Wpis który komentujesz: | Bo system mówi, że zawsze jest coś za coś. W systemie u mnie to wygląda tak, że kiedyś go olewałam. Bardzo olewałam uczelnię, robiłam niezbędne minimum jak już musiałam a czas przeznaczałam na robienie tego, co najbardziej lubię czyli na rozmowy ze znajomymi via internet. Prawie, że hedonizm. A na dodatek jeszcze dobrze na tym na uczelni wychodziłam. Teraz coś się zmieniło. Ostatni rok uczelni miał być bardzo lajtowy. Weszła ustawa i nie jest. Już kilka razy nadmieniłam, że godzin zajęć jest więcej niż powinno, wykładowcy ocipieli na jakąś manię robienia PONAD a komunikacja miejska zafundowała mi o godzinę dłuższe dojazdy na uczelnię tudzież powroty z niej. To wszystko jest, że tak powiem po mojemu time-consuming. Ale rozmowom via internet nie popuściłam. Swoje niezbędne minimum robiłam nocą, często niedosypiając - bywa, w końcu trzeba wiedzieć co jest w życiu ważne, nie? Zaczął się kolejny semestr. W swojej świętej naiwności wraz z grupowymi znajomymi myśleliśmy, że dadzą nam chociaż ciutek luzu, bo w końcu pracę licencjacką trza pisać - tyle, że nie bardzo jest kiedy bo dużo było rzeczy 'na już' czyli takich uczelnianych-na-bieżąco. Właśnie, naiwność. Co się okazało? Zajęć ni grama mniej, wykładowcom odjebało totalnie i najnormalniej w świecie zaczął się palić grunt pod dupą, że coś zawalę albo że nie wyrobię się z tą cholerną pracą licencjacką. Zaległości narastały praktycznie od początku semestru. Ten chce prezentację, tamten teksty na pamięć, ta robi wejściówki co zajęcia, ta częstsze kolosy, etc... i tak w kółko. A samo, jak wiadomo, to się nic nie zrobi. Od kilku tygodni, może trzech próbuję wyjść z tym na prostą. Tzn. próbuję mieć wszystko w miarę na bieżąco i zrobić coś do przodu, żeby mieć czas na… rozmowy ze znajomymi przez internet. Poza tym zajmuję się też sobą i też staram się sypiać więcej niż 3-5 godzin na dobę, tak jak mi to wielu internetowych znajomych radziło (a to też zabiera czas). Dodatkowo, o ile mogę to tak nazwać… w tym wszystkim niejako przeszkadza mi Mama, która domaga się sporej dawki mojej uwagi, co w praktyce przejawia się tym, że chce by z nią rozmawiać, wychodzić na zakupy i spacery czy nawet oglądać TV. Zrozumiałe, ojca nie ma już kilka tygodni, a przyzwyczaiła się do jego obecności skoro od lipca po raz pierwszy wyjechał za granicę. Każdy chce uwagi bliskich, tym bardziej jak się ma problemy zdrowotne i trochę (nie wiem jak to nazwać, ale chyba…) niestabilną sytuację związkową, co nie? Sporadyczne kontakty i monotematyczność (oczywiście cholerna, parszywa uczelnia) moich wypowiedzi doprowadziła do tego, że dzisiaj jeden z moich znajomych dał mi jasno do zrozumienia, że mu to co najmniej nie odpowiada i napomknął o zakończeniu rozmów. W sumie zrozumiałe. Dostosowałam się. Nie mam co walczyć, skoro z góry skazana jestem na przegraną. Uczelnia i dojazdy to zło konieczne, organizm stwierdza, że podoba mu się więcej snu, mama się na pewno nie przestanę zajmować a dzień ma nadal tylko 24 godziny. Systemowe coś za coś. Logiczne. Ale żal zostanie na długo. |
Inni coś od siebie: |
Nie można komentować |
To stwierdzili inni:
(pomarańczowym kolorem oznaczeni są użytkownicy nlog.org) |
semeley | 2006.03.17 23:26:46 Ja też pozdrawiam, tylko nie wiem kogo :] mój nick | 2006.03.17 19:52:36 LOL. Dopiero teraz na to wpadłaś... A to dopiero początek zajebistego życia ;] Pozdrawiam... semeley | 2006.03.15 12:05:28 ciekawe, bo mnie też brakuje samej siebie :/ F | 2006.03.14 10:25:21 Oj Ewciu! Bardzo Ci współczuje, wiem, ze jesteś bradzo zajęta i nie wtrącam się, ale mi tez Ciebie brakuje..:(Żądam dłuższych dni!bYŚ MIAŁA WIĘCEJ CZASU:) |