06:59 / 21.04.2026 link komentarz (1) | 3/4/2026 Poranek jest świeży i wolny od błędów | Uważność
Obudziłem się o 6:06. De facto obudziłem się już wcześniej - o 5:05, ale wstałem tylko zamknąć okno, skorzystać z toalety i zaobserwować nie najlepsze samopoczucie. Pięć dni po zmianie stref czasowych nadal ni to środek nocy, ni to ranek, ni to poranek.
Czując lekkie otępienie bałem się, że spędzę kolejny dzień z zatkanym nosem, lekkimi dolegliwościami pobocznymi i na kompulsywnym użalaniu się, że nie jestem w pełni zdrowy i nie mogę napierdalać jak taran Ale też nie jestem w pełni chory, żeby w pełni leczyć się i odpoczywać.
Zdiagnozowałem sobie restlessness (niepokój, niespokojność, roztrzęsienie, nadpobudliwość, wiercenie się). Bardzo chciałem w kolejnym dniu nie być chorym na restlessness. Lękałem się, że takie jest moje przeznaczenie i ze strachu wróciłem do łóżka spać.
Obudziłem się o 6:06. Niby godzina (i minuta) różnicy, ale czułem różnicę. Poczułem od razu po obudzeniu jakiś powiew świeżości, odrobinę lekkości i nadzieję.
Nadzieję, że po kilku dniach restlessnessu wrócę do mojego happy place. Do mojej klarowności, w której wiem co się liczy i wiem, że jak wiem, co się liczy - wszystko będzie w porządku. Bez wyjątku.
Bez kitu. Przez ostatnie kilka dni czułem się jak bardzo samoświadomy nałogowiec w aktywnym nałogu użalania się, scrollowania, oceniania się, autoagresji, niezadowolenia i ogólnie takich takich składający się na restlessness.
Czułem się jakbym był w kasynie z reklamówką z milionem złotych, przegrałem 700 tysięcy i akceptuję wyrok, że żeby samemu chcieć wyjść z kasyna muszę albo wrócić do miliona albo wyzerować. I wiem, że wydłużony proces zerowania może być bardzo niewdzięczny i bolesny.
Okrutny świat rzuca ochłapy nadziei, że tym razem się odegrasz, ale jednak nie. Albo że już się lepiej czuję i może wyjdę na spacer, ale po 10 minutach czuję się na tyle słaby, że się męczę i jednak wracam. Do domu, do użalania się, do autoagresji, do restlessnessu.
Czasami jedyna szansa, żeby sobie przestać coś robić, to się tym zmęczyć. A czasami nie, ale dzisiaj tak - tak bardzo siebie znielubiłem za scrollowanie treści w Internecie i na dysku twardym Bobera, że mam dzisiaj wręcz klarowność, że nie chcę tego robić. Nie chcę zaczynać. Bo łatwiej nie zaczynać niż wejść i wyjść. Lepiej nie iść na koktajl niż pójść na koktajl i nie wypić ani grama.
Zwyciężają ci, którzy wiedzą, kedy walczyć a kedy nie - jak powiedziała hybryda Sun Tzu i Siary. Dzisiaj wiem, że chcę zawalczyć.
Zwłaszcza że - tu powiem zgrany banał - w arsenale mam wszystkie narzędzia do tej walki. Zacznijmy od pierwszego, z którego w dużej mierze wynikają wszystkie inne.
Uważność. Chcę być uważny, zdyscyplinowany, cierpliwy i konsekwentny w dokonywaniu wyborów. Mój umysł co chwilę kompulsywnie podpowiada mi pewne wybory. Scrollnij se. Zobacz jaka prognoza pogody na dziś. Ile kroków zrobiłeś. Zobacz ile masz do zarządzenia rzeczy, nigdy tego nie zrobisz, poddaj się i ucieknij od rzeczywistości w jakąś ulgę. Zjedz coś smacznego, włącz sobie jakieś wideo z konfliktem do rozwiązania. Zaangażuj się w to.
Nie, dziękuję. Intencjonalnie wyjdę z psem na świeże powietrze, zrobię sobie kawkę i nadam tonu temu dniu w formie tekstu pisanego.
Prawdopodobnie coś w poprzednim zdaniu źle odmieniłem, coś jest niepoprawnie i kusi, żeby zrobić analizę językową i rozwiązać ten problem. Ale uważnie odmawiam i temu pragnieniu.
Moim absolutnym priorytetem jest ukończyć napisanie tekstu, który wyrazi i zasejwuje moją intuicję z 6:06. Następnie zrobić trening.
Dźwignąć coś, poczuć muskle z akceptacją, że po 3 tygodniach bez treningu, podróży i kilku dniach restlessnessu jestem pewnie znacznie słabszy.
Bez tryhardowania, za to z mocną intencją, dyscypliną a zarazem empatią wobec samego siebie i ciekawością, na co mnie dzisiaj stać. Nic mniej, nic więcej.
Zagrożeniem w ogóle nie jest jakiekolwiek ograniczenie fizyczne, a jedynie brak uważności przy rozproszeniach umysłu - co chwilę słyszę o problemach, które rzekomo miałbym teraz rozwiązywać.
Balustrada na balkonie się połamała - trzeba ją rozebrać? Naprawić? Zrobić nową? Ustalić, że zostawiamy?
Na biurku mam 7 dokumentów do posortowania - zrobić to teraz na szybko i mieć z głowy? Czy później? Kiedy później?
Kończyć montować JBC ON TOUR 40 Chiny i nie tylko? Czy rzucić to już dawno jak Pezet? A jak skończyć to jak skończyć?
A może sobie zerknę na Youtube i coś pooglądam, jest tam bardzo wiele ciekawych i wartościowych materiałów. Może z jakiegoś wezmę temat do nowego filmiku na Youtube? Ale czy na pewno tego chcę?
Takich dylematów i konfliktów do rozwiązania jest nieskończenie wiele i doskonale rozumiem ten fenomen. Tak samo jak doskonale rozumiem fenomen kompulsywnego hazardu, objadania się i nie tylko. Doskonałe zrozumienie fenomenu nie sprawia, że ten fenomen przestaje działać.
Jakkolwiek fascynujące by to nie było, tak realnie zagrażające jest to. Fakt jest to. Wystarczy chwila opóźnienia uważności i jestem w całkiem innym miejscu. W barze. W kasynie. W konflikcie.
No i teoretycznie mogę wyjść z baru - wystarczy nie pić i wyjść.
Teoretycznie mogę wyjść z kasyna. Wystarczy nie grać i wyjść.
Z zewnętrznych historii, filmów, rozproszeń i konfliktów tak samo teoretycznie mogę wyjść. Wystarczy uważnie wrócić do tego, co mam robić.
Ale po co mam to robić? Co mi da napisanie jakiegoś tekstu o tym, że wstałem o 5:05, a nie, jednak o 6:06, sorry. To bardzo ważne.
Tak, to de facto bardzo ważne i już tłumaczę po co - bo pewnie jeszcze nieraz sobie zapomnisz. Tak, mówię do Ciebie, cwelu.
Porównajmy poziom klarowności, satysfakcji, motywacji i jak to wpływa na dalsze losy twojej historii - przy każdym ewentualnym dylemacie.
Możesz jak co drugi typ siedzieć w domu i oglądać Big Brothera, Hotel Paradise albo jakieś inne rozpraszacze na tiktoku albo śmieszne czy nawet edukacyjne rolki - masz wtedy iluzję zaangażowanie. Może nawet nie iluzję. Doświadczalnie jesteś zaangażowany. Na chwilę. A za chwilę jest jeszcze większa pustka i kompulsywne pragnienie bycia ponownie zaangażowanym. To jest jednoręki bandyta na przecwelonej maszynie, cwelu.
Nie graj. Nie wchodź tam. A jak wejdziesz, to wyjdź. Jak nie potrafisz wyjść, to podnieś rękę i poproś o pomoc. Poszukaj realnej szansy - kiedy i jak można wyjść z tego kasyna.
Może kasyno jest metaforą, a może nawet nie jest.
Przy każdym ewentualnym dylemacie każde rozwiązanie ma jakąś wartość oczekiwaną.
W jakimś tam uproszczeniu, pomijając bardzo pilne emergency, wszystko, co nie jest zbieżne z rozpisanymi intencjami, ma negatywną wartość oczekiwaną.
Wszystko, co jest zbieżne z rozpisanymi intencjami, ma pozytywną wartość oczekiwaną. Dlatego właśnie kontynuuję pisanie tego pozornie bezsensownego tekstu. Czuć w tym bezsensownym tekście walkę, nieprawdaż? I czuć, że ją wygrywam.
Nagrodą za wygraną walkę jest lepsze samopoczucie. Klarowność, satysfakcja, motywacja i zdolność do łatwiejszego podejmowania kolejnych dobrych decyzji. To kultywowanie postawy, która jest źródłem spokoju i bogactwa wartości, dla ludzi, których intencjonalnie obdarzam swoją obecnością.
I mógłbym tak bez końca, jak pierdolony kosmos, ale to już czas, aby z tego pozornie wartościowego kasyna wyjść. Moja uważność się wyostrzyła przez ostatnie 2 godziny pisania. Rozwijanie wątków na tym etapie byłoby subtelnym wchodzeniem w nowe rozproszenia.
Moim absolutnym priorytetem było ukończyć napisanie tekstu, który wyrazi i zasejwuje moją intuicję z 6:06. Następnie zrobić trening. Dźwignąć coś, poczuć muskle z akceptacją, że po 3 tygodniach bez treningu, podróży i kilku dniach restlessnessu jestem pewnie znacznie słabszy.
Więc teraz angażuję swoją uważność w proces przebycia drogi z przed komputera na siłownię jbc365gym. Czasami te 50 metrów do przebycia jest tak samo trudne jak dla początkującego jogina jeden krok wejścia na matę. Stąd też nie chcę lekceważyć tego kroku.
Dźwignąć ciężar i zaakceptować swoją słabość. Później poobserwować siebie, uporządkować doznania i stworzyć nowe intencje. Wcześniej ukończyć ten bezsensowy tekst.
| 06:40 / 01.11.2020 link komentarz (1) | witam konsumenta | 04:22 / 06.11.2017 link komentarz (0) | Siewka nlogu pamiętniku internetowy ty mój | 21:42 / 11.06.2013 link komentarz (0) | MarniakDzisiaj jestem chory, mam popsute gardło i brzuch i jestem marniakiem w związku z tym.
Na bank pamiętasz tę scenę jak w Pitbullu trzeźwy Metyl został wyjebany z domu i ta scena jest mi tak bardzo bliska, że aż przykro o tym myśleć, zwłaszcza jak myślę o komplementach przy maszynie z wodą mineralną w Stoke, przy Grand Union w Londynie, czy we Flow w Warszawie i jak pomyślę o tym, że jestem już emerytem i takich komplementów już nie będzie chyba.
Miałem napisać to wczoraj, ale piszę dziś. Wczoraj byłem smutny, że włączam Bieswi, wpisuję swoje imię z golem (niejednemu psu Burek na imię) i mi smutno, że od razu wiem, jaka jest *dzisiaj* data. Dzisiaj już bym nie wiedział z powodu wyczerpania zasobów, przez co jestem jeszcze smutniejszy, chociaż im bliżej dna, tym szybciej ma szansę się odbić od czegoś, a ponoć bez dna nie da rady, a ja nie daję? Zdefiniuj dno co.
Życie może przytłaczać, jak wychodzisz z pierdelka za skórę, próbujesz uczciwie żyć, a wiatr nie przywiewa dobrych czasów pierwszej klasy, wręcz przeciwnie - wieje w oczy, dupeczga nie akceptuje przyczyny pierdelka, a pokusa powrotu do złych rzeczy non stop widnieje na horyzoncie. Bywa ciężko, a położyć się na ziemi z tępym wzrokiem skierowanym chujwikaj, a potem wziąć telefon i szukać kogoś, z kim można pogadać , a ten ktoś jest dopiero pod koniec alfabetu, to czasami rozwiązanie Dziecka Szczęścia. Może być dużo gorzej, a wiem, bo niedawno był Dzień Dziecka.
Nie wiem czy iść jutro na kawę z MeShell podyskutować o medytacji, bo jestem marniakiem, a nie chcę być większym marniakiem jutro z powodu zdrowia. Zwłaszcza, że ona pierdoli coś o jakichś identity, tak samo jak Zbrochu o jakichś essencach, a ja SPOKO wdech, wydech i jeszcze zostaje nadwyżka. A ja na bank nie będę musiał tego wymazywać, bo nawet nie sprawdzę czy muszę. Nawet teraz Stjarnan strzeliły gola w Pucharze Ligi Islandzkiej, a ja mam na to tak ślicznie wyjebane, nawet jeśli jakaś dupeczka miałaby mnie kopnąć w mój fajny tyłek. Nawet pomimo świadomości, że jakbym teraz pojechał do Warszawy, Londynu czy Stoke, to nikt już by mnie nie skomplementował tak jak kiedyś.
Marniactwo marniactwem, wdech, wydech, jeśli dwa lata temu w tydzień pokonałem żółtaczkę, to przecież o co cho, jak coś mnie nie zabije, to już raczej nie zaboli, a nawet jak zabije, to nie zaboli yo.
| 17:55 / 27.05.2013 link komentarz (0) | Wspomnienia, iks deTo było tak, osiedle Bielany, dwudziesta druga (gdzieś tak), dwutysięczny jedenasty, dwudziesty ósmy grudnia, mniej więcej tak, przyjechało paru koleżków do znajomych z ciekawym cv, których spotkali w marnej knajpie, która nie widnieje nawet na google maps, bardzo ciekawe doświadczenie, kilka nowych ciekawych znajomości i kilka nowych obserwacji. Tych samych paru koleżków kilka godzin później pojechało tam, gdzie sucz leci na biznesmena, ale na hustlerów i bokserów też, śmieszne co, tak samo jak przekonanie, że tzw. najlepsze sucze lecą na biznesmena za samo bycie biznesmenem i sos w portfelu, ale nie o tym, nie o tym, nie o tym była mowa, ale o tym, że tych samych paru koleżków z paroma nowymi znajomymi pojechali do innego lokalu, bardziej odpowiadającemu rannej już niemal godzinie i upojeniu alkoholowemu, wśród których również należałoby upatrywać przyczyn rozpalenia żądzy i namiętności między młodszym spośród koleżków oraz najmłodszej spośród nowych znajomych. Ich słodki pocałunek z pewnością mógłby być bujnie opisany przez tzw. artystów pisarzy, jako że nie jestem jednym, to określę go jedynie jako bardzo słodki pocałunek. Nawet to nie ja tak to określam, ja w ogóle staram się uciekać od dokładnego (bo się nie da) opisywania rzeczy niedoskonałym ludzkim; to ona użyła słowa 'słodki'.
Streszczając się, bo jestem z tych, co upraszczają rzeczy (there-is-a-whole-lot-less people) w przeciwieństwie do tych, którzy je komplikują (there-is-a-whole-lot-more people), ale i tak w tyle za tymi, co się z rzeczy śmieją (there-is-a-hole-in-the-bottom-of-the-sea people), kilka dni później mój kolega Adam D. poczuł się kurwa taki mały... jeden gość mu 9,9 wyrywa i dupę z gościem na jednej imprezie, a on z liceum party z gwara wyszedł sam, ale kilka dni później okazało się, że nie ma słońca, tylko cień w głowie, a to był jeden raz, 9,9 wie, młodszy z koleżków nie, dobranoc, cześć, cześć, cześć.
Cześć, świat łamie każdego, ale później kości się zrastają i jesteśmy w tych miejscach mocniejsi i choć napisał to Ernest Hemingway, dokładnie ten sam facet, który się zastrzelił, to chyba jednak rację miał. Świat poszedł do przodu, pojawiły się komputery, amfetamina, samoloty, fake prinzess na konno, z której śmiałem się kilka miesięcy później, tak samo jak śmialiśmy się 18 miesięcy wcześniej z Gerganki, że jest fanką bułgarskiego (she kind of has to), pojawiły się też inne, nawet na konno, co prawda nie prinzess, ale zawsze, powiały się dziki, dzikie, modelki na siłę z poczuciem słabości (po dwóch zamienionych zdaniach już miałem dość ich), modelki, których nie miałem dość, 10/10, fit sportswomen, lewaczki, prawaczki, chodzi o to, że świat poszedł do przodu, bo cały czas idzie, panta rhei czy coś, rurze w walentynki, jager na dzień kobiet i coraz rzadziej przypominałem sobie o tym, że to był jeden raz, 9,9 wie, ja nie, dobranoc, cześć, cześć, cześć.
Cześć, ponad pół roku temu byłem z moją super koleżanką w Londynie na stand-upie Waltera Jima, na której w szalenie szowinistyczny sposób opowiedział on historię, z której wynikał morał, że nie należy porzucać swoich marzeń. Dwa miesiące później byłem na ciekawej wycieczce w Kijowie, kolejny miesiąc później przeprowadziłem się do Singapuru, po kolejnych trzech miesiącach wróciłem, parę tygodni temu spotkałem się z 9,9, piliśmy jagermajstra i byliśmy odwiedzić pana inspektora Adama. Coś dobrego, coś złego. Jest luz, słowo, a jednak się wkurwiam czasem. I jak nie będzie klawo w miłości i jak nad ranem po koksie rozpocznie się depresja i wschód słońca, to przypomnę sobie o 9,9 i o motcie: You should never give up on your dreams. | 16:40 / 08.04.2013 link komentarz (0) | Cześć KendrickCześć Basia, ty będziesz tańczyć, ja stać przy barze, to znaczy jakoś 7 metrów od niego, ale luz, 85% mniej cebulactwa niż dwa i pół roku temu, a wtedy było cebulactwo połączone z brakiem wrażeń tłumionych wódką żołądkową gorzką (rudą), chociaż przez to cebulactwo było sporo ciekawych wspomnień, jak chociażby to dwa i pół roku temu, co zresztą było później wyolbrzymiane przez KCTG, tak samo jak wieczór panieński. Ale props dla KCTG za te przeżycia wspólne, za to mimo wszystko antyprops (z dzisiejszym umysłem) dla Łoltera za to, że nie umi w ryj dać nie umi. I oczywiście nie chodzi o za mnie w gwarze, tylko mi za gwarem.
Teraz już tego chamskiego cebulactwa nie ma, coś dobrego, coś złego, grunt to umieć się odnaleźć w nowych czasach, bo czasy ciągle się zmieniają, a wiedzieć rzeczy oczywiste wcale nie jest łatwo, sprawdź to, fenomen taki, prawie jak hashtag hihi. You wanted an encore but there's no encore today. The moment is now, can't get it back from the grave, ale no nie zabierajmy splendoru Kendrickowi przy tej okazji, bo zdecydowanie wygrywa weekend.
Poza tym obejrzałem Żółty Szalik już prawie tyle razy co Rounders, zdecydowanie #2 pod tym względem. I obejrzę jeszcze dziś sobie raz. | 03:13 / 03.02.2011 link komentarz (1) | Everything's cool right now. Might be some problems later but we'll cross that bridge when we come to it. | 23:16 / 31.01.2010 link komentarz (1) | Co jest cięte 2010A teraz czas na pisanie dysertacji żeby potem mieć prawo być snem polskich osiedli, nie wiedzieć co to znaczy haczyć od starych pengi, uwalniać umysł, mieć własne marzenia, nie przeceniać na maks przeznaczenia, poobijać się przez chwilę po świecie, jeszcze raz pojechać na Maltę i na koncert Lady Gagi, posłuchać płyty winylowej BRD, przeczytać książki ze skierniewickiej listy lektur, wziąć najki i najlepsze polo pod kolor plus paszport, mieć styl pod kontrolą, wrzucić perfum na szyję, całą resztę dreipoląc, oglądać Orange Sport 16 godzin tygodniowo 30 tygodni rocznie, chodzić na Konwiktorską i Łazienkowską na MESA, słuchać Mesa i nie potrzebować wiele do szczęścia, słuchać Rena, szukać Supersztuki, šukat sztuki, żyć zdrowo, szamać bibułki z szynką, mieć szacunek w Azji, nie znać zasad futbolu amerykańskiego, krykieta ani bejzbolu, wybrać fucking big television, uczyć się italiańskiego, doskonalić Ślůnski, English, Eλληνικά, Русский i Afrikaans, mieć nos biały jak skrzydła orła bielika, mieć życie które warto żyć, lubić kiedy mówicie na mnie Pan Xav - sprytny b-boy, żeby nie musieć chodzić po robocie na frytki z rybą, przedwczoraj ściszać telewizor, widzieć szczęście najbliższych, zanim jeszcze się przekręcę jak kickflip |
|