balsam // odwiedzony 128287 razy // [p_s_d szablon nlog7 v01f beta] // n-log home
pokaż: ostatnie 20 | wszystkie z tego miesiąca! (0 sztuk) | wszystkie (4294967295 sztuk)
22:47 / 23.06.2014
link
komentarz (1)
tłuczone szkło & kamienie flavour.


01:16 / 30.01.2014
link
komentarz (1)
kiedy nie robiłam nic, jakoś tak samo wszystko wychodziło. kiedy robię, co tylko mogę, nie wychodzi mi nic. może trzeba było zostać przy nic-nierobieniu? boję się, że to absurdalnie prawdziwy paradoks, że tak to działa.
czasami mam wrażenie, że ta nie-ja jest najlepszą mną.



na szczęście co wtorek bywam w Kalifornii.
20:33 / 28.11.2013
link
komentarz (0)
"jeżeli nie będziemy dbać o język, zginie", mówi osoba, od której usłyszałam wczoraj "wzięłam i se zerkłam" albo "przyszłeś". zaczynam zastanawiać się, czy to ja cierpię na schizofrenię (już?!), czy może ludzie wokół zwyczajnie nie mają za grosz samokrytyki dla własnej kultury języka, "co nie?". albo zwyczajnie zwariowali.
w sumie powinnam iść za głosem sumienia - zrobić "se"* drinka i mieć to wszystko głęboko. amen.



* na szczęście moje sumienie w ten sposób do mnie nie mówi, nie śmiałoby. inaczej pozostałoby nam rzucić się z balkonu - mojemu sumieniu i mnie. z pierwszego piętra? chyba podziękujemy za połamane ręce i tłumaczenie się z lądowania w ogródku antagonistycznych sąsiadów, "co nie", sumienie? a drinka zrobimy tak, czy inaczej. na twoje skołatane serce, na moje skołatane sumienie o skołatanym sercu.
00:10 / 21.11.2013
link
komentarz (3)


drop the game, dziewczyno. po prostu idź dalej, którędy tylko chcesz. nawet jeśli zabłądzisz, zrobisz to najlepiej, jak tylko można - nigdy o tym nie zapominaj.
01:17 / 18.11.2013
link
komentarz (0)
z ust leci dym i mróz. i ten przerażający nocą we mgle park.
wczoraj usiadłam z Poduszkowcem i winem na kanapie, i powiedziałam "jesteśmy u siebie". pyta, czy nie będę się bała zostać tu sama. w prawie pustym mieszkaniu słychać tylko echo butów. chcę dywanu. i lampy w przedpokoju. komody na buty, kosza na bieliznę, szyfoniery, regałów do gabinetu, lustra w łazience, czy choćby łóżka w sypialni! oraz pozostałych. Poduszkowiec pyta kontrolnie, czy jestem szczęśliwa. jestem. w końcu jesteśmy u siebie. będziemy tęsknić za najwyższą wieżą - okazało się, że oboje. po najwyższej wieży niesie się echo butów. w najwyższej wieży wszystko było dla nas za małe. w najwyższej wieży już prawie nikt nie mieszka, wyprowadziła się nawet przeszłość.
tu wszystko jest za duże - im bardziej tu jestem, tym bardziej mam takie wrażenie. nawet łazienka, którą dla nas zrobiłam - pomieściła wszystkie graty i wciąż mamy dwie szafki w odwodzie. w naszej "mondrianowskiej" łazience czuję się geniuszem, przysięgam.
po mieszkaniu niesie się echo stukania w klawisze. nie, nie będę się bała zostać tu sama. w końcu jesteśmy u siebie, nie "u mnie". tu nawet bycie samemu jest inne, pachnie przyszłością.



zawsze wydawało mi się, że współczesne samochody i współczesna muzyka szybko się starzeją. spojrzałam na mój samochód i stwierdziłam, że to auto już wyprzedziło swoją epokę.
co do muzyki, chyba też nie miałam racji.
22:19 / 05.11.2013
link
komentarz (1)
jest! nareszcie jest!
zaczęło się od tego:



słuchałam tego w kółko, chcąc usłyszeć całość. moja Werka odpowiedziała, że jej sąsiadka słucha dla odmiany w kółko Bibera, licząc chyba, że się zmaterializuje.
nie usłyszałam całości. podejrzewam, że sąsiadka Wery również nie spędziła upojnego wieczoru z Biberem - tête-à-tête jak "poproszę whiskey z whiskey".
aż w końcu jest! i całe szczęście, że nie Biber.



na szczęście moje pragnienia są dużo mniej oderwane od rzeczywistości. a może na nieszczęście. dream big, jak to mówią. ale nie o Biberze, proszę cię.
na chwilę obecną nie lubię siebie tak na co dzień. nie lubię swojej szafy ani fryzury. chociaż nie, tę ostatnią całkiem lubię od zeszłego tygodnia. nie lubię swojego mieszkania i swojego mieszkania też nie lubię. albo nie lubię wiecznej przeprowadzki do niego. nie lubię ludzi, z którymi spędzam całe dnie. a może nawet ich lubię, źle powiedziałam. ale nie lubię tego, co robimy na co dzień. chodźmy pograć we frisbee do parku, co? nawet w badmintona możemy zagrać, tylko chodźmy stąd.
tak właściwie nie lubię tego co robię. nie lubię tego tak bardzo, że uśmiecham się na samą myśl, bo każdy dzień tego dramatu oddala mnie o krok od niego. i dziękuję Bogu za wszystko, w czym się babrzę. za ten cały syf, który jakimś cudem czyni mnie codziennie mądrzejszą i codziennie pozwala wymyślić kolejne pozwalające normalnie egzystować w tym bajzlu narzędzie, o wymyślenie którego nawet bym się nie podejrzewała. gdybym miała tak spędzić kolejne 40 lat, dostałabym Nobla, przysięgam. albo raka mózgu, jedno z dwojga na pewno.
kiedyś chciałam stąd uciekać. teraz chcę stąd spokojnie odejść. pożegnać się, obiecać, że wyślę kartkę albo kiedyś na pewno wpadnę na kawę opowiedzieć o swoim nowym, wspaniałym życiu bardzo daleko stąd. ucałujemy rodziców na pożegnanie i obiecamy dzwonić, a potem się spakujemy. ale nie tak w pośpiechu, tak zupełnie spokojnie, przemyślanie. i odejdziemy stąd razem. z Poduszkowcem nie muszę już nigdzie uciekać, mogę spokojnie odlecieć.
22:46 / 25.10.2013
link
komentarz (6)
tulę się do wielkiej, czarnej chmury.
mówię jej "dzień dobry", a ona nie odpowiada. życzę jej miłego dnia nie dlatego, że tak wypada, ale dlatego, że naprawdę jej tego życzę. a ona warczy na mnie i grzmi jak burza nad pustynią.
wielka, czarna chmura śni mi złe sny. takie, przez które nie możesz długo zasnąć, kiedy w końcu uda ci się z nich obudzić. a kiedy zaśniesz, śni je dalej. potem budzisz się z opuchniętymi oczami.
próbuję zgnieść ją absurdalnie chudymi palcami i schować do pudła, które trzymam na dnie szafy. moje absurdalnie chude palce małej dziewczynki zgniatają ją tylko na chwilę. na 5 minut, na jeden wieczór, na jeden weekend. a później widzę, jak podnosi wieko i wypełza z szafy.i słyszę, jak łamią się paznokcie, jak odpryskuje lakier, i czuję jak z dłoni płynie mi krew, a gromy przecinają opuszki.
przez moment wydawało mi się, że wypełzłam z wielkiej, ciemnej dupy, za przeproszeniem i zobaczyłam słońce. a potem słońce wpełzło do kolejnej ciemnej dupy, za przeproszeniem. a ja razem z nim.
chcę wracać do słońca na Venice. wypełznąć z wielkiej, ciemnej dupy, za przeproszeniem. śmiać się nad organiczną lemoniadą zamiast płakać nad piwem, które sama naważyłam. nie wyszło mi to piwo, zdecydowanie.


11:19 / 10.09.2013
link
komentarz (2)
noce w Las Vegas z 65-tego piętra wyglądają genialnie. na 65-tym piętrze jestem szczęśliwa. najszczęśliwsza na świecie.
chciałabym zostać tu na zawsze. może nie w Vegas, ale tu, ogólnie.
nie chce mi się wracać.

Synkro - Look at Yourself (Djrum Remix).
02:25 / 31.07.2013
link
komentarz (2)


niech wystarczy.
23:11 / 28.07.2013
link
komentarz (5)
weszłam w etap koncentrowania się na sobie.
zaraz łeb mi pęknie.



james blake vs. jamie woon, bez kitu!
03:24 / 24.07.2013
link
komentarz (8)
gdybyśmy mieli rzucać się dzisiaj z mostu do zimnej rzeki, rzucilibyśmy się do dwóch różnych rzek.
no bez sensu, zupełnie.

01:36 / 24.07.2013
link
komentarz (0)
origami dla dużych - eldredge. umiem.

21:42 / 18.07.2013
link
komentarz (0)
w mojej pracy najfajniejsze jest to, że można w niej używać przez znaczną część czasu prawej półkuli mózgu, podczas gdy lewa może posłuchać muzyki na przykład. ostatnio moja lewa półkula i ja uczymy się niemieckiego słuchając jakiejś absolutnie odjechanej stacji radiowej, w której poranną audycję prowadzi pan - po angielsku, i pani - po niemiecku, i tak rozmawiają każde po swojemu, jak gdyby nigdy nic. moja lewa półkula i ja przez cały poranek, kiedy umysł człowieka jest podobno najbardziej chłonny, oswajamy niemiecki i słuchamy muzyki. w tym czasie prawa półkula chodzi do pracy.
ogólnie mój mózg i ja bardzo lubimy swoją pracę. uśmiechamy się czasem, kiedy ludzie robią wielkie oczy słysząc, co robimy, bo podobno nie bardzo nam to pasuje. ale my to lubimy. uczymy się i odkrywamy codziennie coś nowego jak dzieci. zarówno ja, jak i mój szef, który zęby zjadł na tym, co robi. i mamy dużo czasu na słuchanie muzyki - moje półkule i ja.





to ten sam gość, serio:



podsumowaniem niech będzie youtube'owy komentarz: "how can such ugly men make such sexy music?"

w mojej pracy niefajne natomiast jest to, że lewa półkula ma za dużo czasu na myślenie.
a czasem wszyscy nie mamy go wcale. też.
mojej pracy nie lubią tylko oczy. potem zdarza się, że całymi wieczorami płaczą. pojedynczo.
20:03 / 17.07.2013
link
komentarz (3)
wiem już, gdzie jest 90-210 - najbliższe beverly hills.



00:17 / 11.07.2013
link
komentarz (2)
na lastfmie czas stanął w miejscu, tam wciąż mam 27 lat. zresztą co za różnica, kiedy według pani w społem nadal nie mam ukończonych 18?


00:29 / 10.07.2013
link
komentarz (0)
daleko, daleko stąd śpią moje spokojne, przytulne sny.

01:38 / 09.07.2013
link
komentarz (2)
codziennie mówi o tym, jak bardzo nie lubi swojej pracy. mówi o tym jednak w taki sposób, że byłoby fajnie, gdyby napisał książkę. i byłaby to dobra książka, choć nie jestem całkiem obiektywna. a może ja ją napiszę.
kompletnie tam nie pasuje. z drugiej strony to jego świat. i absolutnie bosko wygląda w garniturze. tak, że mam ochotę pociągnąć go za krawat i rozerwać koszulę.
codziennie słucham cierpliwie. że to nie dla niego. że nie dla nas. że za szybko się zestarzejemy, żyjąc w ten sposób. mówi, że dom to my. mówi, że wybrałam trudne życie. wiem. samo mi uświadomiło.
mówi, że niczego nie będziemy żałować na starość. wierzę.
I just wanna make it home to you, to you.

23:28 / 04.07.2013
link
komentarz (3)
kilka miesięcy temu znalazłam wpis sprzed jeszcze wcześniejszych kilku miesięcy o tym, że się przeprowadzamy, że remont i bla bla bla. potem był jakiś, że coś idzie nie tak, ale chyba wolałabym zapomnieć, co poszło nie tak. pewnie przeczytałam jeszcze trochę przeprowadzkowej bazgraniny, albo nawet nie przeczytałam, tylko mi się zdawało, bo miałam to wszystko napisać i nigdy nie napisałam. nawet od tego nienapisania minęło sporo czasu.

gonię go, a on mi ucieka. jesteśmy jak pies i ogon - łapię go z całej siły zębami tak, że aż sama wyję z bólu, a jednak nie przestaję biec w kółko, a potem znów przychodzi niedzielne popołudnie i jakiś impuls każe pakować walizki i odjeżdżać. milion dalekich rejsów, nawet nie ma czasu na wylizanie ran.
a ja lubię się po prostu przytulić. lubię mieć czas, nigdzie się nie spieszyć. położyć się na kanapie w sobotnie popołudnie, przytulić i się nie spieszyć. trochę mi żal tych wszystkich rzeczy, na które nie mamy czasu w niedzielę, bo pewnie lubiłabym je tak samo, jak lubię te, na które mamy. a potem zaczynamy biec.
powtarzam sobie, że gonimy nasze marzenia. i biegnę dalej.
chciałabym mieć już wreszcie wolny czas, ale to jak trening cierpliwości, w którym wygrywa mój perfekcjonizm.
mówi, że potrzebujemy planu. zapewne ma rację. ale nie takiego mniej-więcej, tylko szczegółowego. mówi, że to jak wojna. nie wygrywa się wojny bez planu.
naprzeciw tej wojny postawiłam chaos, w którym żyję. najwyższa wieża na pierwszym piętrze nie jest już najczystszym miejscem na ziemi. na rowerku treningowym zawisły wyjściowe sukienki w zdechłych pokrowcach. tam suszy się pranie, a tu leży walizka, której nie zdążyłam jeszcze do końca rozpakować. o rany, jak ja chcę się już stąd wyprowadzić! i to, i tamto, i jeszcze ta przeprowadzka. tylko to "i to, i tamto" to już nie dwie słownie rzeczy, ale absolutna zmiana myślenia co 30 minut, bo jedno "to" zakłóca drugie "tamto", a to z kolei kolejne "to" jak domino.
zrobiłam nawet plan. na razie mały, długopisem na kartce. jak na mały plan jest podejrzanie długi. jak na plan osoby, która na co dzień musi być doskonale zorganizowana, zawiera podejrzanie dużo podejrzanie zaległych spraw. i jeszcze ta przeprowadzka.
nie pozostaje nic innego jak biec dalej.

a może podświadomie nie chcę zamieniać najwyższej wieży na kolejną najwyższą wieżę, tylko jeszcze bardziej pustą. choć przynajmniej mniej zagraconą.
z drugiej strony chciałabym wracać do naszego domu. ale takiego naprawdę naszego, w którym ogon gania tylko pies.

00:38 / 18.06.2013
link
komentarz (3)
miałam dziwny sen. siedziałam na tylnym siedzeniu samochodu prowadzonego przez Spidermana. gonił nas potwór, który wyglądał nie wiadomo jak, ale był jednym z tych potworów spod łóżka, nie wiadomo jakich, a jednak się boisz. najgorsze było to, że nie miałam butów, a Spiderman miał za chwilę zatrzymać auto, z którego chyba należałoby uciec.
umówmy się, że to skutek uboczny ciężkiej pracy, ok?

22:34 / 08.03.2013
link
komentarz (4)
życie codzienne nine-to-five z przerwami na papierosa. przed obskurwiałym biurowcem z lat 70tych, przed którym jednak czasem parkuje Maserati (czasem, to znaczy raz, whatever), stoi starszy pan i rozgląda się, jakby kogoś szukał. poczęstuje mnie pani papierosem, pyta. kieruję w jego stronę paczkę, do której sięgałam i częstuję do połowy wyciągniętym papierosem z uśmiechem. bo wie pani, bo ja tu czekałem na pieniądze i poszedłem o tam, widzi pani, do el greco, ale szefa nie było, a szef, to wie pani, to mój znajomy jest, ale go nie zastałem. a czym się pani zajmuje? - odpowiadam bardziej z przegrzania mózgu nadmiarem informacji, niż z faktycznej potrzeby podzielenia się z ludzkością swoim zawodem - naprawdę?! to cudownie! bo widzi pani, ja się nazywam - i tu wyciąga dłoń, która zdecydowanie nie jest ręką dziada zbierającego śmieci i układającego je w stertę pod "biurowcem", która na pierwszy rzut oka wydaje się nieskładną stertą śmieci, ale kiedy patrzysz na dziada przerzucającego tę stertę, gdy na dworze robi się ciepło, masz wrażenie, że jest w tym jakiś sens - i właśnie wygrałem konkurs; pobiłem szefa izby, proszę sobie wyobrazić, no tego, jak mu tam? ten od pedetu! -tak, wiem - no właśnie! i proszę sobie wyobrazić, że pobiłem go i jaką on miał minę! no było warto, uwierz mi. ja się nazywam - tu znów chwyta mnie za dłoń i tym razem zamiast mocno ją uścisnąć jak poprzednio, całuje - i mam biuro w nocie - przyjdź, gdybyś szukała pracy - nie szukam - zapamiętasz, jak się nazywam? nie dość, że koleżanka po fachu, to jeszcze piękna kobieta! i znów całuje mnie w dłoń, ekhm... - jak myślisz, ile mam lat? 57! wyglądam? zniszczona życiem gęba, co? poczęstujesz mnie jeszcze jednym?
wyciągam paczkę z kieszeni - mieszkam o tam, widzisz ten blok? mój projekt. a kojarzysz te bloki na legnickiej? - tak, kojarzę - też moje! a na długosza? (...) ten konkurs to jest wielka sprawa, 16 000 metrów kwadratowych! jak to się nazywa? miasto czterech kultur? - pięciu chyba? - zaraz, ile było tych kultur? - wylicza na zadbanych palcach - żydowska, polska, śląska, czeska... a, no i niemiecka! no tak, pięciu. wiesz, ja mam tylko czterech ludzi, ale będę szukał, bo to duży projekt, przyjdź. mamy duże biuro, 90 metrów, pomieścimy się. zapamiętasz, jak się nazywam? masz może wizytówkę? - nie, nie mam. na co dzień ich nie potrzebuję. podobnie jak garsonki i warkoczyka - nie chce mi się wracać do domu, pusto tam. zostanę tu jeszcze z panią. kiedy żona odeszła i zabrała synów, pusto się zrobiło - to przykre w sumie - w poniedziałek zmarł mój przyjaciel i wie pani, nie mogę się pozbierać coś. no niesamowite, że jesteśmy kolegami po fachu! taka piękna kobieta! wie pani, ten konkurs to wielka sprawa, proszę w internecie o tym poczytać. parking dwupoziomowy pod ziemią! oczywiście, jeśli inwestor nie poskąpi. i jaka lokalizacja! samo centrum! 16 000 metrów kwadratowych! - i zatacza się z gracją - przyjdź do mnie do biura koniecznie i poczytaj w internecie! zapamiętasz, jak się nazywam? - tak, zapamiętam. przepraszam, muszę wracać do pracy.
wiem, kim był ten starszy pan. znam go, bo to legenda. ten człowiek w latach 80tych i 90tych był absolutną gwiazdą w swoim zawodzie i każdy dałby się pociąć, żeby dla niego pracować. a potem poznał się z panią wódką i poszedł w melanż. i nawet w środę o 14 było go nią czuć.
kiedy jechałam windą, zastanawiałam się, dlaczego powiedział mi to wszystko. wtedy przypomniał mi się facet, który opowiadał mi, jak układał babci linoleum w kuchni i kobieta, która opowiedziała mi swoje - w gruncie rzeczy - smutne życie na parkingu pod marketem. przypomniało mi się, że przecież mam taką twarz, że ludzie mi ufają i uśmiechnęłam się pod nosem.
chyba rzucę palenie, bez kitu.

dobrze, że właśnie zaczyna się niecodzienność five-to-six.