ohyda // odwiedzony 10709 razy // [era_chaosu_mumik szablon nlog7 v01f beta] // n-log home
pokaż: ostatnie 20 | wszystkie z tego miesiąca! (0 sztuk) | wszystkie (22 sztuk)
23:50 / 13.06.2002
link
komentarz (0)
And now...

Miłość do sztuki
Bułhakow często opowiadał przyjaciołom niesamowite historie, których nie notował - nie tylko dlatego, że nie miały żadnych szans na publikację, ale też zapewne nie przywiązywał do nich większej wagi. Opowiadania te zapisywała jego żona Jelena. Dzięki temu – przetrwały.
Jakoby Michał Afanasjewicz ostatecznie utraciwszy nadzieje napisał list do Stalina, że niby tak i tak, piszę sztuki, a nikt ich nie chce wystawić, wydrukować też nic nie mogę – słowem króciutki list świetnie napisany i podpis: Pański Trampazlin.
Stalin otrzymuje list, czyta.
Stalin: A to co znowu takiego ? Tram-pa-zlin... Kto to jest ? Nic nie rozumiem (cały tekst Misza mówił z gruzińskim akcentem,0).
Stalin (naciska guziczek na biurku,0): Przysłać mi Jagodę !
Wchodzi Jagoda, salutuje.
Stalin: Słuchaj no Jagoda, co to ma być ? Przyjrzyj no się – to jest list. Pisze jakiś pisarz,
a podpis – pański Tram-pa-zlin. Kto to taki ?
Jagoda: Melduję posłusznie, że nie umiem powiedzieć.
Stalin: Co to znaczy nie umiem ? Jak śmiesz mi tak odpowiadać ? Powinieneś widzieć wszystko na wskroś, na trzy arszyny w głąb ziemi ! Żebym za pół godziny wiedział, kto to jest !
Jagoda: Słucham Wasza Wysokość !
Wychodzi, po półgodzinie wchodzi.
Jagoda: Melduję Waszej Wysokości, że to Bułhakow !
Stalin: Bułhakow ? A to co znowu ? Dlaczego mój pisarz napisał do mnie taki list ? Natych- miast posłać po niego !
Jagoda: Rozkaz Wasza Wysokość ! (wychodzi,0)
Pędzi motocyklista – dzz! prosto na ulicę Furmanowa. Dzz! Dzwonek i w naszym mieszkaniu pojawia się jakiś człowiek.
Człowiek: Bułhakow ? Mam rozkaz natychmiast dostarczyć pana na Kreml.
A Misza ma na sobie białe płócienne spodnie, które się zbiegły w praniu, podarte domowe pantofle (palce z nich wyłażą,0), rozpiętą koszulę z dziurą na ramieniu. Włosy skołtunione.
Bułhakow: Titt ! Ja tak nie mogę... Jakże to... nie mam nawet butów...
Człowiek: Mam rozkaz pana dostarczyć w tym, w czym jest !
Misza ze strachu zdejmuje pantofle i jedzie z człowiekiem. Motocyklista – dzz! i już jest na Kremlu. Misza wchodzi do komnaty, a tam siedzi Stalin, Mołotow, Woroszyłow, Kaganowicz, Mikojan, Jagoda. Misza zatrzymuje się w drzwiach i składa ukłon.
Stalin: Co to ma być ? Dlaczego na bosaka ?
Bułhakow (rozkłada ze smutkiem ręce,0): No cóż... nie mam butów.
Stalin: Co takiego ? Mój pisarz – i bez butów ? Oburzające ! Jagoda, zdejmuj buty i oddaj mu !
Jagoda zdejmuje buty, z obrzydzeniem wręcza je Miszy, Misza próbuje je wciągnąć – nic z tego !
Bułhakow: Nie pasują...
Stalin: Nie rozumiem, jak można mieć takie nogi, Jagoda ! Woroszyłow, zdejmuj buty, może twoje będą dobre.
Woroszyłow zdejmuje, ale są dla Miszy za wielkie.
Stalin: Nie widzisz, że są za duże ! Ale ty masz kopyto ! Jak intendent !
Woroszyłow pada zemdlony.
Stalin: Już nawet zażartować nie można ! Kaganowicz, czego siedzisz, nie widzisz, że człowiek jest bosy !
Kaganowicz zdejmuje buty, ale też nie pasują.
Stalin: No oczywiście, czy dla prawdziwego Rosjanina... Uch, ty ! Czym prędzej zejdź mi z oczu !
Kaganowicz pada zemdlony.
Stalin: Nie szkodzi, zaraz wstanie ! Mikojan ! A zresztą ciebie nawet nie ma co prosić, masz nogę jak kura.
Mikojan się chwieje.
Stalin: Żebyś mi się ważył upaść !! Mołotow, ściągaj buty !
Buty Mołotowa są wreszcie dobre dla Miszy.
Stalin: No nareszcie ! W porządku ? Teraz powiedz mi, co się z tobą dzieje ? Dlaczego napisałeś do mnie taki list ?
Bułhakow: No bo jakże tak ? Piszę sztuki, piszę, i nic z tego nie wychodzi ! Teraz na przykład leży w MCHAT-cie sztuka, a oni jej nie wystawiają, pieniędzy nie płacą...
Stalin: Ach tak ! No, ja im tu zaraz ! Poczekaj chwilę !
Dzwoni: Teatr Artystyczny, tak ? Mówi Stalin. Proszę wezwać Konstantina Diergieje- wicza. (Pauza,0) Co ? Umarł ? Kiedy ? W tej chwili ? (Do Miszy,0) Umarł, rozumiesz, jak tylko mu powiedziano.
Misza ciężko wzdycha.
Stalin: Poczekaj, poczekaj nie wzdychaj.
Znowu dzwoni: Teatr Artystyczny, tak ? Mówi Stalin. Proszę wezwać Niemirowicza Danczenko. (Pauza,0) Co ? Umarł ?! On też ? Kiedy ? Rozumiesz, właśnie umarł. Ale to nic, poczekaj.
Dzwoni: Proszę mi wezwać kogoś, kto jeszcze żyje. Kto przy telefonie ? Jegorow ?
A więc towarzyszu Jegorow, w waszym teatrze leży pewna sztuka (zezuje na Miszę,0) sztuka pisarza Bułhakowa... Ja oczywiście nie lubię nikogo do niczego zmuszać, ale mam wrażenie, że to dobra sztuka. Co ? Pan też uważa, że dobra ? Zamierza pan ją wystawić ? A kiedy ? Zasłania słuchawkę dłonią, pyta Miszę: A ty kiedy byś chciał ?
Bułhakow: O Boże ! No choćby za trzy lata !
Stalin (d0 Jegorowa,0): Nie lubię wtrącać się do teatralnych spraw, ale wydaje mi się, że mógłby pan ją wystawić... (mruga do Miszy,0) za jakieś trzy miesiące... Co ? Za trzy ty- godnie ? No cóż, to bardzo dobrze. A ile pan zamierza zapłacić ? Zasłania dłonią słuchawkę, pyta Miszę: A ile ty chcesz ?
Bułhakow: Chciałbym... no powiedzmy jakieś pięćset rubli.
Stalin: Ajajaj !
Do Jegorowa: Ja oczywiście nie jestem specjalistą w sprawach finansów, ale wydaje mi się, że za taka sztukę trzeba zapłacić co najmniej pięćdziesiąt tysięcy. Co ? Sześćdziesiąt ? No cóż, płaćcie, płaćcie !
Do Miszy: No widzisz, a ty mówiłeś...
Po tym wszystkim Stalin nie może już żyć bez Miszy – wciąż tylko razem i razem. Ale pewnego razu Misza przychodzi i mówi: Pojechałbym do Kijowa na jakieś trzy tygodnie.
Stalin: Widzisz, jaki z ciebie przyjaciel ? A co będzie ze mną ?
Ale Misza jednak wyjeżdża. Stalin tęskni za nim w samotności: Eh, Micho, Micho ! Wyjechał ! Nie ma mojego Micho. Co ja mam począć, nudzę się, że coś okropnego ! Może by tak iść do teatru czy co ? Żdanow ciągle krzyczy i krzyczy – radziecka muzyka ! Radziecka muzyka ! Trzeba będzie wpaść do opery.
Zaczyna zwoływać wszystkich przez telefon: Woroszyłow, to ty ? Co robisz ? Pracujesz ? I tak z twojej roboty nic mądrego nie wyniknie. No, no tylko się tam nie przewracaj ! Przychodź, pojedziemy do opery. Zabierz Budionnego !
Mołotow, natychmiast przychodź, pojedziemy do opery ! Co ? Tak się jąkasz, że ja nic nie rozumiem ! Powiadam, przyjdź ! Weź ze sobą Mikojana !
Kaganowicz, kończ swoje żydowskie sztuczki, przychodź, pojedziemy do opery.
No, co Jagoda, ty oczywiście wszystko już podsłuchałeś, wiesz, że jedziemy do opery? Szykuj samochód !
Podstawiają samochód. Wszyscy wsiadają. W ostatniej chwili Stalin przypomina coś sobie.
Stalin: Jakże to tak, zapomnieliśmy o najważniejszym specjaliście ! Zapomnieliśmy o Żdanowie ! Natychmiast posłać po niego do Leningradu najszybszy samolot !
Dzz! Samolot wzbija się w niebo i po kilku minutach ląduje – w samolocie Żdanow.
Stalin: Zuch jesteś ! Mam z ciebie pociechę ! Postanowiliśmy wpaść do opery, bo prze- cież ciągle krzyczysz – rozkwit radzieckiej muzyki ! No to pokażesz nam ! Właź do samochodu. A, nie masz gdzie usiąść ? No to siadaj na kolanach, jesteś malutki.
Samochód – dzz... – i wszyscy wchodzą do loży rządowej w filii Teatru Wielkiego. A tam
w teatrze już dziki popłoch – wiedzą, że przyjedzie zwierzchność. Jakow L. dzwoni do Samosuda, który leży z anginą i do Szostakowicza. Samosud po pięciu minutach jest już w tea- trze – w gorączce z obandażowanym gardłem. Szostakowicz – biały ze strachu – też natych- miast przycwałował. Melik we fraku z czerwonym goździkiem w klapie przygotowuje się do dyrygowania – po raz drugi idzie “Lady Makbet”. Wszyscy są wzburzeni, ale raczej przyjemnie, po- nieważ niedawno gospodarz ze świtą był na “Cichym Donie” i następnego dnia wszyscy główni uczestnicy spektaklu zostali odznaczeni i utytułowani. Dlatego dzisiaj wszyscy – i Samosud,
i Szostakowicz, i Melik – wydłubują sobie dziurki w klapach marynarek.
Zajęto miejsca w loży rządowej. Melik gwałtownie macha pałeczka i zaczyna się uwertura.
W przewidywaniu orderów, i czując na sobie wzrok przywódców, Melik szaleje, podskakuje, tnie powietrze dyrygencką pałeczką, bezdźwięcznie podśpiewuje orkiestrze. Pot leje się z niego strumieniem. “To nic, w przerwie zmienię koszulę” myśli w ekstazie.
Po uwerturze zezuje na lożę oczekując braw – figa.
Po pierwszym akcie to samo. Żadnego wrażenia. Naprzeciwko, w loży dyrekcji, stoją: Samosud z ręcznikiem na szyi, biały, trzęsący się Szostakowicz i majestatycznie spokojny Jakow Leontiewicz – jego to nie dotyczy. Wyciągnął szyję i z napięciem patrzy naprzeciwko – na lożę rządową.
A tam panuje absurdalny spokój.
Tak przechodzi cały spektakl. O dziurkach nikt już nie myśli. Aby ujść z życiem.
Opera się kończy.
Stalin (do swojej świty,0): Proszę, żeby towarzysze zostali. Chodźmy do saloniku, jest o czym porozmawiać.
Przechodzą do saloniku.
Stalin: A więc, towarzysze, musimy przeprowadzić kolejną naradę. (Wszyscy siadają,0). Nie lubię zmuszać nikogo do zmiany poglądów, więc nie powiem, że moim zdaniem, to kakofonia, galimatias w muzyce, tylko poproszę, aby towarzysze absolutnie samodzielnie wypowiedzieli swoją opinię. Woroszyłow, jesteś najstarszy, mów, co myślisz o tej muzyce ?
Woroszyłow: Ja, Wasza Wysokość, myślę, że to – galimatias.
Stalin: Siadaj obok mnie Klim, siadaj. No, a ty, Mołotow, jak uważasz ?
Mołotow: Ja, Wwasza Wywysokość, mmyślę, że to kakofonia.
Stalin: No już dobrze, dobrze, jąka się i jąka ! Przecież słyszę ! Siadaj tutaj, obok Klima. No, a co na ten temat myśli nasz syjonista ?
Kaganowicz: Ja uważam, Wasza Wysokość, że to galimatias i kakofonia naraz !
Stalin: Mikojana nawet nie ma co pytać, on się zna wyłącznie na puszkach od konserw... No dobrze, dobrze, tylko się nie przewracaj ! A ty Budionny, co powiesz ?
Budionny (głaszcząc się po wąsach,0): Posiekać ich szablami !
Stalin: Tak od razu posiekać ? Aleś ty w gorącej wodzie kąpany ! Siadaj tu, bliżej ! No więc, towarzysze, wszyscy się wypowiedzieli i osiągnęliśmy wspólne stanowisko. Bardzo dobrze przeszła nasza kolegialna narada. Jedziemy do domu.
Wsiadają do samochodu. Żdanow, speszony, że nikt go nie pytał o zdanie, plącze się wszystkim pod nogami. Próbuje zająć dawne miejsce, to znaczy na kolanach Stalina.
Stalin: A ty, gdzie się pchasz ? Zwariowałeś ? Kiedy jechaliśmy tutaj wszystkie nogi mi przez ciebie zdrętwiały ! Radziecka muzyka ! Rozkwit ! Na piechotę też trafisz !
Następnego dnia w “Prawdzie” ukazał się artykuł pt. “Galimatias zamiast muzyki”. Powtarzało się w nim kilkakrotnie słowo “kakofonia”.