żyjący w ziemiance od czasów II wojny światowej. To był Niemiec, rozmawiając z nim zorientowałem się, że przytrafiła mu się niesamowita historia. Kiedy Rosjanie nacierali na Burkina Faso, cała jego kompania zginęła, i tylko on, wojskowy lekarz, przeżył, choć został ranny w głowę. Niestety w wyniku rany coś popsuło się z jego pamięcią. Z wydarzeń po wybuchu szrapnela pamiętał zawsze tylko ostatnie 24 godziny. Codziennie rano gdy się budził, był pewien, że atak nastąpił wczoraj. Był pewien, że jestem rannym żołnierzem radzieckim, zoperował mnie i zaczął się mną opiekować. Mówił wciąż do siebie i zorientowałem się, że nie kieruje nim litość, lecz instynkt przetrwania - był pewien, że gdy znajdą nas Rosjanie oszczędzą go w podzięce za to, że uratował mi życie. Powtarzał w kółko "Gut Hans, ja ja, nie strilatz, Hans gut, gut".

Koszmar zaczął się wtedy, gdy zacząłem wracać do zdrowia. Hans wciąż był przekonany, że zostałem ranny zaledwie wczoraj, nie pozwalał mi wstać; po dwóch miesiącach, kiedy byłem już prawie zdrowy, zaczął mnie przywiązywać do łóżka. Był przerażony myślą, że wykrwawię się i właśnie wtedy przyjdą Rosjanie. Błagał mnie ze łzami w oczach, żebym pozostał na prymitywnym leżu z żerdzi, na przemian zdejmował mi i zakładał pęta.
Po jakimś czasie odkryłem, że obok mnie na podobnym leżu spoczywa kościotrup ubrany w waciak i gumofilce. Wyjaśniła się w ten sposób tajemnica zaginięcia okolicznego rolnika, Stanisława Dziury, który dwadzieścia kilka lat wcześniej wyszedł do lasu naprawić bimbrownię i nie wrócił. Domyśliłem się, że Dziura upił się samogonem i w tym stanie znalazł go Hans. Hans oczywiście niczego nie pamiętał.

Moja sytuacja zdawała się być bez wyjścia...

O tym, jak się uratowałem i co się dalej stało ze mną i z Hansem, opowiem w następnym odcinku. Nie przegap!!! Już wkrótce na mihkrk.nlog.org
:::
2004.02.26 22:26:34
No tak, jak to mówią w Burkina Faso: Kto nie ma miedzi, ten w domu siedzi

A co z dniem św. Patryka? Nie uważacie, że Irlandia jest w porządku? I że zamiast wciąż narzekać, że jesteśmy oszukiwani, źle traktowani, poniżani, możemy dla odmiany dać światu jakiś pozytywny przekaz?

No dobra, wiem już przynajmniej, że na tym blogu interesuje was tylko piwo, p@nienki i wygłupy. W sumie nie ma w tym nic złego. Naprawdę. Dostaniecie to wszystko. Obiecuję. Ja Krk wam to obiecuję.
:::
2004.02.26 10:58:42
Oj dzieci śmieci, wychodzi na to, że im głupsze rzeczy tu napiszę, tym większą wzbudzę w was radość i tym więcej dostanę komentarzy. A jak próbuję zrobić coś normalnego, np. zaprosić was do Burkina albo podziękować Irlandii, to cisza.

Hafiz, nie powiem ci co ja robiłem jak miałem 19 lat, bo i tak byś nie uwierzył.

Dobra, chcecie głupiego Krka to go dostaniecie. Już niebawem.

A teraz pozwólcie, że pójdę zarabiać na swoją miskę ryżu. Pa. Może jeszcze wlecę dzisiaj, więc bądźcie grzeczni.
:::
2004.02.25 21:30:05
Zero komentarzy. Zero komentarzy również na temat tego, że zero komentarzy.

Albo nie, jednak skomentuję, bo mnie to wpieniło. Wychodzi mi mniej więcej na to, że jest tak:
- Mietek Dyrektor, prawdziwe nazwisko Hermann Kinderfucker, niemiecki sadysta i amator ludzkiej wątróbki na maśle, pisze po polsku korzystając ze słownika elektronicznego, stąd lapidarne notki, wymiękł bo nie zdąży tak szybko zdobyć fałszywego dowodu. Albo nie przetłumaczył sobie jeszcze moich ostatnich postów.
- Hafiz, a właściwie Hafiz ibn Akhamar, terrorysta z Al-Kaidy, planujący wysadzić w powietrze całe Burkina Faso tylko dlatego, że pije się tu zabronione przez islam piwo i jakaś laska nieprzystojnie obnażyła piersi w knajpie. Nie mógł przysłać dowodu osobistego bo jego zdjęcia figurują na wszystkich tablicach ogłoszeń CIA, FBI, ABW itd itp.
- Listakontaktow, agent łącznikowy międzynarodówki anarcho-komunistycznej, nie wysłał zdjęcia bo w ogóle nie ma twarzy po przypadkowym samozapłonie koktailu mołotowa. Planował zniszczyć, lub choćby czynnie zbojkotować jedyne dobrze funkcjonujące przybytki kapitalizmu w Burkina Faso, to jest knajpę i pizzerię.

Kogo my tam jeszcze mamy?

- Cyklamen, planowała rozpylić na dworcu w Burkina Faso cyklon-b. Już prawie wysłała skan dowodu osobistego, kiedy dowiedziała się o czekających na dworcu snajperach. Zrezygnowała więc i będzie czekać na następną okazję.
- Kjuik, niewinne dziecię, aczkolwiek uzbrojone przez zapobiegawczych rodziców w paralizator 10000V (na wszelki wypadek,0), które przestraszyło się, że może być niebezpiecznie.
- Plusiq, spec od ładunków wybuchowych odpalanych elektronicznie, agent rosyjskich służb specjalnych, odwołany nagle do centrali w celu wzięcia udziału w dyskusji nad tym, czemu rakiety nie wystrzeliły przed Putinem. Cel misji w Burkina Faso nieznany.
- Sugar, w rzeczywistości dyrygent jednego z warszawskich chórów, miał przyjechać zobaczyć co i jak w Burkina Faso w dziedzinie młodych tyłeczków do wyhaczenia, ale właśnie odwiedził go kolega po fachu z Poznania, który chciałby się na chwilę zaszyć w podmiejskiej rezydencji i "uciec od tłumów dziennikarzy żądnych sensacji".

- oraz cała rzesza mniejszych i większych świrów różnej proweniencji, których same ksywki brzmią złowieszczo: elen, cr (!!!,0),lenya itd itp.

Aż strach pomyśleć, że gdyby nie rozsądek Krka, który pamiętając o akcji radiowej trójki "Bądź bezpieczny w sieci" pomyślał, że jak się zaprasza zupełnie nieznajome osoby, to warto zadbać chociażby o pozory bezpieczeństwa, całe to towarzystwo przyjechałoby do Burkina jako najpotężniejszy w dziejach światowego terroryzmu demolishion squad, niszcząc co tylko jest do zniszczenia, czyli głównie kościoły, burdele, pizzerie i blokowiska.

A tymczasem @linka przyjedzie dopiero w czerwcu. Zastanawiam się, co będę robił przez całą wiosnę, jeśli jednak nie wyjadę. Pewnie uruchomię mój czarny skuter, który zwie się Zrywny i będę jeździł tu i tam, patrząc gdzie bardziej soczyście zieleni się zieleń, gdzie ładniejsze dziewczyny, gdzie chłodniejsze piwo. Jakoś dam sobie radę.
:::
2004.02.25 10:14:11
17 marca dzień św. Patryka. W tym roku powinniśmy go obchodzić szczególnie uroczyście. Irlandia to na razie jedyny kraj, który nie próbuje nas wygrzmocić w pupala jeśli chodzi o rozszerzenie rynku pracy. Zobaczymy co zrobi Anglia, ale wydaje mi się, że my, normalni ludzie, powinniśmy jakoś pokazać, że doceniamy ten gest.

Każdy kto ma odrobinę czasu i kto tak samo jak ja docenia deklaracje płynące z Zielonej Wyspy, może zrobić coś, by ten dzień był trochę inny niż wszystkie. Można dogadać się z właścicielem lokalnego pubu, powiesić jakiś mały plakacik, puścić odpowiednią muzę itd. W większych miastach i tak obchodzi się w jakiejś tam formie św. Patryka, ale ważne, żeby zaakcentować, że w tym roku robimy to szczególnie serdecznie.

Wymyśliliśmy z kumplem akcje, żeby w każdym mieście lokalni święci zstąpili na ziemię i spotkali się ze św. Patrykiem.

Potrzebne jest dobre hasło, bo to robocze: "Dziękujemy ci Irlandio!" niezbyt mi się podoba. Czekam na propozycje.

Podrzucajcie też pomysły na akcje, plakaty itd.

Krk Społecznik
:::
2004.02.25 01:19:24
Słuchajcie dzieci śmieci:

nie otrzymałem jeszcze żadnego zgłoszenia e-mailowego. w komentarzach też nikt się nie określił. A może to konto na wp źle działa?

Sory za klimat z dowodem osobistym, ale uważam, że dla naszego wspólnego dobra jest to niezbędne. Jako z bożej łaski organizator tego zlotu nie chcę, żeby trafiły się osoby, które mogą popsuć nam zabawę. Dlatego kopie waszych dowodów umieszczę w sejfie lokalnej policji, w teczce z napisem: "Jeśli znajdziecie mój łeb w koszu na śmieci, zrobił to ktoś z nich".
Spotykamy się wszyscy na dworcu w Burkina Faso, weryfikujemy ze zdjęciami, osoby podejrzane zostaną zlikwidowane przez snajperów ukrytych w wagonach towarowych i na dachu parowozowni. Pozostali udadzą się ze mną realizować plan dnia, czyli ogólnie mówiąc, zaszaleć. W planie oczywiście najlepsza knajpa w Burkina Faso, może będzie ta laska, co ściąga stanik.

Jest opcja basen. Kino lokalne na poziomie uszkodzonego wideo z początku lat 80-tych. Odpada. Jedzenie - dwudaniowy obiad w restauracji od 8 zł (niezły,0), pizza 10-15 zł duża, żarcie wietnamskie od 5.50 do 12 zł, nie ma dobrej makaronowni niestety.

Cena piwa w knajpie - od 3 do 4 zł. Jak jest koncert płaci się za wjazd, od 5 do 10 złotych. W najbliższą sobotę chyba nic nie ma.
Basen - 4 zł ulgowy, 6 zł normalny. Warto zabrać strój kąpielowy, klapki i ręcznik.

Komunikacja - wszędzie można dojść piechotką. Jeśli ktoś nie lubi - taksówka góra 10 zł. MPK 2 zł, ale olać ich.

Co do spania, jak już mówiłem do 6 osób zmieści się u mnie. Jeśli będzie więcej chętnych to sprawdzę hotele. W razie spania u mnie konieczne karimaty i śpiwory.

Jeśli chcecie spotkać się w tę sobotę, to chciałbym wiedzieć o tym najpóźniej w czwartek o 12 w południe.

Teraz idę spać, bo miałem ciężki dzień. Trzymta się.
:::
2004.02.24 09:47:19
Pozdrawiam Holandię!
:::
2004.02.24 09:10:22
Halo halo, proszę nie ulegać fałszywym emocjom. Zaplanujmy całą sprawę.
Po pierwsze - kto to ustalił i gdzie, bo chętnie bym zrozumiał wasz tok myślenia. Po drugie - dopiero dzisiaj wieczorem będę wiedział co z weekendem. Po trzecie - czy chcecie przyjechać już teraz, czy za 2 tygodnie. Po czwarte - kto chce przyjechać, ile osób i tak dalej.

Ja poza blogiem znam tylko jedną osobę z was, a to też tylko elektronicznie. Wybaczcie, ale jestem trochę paranoid jeśli chodzi o takie sprawy. Tak więc, jeśli ktoś chce spać u mnie, na adres w-wilk@wp.pl proszę przysłać:

- skan z dowodu osobistego (czytelny, ale nie większy niż 500kb,0), strona ze zdjęciem
- login blogowy
- nr gadu gadu, ew. komórkowy
- palę/nie palę
- jajecznica na kiełbasie czy bez

Jeśli ktoś chce spać w hotelu, to wystarczy w e-mailu fotka, imię i nazwisko, jakiś kontakt.

Rozsądek mi podpowiada, że więcej niż 5-6 gości w tym domu to będzie za duży młyn, a mi tu policja przyjeżdżała już. Więc jeśli będzie więcej chętnych, to wtedy rzeczywiście pomysł z hotelem nie jest głupi, sprawdzę wam ceny itd. Jeśli będzie 5-6 osób, to nie widzę problemu żeby spać u mnie.

Tymczasem ustalmy jakiś termin, propozycje w komentarzach.
:::
2004.02.23 23:38:56
Kto myślał, że bezkarnie może dupczyć mężatki
Sam zostanie wyjebany w sposób piękny i gładki


Mówię wam to ja, Krk, lat 27, znający przedstawiony temat, hm hm, dogłębnie. Nie po to, żeby się chwalić, nie po to, żeby się nad sobą użalać, bo ani powodu do chwały w tym nie widzę, ani tym bardziej do użalania się nad sobą, takie jest prawo Karmy i nie moja durnego Krka rzecz oceniać, czy to dobrze czy źle. Napisałem tę prawdę w formie zabawnego wierszyka, żebyście łatwiej to zapamiętali i może chociaż jeden, jeden z was wyciągnie (z tego wniosek,0) zanim włoży.

A prawo Karmy jest sprawiedliwe i jeśli dobierzecie się do dupska czyjejś ukochanej żony, nie myślcie, że w ramach rewanżu ktoś będzie się całował na imprezie z waszą średniobliską znajomą i sprawa załatwiona. O nie. Puści się kobieta waszego życia, dla której rzuciliście na długie lata piwo i internetowe podboje miłosne. Taka o której zawsze śniliście. Taka, z którą chcieliście mieć pulchne, wrzeszczące bachorki, dla której chcieliście stawiać chatę w górach, żeby mogła tam hodować 158 bezdomnych kundli które tak kocha.

Jeśli wystarczy wam wewnętrznej siły, dystansu do siebie samego i do swojej historii, być może zaczniecie się po prostu śmiać, tak jak ja się śmieję, choć w środku wszystko boli.
No ale z każdego upadku można się pozbierać.
Prawo Karmy nie jest tak zupełnie okrutne, bo jeśli kobieta zdradziła cię na przykład ze swoim poprzednim facetem, to swojego nowego faceta zdradzi z tobą. Również w tym przypadku nie są to czysto teoretyczne rozważania, jest to mowa faktów, pierdolonych faktów.

Porzuciłem poprzednią kobietę haniebnie, tak że do dzisiaj jest mi z tym źle. No i równie haniebnie zostałem porzucony, parę dni przed tym zanim zacząłem pisać tego bloga. To jest prawo Karmy.

I podobno, podobno działa to w obie strony, to znaczy jeśli się zrobi coś dobrego, pozytywnego, to to również powraca. Piszę tę notatkę właśnie po to, żeby to sprawdzić. Dzielę się z wami mądrością, którą okupiłem krwią, potem i łzami. I mam nadzieję, że ktoś zrobi to samo, że znajdę jakiś drogowskaz, że ktoś ze mną się podzieli.

Dzisiaj mi się śniło, że siedziałem na schodach jakiejś uczelni i nagle zobaczyłem faceta, który wchodził po schodach czytając książkę Charlesa Bukowskiego. Byłem tak poruszony faktem, że czyta mojego ukochanego autora, że wyciągnąłem w jego stronę wzniesiony kciuk. Czułem, że złapaliśmy jakieś porozumienie. Potem weszliśmy do sali wykładowej, wiedziałem, że ten koleś to jakiś znany polski pisarz. Rano gdzieś na onecie czy na wyborczej zobaczyłem jego twarz, to był Jerzy Pilch. Czy ktoś z was zna się na snach, czy ktoś wie, co to może oznaczać?

----------------------------

Ostatnio mam potworny apetyt na surowe mięso. Zjadam kiełbasy tatarskie, a jutro kupię sobie wołowinę i zrobię prawdziwego tatara. Jedzenie takiego czerwonego mięsa napełnia mnie niezwykłą energią.
Poznałem ostatnio kobietę, która tak samo jak ja lubi jeść mięso. To właśnie ona upiekła dla mnie tort. Ale to trochę za szybko, za blisko tych wszystkich zdarzeń, obawiam się że nie jestem gotów. Poczekajmy na wiosnę, ja wiem, czuję to, że ta wiosna to będzie eksplozja energii, to będzie czas ogromnych zmian, zarówno dla mnie, jak i dla was wszystkich. A potem GO WEST, armia barbarzyńców podbije Europę, pokażemy im gdzie mogą sobie wsadzić te wszystkie ograniczenia na rynku pracy, podbijemy ten pierdolony kontynent, bo jesteśmy bardziej głodni, bardziej zdeterminowani niż oni, ich tłuste dupska nie są w stanie konkurować z naszymi żelaznymi lędźwiami. Oni są przeżarci, a my jesteśmy wściekle głodni. Ich kobiety będą za nami szaleć, a ich otłuszczone serca nie wytrzymają tempa, które im narzucimy. Fakt, że to będzie wyścig według ich reguł, ale my go wygramy.

I niech mnie ktoś spróbuje powstrzymać.
:::
2004.02.23 16:25:20
Właśnie czytam ostatnią notkę i stwierdzam że jeszcze mi się mózg nie odbudował po imprezie.
:::
2004.02.23 16:04:24
Kolejna rzecz, której nazwa zaczyna się na P, bez której nie wyobrażam sobie życia. Pomidory. Na pizzy, w spaghetti, jako sok, latem w kanapkach z serem feta.

Dzisiaj miałem kaszę z pomidorowym sosem. Ahahaha, kiedy nie chce mi się wychodzić z domu często tworzę zupełnie absurdalne potrawy z rzeczy, które mam w szafkach i lodówce. Dzisiaj nie mogłem znaleźć makaronu, to zrobiłem kaszę.
:::
2004.02.23 10:24:45
Jeśli tylko uda mi się poskładać moje nieposkładane życie do kupy to oczywiście pojadę, pojadę do Mietka na Barkę. Ale hotele moi drodzy mam gdzieś, wiedzcie że prostytucja jest mi wstrętna, zarówno seksualna, jak i każda inna. Co to za frajda spać w hotelu. Wolałbym już znów zasnąć w knajpie. Zawsze to jakaś przygoda.

Tymczasem wczoraj pojawił się nowy plan na życie, jak rozwinę szczegóły to wam opowiem.

Pozdrawiam,

Wuj Krk w podróży
:::
2004.02.22 20:31:25
Czy wy też to znacie?

Niedziela, popołudnie, budzę się na podłodze małego pokoju w moim mieszkaniu. Wokół kompletny chaos, butelka po winie od którego wczoraj zaczęliśmy, w kuchni talerze usmarowane keczupem i jakimś dziwnym tłuszczem, kawałki tortu, w korytarzu moje ubrania. Mam na sobie spodnie, jest na nich troszkę błota, w kieszeni została garść brzęczących drobniaków.

Dwa dni, dwa koncerty, policyjna rewizja osobista na moście kiedy wracałem do domu krokiem węża (krok węża - niezłe, nie?,0), nowi znajomi, w knajpie bardzo ładna dziewczyna płakała w moje ramię, to było ciekawe przeżycie, potem byliśmy w muzeum i widziałem prawdziwy katowski pień i topór ze śladami używania.

A tort? Historia z tortem zupełnie niesamowita. Na tym pierwszym koncercie byłem sam, to były moje urodziny i miałem jakiś dziwny klimat, sporo znajomych ale z nikim nie mogłem się dogadać, piłem piwo, potem szybką wódkę i nagle musiałem wyjść. Most, za mostem policja. Przy rewizji jeszcze większa dolina, oczywiście pieski na widok mojej tabakiery zaczęły się ślinić. "Co jest w środku?". "Niech pan sprawdzi". Sprawdził tak sprytnie że tabaka rozsypała się na siedzenie. "No i kto to teraz posprząta?". "Ten kto rozsypał, he he". Zły pies się trochę zmierzwił, ale dobry się roześmiał, spisali mnie i puścili. No i pijany zupełnie doczołgałem się do domu, położyłem już spać, rozmyślając dlaczego wieczór się słabo udał. Z odrętwienia wyrwał mnie dzwonek.
To przyszła ona. Z tortem. Sama go upiekła. A ja nie byłem w stanie zjeść ani kawałka. I zaczęliśmy rozmawiać, to znaczy ona wyciągała ze mnie wszystko co chciała wiedzieć, bo miałem włączoną opcję autopilota. Chyba to wszystko było trochę wzruszające.
To nic, że nie rozumiem kobiet, a kobiety nie rozumieją mnie; ważne że czasem jest dobrze, dwa światy spotykają się w jakimś miejscu pośrodku. Oczywiście nic z tego nie będzie, ale nie o to chodzi. Chodzi o to że odzyskałem odrobinę wiary.

Rano przyjechali znajomi z Warszawy, sympatyczna para którą poznałem w Amsterdamie i jak to bywa wymieniliśmy adresy i zaproszenia, z których zazwyczaj nic nie wynika. Ale akurat z tego wynikło, przyjechali z Warszawy, przywieźli wino. Poszliśmy zwiedzać Burkina Faso, najpierw w dzień, byli zachwyceni "Rany! Jak tu cicho!", co im miałem powiedzieć, fakt, cicho. Do zwiedzania tylko kościoły, zresztą większość zamknięta. Zabrałem ich do rodziców, poszliśmy do lasu. A potem, wieczorem znów do miasta, pierwsza knajpa, piwo lane właśnie się skończyło (godzina 21:15!,0) koleś chciał mi podać ciepłe butelkowe z półki. Wyszliśmy, ja zawstydzony, oni rozbawieni. W drugiej knajpie w miarę znośnie, tylko że zupełny brak muzyki. Piliśmy wściekłe psy (oni tego nie znali, rany, czy to jakiś wielkopolski wynalazek?,0) zachwycały ich ceny, ceny piwa i wódki w knajpie. A potem znajoma zadzwoniła, że w najlepszej knajpie w Burkina Faso znów jest bosko i wpuszczają za 5 zł. Poszliśmy, grała znana kapela blusowo-czadowa, impreza na całego. Grali długo i fajnie, tańczyliśmy, piliśmy, w końcu poprosiłem, żeby zagrali Hendrixa "Fire". Frontman powiedział że zagrają, jak zdejmę spodnie na scenie. Zdjąłem, a oni zagrali "Wild Thing". Czy to jest numer Hendrixa? Chyba nie. Ale i tak było fajnie i był to utwór specjalnie dla mnie, ha ha.
Tak, tej knajpy nie można się wstydzić na szczęście, piwo jest zawsze, zawsze jest zabawa. I wiecie co? Najfajniejsi tam są ochroniarze, są naprawdę sympatyczni. Chyba z 10 razy podczas skakania ktoś mnie wpychał na nich, zawsze z uśmiechem mnie odpychali, zero zaczepki, zero agresji. Wporzo faceci, chociaż z twarzy zabijaki.

A teraz tego wszystkiego już nie ma, jest Bob Marley.

Dziewczynki, już wiem że jesteście i już nigdy w was nie zwątpię. I chociaż teraz mam kaca i w związku z tym lekkiego doła, to nic, znów mam odrobinę wiary, może gdzieś tam jedna z was, któregoś dnia...

Krk
:::
2004.02.21 11:32:22
Kac straszliwy.

Kolega mi powiedział, że jak nie zmienię trybu życia, to będę wkrótce wyglądał tak:



Bede rzygał
:::
2004.02.20 19:22:09
Patrzę właśnie na statystyki i co widzę? Że prawie wszystkie kobiety się na mnie poobrażały.

A ja naprawdę uwielbiam kobiety. Nie rozumiem ich do końca, nie pochwalam wszystkiego co robią, ale jako istoty magiczne uwielbiam i prawie wszystko im wybaczam.

Wróćcie moje kochane. Będzie nam razem dobrze. Tutaj, na tym blogu. Bo w życiu to różnie by mogło być, ahahahahahaahhahahaha.
:::
2004.02.20 18:22:28
Dziś 20 lutego. Znane osoby urodzone tego dnia:

Kurt Cobain - muzyk

Mih Krk - bloger

Nie zamierzam przesadzać z piciem. Ale zobaczymy. Z okazji urodzin idę na koncert, jaki to wam nie powiem bo od razu byście namierzyli Burkina Faso na mapach. Chodzi o legendę polskiej sceny muzycznej w każdym razie. Tak tak, za sprawą swej najlepszej knajpy Burkina staje się światowym miastem.

Właśnie kichnąłem po tabace, chciałem napisać "aaapsik", ale byłoby to tak, jakby zilustrować wybuch 20 kg trotylu pisząc "stuk puk". Ogłaszam niniejszym konkurs na najlepsze słowo naśladujące kichnięcie po tabace.

A teraz historia z zupełnie innej beczki. Jest tu w Burkina wietnamska jadłodajnia, którą bardzo lubię, bo można się tanio i bardzo smacznie najeść. Jedyny problem jest taki, że w środku jest telewizor. Ja osobiście telewizji wręcz nienawidzę, nawet kanały muzyczne nie nadają się w dzisiejszych czasach do oglądania. Nie mam telewizji w domu, u rodziców natychmiast wyłączam, nie znoszę. No ale w Złotym Smoku jakoś do dzisiaj tolerowałem.
Do dzisiaj, bo dziś właśnie gdy jadłem sajgonki z ryżem, w telewizji puścili serial medyczny. Odcinek na temat "dramat przy porodzie". I wcinałem te sajgonki, słuchając tekstów w stylu: "musimy naciąć jej krocze", "ma dwa litry krwi w łożysku", "podajcie ssak", "nacinaj! czy to pęcherz? nie, to łożysko" itd itp.
Jestem trochę za delikatny na tego typu teksty, ale wiem że gdybym zwrócił głupiej piździe uwagę żeby zmieniła kanał, zaczęliby mi pluć do jedzenia albo wybierać co starsze koty jako wkładkę do ryżu, a to jedna z ostatnich knajp w Burkina gdzie mogę spokojnie jadać. Poziom obsługi mamy tutaj zupełnie tragiczny i prawie w każdej knajpie zdążyłem już zrobić kiedyś chryję i wolę tam nie wchodzić, wiedząc co może zrobić młody kucharz podjudzony przez żądną zemsty kelnerkę.

Ciężkie jest życie w Burkina Faso, jeśli się lubi pić herbatę w czystej szklance, dostawać na pizzy to co się zamówiło a nie coś innego i nie lubi się gdy kelnerki dłubią w nosie.

Uwierzcie mi, że nawet w słynnym barze mlecznym "Miniaturka" na Grunwaldzkiej bodajże, obsługa była lepsza i bardziej profesjonalna niż w Burkina w hotelu "Europejskim".
- Pire ze smalcem.
- Nie ma smalcu, z dżemem są pire.
- Dobrze, niech będą.

A jakby kto pytał to skończyłem dziś 27. Tak, wiem że już jakiś miesiąc temu mówiłem że mam 27, po prostu czułem że mam bardziej 27 niż 26. Ale pocieszyła mnie znajoma kolegi, która aż do dziś była przekonana że mam przynajmniej 30. Czyżbym wyglądał aż tak źle?
:::
2004.02.19 18:37:00
Sam już nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć.

Jak to pisał Charles Bukowski, niejeden porządny facet wylądował już przez kobietę pod mostem. I to jest prawda, cholerna prawda.

Może to miało być: "niejeden podrzędny facet wylądował już przez kobietę pod mostem? Albo przez podrzędną kobietę? Albo pod podrzędnym mostem?

Kupiłem sobie dziś dla poprawienia nastroju tabakę czereśniową. Sporo już zażyłem i uświadomiłem sobie, że nie mogę teraz iść na basen, bo jak zaczną puszczać zatoki, to zrobi się jesień średniowiecza. Masakra. Lubicie tabakę?

A gdyby tak...

eee, nie. Dobra, spadam. Wpisujcie się ładnie.

Użytkownik Krk
:::
2004.02.19 10:28:15
Dostałem tylko dwie odpowiedzi na moją psychozabawę, ale to nic, to nic, mam dużo materiałów zebranych podczas obserwacji. Musicie bowiem wiedzieć że wychowałem się i pierwsze 20 lat mego życia spędziłem w podmiejskiej leśniczówce.

Gdy zaczyna się wiosna całymi stadami przyjeżdżają tam samochody, zatrzymują się na łące, wysiadają z nich posępne kobiety i jeszcze posępniejsi faceci. Wychodzą na spacer do lasu. Zgadnijcie co trzyma w ręku po powrocie 90% kobiet? No?
Już wiecie: bukiet umęczonych kwiatków, które już przy dojściu do samochodu są podwiędnięte, włażą do nich małe czarne robaczki i kwiatki przed odjazdem często lądują na ziemi.

Oczywiście bardzo chciałbym wierzyć, że użytkowniczka Mimbla na widok kwiatków tańczy i śpiewa, znaczyłoby to jednak, że należy do niewyobrażalnie małego ułamka procenta wszystkich kobiet, bo przez 20 lat widziałem najróżniejsze rzeczy w moim lesie, ale nigdy żeby ktoś tańczył i śpiewał dla kwiatków. To co ja widzę to pazury wydzierające kwiatki razem z korzeniami, buciory, ew. kłótnie z szarymi mężami, rzucanie śmieci itp., w najlepszym wypadku wykopywanie kwiatów łopatką z ziemią i korzeniami.

Bardziej prawdopodobną, choć smutną odpowiedź dała użytkowniczka koh-i-noor; tak, bywa i tak że kobiety uciekają z lasu przytłoczone jego pięknem.

O co chodziło w psychozabawie?

Kobietom trudno zrozumieć, że kwiatek ładnie wygląda w lesie, na polu, na krzaku dzikiej róży. Właśnie tam, bo tam jest jego świat, a nie pod tylną szybą samochodu albo we flakonie z chlorowaną miejską wodą.

Tak samo jak do kwiatków, kobiety podchodzą do mężczyzn. Nie wystarczy im, że spotkają mężczyznę ciekawego, ładnego, który rozjaśnia ich życie, rozwesela je, sprawia że same czują się piękne. Im lepszy mężczyzna, tym zacieklej próbują go zerwać i wpakować do swojego wazonu (nie zrozumcie mnie tutaj opacznie,0) bo nawet gdy go nie potrzebują, to przerażeniem napawa je fakt, że ten kwiatek mógłby zostać na swoim miejscu i jakaś inna kobieta mogłaby go zerwać.
Ale samo zabranie jeszcze nie wystarczy. Chcą go odciąć od korzeni, od przeszłości. Odpędzić od niego te wszystkie miłe pszczółki, które były jego przyjaciółkami. Wygnać precz sympatycznego bąka Rysia, który wpadał od czasu do czasu na kieliszeczek nektaru. "To jest mój kwiatek!" - mówi kobieta - "Tylko mój".

A potem kwiatek więdnie, już nie jest taki wesoły i kolorowy, nie ma w nim magii, już nie wspomnę o tym, że zła kobieta królowa śniegu każe mu przynosić sobie jedzenie, ubrania, zbudować dom, kupić samochód, antenę satelitarną, telewizor.

Pewnego dnia kwiatek, któremu z głowy odpadają powoli płateczki od zmartwień, odkrywa, że gdzieś tam w lesie żona ma nowego kwiatka.

I pół biedy, jeśli kobieta przynajmniej tamtemu pozwoli żyć swym normalnym życiem w lesie i tylko odwiedza go żeby się z nim pieścić. Ale często wpada na głupi pomysł, że z tamtym kwiatkiem napewno jej się uda.

I mówi wtedy do starego, zwiędłego kwiatka: "Słuchaj, kiedy cię poznałam, byłeś czarujący, wspaniały, kolorowy i piękny. A teraz jesteś brzydki, wypadły ci płatki z głowy i już mnie nie kochasz. A ja poznałam kwiatka, który jest w twoim wieku a wygląda tak jak ty kiedyś. Idę do niego, a ty wstydź się."
Oczywiście "idę do niego" wygląda tak, że ona zostaje w domu, z samochodem, a to zwiędły kwiatek wylatuje na śmieci. Jego miejsce zajmuje inny i proces zaczyna się od początku.

He he, każdy głupi może napisać "Małego Księcia".
:::
2004.02.18 09:54:54
Wczoraj w trójce w powtórce z rozrywki leciał zupełnie genialny tekst o mężczyznach i kobietach. No zresztą nie wiem czy genialny, w każdym razie dawno się nie spłakałem ze śmiechu przy powtórce. Chodziło o różnice między jednym a drugim gatunkiem.

Co tu sobie strzępić język i palce na klawiaturze, ja jestem coraz bardziej zdumiony kobietami, mimo jakiegoś tam wieku i długiej serii doświadczeń, te dziwne istoty zaskakują mnie w każdej chwili, w każdej sytuacji.

Kobieta nigdy nie jest taka, jaką się wydaje że jest. I choćbym był na 100% pewien że wreszcie trafiła się osobniczka normalna, bez schizy, która będzie w stanie uszanować mój wewnętrzny świat, której wystarczy powiedzieć "wiesz, nie lubię tego, tego, tego" i ona zdaje się to rozumieć, po najdalej 2 tygodniach dostaję dziesiątki sms-ów najdziwniejszej treści, pełnych podejrzeń, gróźb, prób inwigilacji, zaczyna się podpytywanie znajomych.

Możesz odbyć 2, 3 wspaniałe nocne rozmowy, wyjaśnić sobie prawie wszystko, opowiedzieć swą historię, ona pokiwa głową, powie: "no tak, teraz rozumiem" i najdalej za tydzień pokazuje, że nie rozumie.

Dziewczyny, zdanie klucz, wydrukujcie sobie i powieście nad łóżkiem:
"Mężczyzna ma swój wewnętrzny świat."

Tutaj mała psychozabawa dla kobiet. Wyobraź sobie że:

Jest smutny, szary dzień. Jesteś przygnębiona. Serduszko ciężkie, w głowie problemy, na czubek nosa siąpi deszcz. Idziesz z jednego szarego miejsca do drugiego.

I nagle, w połowie drogi, trafiasz na małą polankę albo placyk, gdzie świeci słońce, powietrze jest świeże, jest wesoło, a to wszystko promieniuje od rosnącej na środku ślicznej kępy polnych kwiatów.

Co wtedy robisz?

Proszę o wpisy w komentarzach.
:::
2004.02.17 15:29:26
Proszę o wsparcie z lotniskowca.

Dlaczego skoro cały kraj i tak pracuje, ja nie mogę się trochę poobijać, napić browara, wyluzować, tylko muszę siedzieć i coś robić. Ja do tego zupełnie nie mam głowy.

Ale...

Nie byłbym sobą gdybym nie wymyślił przy takiej okazji czegoś zupełnie genialnego. Słuchajcie uważnie:
Coraz więcej ludzi pracuje w korporacjach, gdzie wyzysk jest nieziemski, rozpadają się (albo w ogóle nie powstają,0) pozakorporacyjne więzi międzyludzkie, aktrakcyjne młode kobiety nie mają czasu na seks, a faceci nie mają jaj by nawrzucać dyrektorom, którzy ich bezczelnie dupczą. Dyrektorzy patrzą na poszarzałe twarze pracowników i tracą motywację by ich gnębić, bo jak gnębić kogoś, kto sam z siebie jest zgnębiony niemalże do ostatka. Jak jakiś pracownik zaczyna być wesołkowaty (przeważnie na tydzień przed tym nim trafia do psychuszki,0) to się go prosi do gabinetu i mówi mu: "panie kolego... pana postawa... nie daje szans... może pan podpisać... albo dyscyplinarnie..."
INFERNO

Rozwiązanie

Na 100 zestresowanych, kompetentnych pracowników należy zatrudnić 1 Krka, faceta który nie pęka, nie pozwala sobie dmuchać w kaszę, który jest tam tylko po to aby:
- pić alkohol w godzinach pracy, wykonywać freakouty po najebce albo wprost wywoływać skandale,
- bluźnić wobec zasad korporacyjnych,
- pyskować przy pracownikach wyższej kadrze menadżerskiej,
- rozładowywać napięcia seksualne wśród personelu żeńskiego,
- psocić i wyczyniać wyce,
- przyjmować odpowiedzialność za wszelkie niepowodzenia i nic sobie z tego nie robić,
- spławiać niechcianych kontrahentów, akwizytorów, gmatwać sprawy reklamacyjne, mamić prasę, ogólnie robić za świecę dymną,
- w uzasadnionych przypadkach zajmować się mobbingiem,
- być żywą legendą firmy.

Wszystko to w celu wzmocnienia więzi, rozładowania nadmiaru stresu i podniesienia wydajności pracy o około 178%.

Dyrektorzy, pomyślcie - wasi najlepsi pracownicy już nie będą trwonić cennych minut obmyślając jałowe i wyważone odpyskówki - i tak nie pobiją Krka. Będą mieli tę samą lub większą satysfakcję, a więcej czasu spędzą pracując.
Samotne, młode kobiety zamiast odpowiadać na internetowe anonse w Cafe Gazeta (w godzinach pracy!!!,0) w porze lanczu zaznają rozkoszy w toalecie, bądź w specjalnie do tego celu wyznaczonym pomieszczeniu. Pomyślcie, jak chętnie będą przychodzić do pracy i bez cienia protestu zostawać po godzinach!

Taki Krk zasłuży na waszą najgorszą i najbardziej prymitywną zjebkę i nikt nie będzie mówił "oj tu dyro przesadził", wszyscy będą wiedzieli że Krk zasłużył. Ulżycie sobie nie tracąc autorytetu i nie psując atmosfery w zespole. A może sami się pośmiejecie?

DARMOWA PRÓBKA:
(narada sztabowa, dyrektor przedstawia właśnie swoją wizję uratowania firmy, gdy Krk przeciągle ziewa,0)
DYREKTOR: Uważaj Krk, bo mnie połkniesz...
KRK: E tam, nie jadam wieprzowiny.

Spodziewana pensja - w zależności od wielkości korporacji od 3 do 6 tysięcy złotych, telefon i samochód bez limitu.

Oferty proszę składać w komentarzach.
:::
2004.02.17 14:24:01
Bo ja jestem, proszę państwa, na zakręcie...

Tanki ido, tanki...


:::
2004.02.17 11:17:32
Czy wy też martwicie się zniknięciem @linki?

Ja bardzo.

Od kiedy wbiłem się w blogi, przestał mnie cieszyć onet, taraka, szukam ukojenia w wyznaniach zwariowanej nastolatki @linki na mydziecisieci.blog.pl i czekam niecierpliwie na każdą nową notkę. A tu nic.

Ja też mogę niedługo zniknąć, bo czuję że tpsa odetnie mi telefon, nie płacę chuyom bo neostrada to zdrada, na reklamacje nie przyszła odpowiedź, a windykacja najpierw strzela, a potem patrzy kto padł. Ale nie zapłacę i koniec, transfer na poziomie 0.1 kbps to jest jakaś paranoja. Mam rację? Kto mi potem odda kasę za zmarnowane 2 miesiące życia?

Znów nie wstałem na 7 rano na basen. Jak mi się to w końcu uda, to stawiam wam wszystkim jak tu wchodzicie browara. I już nic nie będę musiał mówić, zobaczycie browara i będziecie wiedzieć.

Jeśli mnie odetną, już nigdy w życiu, przenigdy nie skorzystam z ich usług. Niech zdycha hydra pierdolona Telekomunikacja Polska S.A.

Będzie wtedy tak, że pojawię się w ciągu 2 tygodni żeby dalej prowadzić z wami ten dziwny dialog.

Na froncie mego życia obrona się chwieje momentami, fakt że kapral Siergiej i szeregowy Chrząszcz przynieśli mi skrzynkę granatów i 10 taśm do kaema, ale wróg podciągnął dwa czołgi, uderzą jeszcze w tym tygodniu.

Za radzinu, za Stalinu
aj stil kip on fajtin'
:::
2004.02.16 18:07:22
Tym razem to nie moja wina, że rano nic nie napisałem

Ale o co chodzi? Zaraz się domyślicie.

Uważałem się za łagodnego człowieka, co to muchy by nie skrzywdził, już nie mówiąc o człowieku. Nigdy nie reaguję na zaczepki, negocjuję z kretynami zamiast ich bić, wykręciłem się od wojska spędzając uroczy tydzień w szpitalu z pacjentami psychiatryka, jestem umiarkowanym pacyfistą i aż do dziś nie myślałem, że mógłbym zabić człowieka, ani nawet go osłabić.

Ale teraz już wiem, że jestem do tego zdolny. Gdyby dzisiaj ktoś mi pokazał faceta i powiedział - tak, ten człowiek napisał i rozesłał wirusa komputerowego, chyba nie ma takiej wrednej śmierci, której nie mógłbym mu zadać. Mógłbym podpalić stodołę pełną tych wrednych istot, pożytkujących swoje wątpliwe talenty na bezsensowną destrukcję, na utrudnianie życia ludziom, których nie znają i o których życiu nie mają pojęcia. Mógłbym wyrywać im paznokcie i odbijać nerki gumowym wężem, wlewać kwas do ust, rozstrzeliwać, oblewać wrzącą smołą i tarzać w pierzu, kastrować, obcinać palce u rąk (wszystkie,0) i kazać im je pozbierać z podłogi, wbijać na pal, mordować, skalpować, skakać w glanach po klacie, boczków przysmażać, ogaciać słomą i podpalać, albo zamykać w szklanej pułapce i powoli zalewać wodą, przetrzymywać ich na rosnącym pędzie bambusa, miesiącami kapać im wodą na czaszkę aż oszaleją, piszczeć styropianem aż rozbolą ich plomby w zębach, spuszczać po żyletkach do basenu z jodyną, albo zapraszać na przejażdżkę na żelaznej klaczy (takie ostrze w kształcie zjeżdżalni, na które się skacze i które przecina człowieka powolutku na pół, od dupska do głowy,0), gilotynować, łamać kołem, wykapywać oczy pochodnią, wieszać głową w dół aż im żyłka pęknie, rozstrzeliwać powoli z broni małokalibrowej, kamienować, zamurowywać żywcem w podziemiach katedry, wysyłać na basen w betonowych skarpetkach, spławiać pod lodem, podpalać w beczce...

Uff, ulżyło mi z letka. Dzieci, podziękujcie ładnie panom kurwa ich mać hakerom czy innym pojebom za produkowanie tych bezsensownych programików, które dziś od rana utruły mi życie tak skutecznie, że pokłóciłem się ze znajomą, że nie wyrabiam na czas z robotą, że jestem wkurwiony i już wiem, że jestem potencjalnie niebezpieczny dla otoczenia.

Wy wszyscy, którzy, czy to z bezmyślnej potrzeby psucia, czy też w imię jakichś pojebanych przekonań, przykładacie rękę do tego, że w sieci pojawiają się wciąż nowe upierdliwstwa, wiedzcie, że łapy wam chuye nie podam w życiu, a jak ktoś na realu, nawet dla żartów, powie że napisał kiedyś wirusa, niech się ten człowiek liczy z najgorszym, łącznie z przegryzieniem gardła, a w stanie nietrzeźwym mogę się do tego posunąć. Pała generała wam w dupsko, wredne głupie buce.

Aaaach, już prawie mi dobrze. Już jestem spokojny.

And my special thanks to the crew of Microsoft Company za to że pchają się do monopolizowania rynku, a robią coraz bardziej dziurawe i plugawe systemy i tylko szpiegowanie i koszenie coraz większej kasy za coraz większe bzdury im w głowie.

A tak poza tym u mnie wszystko w porządku, po staremu że tak powiem. A u was?
:::
2004.02.15 23:17:14
Mówiłem już wam o potrzebie zmian. No i co powiecie na to: siedzę w domu sam i piję piwo z puszki. Kto by pomyślał...
:::
2004.02.15 17:02:00
I jakby na poparcie tych słów znalazła się w moim archiwum odpowiednia fota:


Everybody hurts sometimes...
:::
2004.02.15 12:59:31
Noir Desir "Aux Sombres h Ros de l' Amer"

Listopad, Amsterdam, barka hotelowa "Zeeland", piątek, godzina 22, w barze na górnym pokładzie mieszane towarzystwo, Polacy, Algierczyk, Australijka, dwoje Holendrów (w tym eks-dziwka z Red Lightów,0), para Niemców, Duńczyk na którego wołają Viking. Wszyscy rozmawiają po angielsku. Nieco z boku, na barowym krześle siedzi Francuz. Wzięty żywcem z filmów o średniowieczu, włosy w nieładzie, zęby przerzedzone, ubiór plugawy. Nie rozumie ani słowa, jest coraz bardziej pijany i zagaduje do nas po francusku. Czasem barman Algierczyk zamienia z nim parę zdań, potem nam tłumaczy. Historia Francuza jest smutna, miłosna. Ale to właśnie on zamawia muzykę, wszystkie płyty należą do niego i jedną z nich jest Noir Desir. Całkiem dobra muzyka, szkoda że wypłynęła w tak wredny sposób.
Francuz coraz bardziej pijany, wymachuje rękami, zrzuca z półki maskotkę lwa. Chcąc ją złapać potrąca wielki samowar (?,0) który przewraca się na suszarkę do szklanek, szkło się tłucze. Viking wyprowadza Francuza do jego kajuty, wszyscy na chwilę zamyślają się nad tym, jak to facet potrafi się stoczyć przez kobietę. Kobiety raczej nie staczają się przez mężczyzn, widział ktoś coś takiego? Rozpaczają bardziej widowiskowo, ale zawsze w końcu jakoś sobie radzą, znajdują sobie dobrze ustawionego łebka bez wielkich ambicji, rodzą dzieciaki, mówią sobie że tak miało być. Bo tylko faceci tak naprawdę wiedzą co to prawdziwa miłość. Dla kobiety w ostatecznym rozrachunku ważniejsza jest stabilizacja. Ma to swoje uzasadnienie ewolucyjne, chodzi o opiekę nad potomstwem. Kobiety, które wybrały wielką miłość, wyginęły w toku selekcji naturalnej.
Facetom wierzącym w wielką miłość łatwiej przekazać swoje geny, wystarczy im do tego jeden wieczór gdy ta rozsądna z pozoru kobieta jest na delegacji, albo pojechała odwiedzić koleżankę ze studiów do innego miasta, a potem ona mówi: "wiesz Tomku, przecież twój pradziadek mógł mieć niebieskie oczy i to właśnie po nim" i póki kolor skóry nie odbiega od standardu sprawa jest do przepchnięcia. Zresztą taka kobieta wracająca z wyskoku od razu zaciąga swego męża do łóżka, głównie po to żeby sama mogła potem wierzyć, że zaszła z mężem, a nie z tym tajemniczym, pięknym facetem. I dopiero kiedy syn ma osiemnaście, dwadzieścia lat i już widać, że nie dla niego stabilizacja, że raczej pisze wiersze i słucha romantycznej muzyki, że mimo jego mrocznej urody zostawiła go kolejna dziewczyna, a on wciąż nie może zdobyć tej jednej jedynej, matka rozumie co się stało, ale jest zdecydowanie za późno na wyrzuty sumienia. I czasem gdy mało romantyczny mąż zasypia o 21 w piżamie i chrapie, albo kiedy bardziej interesuje go program o samochodach niż jej nowa bielizna, albo gdy nie zauważa że wreszcie zgubiła tę cholerną fałdkę, jest już za późno by myśleć, że mogła sobie wziąć kogoś bardziej romantycznego, ale pozostaje satysfakcja, że jej syn jest inny i ona przez to bardziej go rozumie i bardziej kocha niż tego właściwie obcego faceta, który na to wszystko zarabia.
Ale nie mówcie że kobiety są takie czy inne, tak po prostu zrobiony jest ten świat.
:::
2004.02.14 22:52:45
Żeby była tutaj pełna jasność - Mały Książe to spoko książka dla dzieci, dużo lepsza niż jakiś Kaczor Donald czy inne bzdury, rozumiem że można mieć do niego sentyment, no i jest to fajna ikonka, te wszystkie małe planetki i jakiś upośledzony ludzik w koronie, temat idealny na koszulkę. Zapewniam was że mam dużo głupsze koszulki i nie czuję się przez to ani trochę kmiotowato. Ale kiedy 25-letni facet mi mówi że najlepsza książka jaką czytał w życiu to Mały Książe to parskam tak że piwo leci mi nosem. A on z trudem powstrzymując beksę próbuje mnie zafascynować jakimiś historiami o barankach w skrzyni czy o wężu boa i się podnieca jakie to dowcipne i mądre. I nawet nie próbuję mu polecić Charlesa Bukowskiego, bo chłopak pewnie by zemdlał czytając jak Buk wycierał po stosunku fiuta w prześcieradło, albo jak onanizował się wazonem i wazon pękł, albo jak w akcie zemsty za brak papieru toaletowego zapychał kibel własnymi gatkami i w życiu nie pojąłby ten młody człowiek że część mądrości, którą powinien przyjąć w wieku 25 lat, jest zawarta w trochę innych książkach niż filozoficzna bajeczka dla dzieci. A potem życie przejeżdża po takim człowieku jak szesnastotonowa ciężarówka, i ten człowiek płacze i sięga po wymiętą książeczkę bez okładki i szepcze: "Mały Książe, pomóż!", ale Książe mu nie pomoże w niczym, bo, co w tym wszystkim najgorsze, jest to książka pesymistyczna i dołująca.

Ja mam na przykład ręcznik z całą ekipą z Kubusia Puchatka, chociaż nigdy nie przeczytałem tej książki, nawet jako dziecko, bo wydawała mi się nudna. Ale jak patrzę na Kłapouchego to przypomina mi się ten moment, kiedy zrobiło się jasno w pokoju i zobaczyłem anioła.

Ale jako ikona dużo bardziej przemawia do mnie nagrobek Bukowskiego, na którym są wyryte dwie wzniesione rękawice bokserskie i napis "Don't try".

I mam nadzieję, że moje odkrycia się na Bukowskim nie skończą. Marzę tylko o dniu kiedy książki będzie można pobierać z internetu za pomocą soulseeka.
:::
2004.02.14 12:47:46
Nawet w szaleństwie można popaść w rutynę.

Zrozumiałem to nagle wczoraj, zupełnie pijany kolejny raz, w tej samej, najlepszej knajpie w Burkina Faso, oglądając te same cycki i słuchając tej samej, doskonałej muzyki z najwyższej muzycznej półki. I nagle piwo miało smak popiołu, kolory przyblakły i poczułem gwałtowną potrzebę zmiany.
Potem jednakowoż nabrałem smaka na karkówkę z grilla (ok. godziny 0:30,0), skrzyknąłem więc 3 świeżo zapoznane osoby, gdyż mam w domu grill elektryczny. Ale karkówki nigdzie nie było, kupiliśmy kiełbasę, to już nie było to samo. Potem standard, demolka, hałas, sąsiedzi. Nad ranem potężne Deja Vu. I potrzeba zmiany powróciła.

Postanowiłem się zainteresować historią, albo w ogóle zostać znawcą w jakiejś dziedzinie. Ot tak, jeśli można pić piwo, to równie dobrze można czytać o Egipcie albo o Piastach.

Już kiedyś w moim życiu był okres pięcioletni, kiedy w ogóle nie chodziłem do knajp. Wydawało mi się to dziwne, że stale ci sami ludzie spotykają się w tym samym miejscu, żeby pić piwo i gadać o niczym.

Ja najbardziej lubię budzić się nad ranem w obcym mieszkaniu u miłych ludzi, którzy dają mi herbatę z cytryną i robią jajecznicę. Wolę imprezy w domach, mieszkaniach, bo tam zawsze jest inaczej, ktoś ma książki na półce albo jakiś fajny film, albo jakąś niesłychaną muzykę, albo fajną koleżankę w pokoju obok, która właśnie nie ma chłopaka i ma ochotę pogadać o tym przez całą noc właśnie ze mną. Albo kiedyś w pokoju obok leżała dziewczyna w piżamie, zapytałem czy mogę ją zdjąć i było bosko, nieziemsko, choć zupełnie prawie ciemno. I rano z niepokojem oczekiwałem co też światło dnia mi odsłoni, a dziewczyna była śliczna, przepiękna, niestety była z innego miasta i tyle właśnie ją widziałem, pozostała mi tylko miłość do Kłapouchego z Kubusia Puchatka, bo miała zegarek z Kłapouchym właśnie. Nie jestem fanem Kubusia ani żadnych innych książek dla dzieci, a już za zupełnych kmiotów mam osoby zakochane w Małym Księciu, ale Kłapouchy na zawsze będzie mi się kojarzył z magią wieczorów spędzonych niestandardowo i nierutynowo.

Natomiast gdybym codziennie, albo co gorsza w jakimś określonym dniu tygodnia budził się w obcym mieszkaniu czy w łóżku obcej laski, to też byłaby to rutyna i szybko przestałoby być zabawnie. Dlatego staram się chodzić z oczami otwarymi szeroko, chociaż nie zawsze się da, jak się ma w słuchawkach Loli Puna i po prostu się płynie, płynie przez przestrzeń. I za to właśnie lubię życie, że można tak po prostu czuć coś, nie oceniając czy jest to miłe czy nie, po prostu to jest i właśnie się to czuje. I dlatego nawet gdyby nie można było pić piwa, chyba dałbym radę.
:::
2004.02.13 21:16:26
Lista, kochanie, któraś z następnych notek będzie specjalnie dla ciebie, w starym dobrym stylu Krka. Zrozumcie jednak, że do życia potrzebuję głównie pieniędzy oraz zupełnie niewirtualnych spotkań ze znajomymi, z kobietami itd i porywa to strasznie dużo czasu. A jeszcze trzeba jeść.

Np. teraz myślę tylko o tostach z salami, serem i zajebistym keczupem, które zaraz sobie zrobię, narażając na szwank cały skomplikowany harmonogram dzisiejszego wieczoru. Tosty wypełniają mój mózg i choćbym się nie wiem jak skoncentrował, nie jestem w stanie opowiedzieć żadnej zabawnej historii.

Wczoraj zaś po basenie byłem z Rudim na hot-dogach na stacji Statoil, takie wiecie, parówki opiekane i bułki z dziurą w środku, odlotowa sprawa.

Dobra, bo mnie skręca. Spadam, nastawię dziś ucho na zabawne historie, lista, popracuję nad notką specjalnie dla ciebie. Pozdrów Bydzię ode mnie.

Krk
:::
2004.02.13 11:08:59
I dziś znów was zaniedbam trochę, chyba że wieczorem będzie czas, ale kto to wie co w piątkowy wieczór może się stać. Ja walczę, walczę o lepsze życie, ze światem za bary, z barami za świat.

User Krk
:::
2004.02.12 12:39:14
Jeśli w pewnych okolicznościach uciekam, czy oznacza to, że jestem ZBIEGIEM OKOLICZNOŚCI?
:::
2004.02.12 10:37:05
I ja to wszystko po jednym piwie napisałem? Boże.

Toż więcej sensu przekazuje czasem ksiazepanski.blog.pl

Jeden szalony weekend i wszystko się mąci w głowie, człowiek traci ostrość widzenia drogi przed sobą. A ja tych weekendów miałem całą serię. Na szczęście są jeszcze sny tzw. znaczące, przez które rozbełtane części umysłu komunikują się ze sobą wzajemnie. Kiedy już z człowiekiem jest naprawdę dziwnie, pojawia się taki sen i wszystko ustawia.
Wyśniłem dziś dwa miasta, z którymi wiążę jakieś nadzieje, Amsterdam i Londyn. W Amsterdamie stałem nad zatoką i widziałem, jak barka mojego niedoszłego pracodawcy odpływa, to znak, że ta droga jest już zamknięta. Ale pozostaje jeszcze Sofia, zwariowana staruszka u której mieszkałem parę dni, a która pokochała mnie szczerze za to, że jako jeden z niewielu gości jej hoteliku zjadałem bez marudzenia jajka na oleju (!!!,0) przygotowywane co rano przez jej męża. W moim śnie wyraźnie widziałem, że jest gotowa mi pomóc, a ja powinienem wtedy biegać po mieście z ulotkami reklamującymi moje usługi.
W Londynie widziałem ciężką pracę w gastronomii, za to byłem tam z rodzicami, gdzie przenosiliśmy naszą restaurację. Dużo pracy, ale rodzina znów razem. Widziałem nawet opuszczony lokal, który możemy zająć. Było to w jakiejś części miasta której nie znam, ale chyba jeszcze po właściwej stronie rzeki.
Potem widziałem wszystkie zaprzepaszczone okazje w moim życiu, tego wam nie będę opowiadał. Wyciągnę z tego naukę.

Pozdrawiam serdecznie,

Nowy, Lepszy Krk
:::
2004.02.11 23:41:11
Jestem. Oczy czerwone i malinowy oddech. Ostatnie dwie moje miłości to basen pływacki i piwo lane z sokiem malinowym.
Zawsze wydawało mi się, że piwo z sokiem to jakaś ściema. Ale ostatnio w Stajence Pegaza chyba wymamrotałem zbyt niewyraźnie, że chcę bez i dostałem z sokiem. No i zasmakowało mi. Takie coś innego, jak to mówi nieodmiennie pani kwiaciarka z supersamu, kiedy raz na pół roku kupuję u niej bukiet. Zrobiłam panu takie coś innego. Dziwne zdanie, bezsensowne i niegramotne z pozoru, ale pełne prymitywnej poezji. W Burkina zresztą więcej osób używa tego zdania, słyszałem kiedyś jak fryzjerka mówiła tak do starszej kobiety, której zrobiła absurdalną trwałą z przebarwieniami i przepaleniami. Ładnie pani wygląda - przekonywała - takie coś innego. Takie coś innego do złudzenia przypominało rozpieprzony tapczan sprzed wojny, rozerwany granatem i zamieszkany przez dzikie koty.
Mówi się tak, gdy ma się świadomość, że zrobiło się coś złego, brzydkiego i zupełnie bez sensu, ale nie chce się do tego przyznać. To próba wmówienia pokrzywdzonemu, że gdy popatrzy z innej strony na to, co mu się uczyniło, nie musi wcale zostać natychmiast zmiażdżony brakiem akceptacji i zrozumienia. Wręczając beznadziejny bukiet można powiedzieć - zobacz, czyż normalne bukiety nie są już nudne? Kupiłem tobie takie coś innego. Ubierając się w wieśniackie gałgany mówi się - nie mam kasy, więc kupiłem sobie w lumpeksie turecką obesraną kurtkę ze skóry ze złotą nitką, takie coś innego.

Całe Burkina Faso to takie coś innego. A czasem myślę, że cały kraj. I oczywiście prezydent USA. Ale czego można się spodziewać po fanatyku chrześcijańskim.

Słuchajcie, ja nie twierdzę że Saddam był ok i cieszę się razem z wszystkimi normalnymi ludźmi, że gość siedzi zamknięty w pierdlu i wkrótce odpowie za swe winy, jak każdy wredny skurwiel powinien odpowiedzieć. Ale Bush to jakiś skończony religijny czubek, w dodatku uważający, że cel uświęca środki i zabijajcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich.

Opiłem się dzisiaj wody z chlorem, strasznie dużo ludzi było, wszyscy chlapali i robili zadymę. Jedyna nadzieja teraz to chodzenie na 7 rano.

Nie przejmujcie się potokiem myśli, czasem tracę ostrość widzenia, ostrość myślenia i mówienia. Słucham muzyki rozpuszczającej, uprawiam ćwiczenia oddechowe, zacząłem czatować z laskami na gadu-gadu, dwa miesiące temu przestałem być chorobliwie nieśmiały, zmieniam skórę i zmieniam życie. Czytam literaturę wizyjną i szamańską. Pa pa pa pa
:::
2004.02.11 16:13:52
Believe in Krk

Ledwie zacząłem mój bój z TPSA, a tu na Onecie czytam, że im dowalili ostro po plecach. TPSA nie ma prawa pobierać kasy za 0-700. Od początku uważałem, że 0-700 to zdrada i kradzież. Ależ będzie ryk w działch windykacji, he he.

Myślecie, że uda się rozdrapać ten pieprzony twór? TPSA - zdychaj suko.
:::
2004.02.11 09:51:25
Lali Puna - odkryłem w niedzielę dzięki dziewczynie kumpla. Bardzo fajna muzyka, na razie tyle mogę o niej powiedzieć. Call 1-800-Fear

Wczoraj kompletna zapaść jeśli chodzi o robotę, 14 godzin tyrania, końca nie widać. Piszę tę notkę z poczucia obowiązku wobec tych, którzy tu przychodzą.

I take no prisoners

Idę na bagnety z TPSA. W poniedziałek pan technik zadzwonił do mnie i oznajmił mi, że Neostrada chodzi u mnie tak, jak chodzi (0.1 kbps momentami,0) bo na moim osiedlu jest niezmodernizowana centralka i jak podłączyli nowych użytkowników, to wszystko się dławi. Banda chędożonych kotojebców sprzedaje mi za całą masę kasy usługę która jest kija warta.
Według własnych wewnętrznych zasad wstrzymałem więc wszelkie płatności na konto tej jebanej hydry, wyjebałem płomienną reklamację i wysłałem poleconym.
Pod moim żądaniem obniżenia abonamentu do 40 złotych (ze 150,0) napisałem, że nie zamierzam negocjować w tej sprawie. I take no prisoners.

Ogólnie na całym froncie mojego życia ktoś chce mnie wydymać. Została mi wiązka granatów i dwie taśmy do kaema, ale trzymam pozycję dopóki sił wystarcza.

A jeśli zginę, złóż czasem goździka
Pod Grobem Nieznanego Użytkownika
:::
2004.02.10 13:25:44
A dziś od rana ciężko pracuję :-/
:::
2004.02.09 23:36:49
Zaniedbałem was, wiem.

Ale było pięknie. Sobota to był zdecydowanie mój dzień. Zaczął się zupełnie bez planu, jedynie przeczuciem, że coś wisi w powietrzu. Potem telefon od przyjaciela, że Poznań czeka. Szary pociąg z Burkina Faso. Pierwsze piwo w Stajence. Drugie. Muzyka co prawda z gatunku przepędzanie bydła przez Atlantyk jakiś pop-country-rock, ale browar pyszny, przy stolikach Poznaniacy, a to chyba najfajniejsi ludzie w naszym kraju, zero schizy, zero trendowacizny, po prostu sobota wieczór, pijemy browary i kąsamy rozmowy na przyzwoitym poziomie.
Potem mała drzemka u przyjaciela w chacie. Potem nagły telefon, że gdzieś tam jest impreza u jakiejś laski. Jedziemy.

W chacie oprócz nas 5 osób, alkohole, zakąski. Przełamanie kilkumiesięcznego rozbratu z wódką. Tańce, dobre wibracje. Jeden koleś opowiadał zupełnie nieziemskie historie. Facet z typu tych, na których wystarczy spojrzeć, żeby od razu polubić. Długie włosy zdradzające metalowy rodowód, zaokrąglona sympatyczna twarz. Historii wam nie opowiem bo nie mam do nich praw autorskich, zresztą to nie byłoby to samo.
Docenić też należy idealne wyczucie czasu gospodyni, która w pewnym momencie zniknęła w kuchni i przyniosła talerz zajebistych kanapek.

Potem dotarł do nas Wódz Duchowy i przypomniał nam, że naszym celem była Minoga. No to zawołaliśmy taksę i pojechaliśmy.

W Minodze pełno ludzi, muza pomieszana zupełnie, czasem fajna a czasem do dupy, ale ogarnął nas szał i boska ekstaza. DJ już dawno był po drugiej stronie tęczy, robił takie miksy, że nie wiadomo było czy śmiać się czy płakać, więc się śmialiśmy.

Potem zacząłem tańczyć na stole i pierwszego minusa złapał u mnie bramkarz, bo zaczął buczeć.

Potem usiadłem i przysnąłem i bramkarz złapał drugiego minusa, bo znów zaczął buczeć.

Potem przysiadła się jakaś laska i zaczęła opowiadać mi dyrdymały. Przedtem gadała już z moimi towarzyszami i oni ją obrazili lekko. Skarżyła się na nich i pytała, co ja, taki miły chłopak, robię w ich towarzystwie. Obraziła tym mnie, ich i wszystko w co wierzę. Powiedziałem jej, że może nam postawić wszystkim piwo i zniknąć. Zaczęła wrzeszczeć i uciekła.

Potem bramkarz złapał trzeciego minusa, bo zaczął zupełnie beznadziejnie budzić śpiącego kolesia, nacierał go po twarzy jak jakiś ruski cham, buczał do jego kumpli. Wtedy powiedziałem towarzyszom, że zaraz odgryzę mu nos. Oni na to, że nie, żebym tego nie robił. No więc nie zrobiłem tego. Postanowiłem, że coś mu powiem przy wyjściu i zobaczymy, co z tego wyniknie.

Potem się dosiadłem do jakichś lasek i spędziłem z nimi następnych 5 godzin na rozmowie. Wywalili nas chyba o 7 rano, kiedy po bramkarzach nie było już śladu. Potem jeszcze błądziliśmy gdzieś po mieście. Wróciłem do mieszkania przyjaciela i udałem się na zasłużony odpoczynek.

Obudziłem się z zupełnie rozpaczliwym kacem.

Potem wam nie opowiem co się działo. W każdym razie wróciła dziewczyna przyjaciela. Narozrabiałem, ale wszystko skończyło się happy endem, potem leżeliśmy we troje w łóżku i snuliśmy plany i opowiadaliśmy sobie historie z naszej bohaterskiej i niebanalnej młodości. O tym jak kiedyś zostaliśmy aresztowani za zdzieranie flag państwowych, o tym kto gdzie i kiedy kąpał się publicznie na golasa, jak piliśmy wódkę na dyżurze w szatni i kumpel chciał przenieść takiego małego chłopca nad ladą i trafił nim w żarówkę i rozwalił mu głowę, o tym jak na wycieczce szkolnej zapraszałem jedną nauczycielkę pod prysznic (taką wiecie, zaraz po studiach, fajna była,0) i jak mi przysięgała, że w skutek bezdusznych przepisów nie może tego zrobić.

A rano już byłem w Burkina Faso. Odebrałem piosenkę od Paula, początkowo byłem nią z lekka rozczarowany. Ale potem zacząłem odkrywać te smaczki i zdałem sobie sprawę, że to przecież blogowa piosenka. To coś takiego jak literatura blogowa. Tutaj nie ma dwóch tygodni kombinacji, szlifowania formy, wciska się record i jazda. Bez poprawek, bez kasowania jak coś nie wyszło. Więc jeśli rzecz ma smak, to znaczy że jest dobrze. I potem spodobało mi się bardzo kilka miejsc w tej piosence. Zwłaszcza tam, gdzie Paul zaczyna brzmieć jak Czesiu, w tych jego słynnych przydechach. I te przydechy mają wioskową stylizację na dodatek.

A teraz idę spać, bo właśnie odkryłem, że basen jest otwarty od 7 rano i chcę zobaczyć, czy jestem w stanie się tak wcześnie obudzić. Trzymajcie się.
:::
2004.02.09 11:45:22
Jednak nie wytrzymałem i wrzuciłem Sixtusa. Sprawdźcie sami - paulsixtus.nlog.org
:::
2004.02.09 09:54:53
Byłem w Poznaniu. Przekroczyłem budżet, rozmaite normy obyczajowe i wyczerpałem cierpliwość mojego najlepszego przyjaciela. Ale się pogodziliśmy potem.

Muszę się szybko brać do roboty, a jeszcze tepsa przysyła dzisiaj technika, który będzie sprawdzał co z neostradą. Do wieczora drogie dzieci.

Pa.
PS PaulSixtus spełnił moje muzyczne życzenie, ale to chyba wieczorem podrzucę. Jest to piosenka o Renacie Beger (Begier?? Anan Kofan,0) w stylu Czesława Niemena.
:::
2004.02.06 14:44:21
A na obiad - chińszczyzna

Kuchnia chińska jest najlepsza na świecie, nie wiedzieliście?

Zupka Vifon wegetariańska, łyżeczka przecieru pomidorowego, skondensowane mleko i sos sojowy. Mmmm, mmm pycha. Gotowe w 4 minuty.

Przypominają mi się studia. Zapach, smak, wiosna w Poznaniu... Albo wyjazd pod namiot z kumplem Wasylem, który aby wzbogacić smak zupy wkroił do niej kiełbasę polską. Zupa była nie do jedzenia, więc ją wylał, odcedzając kiełbasę, by ją wysuszyć i zjeść z chlebem.

Albo kiedyś, u Wasyla w mieszkaniu, kiedy obudziliśmy się po przepiciu winem "Grom", zjedliśmy na śniadanie po zupce i zrzuciliśmy je natychmiast do miski. A potem dla zmiany smaku piliśmy nalewkę z gandzi. Łza się w oku kręci, bo to se ne wrati. Za granicę mam jechać właśnie z Wasylem i pewnie będzie odlot nieziemski, ale to już powoli, powoli koniec naszej młodości.

Zupa chińska, smak młodości, smak wolności.

Wyjazd w góry, ja i zupy chińskie. Ileż forsy dzięki nim zaoszczędziłem, ile piw dzięki temu wypiłem...

Albo te wykwintne dania, które przyrządzałem na bazie makaronu z zupki, mięsa, groszku, warzyw i oczywiście sosu sojowego. Kiedy pod koniec tygodnia, czyli w środę, kończyła mi się forsa na jedzenie i trzeba było improwizować...

A trzymiesięczna przygoda z punkową meliną, gdzie w niewielkiej kawalerce na stałe mieszkało nas siedmiu gości, choć przeważnie było dużo więcej. Czasem całe tygodnie jedliśmy tylko bigos od mamy jednego z nas, chińskie zupki i piliśmy wino.

Tyle wspomnień, tyle wzruszeń zamkniętych w małej foliowej paczce, za jedyne 1.05 PLN.
:::
2004.02.06 11:25:26
To chyba mózg wycieka mi nosem...

Jaki człowiek przy zdrowych zmysłach chciałby mieszkać w Burkina Faso?

Dzisiaj postanowiłem odbyć podróż do Japonii. Jeszcze w tym roku. Nie wiem, czy roku wystarczy, bo zaplanowałem już podróże do Kanady i Hiszpanii, nie mówiąc o tym, że najwyższy czas zacząć się przygotowywać do misji załogowej na Marsa. Zostało mi raptem 20 lat, może ciut więcej, kiedy to muszę zrobić doktorat honoris causa, nabrać krzepy, nauczyć się pływać kraulem, zdobyć odporność psychiczną niezbędną dla warunków kosmicznych (tutaj akurat wystarczy, że się ożenię,0), zarobić forsę na łapówki, nauczyć się jeszcze ze 4 języków, wyrobić sobie znajomości w NASA, hmmm, co jeszcze może się przydać?

Jak zrobię jakieś fajne zdjęcia w podróży to tu wstawię.
Tymczasem kolejny weekend, kolejna podróż kosmiczna przez te magiczne dwie noce i dwa dni. Spotkania z Obcymi. Inne cywilizacje. Krajobrazy kosmiczne. Muzyka. Miłość. Piwo. Marzenia zapalają się znów w moich oczach. Żeby tak spotkać wreszcie kobietę, która przypomina Franceskę Piccinini. Albo dwie takie kobiety naraz i żeby przyszły tu obie do mnie.
Tak naprawdę to chciałbym, żeby było ich przynajmniej dziesięć.
Nierealne? Zobaczymy...
:::
2004.02.05 23:21:03
Paul Sixtus Music Blog wreszcie wystartował!!!

Używając podstępów i gróźb karalnych udało mi się zmobilizować mojego kumpla Paula Sixtusa do nagrania kawałka muzycznego specjalnie dla was! Idea bloga muzycznego, nie wiem czy nowa czy stara, została niniejszym wcielona w życie.

Skin wykonany został naprędce bardzo, ale nie o to akurat tutaj chodzi.

To nasz wspólny wkład w uwalnianie muzyki z okowów komercji. Pobierajcie, słuchajcie, niech pogodne wibracje muzyki Paula Sixtusa robią wam dobrze tego wieczora, tej nocy, następnego dnia. Smacznego.

PS Byłbym zapomniał - adres bloga to paulsixtus.nlog.org

PS 2 Komentarze i uwagi techniczne mile widziane!!!
:::
2004.02.05 10:55:25
Nieczynne z powodu choroby

Taki napis zobaczyłem kiedy rano próbowałem użyć mózgu.
Następnym razem po basenie wysuszę jednak włosy.

Całą noc wiał wiatr, spałem niespokojnie i wstałem niespokojnie. Kiedy będę wspominał ten dzień po latach, zobaczę szaro-różowawe niebo i wszystko lekko zaczerwienione. Zwłaszcza na krawędziach rzeczy widzę różową poświatę. Jest taka cisza, jakby już nigdy nie miało być nic. Na zewnątrz stacji transformatorowej, którą widzę z okna, świeci się nad drzwiami żarówka. Może to od niej to zaczerwienienie bije na cały świat?

Lubię takie dni, chciałbym nie mieć nic do roboty, usiąść przy oknie i rozmyślać. Bez muzyki, bez jedzenia. Bo świat nieczęsto wygląda tak różowo.

Ostatnio od pracownicy moich rodziców, Grażynki, kobiety prostej, dowiedziałem się, dlaczego zimą jest zimno. Chodzi o to, że zimą słońce świeci zimnem. Im bardziej świeci, tym jest zimniej bo jego światło jest zimne. A latem świeci na gorąco, i dlatego jest gorąco.
Grażynka jest fenomenalną kucharką.

Hafiz, dzięki za książkę Che, ja wolę jednak myśleć o nim jak o gościu który jeździł na motorze, palił cygara, uśmiechał się, zarywał panienki i miał jakieś ideały. Wojna w jego wypadku to była jakaś koszmarna pomyłka.
A w rzeczywistości mogło być na odwrót - wojna była podstawą jego życia, a uśmiech i cygaro to jest moja pomyłka. Ale to pomyłka niewiele znacząca. I tak nie zamierzam zarażać nikogo miłością do Che. Mogę sobie o nim myśleć, że był w porządku.
:::
2004.02.04 21:32:27
Teraz też powiecie że przypadek?
Wczoraj wieczorem wpadłem na pomysł, jako że uczę się już jakiś czas hiszpańskiego, że sobie ściągnę jakąś piosenkę po hiszpańsku i się jej nauczę. No i padło na iHasta siempre Comandante!, przy okazji poczytałem trochę o Che, wyrobiłem sobie pogląd itd. Ale piosenka fajna i właśnie się jej uczę.
No i rano pisząc notkę nie mogłem się powstrzymać żeby nie wrzucić fragmentu, zresztą fakt jest taki że tak rzeczywiście było, tzn. kumpel jest fanem Che.
No i przeglądam WP a tam artykuł o Che. Dreszcze.

Więc nie mogę pisać o wszystkim, bo jak np. napiszę o jakichś złych rzeczach i to się stanie i przeczytamy o tym nazajutrz w onetach to będzie to moja wina.

Przeziębiłem się chyba wczoraj po basenie, myślałem że jak jest już dość ciepło na dworze to nie muszę suszyć włosów.

Postanowiłem dzisiaj już na 100% że wyjeżdżam, kwestią tygodni jest zebranie odpowiedniej kasy, miejsce w Londku z dawna wygrzane przez kompanów. A od maja co, chyba Hiszpania, jak nas gdzie indziej nie chcą, nie?
Z moim najlepszym kumplem się przez przypadek dziś zgadałem, że opuszczamy ten kraj burakiem stojący.

Angolom się nie dziwię trochę z jednej strony, bo co drugi młody człowiek z którym rozmawiam o jego planach deklaruje że jedzie do Anglii, a są to nieraz typy przedziwne. Myślę że i tak damy radę, ta eksplozja Polaków to będzie coś wielkiego i dużo dobrego z tego wyniknie zarówno dla nas, jak i dla Europy. Czujecie w sobie power? Ja się czuję jak iskra na detonatorze ostatnio, w tym pozytywnym sensie. I niech sobie biorą nasze fabryki i naszą ziemię. Nam wystarczą ich kobiety, he he.
:::
2004.02.04 11:19:53
W moim superkurwasamie wprowadzili nowy zwyczaj. Co tydzień wszystkie produkty zmieniają miejsce ekspozycji, w związku z czym szukałem dziś makaronu przez 10 minut. Jak już go znalazłem, okazało się że nie ma pomidorów w puszce. Taki to super kurwa sam.

Na pocieszenie kupiłem sobie Hoopa z czarnej porzeczki z guaraną, wspomnienia zabłysły pod powiekami, bo piłem to latem, kiedy było ciepło i fajnie. Hoopa podpowiedział mi pewien znajomy anarcho-wegetariano-antyglobalista, kiedy mu się wyspowiadałem z mojego problemu, że szukam czegoś co mógłbym pić zamiast Pepsi, którą bardzo lubię, ale wiem że 2,5 litra dziennie to stanowczo za dużo. On najpierw zaśpiewał:

Aquí se queda la clara,
La entranable transparencia
De tu querida presencia,
Comandante Ché Guevara.


potem mnie lekko zjebał, a potem powiedział żebym pił Hoopa, bo to napój zdrowszy, smaczniejszy i ideologicznie słuszny.

Z tym smakiem to jest tak, że gdyby nie był taki słodki, to było by rzeczywiście całkiem bosko. W ideologiczne spory nie wchodzę, bo choć pieśń o Komendancie mnie wzrusza, to jednak wiem, że facet rozwalał pistoletem twarzą w twarz kolesi którzy mu się nie podobali.
Guarana natomiast na mnie nie działa, tak samo zresztą jak kofeina czy inne redbule. Ale podobno jest zdrowa. Co na pewno nie jest zdrowe to cukier, który rozwala zęby. Ale w Pepsi też to jest.

Potem piłem na zmianę Pepsi i Hoopa, a kolega ubolewał nad moim brakiem świadomości politycznej.

Moja świadomość polityczna wyraża się w niepiciu piw niemieckich w akcie odwetu za wrzesień'39.
:::
2004.02.03 22:40:40
Od dziś walczę z uzależnieniami - nie poszedłem po basenie na browar. Opiłem się wody mineralnej, trochę pomogło.
A blog? No cóż... piszę, bo lubię!

Dziędobry Pani Doktór!

He he he, powtórka z rozrywki. Ogólnie żenada ale młoda lekarka jak zwykle debeściarska.

Trzymajcie się milusińscy!

User Krk
:::
2004.02.03 18:22:02
Czy zamienię Burkina Faso na Londyn? No pewnie, nawet przygotowania już poczyniam. Chyba kończę ostatnie trzy zlecenia i wybywam. Pytanie o warunki zamiany/sprzedaży. To chyba temat na dłuższą rozmowę. weed podaj maila to do ciebie napiszę.

I znów zrobiło się rodzinnie na nlogu, chyba wstawię jakąś grafę z kominkiem, co?

Mam tylko problem taki, już wiem to na 100%, że jestem blogoholikiem, rujnuje mi to życie zawodowe, wydajność mi spadła o 50%. Masakra.
Chyba sobie postawię limit - 1 notka dziennie. Może wreszcie zacznę się zastanawiać nad tym, co piszę.

Z blogowym pozdrowieniem,

Użytkownik Krk
:::
2004.02.03 11:47:57
Uproszczenie - przyczyna każdej klęski

To oczywiście uproszczenie.
Przyszło mi to do głowy podczas porannych rozmyślań nad keczupem. Ostatnio tknięty nie wiem jakim impulsem zakupiłem bowiem, zamiast jak normalnie łagodnego Kotlina, keczup marki McDonalds. Był dość tani (3.40 chyba,0), w szklanej butelce, 0.5 litra.
Nikt już mi nie wmówi że McDonalds to amerykańskie gówno. Nikt.
Ten keczup jest dla mnie odkryciem. Zużyłem już 3 butelki. Wczoraj byłem w Sklepie Polskim, gdzie oczywiście taki produkt nie miałby racji bytu. Kupiłem ten Kotlin i... Nie, no to jest jakaś zdrada. Widać całą sztuczniznę, zagęstnik, sztuczne dosładzanie.

Hamburgery w McD. nie są jakimś tam mistrzostwem świata, chociaż zawsze są zjadliwe. Ale nawet w Burkina jest jedna knajpa, gdzie zrobili z hamburgera prawdziwą sztukę i jest to naprawdę super, o niebo lepsze od McD. I gdybym łyknął te wszystkie hasła o tym, że Ameryka jest do dupy i jedzenie tam jest jałowe i nic nie warte, to nie poznałbym, jak smakuje keczup. Więc widzicie, uproszczenia i chwytliwe hasła drogą do klęski.

UPROSZCZENIA I HASŁA - DROGĄ DO KLĘSKI

Pozostańmy przy tym temacie. Najbardziej obleśny keczup jaki jadłem to było coś takiego szklisto-brązowawego, z ciemnoszarymi paproszkami w środku, polali mi tym zapiekankę w jednej budce w Burkina. Byłem głodny, wracałem z imprezy i wydałem ostatnie 2.50 na tę zapiekankę. Jadłem i łkałem z obrzydzenia i złości.

A budkę na Teatralnym w Poznaniu znacie? Taaak, znacie... Legenda. Upraszczając sprawę: jak jeść fastfood - to tylko tam. A ja się pewnego razu wkurzyłem, bo kolejka, choć niedługa, posuwała się strasznie wolno, i poszedłem do Stajenki. I co odkryłem? Hot-doga po amerykańsku. Rewelacja, a czekałem tylko trzy czy cztery minuty. I potem bardzo długo tam właśnie chodziłem, a nie do zapchanej budki na Teatralnym, gdzie i tak nigdy nie było kiełbasek śląskich, które lubiłem.
Potem jednak w Stajence zmienił się sandwiczmejker i nie wiedzieć czemu hot-dogi zrobiły się do dupy.

A jak jest teraz? Ktoś wie, ktoś był ostatnio?

Pozdrawiam Poznań, moją zbyt późno odkrytą miłość. Kochanie, kiedyś do ciebie wrócę.
:::
2004.02.03 00:42:43
Jak to się wszystko pięknie splata

I powiedzcie mi, że świat nie jest pełen magii. Tutaj w Burkina Faso i tam, w dalekiej Ameryce, w tym samym czasie, w podobnych okolicznościach piękna (o ile Janet Jackson jest piękna,0) kobieta obnaża publicznie pierś.

A o eksplozji kaszalota czytaliście?

Co do położenia geograficznego Burkina Faso - jest to gdzieś w pobliżu analnego czakramu Ziemi. Wiecie o co chodzi.

*

Dziura w zadku.

Lista, zapewniam cię, że gdybyś naprawdę mieszkał w Burkina, to znałbyś tę knajpę. Byłbyś tam w sobotę. Wszyscy tam chodzą, bo poza tym jest tu tylko kilka brudnych nor i dwie dyskoteki.

Pytanie - co ja tutaj robię. Odpowiedź - ja tutaj mam. Mam rodzinę, przyjaciół i własne mieszkanie. Stały dostęp do internetu. Jest też basen i knajpa.

Jeśli sprzedam to mieszkanie, którego standard jest całkiem spoko, po cenach jakie są w Burkina, to mogę sobie kupić tak gdzieś 1/3 kawalerki w normalnym mieście. Trochę żal.

Wynajmowałem ten lokal trzy razy, za każdym razem ze stratą, raz nawet antyterroryści weszli z drzwiami bo się okazało że przemiła dziewczyna, która sobie tu zamieszkała, ma chłopca bez karku, zamoczonego w ciemne interesy.

Mój plan jest prosty. Napeklować tyle kabony, żeby po sprzedaniu tego kwadratu stykło na podobny w normalnym mieście i jeszcze na start jakiś zawodowy. Ambitnie.
Mam też plan B - jeśli przyrost kasy będzie następował z prędkością Neostrady w godzinach szczytu, sprzedaję w pipą wszystko co mam i uderzam w drogę. Deadline - koniec marca. Relacja na blogu gwarantowana.

Jeśli chodzi o zrobienie kasy to mam pomysł następujący: otwieram właśnie salon urody, specjalizujący się w masażu. Nie w jakimś tam masażu, tylko takim, który powiększa piersi, wyokrągla biodra i kształtuje pośladki. Otoczka tybetańsko-mistyczno-homeopatyczna. Ceny konkurencyjne.
Nastolatki będą walić drzwiami i oknami. Dziewczęta starsze, niezadowolone ze swoich sylwetek, też.

And now the smart part, jak to mówią angole.

Rozpuszczam pocztą taksówkowo-pantoflową ogłoszenie następującej treści: "Chcesz sobie pomacać młode panienki? Zostań doktorem Pai Chi Wo - 30 zł za 15 minut. W cenę wliczone wypożyczenie kostiumu chińskiego mandaryna."

Złoty interes - zero obsługi, sami klienci.

Do tego kamerka internetowa podłączona przez dialer.
A jeśli zgłoszą się bardziej prominentni mieszkańcy Burkina Faso (prezydent, szef policji, ksiądz proboszcz,0) dochodzi jeszcze kasa z szantaży.

No to do zobaczenia na szczycie.
:::
2004.02.02 11:58:46
Prorok czy co?

No powiedzcie sami - parę dni temu pisałem o Reni Beger, że powinna sobie teraz zrobić sesję w Playboyu. No i otwieram dzisiaj Onet i co widzę? Że temat już został nadany i teraz wystarczy czekać. Pewnie gdzieś po Wielkanocy będziemy mieli niezły ubaw.

Pierwszy mój pomysł na zdjęcie - Renia wystylizowana na prosiaka z rusztu - z podkurczonymi łapkami i jabłkiem w pysku.
:::
2004.02.02 11:06:52
Burkina Faso News

Kuchnia posprzątana. Zaczyna się ciężki okres pracy, będę siedział jeszcze więcej przy komputerze i pewnie często sobie robił przerwy odprężające, oczywiście wskakując na bloga i wypisując jak zwykle głupoty.

Muzycznie wracam do korzeni, zapuściłem starych dobrych The Pixies. Kurcze, to jest prawie tak stare jak było Led Zeppelin kiedy zaczynałem słuchać muzy. Wierzyć się nie chce.

Eeeeech, te weekendy... Niby się odpoczywa, ha ha ha, dobry żart.

Jakaś Elene przysyła mi cały czas swoje zdjęcie. Nawet ładna.
:::
2004.02.01 22:27:15
Gdybym tak był...
... gejem masochistą, w dodatku z fazą na ogolone głowy i emblematy nazi, moje życie seksualne było by zdecydowanie prostsze - podrywałbym skinów, mrugając do nich i klepiąc po tyłkach, a oni by mnie katowali, ku mojej wielkiej radości.

Ale i tak nie jest źle.

Paweł zjawił się podobno odebrać swoją ciężarówę z parkingu przed knajpą, był zmarnowany, ale żywy. To dobrze, bo wydaje mi się że przypominam sobie, że kiedy wychodziłem, wyglądał, jakby zaraz miał wpakować się w kłopoty.

Wspomnienia pojawiają się powoli, jak obraz na wywoływanej fotografii. Znalazłem np. jakąś karteczkę w spodniach i przypomniałem sobie, że w pewnej chwili przysiadły się do nas cztery dziewczyny, dość ciekawie ubrane i zaczęły nas zagadywać i rozdzielać od tych dziewczyn, z którymi już siedzieliśmy. Potem jedna dała mi swój numer telefonu, zapisany na wizytówce hotelu. Co było zabawne to to, że wszystkie cztery twierdziły, że są studentkami, ale kiedy zapytałem, jak idzie sesja, nie wiedziały o co chodzi.

W ogóle co jest najpiękniejsze w tej knajpie - przychodzi tam dużo więcej dziewczyn niż facetów i to nie takich, jak na jakąś dyskę, gdzie wszystkie na jedno kopyto ubrane, umalowane i poukładane w głowach. O nie, tam jest pełen przekrój i czasem trudno mi się zdecydować, który styl mi się bardziej podoba. Ale kiedy wczoraj puścili Doorsów "Light my fire" to cała buda naprawdę stanęła w płomieniach, a jedna zajebista laska zdjęła stanik i to był proszę państwa max.
:::
2004.02.01 12:35:12
Przepis na jajecznicę po meksykańsku

Składniki: kiełbasa śniadaniowa - 22dg
Jajka: 6 szt.
margaryna, sól, pieprz

Kiełbasę pokroić, podsmażyć, dodać jajka, sól, pieprz.

Spożywać w kuchni, która wygląda jak Mexico City po mundialu i trzęsieniu ziemi na raz.

¡que aproveche!
:::
2004.02.01 10:08:41
Wczoraj do knajpy rodziców przyszedł taki wielki kierowca ciężarówki, chyba ze dwa metry wzrostu. Nie był bardzo gruby ale miał duży brzuch. Twarz dziecka. Zamówił golonkę z frytkami, musztardą i surówkę i już było wiadomo, że nie jest tutejszy. Potem zaczął pić browary i rozmawiać, okazało się że to Słowak. Jak zrobiła się piąta, też zacząłem sobie nalewać browary.

Jakoś po 19 już byliśmy zaprzyjaźnieni i pojechaliśmy do najlepszej knajpy w Burkina Faso.

Wypiłem mnóstwo piw, Paweł (Pavel?,0) dużo więcej, było pełno towarzystwa, mnóstwo samotnych lasek, tańczyliśmy, stawialiśmy browary. Teraz jestem w domu, Pawła tu nie ma, nie wiem czy trafił gdzieś i nie kumam o co chodzi. Pozdrawiam.
:::
2004.01.31 09:47:22
W sprawie edukacji jeszcze powiem tyle, że kończyłem potem prywatną szkołę, gdzie była doskonała kadra, dobrze opłacona i zadowolona z pracy z nami, każdy się starał, a jak ktoś chciał opowiadać koszałki opałki to przychodził właściciel szkoły i mówił mu do widzenia. Fakt że kosztowało to trochę kasy, ale od czego mamy Londyn i bary kanapkowe.

Tytułu magistra się nie do chrapałem na tej uczelni, jednak zgodnie z zasadą: "lepiej chujem oset kosić niż magistra tytuł nosić" postanowiłem przeskoczyć ten etap i robię w tej chwili doktorat Honoris Causa.
:::
2004.01.30 22:36:10
Właśnie coś zauważyłem. Nie mam sesji tak jak większość z was. Nie przeżywam tego stresu. Ja w ogóle mam mało stresu, staram się nie pakować w stresujące sytuacje. Pracuję sam dla siebie, nie pozwalam nikomu mieszać sobie w głowie. Nie mam TV.

Studia rzuciłem przez ten głupi zwyczaj egzaminowania, stresowania, robienia z igły wideł itd. Każdy głupi kutasina zaczepiony na uczelni próbuje podkręcać swoją ważność robiąc ludziom jazdy. Zwłaszcza że większość z nich to koszmarne cieniasy, które kangura nie nauczyłyby skakać a ryby pływać. Więc zamiast ludzi zainteresować swoją dziedziną, pokazać jakąś pasję, robią miny pt. "nie chcecie to nie, zobaczymy kto się będzie śmiał podczas sesji". Tylko jak oni mogą pokazać pasję, jeśli większość z nich jest ledwie zaczepiona, robią coś co w sumie mają gdzieś głęboko.

W ogóle edukacja prawdziwa to jeden uczeń i jeden nauczyciel. Tylko wtedy można mieć jakąkolwiek nadzieję na dotarcie do ścieżki, na postawienie na niej kilku kroków.
:::
2004.01.30 21:57:09
Byłem dziś w Poznaniu. Ale tam fajnie, nie tak jak w Burkina Faso. Nawet ludzie jacyś fajniejsi na ulicach. I tylko ja nieprzytomny, z Burkina Faso.
Absolutnie nieprzygotowany, niewyspany, pojechałem na spotkanie z klientem. Bez wizytówek.

Wchodzę, wymieniamy uścisk dłoni i on mi wręcza wizytówkę. Byłem pewien że go tracę.

Na szczęście klient sam się ściemnił i mogę dopisać do listy niezasłużonych sukcesów zawodowych kolejną pozycję.

Takie to już wesołe jest życie ludzi, którzy nie przejmują się zbytnio okolicznościami, tylko robią swoje i biorą co zsyła los. Czuję się ostatnio jak lodołamacz.

Dziś nie idę na piwo bo jestem niewyspany. A niewyspanie + piwo = stempel. Za to jutro koncert w najlepszej budzie w Burkina Faso. Piwo za 4zl, ale to jest dla mnie cena do zaakceptowania.
:::
2004.01.30 10:49:36
Nie wiecie gdzie są moje pierdolone wizytówki?

Nie wiecie gdzie są pierdolone moje wizytówki?
:::
2004.01.30 10:48:45
Zamknięte prawdopodobnie do jutra.
:::
2004.01.29 23:08:12
Kochanie, wrócieeem...

... mam ochotę zakrzyknąć do mojego blogusia. Nie martw się droga Sugar, twoje porady nie zabiły mnie. Tylko jedna odwrotka zaliczona.
Może następnym razem ratownik pozwoli mi pływać bez tych baloników na rękach.

Endorfinka, powiadacie? No tak. Przyjemna sprawa. A ty Hafiz chodzisz na basen?

słucham On Horseback Mike Oldfielda, kawałek w nastroju teleranka, ale pasuje akurat teraz.

Kto ma ochotę pogadać - do 24 czekam na gg:4356283

Szacun i respect
:::
2004.01.29 11:51:38
Wywołaliśmy temat?

Dziś na onecie artykuł o różnicach między piwem butelkowym, puszkowanym i nalewanym.

Artykuł oczywiście tak jak Bolek i Lolek, do niczego nie prowadzi. Wynika z niego, że zasadzie różnic nie ma, chociaż są kolosalne, bo od piwa z puszki można dostać raka jąder. Gdzieś w to wszystko wlali jeszcze sok marchewkowy. Gratuluję autorce doskonałego przygotowania i precyzyjnego toku myślenia.

Pewnie biła się z koniem, gdzie koniem był rozum.
:::
2004.01.29 11:21:18
Uwaga, wkrótce coś, czego jeszcze nie było. Namówiłem wczoraj kumpla, który jest muzykiem, do założenia bloga muzycznego. Są blogi tekstowe, obrazkowe, komiksowe, zdjęciowe, animowane - teraz będzie muzyczny. A może był już kiedyś jakiś?
Jeden problem jest taki, że kolega jest artystą i jest dość mało obowiązkowy, ale rzesza fanów jego talentu, wpisująca się co dzień w komentarze z pewnością zachęci go do systematycznej pracy.

Co do pływania żabką - jeśli nie wrócę jutro na bloga, to wiecie komu możecie dziękować - użytkowniczce Sugar.
Na razie to ja dzięki za info.

Szukałem jeszcze wczoraj w necie czegoś o pływaniu żabką i znalazłem jedną stronę, ale jak próbowałem na sucho na podłodze to otarłem sobie łokieć. W ogóle uwielbiam oglądać rysunki instruktarzowe, ludziki są zawsze takie pokraczne i trudno skumać o co chodzi. Tak samo jak w kung-fu czy dżudo, nie ma to jak podumać co autor miał na myśli rysując tego ludzika.

Trzymajcie się.
:::
2004.01.29 00:10:52
Nie przeszliśmy 70-tki, ale i tak padł rekord, było 65 wejść. Stała tendecja wzrostowa, co mnie cieszy.

Ale nie o to chodzi

Idę znów jutro(dzisiaj w zasadzie,0) na basen i chciałbym tym razem już coś zakumać. Chyba nie chcecie żebym się utopił i przestał pisać bloga, co?

Proszę o instrukcje jak się prawidłowo pływa żabką oraz żabką krytą. Proszę niech piszą osoby które się na tym znają!
Mogą być również linki do stron z takimi rysunkami instruktarzowymi, kiedyś coś takiego widziałem i znaleźć nie mogę.

Postaram się zapamiętać i wykonać. I pamiętajcie - cienka nić mojego żywota jest terazw waszych rękach!
:::
2004.01.28 23:50:07
Wyścig z czasem trwa, zostało 9 minut!!!
:::
2004.01.28 23:27:45
Czy przekroczę magiczną liczbę 70 odwiedzin na dobę?

(tam dam tam dam tam dam, muzyczka budująca napięcie,0)

WEJDŹ NA MIHKRK.NLOG.ORG

a potem zaproś znajomych.

Jeszcze dziś przed 24!!!

DZIĘKI ZA WSPÓŁPRACĘ!!! KOMENTARZE MILE WIDZIANE!!!
:::
2004.01.28 22:41:49
Powiedzcie mi, czy wy u was też na Soulseeku tak zatrważająco spadły transfery? Ja ostatnio pobieram ze średnią prędkością 1.2 K/s i z licznymi przerwami. Czy oni niszczą soulseeka? Czy to już się dzieje?

Ale nie o tym chciałem pisać.

Chciałem wam napisać o tym, że każdy z nas wcześniej czy później spotyka swojego demona, który gdzieś tam czeka, żeby się przyczepić na dobre i złe. To nie zawsze musi być zły demon, może to po prostu przeznaczenie albo los, ale raczej coś bardziej osobowego, dlatego nazywam to demonem.

Piszę o tym, bo dziś jadąc autobusem zobaczyłem na ulicy Grzesia, faceta z którym chodziłem do podstawówki.
Grześ to była dość szara postać, śmiał się tylko kiedy inni się śmiali, raczej nie błyszczał. Szybko zaczął rosnąć, w czwartej klasie zaczął grać dobrze w piłkę i w zasadzie tyle można było o nim powiedzieć, aż do pewnego wiosennego przedpołudnia w ósmej klasie.
Przed lekcją chemii rozeszła się plotka, że Grzechu z dwoma innymi kumplami kupili sobie jabola i są nawaleni.
Akurat w naszej klasie nic takiego się wcześniej nie wydarzyło. Tak, dziwni byliśmy, wiem.
Na chemię przyszło ich dwóch, bo Tomek zaczął rzygać i uciekł.
Radek czuł się źle i był zupełnie otumaniony.
Za to na twarzy Grzesia malowała się radość, oczy mu błyszczały, tak jakby pierwszy raz widział świat. Nosiło go, chciał coś zrobić, ktoś siedzący obok, już nie pamiętam kto, go powstrzymywał. Na szczęście siedzieli z tyłu i nie było ich widać.
Potem się wydało że to był właśnie Grzesia pomysł, że spróbował tego dwa miesiące wcześniej i od tego czasu pił kilka razy.
Z dnia na dzień stał się bohaterem, wszyscy go pytali, jak się czuł, jak to jest. Potem była ostatnia wycieczka klasowa, wszyscy (ja o dziwo nie!,0) próbowali kruszonów, Grześ doradzał co najlepiej zrobić, żeby nie było czuć zapachu. Ludzie się pochorowali, wpadka, afera, ale to już był koniec szkoły, oceny wystawione i ogólnie mogli nam skoczyć. Dziwny klimat, pierwszy raz w życiu coś się kończyło.
Klasa się rozeszła, część ludzi poszła do liceów, Grześ poszedł do zawodówki, "na mechanika" jak sam mówił.
Spotkałem go parę lat później, latem, na dzikiej plaży nad jeziorem, gdzie z ekipą z klasy spokojnie sączyliśmy browarki. Popołudnie, on wysoki i chudy, w brudnych spodniach od dresu, ostro podpity. Poznał mnie, głośno i wesoło zaczął dopytywać, co u mnie. Powiedział, że mówią teraz na niego Pyra. Jego kumple wyszli gdzieś zza trzcin, towarzystwo takie że zrobiło nam się nieprzyjemnie.
Zaczęli go wołać, widać, że robił tam za błazna, ale był z tym szczęśliwy, wreszcie znał swoje miejsce. Czuł się potrzebny. Założę się, że przeważnie to on mówił: "no to co, pijemy dżabola?".

No i dzisiaj go zobaczyłem, jakoś przed czwartą. Kurtka podarta, włosy siwiejące (nie mamy przecież jeszcze trzydziestu lat!,0), kark zaczerwieniony. Szedł chwiejnym krokiem, wymachiwał rękami i coś pokrzykiwał. Popatrzyłem w przelocie na jego twarz i zobaczyłem tę samą minę co wtedy, w klasie. Facet najwyraźniej był szczęśliwy.

Ma 27 lat tak jak ja, gdyby chciał jeszcze teraz mógłby przestać pić, nauczyć się czegoś (szkoły nie skończył,0), może zarobić jakieś pieniądze. Jakoś dziwnie jestem jednak pewien, że tego nie zrobi, że za dziesięć lat też będzie chodził po Burkina Faso nawalony, może już skóra na twarzy mu się pomarszczy, że nie będzie widać uśmiechu, ale będzie się czuł tak samo dobrze. Kumple zawsze będą go traktować jak błazna, ale będą go lubić, "bo Pyra zawsze coś odstawi". Bo kiedy Grześ spotkał swojego demona Pyrę, połączyli się na dobre i złe. Skończą się gdzieś razem, w jakimś nieogrzanym mieszkaniu którejś zimy, nawaleni i szczęśliwi jak zawsze.

Niektóre demony są tak proste, niektóre dużo bardziej skomplikowane, nie tak swojskie, czasem zupełnie przerażające. Czasem przychodzą do człowieka dopiero miesiąc przed śmiercią, czasem nigdy. Ale wtedy to jest naprawdę kiepsko.
:::
2004.01.28 13:06:21
I jeśli kiedyś ktoś był biedny, tak biedny, że nie miał nic, to wciąż miał muzykę, miał piosenki. A teraz chcą zrobić tak, żeby i tego nie miał.

Słucham sobie właśnie Blonde Redhead z jakiejś wcześniejszej płyty, kawałek "I Still Get Rocks Off". Dooobre.

Poszukajcie sobie na Soulseeku. Jeszcze możecie.
:::
2004.01.28 11:42:39
Będę powracał do tego tematu. Często.

Jeśli coś tak ulotnego, tak nieziemskiego jak piosenka można wycenić, sprzedać, a za słuchanie jej pakować do więzienia (a przecież o słuchanie chodzi w tym całym p2p,0) to nie oszukujmy się, jest tylko kwestią czasu kiedy każdy aspekt naszego życia zostanie wyceniony, wystawiony na sprzedaż i nie będzie tego można robić za darmo.

Czyż to nie zabawne, że McCartney nie ma praw do piosenek Beatlesów, bo w swoim czasie M. Jackson go po prostu przelicytował?

Kto chciałby mieć prawa majątkowe do pozycji seksualnych Kamasutry? Przecież to też jest jakaś wartość intelektualna, no nie? Dolar czy euro od każdego łubu dubu odbytego na tym padole łez i mógłbym sobie ekspedycję na Marsa sfinansować sam.

(Tutaj trafia mnie zupełnie z nieba olśnienie - a jeśli epidemia aids jest sponsorowana przez producentów prezerwatyw?,0)

A może kiedyś klimat tak się spierdoli na ziemi, że nie będą chciały rosnąć normalne rzodkiewki, a tylko takie modyfikowane genetycznie, do których konstrukcji wyłączne prawa będzie miał syn Billa Gatesa? A jeśli to nie będą rzodkiewki tylko ryż? Albo ziemniaki?

Let us pray żeby tak nie było.
:::
2004.01.28 10:36:30
To jest bicie się z koniem, gdzie koniem jest rozum
powiedział pewien pan polityk w sejmie i trafił do plebiscytu radiowej trójki, chociaż go nie wygrał. A ja zastanawiam się, o czym on tam myślał na tej mównicy.

Z mojej prywatnej kolekcji mam dwa zdania wypowiedziane przez kumpla. Pierwsze po wyjściu z drugiej części Matrixa: "Ten film jest jak Bolek i Lolek. Do niczego nie prowadzi". Drugie zdanie to był komentarz do wypadku samochodowego: "... no i trafił go... trafił... prosto z boku!"

Proszę o wasze prywatne egzemplarze zdań kształtnych, zabawnych i bezsensownych.

PS A Oskarowe wręcz podziękowania Reni Beger to było to. Teraz powinni ją wrobić w sesję dla Playboya. Cała Polska miałaby zwał. Tylko fotografów trzeba by otoczyć specjalną opieką lekarską. Ale doktorzy Żołądź i Blechorz chyba są wolni w tym sezonie.
:::
2004.01.27 23:05:46
TADAMMM!!!

Wracam i to wracam kurde w wielkim stylu. Byłem na basenie i oczywiście na jednym browarze nalewanym dla zdrowotności. Tyskie tym razem.

Straaasznie mi miło że jesteście. Nie będę się chwalił statystykami, ale jest nieźle. Ahahahaha!!!

W sprawie wojny o p2p to zmieniłem taktykę - piszę opowiadanie futurystyczne, które otworzy wam oczy i nawet Mietek Dyrektor zrozumie wtedy Mein Kampf II w moim wydaniu ;,0) Spoko Mietek, lubię gości co mają swoje zdanie i nie wciskają się w dupsko. Za tego olewa jeszcze jakoś się rozliczymy, ale ogólnie szacun i keep it real.

Na basenie dołożyłem sobie tak, że jutro nie napiszę żadnej notki bo nie sięgnę rękami do klawiatury. Zabawne, bo pływam tylko żabką odwrotną, tzn. czasem wciągam powietrze pod wodą, robię odwrotkę na plecy i trzeba mnie ratować. Ale zrobiłem mnóstwo długości basenu i w moich żyłach krążą teraz te wiecie, dobre tam różne wydzieliny mózgu wpływające na dobry nastrój. Może to zresztą od piwa.

Widzę że dużo nowych osób wchodzi, dawajcie znak chociaż że jesteście w komentarzach. Ja każde biedne dziecko przygarniam do komentarzy, nawet jak robi byki, i kocham je i szanuję. Wpisujta się i nie wstydźta się.

Jeszcze o jednym się przekonałem, jestem anonimowym blogerem i już nei ma dla mnie odwrotu. NEI, kumacie? Ahahahaha.

Dużo jeszcze myśli kłębi się w głowie, ale boję się, że jak pizgam za długie notki to potem ludzie ich nei czytają i uciekają z bloga i się nei wpisują.

SEX, BEER, MARIHUANA AND P2P!!!
:::
2004.01.26 23:53:22
Chyba piszę za dużo wiadomości.

Wiecie co, próbowałem dzisiaj puszkowego i wcale nie jest najgorsze.
Martwi mnie słaby odzew w sprawie p2p.
Jak przychodzi do zabawy i rozróby, to wszystko jest ok, potraficie się rozruszać. A jak trzeba zrobić coś konstruktywnego, zabrać głos w poważnej sprawie, dużo gorzej.

Ale będziemy pracować nad obywatelską postawą, co?

JASNE!

Wiedziałem że mogę na was liczyć.

Na zakończenie sonda

Uważasz, że mihkrk powinien zamilknąć:
a,0) na kilka godzin,
b,0) na kilka dni,
c,0) na zawsze.

Szacun.
:::
2004.01.26 16:42:27
myślę...

... i zgadzam się, że użyłem wojennej retoryki, ale moje przesłanie ma w sobie więcej z filozofii biernego oporu Gandhiego.
Kazika zamierzam porwać i karmić skwarkami jak już wszystko inne zawiedzie, Soulseek przestanie działać, płyty będą kosztować po 150 zł a radia będziemy słuchali tylko i wyłącznie z płatnych stron internetowych.

Nie śmiejcie się, to już się dzieje. Wejdźcie na listakontaktow.nlog.org to zobaczycie.

Demon komercji dopadnie nas jednego po drugim, jeśli złamiemy szyk.
:::
2004.01.26 14:10:34
Dobra Mietek, żeby się ostatecznie pogrążyć w twoich oczach

JESTEM ZA LEGALIZACJĄ MARYCHY!!!

JESTEM ZA LEGALIZACJĄ ZWIĄZKÓW HOMO, ALE
JESTEM PRZECIWNIKIEM ADOPTOWANIA DZIECI PRZEZ GEJÓW!!!

JESTEM PRZECIW ABORCJI, ALE ZA ANTYKONCEPCJĄ!!!

JESTEM PRZECIWNIKIEM ŁOWIECTWA W TAKIEJ FORMIE, W JAKIEJ FUNKCJONUJE OBECNIE!!!

CHWD MOJEJ SPÓŁDZIELNI MIESZKANIOWEJ!!!

UWAŻAM, ŻE MILLER NIE MIAŁ ŻADNEGO WYPADKU I TO WSZYSTKO ŚCIEMA!!!
:::
2004.01.26 13:01:58
Dobra, tym razem będzie poważnie

Wobec zagrożenia, jakie zawisło nad wolnym światem ze strony RIAA i organizacji pokrewnych, póki jest jeszcze czas by coś zrobić, planuję i wykonuję uderzenie wyprzedzające.

Walka będzie na śmierć i życie. Musimy się podporządkować następującym zasadom:

1. Pełna świadomość tego o co i dlaczego walczymy.
2. Kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam.
3. W walce o wolną muzykę nie ma kompromisu.

Ad 1. Dlaczego walczymy z koncernami muzycznymi? Czy dlatego, że należymy do pokolenia, które wszystko chce otrzymywać za darmo?
Jaki człowiek przy zdrowych zmysłach wierzy, że wszystko może być za darmo?
Doskonale zdajemy sobie sprawę, że muzycy mają potrzeby materialne, że za ich pracę należy im się godziwe wynagrodzenie.
Jednak na tym zdrowym, odwiecznym układzie artysta-odbiorca, w ciągu ostatnich dziesięcioleci wyrósł nowotwór, dzieło Szatana - koncern muzyczny. Jest to bestia, która z równą bezwzględnością wykorzystuje zarówno artystów, jak i odbiorców. Koncerny agresywną polityką niszczą niewygodne zespoły (gdy jest np. za dużo pozycji w danym przedziale rynkowym,0), odcinają im dostęp do mediów. W tym samym czasie próbują wpychać za pomocą prymitywnych chwytów jakiś chłam, kiepskie płyty beznadziejnych wykonawców, promowane dwoma przebojami i intensywną akcją marketingową.
Kuracja za pomocą sieci p2p zaczęła przynosić nadspodziewanie dobre rezultaty, lecz jak to czasem bywa, wzrosła złośliwość nowotworu. Jesteśmy silnym organizmem, nie poddamy się.

Ad 2. Zdania artystów są podzielone, środowisko jest skłócone i rozbite, a wypowiedzi często niejasne. Ci, którzy napchali już sobie kiedyś bandzioszki, głośno płaczą nad przykręceniem źródełka łatwych pieniążków. Przykład zachodni - Metallica. Schizofrenia ideologiczna - z jednej strony walka z systemem, z drugiej pozywanie do sądu 12-letnich dzieci.
Przykład rodzimy - Kazik. Objaw ten sam - w tekstach walka z systemem, krytyka konsumpcji, w wywiadach - faszystowskie wypowiedzi na temat piractwa, cen legalnych płyt i tak dalej.
Obydwa przykłady łączy jeszcze jedno - coraz niższy poziom artystyczny, w wypadku Kazika jeszcze ślinotok - w ciągu 3 lat wydał chyba z 7 płyt, stosując obrzydliwe chwyty promocyjne.
Pies nie dostał kiełbasy, Kazik nie gra bez kasy

Od artystów żądam deklaracji - są za funkcjonowaniem p2p czy przeciw.

Tych którzy są przeciw, będę bojkotował. Zero złotych zero groszy na ich konta bankowe. Zero legalnych płyt, zero biletów na koncerty. Bojkot będzie tym łatwiejszy, że najbardziej przeciw są artyści wypaleni, których egzystencja artystyczna jest już całkowicie uzależniona od przetrwania chorego systemu korporacyjnego. A jeśli już stworzą coś dobrego, ściągnę ich płytę z netu, przegram od znajomego albo kupię od ruskich, z dwojga złego woląc dać pieniądze ruskiej mafii handlującej kobietami i dragami niż dołożyć Kazikowi na kolejne wakacje w ciepłych krajach w środku zimy.
Na koncerty można się wdzierać, można też chodzić na darmowe.

Powtarzam - nie dlatego korzystam z p2p, że chcę mieć wszystko za darmo. Robię to z 2 powodów:
- 95% procent interesującej mnie muzyki jest niedostępna zupełnie, bądź niedostępna w rozsądnej cenie,
- chcę poznać płytę, zanim ją kupię, żeby nie dać się oszukać jak na "El Dupie" Kazika. To był najbardziej bezczelny popis tego chuja. Kamień milowy w moim myśleniu.

Dzięki p2p kupiłem sobie kilka legalnych płyt, które mi się podobały. Co ważniejsze - nie kupiłem kilkudziesięciu płyt, które wydawały się interesujące, a po bliższym poznaniu okazały się bezczelną ściemą.
Właśnie to jest największa strata koncernów - nie mogą już z taką łatwością wciskać nam każdego gówna.

Ad 3. Jeśli ktoś razem ze mną krzyknie "Wojna!", niech będzie konsekwentny. Koncert Metalliki będzie pewnie fajny, ale pomyślcie, że z waszej stówy którą trzeba będzie pewnie wybulić, ładnych parę złotych pójdzie na prawników, którzy kombinują, jak nas chwycić za kark.
Wydajcie je lepiej na piwo, dostęp do internetu, czyste płyty CD-R. Wojna to wojna, nie ma wojny bez poświęceń.

Ja ze swojej strony dołożę starań, żeby nadać tej walce kształt, żeby nadać jej siłę.

Na początek hymn. Proponuję "Minstrel Boy" Joe Strummera. Polecam w wersji z Helikoptera w Ogniu.

Oto tekst:

Minstrel Boy

The minstrel boy to the war is gone,
In the ranks of death you'll find him;
His father's sword he hath girded on,
And his wild harp slung behind him;

"Land of Song!" cried the warrior bard,
(Should,0) "Tho' all the world betrays thee,
One sword, at least, thy rights shall guard,
One faithful harp shall praise thee!"

The Minstrel fell! But the foeman's steel
Could not bring that proud soul under;
The harp he lov'd ne'er spoke again,
For he tore its chords asunder;

And said "No chains shall sully thee,
Thou soul of love and brav'ry!
Thy songs were made for the pure and free
They shall never sound in slavery!"

Dobra, a teraz...
kto jest ze mną, bagnet na broń i
URRRAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!

odpalamy Soulseeka i ściągamy

PS - wkrótce zmiana skina na wojenny
:::
2004.01.25 23:26:35
To w zasadzie powinno być w komentarzach, ale trochę za dużo by było.

Droga Idealna - nie ustawaj w drodze do realizacji swych marzeń.

Droga Cyklamen, jesteś zawsze mile widziana, zachodź jak najczęściej. Co do piwa natomiast - ja wcale nie mówię, że piwo tak w ogóle jest świetne, a jedynie że często je pijam, dobrze mi robi, a nalewane robi mi lepiej niż butelkowe czy puszkowe.

Należę niestety do osób, które nie mogą pić wódki, gdyż kończy się to zawsze jakimś efektownym freakoutem, dla mnie jest to narkotyk zdecydowanie za twardy. Najgorzej, że mam bardzo przedłużoną fazę tzw. autopilota, kiedy wyglądam zupełnie normalnie, nie widać nawet że jestem pijany, a ja zupełnie nie mam pojęcia co robię, co mówię itd. W najlepszym wypadku kończy się to kąpielą w jeziorze zimą, o najgorszych nie rozmawiajmy.

Wino lubię, z tym że nie lubię się nim upijać. Poza tym nie stać mnie na upijanie się dobrym winem, w przeciwieństwie do dobrego piwa.

Tutaj temat poruszony przez Hafiza. Cóż, za jakość się płaci. W Burkina Faso ceny oscylują między 3 a 4 zł, ale bywa różnie z poziomem obsługi, patrz poprzednie notki. Jak nie mam forsy to nie piję, albo zadowalam się mniejszą ilością, na szczęście nie należę do tych, co już muszą. I powiem wam, że po 2 tygodniach bez kropli browarka, ten pierwszy smakuje wprost nieziemsko.

Poza tym piwo butelkowe kojarzy mi się z piciem w domu, a picie w domu to niezła dolina. W domu to można szklaneczkę łyskacza, dla zdrowotności.

Żebyście przy tym nie myśleli, że piwa butelkowego w ogóle nie pijam. Po prostu gdy jest wybór wybieram lane.

A teraz, w temacie piwa powiedzieliśmy już sobie chyba wszystko i czas powiedzieć DOOOOOŚĆ!

Zgoda? Zgoda.

No dobrze, a wracając do wina, to miałem straszną fazę na wino ze dwa miesiące temu, jak czytałem "Turmsa, Nieśmiertelnego" Miki Waltari. Wydaje mi się to rzeczywiście boską sprawką, że można z jakiegoś owocu wycisnąć sok i tak po prostu robi się z tego wino.
Może przez to traktuję wino ze zbyt nabożną czcią, żeby się nim upijać.

Lubicie Mikę Waltariego? To ten od Egipcjanina Sinuhe.


:::
2004.01.25 13:02:18
O wyższości piwa beczkowego nad butelkowym

1. Piwo beczkowe ma dużo krótszy okres trwałości - przechodzi więc dużo mniej procesów i ma dużo mniej dziwnych dodatków, które oprócz tego, że pewnie nie są obojętne dla zdrowia, to jeszcze zmieniają smak.

2. Dolewanie wody i inne cuda uskuteczniają niektóre małe, lokalne browary, ew. właściciele brudnych nor (patrz notka o Kujawiaku,0), jeśli piwo ma kosztować 2 zł to trzeba je żenić by zarobić. Rozumiem że do takiego lanego trzeba samozaparcia. To są piwa dla biednych studentów i bogatych meneli.

3. W tej chwili najważniejsze korporacje browarnicze prowadzą zaciekłą rywalizację, co skutkuje między innymi podnoszeniem norm jakości. W restauracji moich rodziców jest instalacja Lecha. Wg. poprzedniej normy, serwisant przyjeżdżał ją oczyszczać raz na miesiąc, teraz przyjeżdża co dwa tygodnie. Sprawdza też czystość szkła itp. Gdyby zobaczył że cokolwiek motamy przy piwie, zabraliby instalacje, jak również neony, ogródek letni itp. więc sprawa się zupełnie nie kalkuluje.

W związku z powyższym, jeśli twoje lane jasne smakuje nie tentego, są tylko takie możliwości:
a,0) knajpa jest podła, instalacja nie jest objęta obsługą przez browar, piwo może być stare itp. -

rozwiązanie: zmień knajpę

b,0) instalacja jest ok, ale szklanki są brudne,

rozwiązanie: zjeb barmana, w razie braku poprawy zmień knajpę

c,0) knajpa wygląda ok, instalacja ok, szklanki ok, piwo nosi jakąś egzotyczną nazwę, np. "Piwo Irlandzkie" a cena wynosi 2 zł, gdy inne piwa kosztują 4.

rozwiązanie: zamów piwo innej marki

d,0) instalacja jest ok, szklanki są ok, piwo jest ok, coś jest nie tak z twoim smakiem.

rozwiązanie: nie lekceważ sprawy, idź do lekarza bo wbrew pozorom jest to groźny objaw, sygnalizujący np. schizofrenię. Chyba że to nie ty narzekasz na piwo, tylko ten drugi.

Mietku!!!
Co do pracy - pracę taką, że muszę mieć motywację, coś tam dobrze robić i być trzeźwy psychicznie i fizycznie to już mam. Szukam takiej, żeby dobrze płacili i niewiele chcieli w zamian. Zaznaczam, że nie chcę występować w pornolach ani przemycać dragów. Myślałem że jako dyrektor coś tam załatwisz po starej blogowej znajomości. Miałbym więcej czasu na pisanie bloga, może wróciłym do prawdziwej literatury i sprawił wielu ludziom dużo frajdy.

Jeszcze o czosnku i cebuli

Oszczedźmy sobie opisu szczegółów, w każdym razie wiedzcie, że dzięki memu zadziwiającemu refleksowi, sprawności fizycznej no i, co tu dużo mówić, pewnemu doświadczeniu w omawianej sprawie, dziecię poza szokiem psychicznym nie doznało większego uszczerbku.
Bywało znacznie gorzej.

Pozdrawiam jak zwykle serdecznie! Wzrasta mi czytelnictwo, łał!!!
:::
2004.01.25 12:07:05
Wieczorem po knajpie postanowiłem odwiedzić znajomych. Znajomi bardzo fajni, mają też dwóch fajnych synalków. Dzieciaki są lekko przeziębione i dostają syrop z cebuli i czosnku, taki wiecie, robiony w miseczce z cukrem.
Imprezka była niezła.
Rano obudziłem się mając w głowie dramatyczne pytanie - czy uda mi się donieść pawia do łazienki.
W tym momencie stanął przy mnie jeden z malców, tak 20 cm od mojej udręczonej twarzy i powiedział: "Cześć wujku!"
Dobrze że nie mają tam wykładziny.

Tak właśnie zaczął się mój dzień. A wasz?
:::
2004.01.24 12:00:56
cisza na morzu
cisza w armacie
kto się odezwie
ten zdejmuje gacie
:::
2004.01.23 17:12:15
No tak, zrobiło się tak miło, że następnym razem każdy kto przyjdzie będzie przynosił pączki, będziemy rozkładali wirtualne papiery śniadaniowe i robili sobie tutaj piknik. NO I O TO CHODZI, ŻEBY BYŁO MIŁO, NO NIE?

Co do Kujawiaka - nigdy z własnej nieprzymuszonej woli bym tego nie wypił. Zawsze powodem była bieda, bo za studenckich czasów jak mieszkałem w Poznaniu, były knajpy gdzie kosztował 2 zł. Różnica między Tyskim a Kujawiakiem jest mniej więcej taka jak między butami Adidas i Adodis. Są tacy, którzy mówią, że to but i to but. Dla mnie ani jedno ani drugie, ale różnicę kumacie.
Z tanich mocnych trunków polecam wszystkim wyrób browaru Miłosław, pt. Czarna Fortuna. Tajemniczą moc tego napoju sławiłem w wielu wierszach, pieśniach i opowiadaniach, gdy jeszcze pisałem poezję i prozę.
Teraz preferuję piwa jasne, kocham je i wielbię i pieszczę, a one pieszczą mnie.

Idę zaraz na próbę pograć na basie, potem pewnie gdzieś zahaczę. O ile wrócę w normalnym czasie, wpisy mogą być ciekawe.

Piątek-sobota, każdy może być królem, każdy może poczuć, że trzyma w rękach ster swojego życia. Ludzie pracy mnie rozumieją, a studenci mogą na razie ze zrozumieniem pokiwać głowami. Młodzież licealna jest przekonana, że rozumie. Gówno tam rozumie ale wiem, jak to jest, też byłem w liceum i też myślałem, że rozumiem.

Następnym razem przynieście pączki.
:::
2004.01.22 23:42:40
Basen, potem cudowne, chłodne, nalewane Tyskie, teraz tosty... Strzałka na moim liczniku dobrego samopoczucia usiłuje się przebić jeszcze bardziej w prawo, poza skalę. Wspominałem już wam, że lubię wasze, no nie wiem, twarze, loginy oglądać? Rozczulacie mnie, w tym pozytywnym sensie. Jesteście jak takie osy, zlatujące się do dojrzałej gruszki którą jest mój blog, i to jest sympatyczne.

Myślę o waszych charakterach, o tym czy mielibyśmy o czym gadać, gdybyśmy siedli kiedyś przy wspólnym stole... Ciekawe jak by to wyglądało.
Melancholijny Hafiz, nieco dystyngowani Stefan i Mietek, szurnięty Królik, enigmatyczny listakontaktow, parę innych sympatycznych postaci...
Browar...
Tosty...
Słuchajcie, u mnie chata wolna w zasadzie non stop.
Szkoda że nie mogę wam powiedzieć gdzie leży Burkina Faso. Na razie nie mogę... Może poznamy się bardziej, kiedyś... Skąd mam wiedzieć że Kjulik to tak naprawdę nie jest sadysta-kanibal, podszywający się pod szurniętą nastolatkę... Który mi tu ściemnia, a tak naprawdę chciałby tylko wsunąć moją wątróbkę z cebulką i popić chianti.
Dobra, Kjuliczku, wiem wiem, nie gniewaj się, to przykład tylko był.

A tak poza tym, to uważam, że wszyscy blogerzy to wariaci. W dniu, w którym to zrozumiałem, zmieniłem skina na moim blogu. Tego dnia poczułem, że dostałem pierdolca na tym punkcie.

Dobra, widzę, że moje wywody stają się mętne jak przeterminowany o 3 miesiące niepasteryzowany Kujawiak (takie piwo,0) podawany do brudnej szklanki z brudnej instalacji.
Dobranoc, dzisiaj nie będzie maratonu.
Pa pa.
Wy moje świrki ulubione.
:::
2004.01.22 02:33:18
Możliwe że zwariowałem, ale od 6 godzin słucham w kółko płyty Blonde Redhead Misery is butterfly i nie mogę się nasłuchać. Jest w tej muzyce coś, co mnie przebija, przeszywa, na wylot. Azjatka i dwóch Włochów, nagrywają w Nowym Jorku chyba. Portishead przy tym to muzyka skoczna i wesoła. Nie wiem czy właściwe porównanie znalazłem.

Płytę można zakupić za darmo w sieci sklepów Soulseek na terenie całego świata.

Ale jak znajdę ich adres to wyślę im dziesięć dolców. Albo jak ich gdzieś spotkam.

Albo lepiej pięć dolców. Muzyka cudowna, ale z rozdawaniem kasy nie ma co przesadzać. Jakbym za każdy utwór który coś zmienił w moim życiu miał zapłacić 2 złote...
... musiałbym sprzedać to mieszkanie
... musiałbym sprzedać nerkę
... musiałbym się zatrudnić jako pokrak w barze dla gejów (a propos - znacie utwór "gay bar" grupy electric 6?,0)
... musiałbym sprzedać wszystkie butelki po piwie
... musiałbym sprzedać moje niewolnice
i i tak by było za mało.
:::
2004.01.21 17:36:01
Jestem załamany brakiem wpisów.
Jestem załamany spadkiem oglądalności bloga.
Nie wiem co robić, byście znów mnie kochali.
Jak mam przekazać, że pod tym mrocznym obliczem, gdzieś tam, za tą czernią,
jest nadal,
wasz ukochany,
grubiutki,
wesoły,
może nawet kofany (kurwa cóż to za słowo boskie,0)
trzmielik...

nei?

Wraz z moim przyjacielem realowym opracowujemy nowy, ulepszony plan podbicia ludzkich serc i dusz. Ma on polegać na szeroko zakrojonej akcji stwarzania rzeczy, które nie do końca są tym, czym się być wydają. Będziemy się maksymalnie linkować, zachwalać, opisywać w trzeciej osobie.

Tymczasem niewolnice nie przyszły.
:::
2004.01.20 23:43:35
Ahahahaha!
Miałem na myśli że kobiety potrafią pachnieć bardzo przyjemnie, a nie ich bąki, ale zabawnie wyszło. Zgodnie z zasadą nie poprawiam, sam się z siebie śmieję ;-,0)

Dziecko gorszego Bloga
:::
2004.01.20 23:40:04
Odniosę się teraz do tematu zapachów męskich i damskich, szowinizmów i takich tam.

1. Kobiety puszczają bąki tak samo jak faceci, czasem bardziej perfidnie, bo nie przyznają się. Potrafią jednakowoż pachnieć bardzo przyjemnie, kwieciście.
2. Co do mnie, ostatnio jako mężczyzna samotny i polujący, niejako z obowiązku jestem codziennie ogolony i przyjemnie pachnę, gdyż chadzając po różnych miejscach nigdy nie wiem, kiedy jest to już, że rozmawia się z jakąś atrakcyjną kobietą, ona robi znak i głupio wtedy mieć nieświeże skarpetki czy drapiącą brodę.
Fotkę zrobiłem sobie w okresie grypowym, kiedy nigdzie nie wychodziłem, to i zarost jest i cera ziemista, resztki obłędu w oczach. Teraz byście mnie nie poznali na podstawie tej foty i dobrze, bo nie po to tam jest, żeby mnie fani mej blogoterapii zaczepiali na ulicach Burkina Faso.
3. Za parę lat na blogu będzie można nie tylko pisać i wrzucać zdjęcia, lecz także zapach będzie się przedostawał. Wzrośnie wtedy poziom higieny wśród polskich nastolatek i nastolatków. Albo spadnie czytelnictwo blogów...
Tymczasem namiastkę feromona można zarzucić tylko w postaci graficznej. Co niniejszym próbuję uczynić, licząc na masowy napływ części damskiej garderoby, wysyłanej za pośrednictwem przycisku "komentarze". Prośby o kontakt na priva będę rozpatrywał po zasygnalizowaniu takiej potrzeby tamże.

"Dyskrecja gwarantowana" - największe kłamstwo każdego blogera
:::
2004.01.20 16:55:45
Pod hasłem walki ze zniewieścieniem męskiej części społeczeństwa, wprowadzam niniejszym, aż do odwołania, nowy wygląd bloga. Proszę o komentarze i uwagi.

Mam nadzieje, że moje posępne oblicze jest na tyle wymowne, że każdy się skapnie, że tu się pije piwo, obraca panienki i przeklina.
:::
2004.01.20 11:19:45
Uwaga, wkrótce niespodzianka - zmiana skina. Będzie się działo, oj będzie...
:::
2004.01.19 21:42:44
Wreszcie posprzątałem chatę po imprezie. Smród był zdziwiony. Powiedziałem mu, że to nic osobistego, ale po prostu nie może ze mną zostać.
Teraz w domu pachnie tyłkiem odkurzacza, trochę płynem do mycia naczyń, praniem. I to nie ja mam schizofrenię, to ten drugi.

Trochę refleksji z ostatnich dwóch dni. Powiedzcie mi, jak to jest, że w sobotę o 21:30 kończy się piwo beczkowe w knajpie? Dlaczego takie rzeczy zdarzają się tylko w pieprzonej Europie Wschodniej? Jak my mamy kiedykolwiek dogonić świat, jeśli każdy, bądź prawie każdy z nas, bezustannie daje dupy na swoim własnym, małym poletku, które uprawia. Jak to jest, że właściciel baru, dość popularnego przecież, nie chciał/zapomniał/nie miał pieniędzy by zamówić odpowiednią ilość piwa marki Żywiec, którą to ostatnio pijam. To nie był poniedziałek, to nie była nawet środa, to była pieprzona sobota, dzień, w którym jak to śpiewał Tom Waits, osiągam swój szczyt, cotygodniowe święto ludzi pracy. Jesteście ludźmi pracy? Ja jestem. No więc zdążyłem wypić ledwie dwa, przepyszne, krzepiące browarki, a pamiętajcie, że nie piłem piwa dwa tygodnie, nie liczę piątku bo to było butelkowe przypadkowe. Zacząłem się relaksować, gdy nagle bam!!! Nie ma więcej Żywca beczkowego. Sory, ale powiem wam, że Warka strong to jest jakaś zdrada ideałów piwa.
Wyszliśmy z tej knajpy, pokręciliśmy się po centrum pieprzonego Burkina Faso, miasta buraków cukrowych i kościołów katolickich, jedyna przyzwoita knajpa była potwornie przeludniona. Postanowiliśmy pojechać do mnie. Reszta mniej więcej standard - mieszanie alkoholi, głośna muzyka, tupanie, wrzaski, robienie grzanek z wszystkiego co jest w lodówce. W końcu sąsiad, ściszenie muzy, coraz mniej rozumu, coraz mniej pamięci... Kolejny skandal, kolejny minus u sąsiadów, a wszystko przez nierzetelność właściciela klubu muzyczno-piwnego.
:::
2004.01.18 21:39:27
Gdybym miał miliard dolarów...
...wprowadziłbym w życie jeden z moich chytrych planów zawładnięcia pulą genetyczną ludzkości na najbliższych parę tysiącleci.
Znalazłbym dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć kobiet, mieszkających we wszystkich cywilizowanych krajach świata i każdej z nich wpłacił na konto milion dolców, do wykorzystania w pewien określony sposób.

Każda z nich musiałaby urodzić mi dziecko. Pieniądze przeznaczone były by na jego utrzymanie, edukację i start życiowy. Oczywiście również na utrzymanie i wygodne życie matki.

Dzieci otoczyłbym ojcowską opieką w najlepszym stylu. Zapraszałbym je na wspólne wakacje, opowiadał bajki przez internet, często odwiedzał, uczył je dżudo, przekazywał im swoją życiową mądrość.
Poświęciłbym im całe życie, nie musiałbym przecież pracować, bo ostatni milion dolców pracowałby za mnie na koncie bankowym.

Jeśli prawdą jest, że liczniejsze rodziny są generalnie szczęśliwsze, moja mega-rodzina, gdzie w miarę możliwości wszyscy by się znali i spędzali wspólnie czas, byłaby baaardzo szczęśliwa.

Wyobraźcie sobie wspólne urodziny, odwiedziny, zabawy... Chcielibyście mieć 998 rodzeństwa? W dodatku będąc w takiej sytuacji, że spadek po żyjącym jeszcze szczęśliwie tatusiu został już za jego życia sprawiedliwie podzielony?
Założę się że tak.

Właśnie dlatego wypruwam sobie teraz żyły, fotografuję pieprzone koty za pieniądze, ciułam, szukam pomysłu na inwestycje, projektuję wynalazki, dorabiam jako barman w podmiejskim barze, żeby zdobyć swój malutki kapitał na rozpoczęcie wielkich interesów, które już za jakieś 20 lat zaowocują tym, że będę mógł wprowadzić mój plan w życie.

Co do mojej mądrości życiowej, z której niektórzy pewnie się śmiali, i słusznie, to myślę że przez 20 lat trochę jej nabędę.

W związku z powstaniem tego planu, niewielkiej modyfikacji muszę poddać plan poprzedni, tj. udania się na Marsa z pierwszą wyprawą załogową. Ponieważ chciałbym się nacieszyć dzieciakami, Poleciałbym z wyprawą powiedzmy drugą lub trzecią, za jakieś 35 lat. Akurat byłby to okres buntu i negacji u moich pociech, myślę że udział w wyprawie dałby mi odpowiedni autorytet, żeby utrzymać ekipę w ryzach.

Ten plan może się udać.
:::
2004.01.18 17:15:39
Oceniam zniszczenia, nie byłoby najgorzej, gdyby nie to, że stłukła się pisanka z 2001 roku. Jajko niby ugotowane na twardo, ale w środku było coś takiego zielonego, maziowatego i śmierdzącego jak jasna cholera. Obca forma życia. W mieszkaniu po wstępnym sprzątnięciu i szorowaniu wykładziny nadal unosi się przyciężki zapaszek.
Na szczęście już po wypadku ktoś przytomny na umyśle otworzył szampana, którego spożyliśmy aby zapobiec zakażeniu.
Poza tym przyszedł sąsiad w szlafroku i szlafmycy (!!!,0) co doprowadziło nas niemalże do zgonu. Usłuchaliśmy jednak jego prośby i muza została ściszona, więc obyło się bez interwencji służb.

W piątek bez przygód chyba, nie pamiętam nic szczególnego, rano nawet zdawało mi się że przyszedłem trzeźwy do domu, jednak stan mieszkania, a zwłaszcza kuchni zdawał się temu przeczyć.

Jak się czegoś dowiem ciekawego, to nie omieszkam wpisać.

Cieszę się z wyniku Adama, a bardziej jeszcze ze startu Rutkowskiego, może wreszcie ktoś wspomoże naszego mistrza. Fajnie też było popatrzeć jak ktoś zjeżdża ze skoczni na tyłku, czegoś takiego jeszcze nie było. Moim zdaniem nie powinni już gościa wpuścić na belkę tego dnia.
:::
2004.01.18 01:06:17
Właśnie przeczytałem że Czesiek odszedł i nie chce mi się nic, pozdrawiam was, Czesław był najlepszy. Dobranoc pierdolce.
:::
2004.01.18 00:13:14
Właśnie tutaj, właśnie teraz jest impreza, przyszli jacyś ludzie, z Rudim przyszli więc ok. Pijemy wódkę piwo szampana, sąsiedzi będą buczeć, resztę przygód opowiem wam jutro lub pojutrze. Kocham was, myślę o was, jesteście zajebiści, wspaniali ludzie, miłuję was, najlepsi jesteście, cudowni, Boże kocham was, blogerzy są the best, blog rulez, I love you, miłość wódka narkotyki, ch.w.d sąsiadom, ch.w.d. policji, love, Janis Joplin, miłooooość!!!
:::
2004.01.16 10:26:08


Jakiś rok temu mojego kumpla napadło na ulicy dwóch osiłków, chcieli mu zabrać telefon i teczkę. Szczeniaki napakowane, a kumpel metr siedemdziesiąt, niepozorny. No ale nadziali się, bo facet raczej nie pękający. Chociaż na dzieńdobry został kopnięty w głowę, nie tylko nie dał się obrabować, lecz obezwładnił jednego z napastników, a drugi po trafieniu w szczękę zwiał.
Potem wiadomo - policja, obdukcja, zeznania, sprawa.
No i co się okazuje? Policja zna tych gości, ale sprawa zostaje umorzona bo... nie ma jak dostarczyć chłopakom wezwań do sądu. Znaje są oczywiście adresy, ale ich tam nie można zastać, mama mówi że nie wie gdzie syn. Sprawa beznadziejna.
Kumpel się wkurzył i powiedział że pójdzie z policjantem. No i okazało się, że jak przyszli, zapukali do drzwi, to gość z tyłu chaty wyskoczył przez okno. Złapali go i doręczyli mu wezwanie.
Tak samo zrobili z drugim.
Już w trakcie sprawy okazało się, że goście mieli zawiasy i poszli siedzieć w końcu na dwa lata. A gdyby kumpel się nie uparł to goście nadal by rabowali i w końcu by kogoś zabili (jak ktoś kopie w głowę to raczej ma w dupie czyjeś zdrowie i życie,0).

Dlaczego o tym opowiadam? Wczoraj zapadł wyrok w sprawie studenta, który przez internet obraził policjanta na stronie internetowej.
Nagle okazało się, że potrafili się zmobilizować i ustalić kto się wpisał do księgi gości, a przecież nie jest to prosta sprawa, można od biedy ustalić z jakiego komputera korzystał wpisujący, ale żeby wiedzieć kto to zrobił, trzeba się pomęczyć. No ale zbrodnia była niesłychana, żeby policjanta wyzwać od krawężnika... Toż to szacunku ludzie nie mają żadnego dla władzy.

Tutaj w Burkina Faso działał kiedyś oszust, naciągał bezrobotnych pod pozorem załatwienia pracy za granicą. Miał telefon komórkowy, którego cały czas używał. Policja ścigała go, bo sprawa była poważna, ale niestety, ponieważ nie ustalono miejsca jego przebywania, nic nie mogli zrobić. Telefon cały czas odbierał. Wiadomo, że położenie telefonu można bez żadnego problemu określić z dokładnością do 100 metrów.

Panowie policja, i ja również nie mam do was szacunku, jesteście bandą nieudaczników z przerośniętym ego, weźcie się za przestępców, zostawcie spokojnych ludzi, to może zyskacie ten szacunek, o który tak walczycie.
:::
2004.01.15 22:18:08
Miałem straszną ochotę wyskoczyć do sklepu po butelkę czerwonego wina. Powstrzymałem się jednak, bo wypiłbym je, dostałbym dziwnego nastroju i pewnie walnąłbym czterostronicową notkę na blogu, która była by tak dziwna, że już wszyscy straciliby poczucie, że wiedzą o co mi chodzi.
Muszę tu zaznaczyć, że postanowiłem nie usuwać i nie edytować niczego, co raz wpiszę. I wisiałaby taka notka, może obraźliwa, może zbyt prawdziwa.

Wiem z doświadczenia że potrafię mówić, pisać, oznajmiać ludziom różne dziwne rzeczy.
Dzwoni do mnie kiedyś kumpel rano i mówi: - stary, zadzwoniłeś do mnie wczoraj w nocy i opowiadałeś mi przez piętnaście minut, że bardzo przypominam ci Lenina, w tym pozytywnym sensie.
Dlatego zazwyczaj zostawiam telefon w domu, kiedy wychodzę, bo później opowiadam ludziom farmazony, albo zamawiam sobie taksówkę do domu z innego miasta.

Pocieszyło mnie jednak, że nie tylko ja cierpię na tę przypadłość. Ostatnio kolega pokazał mi smsa, którego dostał od jednego gościa. Facet najpierw dzwonił do niego, ale że mówienie mu nie szło, mój kumpel poprosił go, by mu to wszystko opisał. Notka wyglądała mniej więcej tak: "Cipke by liznac, albo dwie, nosem, cipka ciepla" i dalej w tym stylu aż do wyczerpania znaczków w smsie. Rozczuliła mnie prostota tego przekazu.
:::
2004.01.15 12:24:14
Juppi! Lecimy w kosmos!

Od paru lat nie usłyszałem z ust polityków światowych nic równie pozytywnego. A teraz jeszcze ruskie potraktowali to jako osobiste wyzwanie. Zamiast kombinować z rakietami atomowymi, będą się ścigać w kosmosie, co będzie dużo zdrowsze, ciekawsze i korzystniejsze dla nas wszystkich.

Postanowiłem zostać kosmonautą. Do załogowych misji zostało nam kilkanaście lat, akurat będę miał przepisowe cztery dychy żeby polecieć na Marsa. Czasu jest tyle że nauczę się czego trzeba.

Chciałbym pomieszkać z pół roku na księżycu, albo w jakiejś stacji.

Niech tylko zniosą ten beznadziejny przepis o prohibicji w przestrzeni kosmicznej.
:::
2004.01.14 20:40:35
TYLKO MI NIE MÓWCIE ŻE NIE OSTRZEGAŁEM!!!
Niejaki Stefan jest mi winien parę butów typu szczur firmy Wojas w kolorze czarnym, rozmiar 40. Wpadłem dzisiaj po kostki w błoto. Środek zimy a błoto jak w listopadzie! Wina pieprzonych niedojadów.

Jako że przyznał się jednak Stefan do winy i pochlebnie wyraził o blogu, buty darowuję. Nie ma jednak zbrodni bez kary, Stefan nie będziesz przez miesiąc oglądał Pokemonów. Tylko nie błagaj o łaskę, gdyż już jej niniejszym zaznałeś.

Tymczasem śpiewam sobie zupełnie bez powodu "Where is my mind" The Pixies, przypominają mi się urywki imprezy sprzed 2 czy 3 tygodni, wiem że piłem wino, wódkę, żołądkówkę i piwo z różnymi starymi znajomymi w najlepszej knajpie w Burkina Faso, wtedy też to śpiewaliśmy podobno, myślę że wtedy było to mniej więcej jak nawoływanie zgubionego psa czy coś w tym stylu, pytanie "Where is my mind" było jak najbardziej uzasadnione.

W piątek zamierzam się upić.
:::
2004.01.14 13:07:37
Przyznać mi się gagatki kto nie zjadł ładnie obiadu do końca i przez kogo mamy taką beznadziejną pogodę?

Jak się dowiem kto to urwę łeb i do środka nawrzucam błota z ulicy i naleję wody brudnej z kałuży. Potem przyszyję z powrotem i będę karmił przez miesiąc kaszą ze skwarkami, szpinakiem, okami z rosołu i tłuszczem od golonki z włoskiem oczywiście. I będę kazał pić mleko z masłem, miodem i czosnkiem i syrop z cebuli i z cukru aż się nauczy parszywy niedojad że z pierdoloną pogodą NIE MA KURWA ŻARTÓW!!!

Pogoda jest tak beznadziejna że nie chce mi się wyjść do sklepu po jedzenie, w związku z czym mam na obiad chleb z majonezem, kanapkę z musztardą i la petit sznitka mit dem tomato sauce. I nie marudzę tylko zjadam do ostatniego okruszka to może przymrozi, spadnie śnieg, przestanie wiać i skoki się odbędą.

Jak mi ktoś dzisiaj pół kartofla zostawi a ja się dowiem, to będą konsekwencje.
:::
2004.01.13 23:35:09
Dobra, zamykając tematykę Władcy Pierścieni - jeśli dostanie Oskara za najlepszy film, będę wiedział, że ten konkurs jest SPRZEDANY! Za efekty mogą być nawet dwa Oskary, za najlepszą rolę drugoplanową dla Golluma, dla Kazika Staszewskiego za rolę Sama Gamgee, ale pod najlepszy film to to nie podpada. Chyba że miałoby to być tak jak z wyborem Polaka na papieża, albo z Noblem dla Wałęsy - po prostu fantasy musi wreszcie dostać Oskara i jest prikaz w Akademii. Słowem - zdrada.

Chodzi mi ten film po głowie, bo tak bardzo w niego wierzyłem, że myślałem, że moje życie się zmieni, jak już go zobaczę. Chociaż tak jak po "Walecznym Sercu" które oglądałem mając lat jeszcze naście. Chociaż tak, jak zmienia się, kiedy ósmy raz czytam książkę.

Z zupełnie innej beczki - biegam po blogach odwiedzających mnie i co widzę? Że niektórzy z nich się opieprzają mocno, po pierwsze nie piszą u siebie, po drugie nie komentują. Mendeczki moje, raz dwa - wpisujemy się do pamiętnika.

Z jeszcze innej beczki - zacząłem wreszcie wychodzić z domu kawałek dalej niż do sklepu, przejechałem dziś nawet autobusem na wskroś moje miasto burakiem stojące, moje kochane Burkina Faso, przeszedłem w śniegodeszczu drogę do przystanku. Popatrzyłem w buźki młodych blokerso-meneli, posłuchałem emerytek, zobaczyłem nawet ze dwóch studentów naszej prześwietnej nowej uczelni... Eeech, pomyślałem, a źle mi tam było w sieci?
No ale u rodziców czekał mój pies, zabrałem bestię na długi spacer do lasu, potaplaliśmy się w błocie i uznałem, że było warto. Dostałem też dziesięciopak jajek od sąsiadki, takich od zdrowej polskiej kury z podwórka, powiem wam że smak nie do podrobienia.
A wiecie, że smak jajek można zmieniać podając im odpowiednią karmę? We wrześniu poznałem taką fajną parę Niemców, którzy w środku dużego niemieckiego miasta mają chatkę, kury i robią sobie jajka cebulowe, krewetkowe, jakie im przypasi. Jak to Niemcy, mają specjalną tabelę gdzie wszystko jest wpisane, co trzeba podawać i jak długo, żeby był taki a nie inny smak.
:::
2004.01.13 14:06:52
Myślę jeszcze o Władcy Pierścieni, bo to był film na który najdłużej chyba w życiu czekałem, a jestem mimo wszystko rozczarowany.
To znaczy obraz, wizja świata super, przeszła moje oczekiwania o 100%. Bitwy, potwory, twierdze, widać niesamowity wysiłek twórczy i efekt jest wspaniały.

Tylko dlaczego większą część fabuły potraktowano metodą dialogu prostego cepowego? Zrobione na zasadzie: bohater 1 mówi lewo>prawo: Udaj się do Szarej Przystani córko, na to bohater 2 mówi prawo>lewo: Ojcze, kocham Aragorna i chcę mieć z nim dziecko. I tak przez pierwsze pół godziny filmu.

A przecież twórcy mieli na tyle pomysłów i odwagi, by zmieniać fabułę, i to w dobrym kierunku, filmowo. Czytając o tym, ile motywów wycięto z filmu, żeby go skrócić, byłem wręcz pewien, że będzie przeładowany wątkami, że momentami będzie się trudno połapać o co chodzi. Twórcy postawili jednak na jasność absolutną, ambicją chyba było żeby nawet 12-letni amerykańscy analfabeci zakumali o co chodzi w całej historii, kosztem tego, że pozostali mogą się trochę wynudzić.

Pozostaje nadzieja że wersja DVD będzie przynajmniej o tyle lepsza, o ile DVD pierwszej części od wersji kinowej.

BTW - nagroda prezydenta Burkina Faso dla trzech kretynów którzy siedzieli rząd przede mną, cały czas coś pierdolili, cały czas rzucali sobie głupie teksty, widać że najarani byli na maksa, wciąż głupawka. Z wyglądu i słownictwa studenciaki, ale buraczane łęty wystawały. Miałem ochotę stanąć za nimi i zapikować z kopa w pierwszy z brzegu łeb, żeby odbił się każdy od każdego. Ale potem pomyślałem że zrobiło by się zamieszanie, karetka, nosze, film by mi już zupełnie zmarnowali.
:::
2004.01.13 03:20:57
Właśnie wróciłem z trzeciej części Władcy Pierścieni. Oto co wam powiem:

Jeszcze nigdy, w historii ludzkich (i bajkowych,0) konfliktów, tak niewielu (czyli ja,0), nie wstrzymywało tyle moczu, przez tak długo.

Tak się wykuwa historia.

PS A film fajny. Mam na myśli bitwy i przygody, bo to całe bla bla bla na początku i na końcu ma się nijak do książki, przeczytałem ją 7 razy to wiem. Bla bla było dla analfabetów którzy nie czytali. Rozumiem, chociaż nie popieram.
:::
2004.01.12 12:03:10
No tak, jak mogłem wątpić, że to ukochana TPSA z jej zajebistą neozdradą maczały w tym swoje brudne paluchy.

Jeszcze mi się przypomniała historia z wczoraj, w zasadzie dialog z wujkiem A., tym od Sylwestra. Zapytałem go wczoraj o zdrowie.
- A, dziękuję, lepiej, lekarz zapisał mi wywar z Czarciego Pazura, piję to i jest naprawdę nieźle.
- Trudno było? - pytam zdumiony.
- Co trudno było? - wujek A. równie zdumiony.
- No ciotce obciąć...
:::
2004.01.12 11:27:00
Wydawało mi się, że była jakaś kosmiczna awaria i przez dwa dni nie mogłem wejść na bloga. Zauważyłem u siebie dziwne obiawy: podenerwowanie, żeby nie powiedzieć lekką paranoję (znowu chcą mnie wykończyć!,0). Na szczęście od czego ma człowiek głowę, zapisałem się do Cafe Gazeta i poznałem kilka ślicznych dziewuszek, z którymi odbyłem kilka niezwykłych rozmów i zaplanowałem wakacje.

Przez to wszystko znowu dzisiaj zaspałem.
Choroba moja jakoś nie chce ustąpić zupełnie, czuję się jakby lepiej, ale gardło wciąż nie to, nie mogę pić zimnego piwa bo boli. Nadwyręża to moje pokłady optymizmu, pierwszy raz od tygodni wskaźnik dobrego samopoczucia w dziesięciostopniowej skali spadł do poziomu 8.

Dobra, wracam do pracy.
:::
2004.01.09 00:39:36
Pozdrawiam wszystkich wariatów, którzy tu przychodzą.

Ciekawe czego my w ogóle chcemy od tego miejsca. Zdaje mi się, że na początku po prostu szukałem przestrzeni, w którą mógłbym wrzucać różne rzeczy, które mi biegają po głowie, żeby za miesiąc czy dwa zobaczyć jak to było miesiąc temu. Mogłem dalej spisywać to na własnym kompie w plikach .txt, ale prawda jest taka, że blog zachęca do systematyczności. Zachęca niestety też do innych rzeczy, takich jak autokreacja, zmyślanie, przesadzanie, ubarwianie, błaznowanie, obnażanie i Bóg wie do czego jeszcze.
Ludzie, którzy to pisanie traktują trochę poważniej, czasem wpadają w taki stan, że blog zaczyna żyć własnym życiem, zaczynają śnić o nim jak o osobie, czują do niego miłość albo nienawiść. To zaczyna przejmować nad nimi kontrolę. Jeśli mają odrobinę dystansu do siebie, dowcip, odbijają piłeczkę i wtedy wskakuje to na wyższy poziom. Do czasu kiedy następna fala zacznie ich doganiać... Widziałem, czy też czytałem takie zmagania, momentami ciarki przechodzą po plecach.

Podoba mi się zwyczaj wpisywania na blogach tytułów piosenek. W ostatnich dniach znalazłem mnóstwo fajnej muzyki w ten sposób. Np. Fiona Apple - cała płytka taka sobie, ale ten jeden kawałek, no no... Na pierwszy rzut ucha nic ciekawego, ale jak się go puści w pętli, to za którymś razem łapie się człowiek na tym, że jakoś tak dziwnie jest, inaczej. ;-,0)hafiz

No to coś ode mnie dla was. Kapela Morphine - utwór I'm free now i w ogóle cała płyta Cure for pain, na skołatane nerwy, na bolące jednak odrobinę serce, miód miód. Bas, saksofony, perkusja i wokal, bez gitary. No i gość który się nazywa Sandman, wokalista tej kapeli, zmarł w 1999 roku na scenie podczas jakiegoś festiwalu i jak odjeżdżał to dał jeszcze znak, że mają grać dalej... Znowu mam ciarki.

Dobranoc.
:::
2004.01.08 15:54:04
Dramatyczne pytania bez odpowiedzi - a jednak!

Powiedzcie mi, bo chyba ćwierć wieku życia w tym kraju to za mało by samemu zrozumieć, powiedzcie mi dlaczego nasze sklepy spożywcze, zarówno małe, duże jak i bardzo duże, muszą doprowadzać mnie do takiej pasji, chociaż jestem tak pozytywnie do życia nastawionym człowiekiem.

Jak to się dzieje że w Anglii, Niemczech, Holandii, Danii - o innych europejskich krajach nie mówię na razie, bo nie byłem - dlaczego tam prości ludzie, często analfabeci, często wygnańcy nie znający miejscowego języka, potrafią prowadzić sklepy, które nie dość że są otwarte 24/7/365, to można w nich kupić wszystko co potrzebne do życia plus sporo rzeczy niepotrzebnych, acz uciesznych? Dlaczego sprzedawcy tam są mili i usłużni, choć wiadomo że nie mają lekkiego życia?
Jak to jest, że jak widzę logo "Sklep Polski" mogę być pewien na 100%, że kobieta stara i nieumyta będzie próbowała mi wcisnąć stary chleb, że nie będzie normalnego majonezu tylko jakiś chujowy, że groszek w puszce będzie mielony razem z tyczkami na których wyrósł, że z napojów będzie tylko Witko-Cola, że sklepowa będzie próbowała mnie oszukać na 3 do 4 złotych i rachunek zgodzi jej się dopiero za trzecim liczeniem?
Jak to jest że w tych zajebistych supermarketach, o które była taka bitwa, na które tyle łapówek wydali ich zagraniczni właściciele, połowa towarów jest przeterminowana, ceny się nie zgadzają, na półkach jest bajzel, połowy towaru nie ma, obsługa ma pretensje do klientów i do siebie nawzajem i łatwiej zostać zjebanym niż wysłuchanym?

Chciałem tylko kupić sobie coś na obiad. Dumny jestem, że z uśmiechem wkroczyłem do sklepu i z uśmiechem wyszedłem, że kobita w kasie, która już miała ochotę się pokłócić, musiała zrezygnować, musiała się uśmiechnąć, choć jej się nie chciało. I tą satysfakcją będę musiał się najeść, bo nie najadłem się niestety namiastkami, które kupiłem zamiast tego, czego akurat im przypadkiem, trzeci raz w tygodniu, zabrakło.
:::
2004.01.07 23:23:31
Dobra, to dla wszystkich którzy się wpisali:



Pozdrawiam - KRK
:::
2004.01.07 12:09:47
Całą swoją energię życiową czerpię od zawsze z muzyki. A w tej chwili podstawowym źródłem mojej muzyki jest internet, wspierany może w 3% przez radiową trójkę nocą, bo w dzień niestety niewiele jest tam do posłuchania. Najbardziej uwielbiam znaleźć na jakimś ciekawym blogu wzmiankę o tym, że ktoś słucha np. Raspberry Beret Princa, mam zaufanie do tej osoby więc wrzucam zapytanie do mojego ulubionego Soulseeka i za parę minut mam ten utwór, no i oczywiście jest boski. Taki kawałek właściwie ustawia mi cały dzień i nawet nie musiałbym jeść śniadania.
p2p to jest to, czego muzyka zawsze potrzebowała, tak to właśnie powinno funkcjonować. Zero przekupnych recenzentów, wciskających nam jakąś kichę w uszy.

Co z artystami? No cóż, coś trzeba będzie wymyślić, może nie będą już kupować po 5 luksusowych aut na raz, może Pepsi im zapłaci za muzykę. Zresztą to poniekąd kara za bezlitosne wykorzystywanie sytuacji, za te płyty po 60-70 złotych, po 30 dolarów, po 20 funtów. Rozpaskudziło się towarzystwo, do dobrego przyzwyczaiło. Koncerty niech grają! Ano tak, zapomniałem że większość z lansowanych artystów tak naprawdę nie radzi sobie na żywca... No to dupy z nich a nie muzycy, niech się wezmą do uczciwej pracy. Natomiast co do koncernów płytowych to mogą od razu iść do diabła, do niczego nie są potrzebne.

Ostatnia sylwestrowa akcja ZAIKSu doprowadziła mnie do podjęcia postanowienia, że odtąd nie kupię ŻADNEJ legalnej płyty. Nie będę sponsorował ludzi, którym się popierdoliło w głowach.
A jeśli RIAA będzie walczyć, jeśli przyjedzie do Polski, zamierzam walczyć o prawo do darmowej muzyki metodami partyzanckimi lub terrorystycznymi, paląc sklepy płytowe, wysadzając drogi i mosty, porywając Kazika i przetrzymując go w ziemiance, będę go karmił kaszą ze skwarkami i szpinakiem aż mu zmięknie rura.
:::
2004.01.06 22:13:53
Klinika Złamanych Serc Doktora Krka

Dzięki wszystkim za wpisy, ale mało, mało!
Kto się wpisze dzisiaj i poda swojego e-maila ten dostanie jutro ładnego kotka.

Tak na marginesie - czytam różne nlogowe pamiętniczki i już nie wiem - chcecie wykończyć siebie i mnie? Uprawiacie za mało seksu, czy pijecie za mało piwa? Dlaczego tyle doliny, dlaczego tyle zła i cierpień na tym padole łez, no jasne, ja też się nad tym zastanawiam, ale przecież jest jeszcze dobra muzyka, browary, internet. Wierzcie mi lub nie, zostawiła mnie kobieta tydzień temu, od tego czasu pracuję 10 godzin dziennie, a poza tym słucham doskonałej muzy, tańczę sam w pustej chacie, popijam delikatnie Ballantines'a (w umiarkowanych ilościach, żebyście sobie nie myśleli, że się zalewam, zresztą popatrzcie na mój tekst, zero literówek ;-,0)byłem chyba na 3 niezłych wieczorach w knajpie, chociaż Sylwestra spędziłem wiecie jak, a kto nie wie niech zjedzie parę wpisów w dół, zdążyłem poznać 2 czy 3 interesujące laski i ogólnie krew buzuje w żyłach.
Dołować to się można jak po 30 latach małżeństwa ukochana żona umiera na raka, to rozumiem i z tego nigdy nie śmiałbym zakpić, chociaż i wtedy trzeba podnieść czoło i zasuwać dalej. Albo jak ukochanego psa zastrzeli pijany myśliwy w lesie, wtedy można zadawać sobie dramatyczne pytania bez odpowiedzi.

Ale jak ktoś mimo to chce sobie pierdolnąć samobója, to ku przestrodze mam dwie historyjki (pierwsza z Woody Allena,0):
Woody kiedyś miał doła i chciał się targnąć, ale bardzo się bał, nie wiedział jak i wymyślił, że zabije się prądem. Ale nigdzie nie mógł znaleźć żadnego drutu, więc postanowił zwilżyć nos i wsadzić go do kontaktu. Skończyło się wstrząsem mózgu, bo jak go popieściło, to oczywiście wygięło go w drugą stronę i przysunął głową w szafę. Jeśli wiecie jak wygląda Woody Allen to potraficie sobie to wyobrazić.

Druga historia, nie pamiętam skąd ją znam, jest o gościu, który też chciał się skończyć, no i wymyślił że się zagazuje w piecyku. Ale że się bał więc najpierw wypił flaszkę. No, nawalił się, otworzył drzwiczki, wsunął głowę, odkręcił pokrętło i zasnął.
Po kilku godzinach przyszedł ktoś z rodziny i co zobaczył? Faceta leżącego z głową w zamrażarce, odkręconej na full (-30 stopni,0). Przyjechało pogotowie i go odratowało, chociaż przy wyciąganiu odtrącili mu uszy i już nie dało się ich przyszyć.

Wszystkim polecam muzykę reggae, a naprawdę zdołowanym książkę "Ulica marzycieli" Roberta McLiam Wilsona, tylko nie przejmujcie się pedalskim tytułem, w oryginale nazywa się "Eureka Street".

zawsze oddany - Doktor Krk
:::
2004.01.06 01:12:52
Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego... eee, nieważne, idę spać.
Baj de łej - wpisujcie się czasem ludzie, zawsze to miło. Jutro ja też będę się wpisywał, dla każdego znajdę jakieś dobre słowo. Temu poradzę, tamtą poklepię... Każdy, kto mi się dzisiaj ładnie wpisze do pamiętniczka, dostanie ładny wpis, obiecuję. Jeśli zabraknie mi inwencji, podeprę się cytatami z Papieża albo księdza Tishnera. Chociaż może prędzej będzie to Bukowski.

Tak zbiorowo, do wszystkich - nie martwcie się, każdy w końcu znajdzie swoją pokrywkę od garnka!

Ja pewnie też...
:::
2004.01.05 17:26:55
A przecież wymagam od życia tak niewiele - uważam że tak jak każdy zasługuję na swój spłachetek ziemi pod Mordorem, na którym mógłbym uprawiać orków.
:::
2004.01.05 11:15:45
Dziwny jest ten świat

Wczoraj wieczorem rozmyślałem kolejny raz o moim wynalazku, którego prototyp chciałbym wykonać, a mianowicie o gwizdku na czajnik, który by gwizdał w ultradźwiękach.
Wyobrażałem sobie, że za każdym razem kiedy robiłbym herbatę (z miodem i cytryną,0) psy w całym wieżowcu dostawałyby furii, dochodziłoby do licznych ekscesów, może nawet zagryzień (paru idiotów hoduje tu w skandalicznych warunkach mordercze rasy, przy tym zdegenerowane egzemplarze kupione gdzieś w podziemiu,0) a ja po wściekłym ujadaniu i wrzaskach poznawałbym, że woda się zagotowała.
Nie mam nic przeciwko psom, a wręcz przeciwnie, bardzo je lubię. Natomiast ludzi którzy trzymają psy w bloku nie lubię, bo jest to bez sensu i nie wiem czemu ma służyć. Pies w bloku męczy się, męczy się też jego właściciel; młodzież, przez którą zazwyczaj psy trafiają do mieszkań, szybko zaczyna nienawidzieć czworonoga, bo ma przez niego obowiązki, a przyjemności niewiele. Zwłaszcza zimą pies jest najbardziej nielubianą i niechcianą postacią, kiedy spacer na siusiu staje się prawdziwą męczarnią.
Tak sobie rozmyślałem przed zaśnięciem.

No i jakby w odpowiedzi na to, dziś rano w kolejce po bułki zobaczyłem dziewuszysko, lat około 15, z nosem napuchniętym i pokrytym szwami. Pomyślałem sobie, że ktoś wsadził jej w nos petardę, później zaś nos został nie dość dokładnie pozszywany. Nie śmiejcie się, tak to wyglądało. Sprawa wyjaśniła się dzięki ciekawości jakiejś baby z kolejki, sąsiadki. Okazało się, że nos odgryzł dziewuszysku jej mały piesek, wielkości około dwóch bochenków chleba, zdenerwowany wystrzałami (a więc jednak - chociaż pośrednio - petarda!,0). Piszę dziewuszysko, bo było to naprawdę dziewuszysko, tłuste, wulgarne i niezbyt przejęte całą sytuacją. Pewnie wśród swoich ziomali z bloku, blokersów i gitów, zadaje teraz szyku tym swoim nochalem.
Ciekawe co się stało z pieskiem, został uśpiony albo dostał solidny wpierdal i nikogo nie obchodzi, że to żadna jego wina, po prostu bloki nie nadają się na mieszkanie dla psa. Dla ludzi też zresztą nie.

Odrobina polityki na dziś

Jola, Jola, Jola - toż to nie dla ciebie rola.
:::
2004.01.04 19:33:58
Deklaracja programowa czterech P

Niniejszym ogłaszam ten blog (nlog?,0) blogiem Polityki, Piwa, Poezji i Pieśniarstwa.

Część polityczno-poetycka

Lepiej jest w Zimbabwe mieszkać
niż mieć za premiera Leszka

Część piwno-poetycka

cz.1

Cóż, że wzięła swoje cipsko
Zaraz strzelę sobie piwsko

cz.2
Wehikuł czasu, albo ze wspomnień piwnego kombatanta


Sylwestra minionego spędziłem w gronie następującym:
- babcia moja rodzona, lat 92, sponsorowana przez literkę W jak waleriana,
- ja, dobry syn i wnuk co obiecał zająć się babcią na czas wyjścia rodziców na raut; sponsorowany przez niesprecyzowaną liczbę browarów.
- wujek A., lat 60+, sponsorowany przez literkę P jak piwo i cyferkę 7 (jak 7 piw,0)
- ciotka A., lat 50+, sponsorowana przez literkę P jak pasztet oraz S jak szampan i sylwestrowe szaleństwo
(wujek i ciocia wpadli przypadkiem, zobaczyć co u nas,0)
- liczni goście zaproszeni do studia telewizyjnej dwójki, sponsorowani przez literkę B jak buractwo i O jak obciach,

Wujek już o 22 wykonał drop out.
Ciotka dostała gadanego, ja zapadłem w fotel przed tv i leczyłem kaca z poprzedniej imprezy browarem. Babcia opowiadała o wojnie, zwłaszcza o wyzwoleniu przez ruskich. Oczami wyobraźni przeniosłem się w te mroźne dni 1945 roku.
Dwunasta.
Wujek się obudził, popił szampana z kieliszka i nagle powiedział głosem pełnym refleksji:
- No i tak to mamy właśnie nowy, 2005 rok.

Wkrótce potem wujek z ciocią odjechali, pozostawiając trudną do opisania atmosferę delikatnego absurdu.

Najpiękniejsze wspomnienie wieczoru to mina Piaska Piasecznego, kiedy jakiś gość prowadził wywiad z Michałem Wiśniewskim. Widać było jak Piaskowi gul chodził, jak bardzo zazdrościł temu pajacowi poświęconej mu uwagi. Wiśniewski z żoną blondynką pokazał kolejny raz pustostany swoje umysłowe (trzeci raz go w TV widziałem, bo ja w domu nie mam telewizora i tylko przypadkiem widuję takie rzeczy,0) a ja sobie pomyślałem, że z kraju gdzie Kwaśniewska jest głównym kandydatem na prezydenta a Wiśniewski jest głównym idolem starych i młodych, to ja się proszę państwa wypisuję.

Jakie szczęście, że Biedronka jest tak blisko.
:::
2004.01.04 11:52:46
Nie chce już mi się zmieniać tego skina, co go zrobiłem chory, więc dopiszę teraz do niego jakąś filozofię, żeby nie było tak zupełnie z czapki.
No więc trzmiel symbolizuje mnie, bo jak on jestem nieduży, okrągły, mam owłosione plecy, nieźle zapylam i nie można mi odmówić tej odrobiny osobistego uroku.
Kolory miodowo-pozytywne mają sprawić, że szesnastoletnia, dotknięta rozmaitymi nieszczęściami zarazsietargne.nlog.org po wejściu na mojego bloga, nawet jeśli go nie przeczyta, skuma trochę pozytywnej wibry i zachowa swoje młode życie jeśli nie dla wyższych celów, to chociaż dla kąsania tak prostych przyjemności jak ruskie pierogi, onanizm czy Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, później zaś odkryje piwo, zda maturę, pójdzie na kulturoznawstwo i jak to powiedział znajomy kucharz, odnajdzie kiedyś w końcu swoją pokrywkę od garnka.

Co do pijackich opowieści, w najbliższych dniach będą to raczej (o ile w ogóle,0) dalsze wspomnienia, postanowiłem trochę przestać pić, gdyż w ciągu ostatnich trzech tygodni zdążyłem między innymi:
- kąpać się po pijaku w jeziorze,
- rzucić się jak samolot na stół pełen szkła,
- wprosić się o 12 w nocy do przygodnie napotkanego hotelu, gdzie odbywała się część nieoficjalna szkolenia dla pewnej dużej, znanej korporacji, gdzie grali akurat szkoci na kobzach, wszyscy byli nieprzyzwoicie trzeźwi a ja bezczelnie sępiłem kotleta, choć nie było go na stole ale w swoim ograniczeniu nie wierzyłem, że taka impreza odbywa się bez żarcia. Zostałem poczęstowany dziwnie smakującą herbatą (chyba z rumem,0) i nic więcej nie pamiętam, obudziłem się u znajomych, ktoś zadzwonił po nich z mojej komórki,
- zostałem zamknięty żywcem w knajpie przez pijanego barmana,
- w końcu zaś nastąpiło to, czego nie opiszę, gdyż wielu współblogowiczów to osoby nieletnie, w dodatku wrażliwe, w każdym razie żałuję tego co zrobiłem i właśnie głównie z tego powodu mówię na razie basta. Powiem tylko że nie chodzi tutaj o tzw. zrobienie strażaka.
Nad ustaleniem kolejności w jakiej się to wszystko zdarzyło nadal pracuję, rozpytując wśród znajomych, co jest o tyle nieprzyjemne, że odkrywam coraz to nowe fakty.
Tak więc, chociaż in vino veritas in cervesio felicitas, przez najbliższe dwa tygodnie nie dostanę Ani Kropelki.

Przy okazji - doradźcie skąd wziąć kasę na rachunki:
a,0) zatrudnić się na 1/2 etatu w barze dla gejów jako pokrak z Pulp Fiction,
b,0) sprzedać nerkę,
c,0) znaleźć bogatą, podstarzałą sponsorkę,
d,0) sprzedać butelki po piwie,
e,0) wrócić do roboty,
f,0) inne.

Aż do wczoraj mieszkała ze mną Kobieta, która miała do tego głowę, ale właśnie wyprowadziła się. To tak dla pocieszenia radekmnieniekocha.nlog.org - takie nieszczęścia zdarzają się cały czas.
:::
2004.01.04 00:37:05
Do odwiedzających

Jestem mile, acz potężnie zaskoczony waszym pojawieniem się w moich statystykach!

Rany, myślałem że jak się zakłada bloga, to można przynajmniej z miesiąc popisać spokojnie, dla siebie, rozkręcić się, wypracować sobie jakąś konwencję i styl, wtedy zaczyna się chodzić po blogach współserwerowiczów, wpisywać im do książki "droga koleżanko/drogi kolego, zapraszam na mojego bloga, gdzie poczytasz o tym co mnie boli, ciekawi i wzrusza w otaczającym mnie świecie".
Tymczasem przypadkiem wlazłem w statystyki, gdzie szczerze mówiąc planowałem zobaczyć tylko, ile razy sam wlazłem, ustawiając skiny, tworząc sobie template i sprawdzając jak to wszystko chodzi i zobaczyłem, że tak zupełnie z niczego mam kilkanaście odwiedzin różnych osób.
Good God! pomyślałem i zrozumiałem natychmiast, że nie ma co wypisywać głupot, bo zaraz się rozniesie że Krk jest drętwy i wtedy to już wołami nikogo nie zaciągnę, jak za ten miesiąc osiągnę zadowalający mnie poziom.
Mój aktualny pomysł na wzbudzenie zainteresowania to PRZYGODY!!!

Przygoda sprzed 2 tygodni

Obudziłem się o 7 rano w sobotę, chciało mi się lać więc ruszyłem w stronę ubikacji i ubikacji nie było tam gdzie zwykle. Fakt, że wypiłem wieczorem parę piw, ale nie aż tyle, żeby nagle w moim domu powyrastały jakieś ściany i dziwne meble. Namacałem jakiś kontakt i ...
Byłem wciąż w barze.
Musiałem przysnąć w nocy przy stoliku i zamknęli mnie w knajpie. Knajpa oczywiście w blokach, w małym betonowym schronie bez okien, ze stalowymi drzwiami, zero możliwości wydostania się, wywalenia drzwi w jakikolwiek sposób, chyba że dynamitem. Szczęśliwym trafem miałem ze sobą telefon, bo zazwyczaj nie zabieram go w piątkowe wieczory, żeby nie zgubić. Na ścianie brak kartki z nazwiskiem właściciela, numerem telefonu, brak jakiejś instrukcji co zrobić w podobnej sytuacji. Postanowiłem zadzwonić do kumpla, bez nadziei że odbierze o tak barbarzyńskiej porze. A jednak miałem szczęście. I choć śmiał się cztery minuty na mój koszt oczywiście, 1.90+VAT albo lepiej, to obiecał spróbować coś zrobić. Nie przekonał mnie, ale nie miałem nic do stracenia.
Po godzinie zachrobotało w drzwiach i pojawił się barman. Słaniał się na nogach, wciąż był nawalony. Przeprosił mnie za zamknięcie. Okazało się, że mnie nie zauważył jak zamykał, bo leżałem w boksie i spałem. Na szczęście zapomniał uzbroić alarm, bo wtedy w 4 minuty po moim przebudzeniu przyjechałaby ochrona i chłopcy zglanowali by mnie dla zasady.
Skończyło się bez większych problemów, tylko teraz gdy tam wchodzę, to wszyscy pytają, czy mam ze sobą poduszkę.
Taką to miałem przygodę.

Pozdrawiam jeszcze raz, u-hu, widzę że nie będzie tak lekko jak myślałem. Trzeba się starać.

Wasz KRK
:::
2004.01.03 22:05:17
Właśnie przeczytałem wywiad z Kwaśniewską, nie mogę się uspokoić. Kurwa mać gdzie ja mieszkam, że taka kobieta prowadzi w sondażach. No nie, jest miła i uśmiecha się, ale bez jaj, znam kilka milszych i ładniej się uśmiechających, przecież to nie o to chodzi. Może rzeczywiście ktoś szykuje rewolucję, może zamierzają nam tak dojebać po nerkach że za dwa lata przyjmiemy carat, albo fundament kat.-nar. w wydaniu talibsko-afgańskim. Mnie już tu nie będzie, zresztą kto tu będzie? Wczoraj w knajpie gadałem z zupełnie przypadkowymi ludźmi, chyba z 7 osób planuje na wiosnę jechać do Londynu bezterminowo, zupełnie niezależnie od siebie. Zwykli ludzie z małego zapiździewa P.S.P, niektórzy studenci, niektórzy lud pracujący, no i co miałem powiedzieć, że właśnie sobie zaczynam też tam szykować grunt za pomocą siostry i jej chłopaka, którzy tam siedzą od września? Mieszkałem tam zresztą jakiś czas temu, nawet robotę miałem niezłą, nie wiem co mnie pierdalnęło żeby wracać szkołę kończyć. Fakt, wyglądało to trochę inaczej wtedy, to było jeszcze przed poprzednimi wyborami.

Z innej beczki: tekst z wczorajszej imprezy
Koleś młody, pracujący zresztą jako kucharz w dobrej restauracji mówi serdecznie i poważnie do laski, zdołowanej niepowodzeniami w życiu osobistym: - Nie martw się, kiedyś znajdziesz swoją pokrywkę do garnka.

:::
2004.01.02 15:56:20
Właśnie przyglądam się szablonowi który zrobiłem i zastanawiam się, skąd te kolory, ten trzmiel. No i już wiem. Od rana leczę się bowiem herbatą z miodem i cytryną. Nie mam innych lekarstw, lekarze nie przyjmują, zresztą nigdy im nie ufałem. No i stąd, nieświadomie, uderzyłem właśnie w takie kolory i tego typu motywy. To takie wyjaśnienie jakby ktoś np. myślał że jestem gejem albo coś w tym stylu - nie jestem, a przynajmniej nic o tym nie wiem.
:::
2004.01.02 12:06:01
Człowiek chory na grypę robi różne głupstwa, zakłada blogi czy nlogi, mam nadzieję że potem nie będę żałował tego co zrobiłem. Wszystko przez picie zimnego piwa i przebywanie w miejscach zwiększonego ryzyka, czyli zadżumionych knajpach, bliskie kontakty z nieznajomymi laskami itp.
:::