mjuzik // odwiedzony 28191 razy // [gas_werk szablon nlog7 v01f beta] // n-log home
pokaż: ostatnie 20 | wszystkie z tego miesiąca! (0 sztuk) | wszystkie (24 sztuk)
17:38 / 28.12.2006
link
komentarz (0)
Podsumowania część druga.

Lionel Marchetti - Red Dust

"Red Dust" to kompozycja, którą Marchetti stworzył wspólnie z Yoko Higashi, rozpoczęta w '97, ukończona w zeszłym roku, pięknie wydana (muszę wierzyć zdjęciom i opisom, nakład już dawno wyprzedany) na trzech 3" płytkach. Samplowane, przetwarzane nagrania, również bardzo stare, dźwięki konkretne (ze względu na ich amorficzność można by je określić jako 'niekonkretne') i zapewne inne elektroniczne wtręty (przepływy, czasem pulsacje), wokale Higashi tworzą razem trudną, ale pasjonującą opowieść. Wspaniałe jest to poczucie, że twórca coś nam komunikuje za pomocą dźwięków (to jest owo 'otherwise' w pierwszej z cytowanych recenzji). Niesamowite wrażenie dają też momenty kiedy z konstrukcji stworzonej z drobin, elementów trudno rozpoznawalnych wyłaniają się dźwięki dobrze znane („Deuxieme Partie”) albo te o ustalonej funkcji (w tym drugim przypadku mam na myśli sample w „Deuxieme Partie:Final (Chant Magnetique)).

Recenzenci byli raczej zgodni w ocenach. Na przykład allaboutjazz (o 'dżezie'? :)): "The interpretation is up to you. I hear the ghost in the machines of computer voice software, the sound experiments of the futurists and Marcel Duchamp, the discarded scratchiness of cylinder recordings and flight data recordings. The pop and flutter that the folks at Dolby labs eliminated years ago.
Sound as sculpture, as design, as “the story,” all feed into this open-ended narrative with no Hollywood ending. It's all quite an impressive work of art, aurally and otherwise."

Albo brainwashed: "There are very few boxed sets, much less records, that seem as well thought out as this one does. There are very few abstract recordings impressing me anymore, their weight and power seemingly fading away due to over saturation.[...] It strips the musical world of barcodes, FBI warnings, and greedy punks, and places music firmly in the realm of the listener's ears and mind. There are 300 copies of this collection available from Crouton and they are not asking a lot for it. This is highly recommended, as both a cerebral experience and a musical one."

Polecam utwory zamykające którąś z 3” płytek, i tak pierwszy wieńczy drugą, a drugi z nich trzecią.
Lionel Marchetti – Deuxieme Partie:Final (Chant Maqnetique)

Lionel Marchetti – Deuxieme Partie


Ivar Grydeland/Thomas Lehn/Ingar Zach - Szc zcz cze zec eci cin"

Materiał nagrany podczas Musica Genera 2005. Grydeland grał na gitarze i banjo, które preparował, Zach to perkusista a Lehn jak zwykle obsługuje syntezator analogowy. Ponieważ nie trafiłem w interneci na żadną recenzję, jestem zmuszony zacytować coś ze swojej: "Album można podzielić (mniej więcej tak, jak przebiega podział na ścieżki) na części: wstęp, rozwinięcie i zakończenie. "Zecin" byłby wstępem, w jakimś sensie zawiązaniem akcji, budowaniem klimatu. "Szcin", idąc tym tropem, owego metalicznego, drapiącego klimatu zagęszczeniem, zawierałby apogeum głośności i napięcia oraz nagromadzenia elementów. "Szczec" to powolne wygasanie, kruszenie się całości.

Taki podział byłby jednak chyba zbytnim uproszczeniem, bo nie można każdego z tracków skwitować hasłowo w stylu "w pierwszym cicho, w drugim szaleją, w trzecim odpoczynek". W ostatnim na przykład poza wyciszeniem jest też delikatne pulsowanie, dynamiczny fragment drugi posiada wiele niuansów, tak że nie wiadomo, jak się rozwinie. Zresztą każdy z utworów jest pełen szczegółów, sekwencji osobnych, budujących całość. Elementy "składowe" wydają się dialogować ze sobą, oddziałują na siebie nawzajem, stawiają się w różnych kontekstach."

To środkowe paragrafy z recenzji, rzecz jasna płytka bardzo godna polecenia, można by ją przedstawić jako "You should have seen me..." duetu Zach/Grydeland z domieszką "Bart" nagraną przez Thomasa Lehna i Marcusa Schmicklera.

Do ściągnięcia większa część drugiej połowy drugiej śćieżki.
Grydeland/Lehn/Zach - Cze zec [fragment 11 min.]

Grundik Kasyansky - Light and Roundchair

W tym zestawieniu, płyta którą znam najkrócej, ale udało jej się przebojem wedrzeć do listy najlepszych dziesięciu (chyba wypchnęła „Love me two Times” Nmperign i Lescalleeta).
Czy mieliście kiedyś tak, że szukając stacji radiowej i kręcąc gałką po skali trafialiście pomiędzy stacjami na dźwięki, które okazywały się na tyle intrygujące, że kazały zapomnieć o stacji docelowej. Mnie zawsze fascynowały odgłosy tych ziem niczyich, które tam są stale, niezależnie od tego, czy ktoś ich słucha, czy nie. A przecież, w zasadzie, nie są przeznaczone do słuchania, taka jakby szara strefa w ogólnoświatowym broadcast.
Możliwe, że Kasyansky również nasłuchiwał pośród tych dźwięków zwykle nielubianych, tych zakłóceń, szmerów („poczekaj, poprawię antenę, bo coś jeszcze szumi”). Na swojej płycie radioodbiorników używa w drugiej połowie (co przekłada się też na połowę czasu trwania albumu), a we wszystkich czterech feedback synthesizer (który wytłumaczył mi tak: „Feedback synthesizer is sort of analog synth oscillated by means of manually controlled feedbacks (both electro-acoustic and electronic) instead of VCO). Jednak cały album jest przesycony wyczuleniem na dźwiękowe drobiny, z pozoru niezbyt urodziwe. Jednak pozory mylą albo Kasyansky ma taki instynkt i talent, że potrafi z nich stworzyć piękne rzeczy. Recenzenci byli raczej jednomyślni.

W omówieniu tej i jeszcze innej płyty, w której brał udział, które piszę dla nowamuzyka.pl starałem się zachować komunikatywność i nie fantazjować za bardzo…Ale tutaj sobie pozwolę. Słuchanie tego albumu daje wrażenie wejścia pomiędzy dźwięki, w filigranowe konstrukcje, bycia w jakimś obszarze, strukturze o wielu osiach, chociaż jakby z jedną przewodnią. Jak się wejdzie pomiędzy, to wszystko wydaje się bliższe, rozgrywa się zaraz obok nas, przemieszcza (zwłaszcza, że kilka razy sygnał jest różny w każdym z kanałów).
Najlepiej słucha się na słuchawkach, na głośnikach jest trochę tak jakbyśmy te twory obserwowali z góry, wcale nie gorzej ale to inne spojrzenie.

Proponuję jeden z dwóch krótszych utworów, jedyny ‘melodyjny’ (za sprawą thereminu).
Grundik Kasyansky – Turnover