mariposa // odwiedzony 137091 razy // [xtc_warp szablon nlog7 v01f beta] // n-log home
pokaż: ostatnie 20 | wszystkie z tego miesiąca! (0 sztuk) | wszystkie (610 sztuk)
00:49 / 27.04.2010
link
komentarz (5)
Kiedyś, kiedyś, daaaawno temu, gdy byłam bardziej Mari, niż Mami... myślałam o kobietach oddającym się wychowywaniu dzieci z pewnym pobłażaniem. Przyznam się uczciwie, może nawet z cichą pogardą. Że jak to, tak odstawić w kąt swoje ambicje, marzenia, zamienić karierę na gary, mądre książki na poradniki o żywieniu dzieci etcetera, etcetera. Później, kiedy urodziło mi się własne dziecko, zmieniłam front. Myślałam o tych babkach jako o pełnych poświęcenia bohaterkach. Zazdrościłam im nieco, że tak zgrabnie wypełniają swoją archaiczną już dzisiaj i niezbyt poważaną rolę. Dobrowolnie wyzbywają się tego, co w życiu najlepsze, dobrze wiedząc, że z całej zainteresowanej komórki społecznej prawdopodobnie wyjdą na tym najgorzej, rezygnują z rzeczy, które są przecież takie ważne.
Sama uparcie ujeżdżam trzy konie: praca, dziecko, studia. Nie wspomnę nawet o szeroko pojętym 'prowadzenie domu', bo to już jakby z rozpędu i przy okazji. Każdą ze swoich życiowych ról naprawdę staram się wypełniać najlepiej jak się da. Zrobić cudne tłumaczenie, przygotować najbardziej zajebisty plan nauczania - ba, rewolucyjny wręcz!, nie spóźniać się na Bardzo Ważne Spotkania, zadbać, by moje dziecko czuło się kochane, zabawione, najedzone, wypielęgnowane, podczas gdy mąż wysłuchany, wyprzytulany i do tego, żeby jeszcze mógł ze mną pogadać o sprawach wychodzących poza nasze cztery ściany. Egzaminy zdaję na czas, a na wykładach bywam częściej, niż je opuszczam. Psa głaszczę i czeszę, a sobie raz w tygodniu robię peeling i inne tam badziewia.
I wszystko właściwie brzmi zajebiście, bo jakoś mi się to do tej pory udawało. Niestety jednak, na własnej skórze stestowałam i już wiem: nie da się być we wszystkim najlepszą i zachować zdrowie umysłowe. No nie ma chuja we wsi. Ostatnio mówimy dość poważnie o drugim dziecku. I po raz pierwszy w życiu zadałam sobie zupełnie nieretorycznie pytanie o to, co jest najważniejsze. Wcześniej jakoś wstydziłam się przed samą przyznać, że rodzina to jest dla mnie to właśnie. Że jak bumcykgroszek, wolę rysować z Matyldą pieski, niż zdobywać kolejne szlify w zawodzie. Bardziej rajcuje mnie udana pierdoła z dekupażu, niż wzorowo przetłumaczona umowa. Gdzieś tam zawsze to chyba wiedziałam, ale zawsze też myślałam z niepokojem o tym, co sobie pomyślą koleżanki, znajomi z branży, a przede wszystkim: mąż. Czy ja będę atrakcyjna dla mojego męża, jeśli zacznę "siedzieć" w domu? Długo strasznie sobie to mieliłam w głowie i doszłam wreszcie to takiego wniosku: atrakcyjna jest kobieta szczęśliwa, spełniona i pewna swoich wyborów, może nawet w szlafroku i z gniazdem na głowie ;)
Taka, która w dupie ma to, jak wszyscy w koło oceniają jej życie. Toteż taką sobie zostanę. Jak tylko urodzi mi się drugie :)