xelc // odwiedzony 19505 razy // [nlog/last day/by/zbirkos] // n-log home
pokaż: ostatnie 20 | wszystkie z tego miesiąca! (0 sztuk) | wszystkie (50 sztuk)
14:55 / 15.12.2008
link
komentarz (0)
Zmieniłem formę. Chyba dlatego, że sam się zmieniłem.

Tutaj można porównać:

http://niemasiezczegosmiac.blogspot.com/

Jest to blog, na którym opisuję przeróżne śmieszne historie, ale tylko takie, które naprawdę miały miejsce. Dosyć smutów, deprechy i tekstów, które same wiążą sznur na gałęzi. Czas na pozytywne nastawienie, a przynajmniej próbę odnalezienia tych plusowych iskierek.
16:50 / 04.10.2005
link
komentarz (2)
Halo ;-)

Troche zaniedbalem tego nloga. Ale coz. Z pewnych rzeczy sie wyrasta, to jest chyba wlasnie ta rzecz, z ktorej wyroslem. Nie mam juz potrzeby plakania na cyfrowe ramie. Fajnie bylo.
12:19 / 13.09.2005
link
komentarz (1)
Czesc wszystkim.

3 miesiace temu pojechalem do Anglii. Chcialem pobyc sam, daleko od wszystkiego co znam. Zeby wejsc wglab siebie i dowiedziec sie kim naprawde jestem i czego chce od zycia (brzmi dziecinnie i takie jest. Sram na to). I co? Ide do Tesco, a tam przy kasie rozmawiaja ze mna po Polsku, ide do Mc'Donalda a tam sami Polacy. Schlalem sie na dyskotece. A Ochrona mowi do mnie: "przegiales stary". Normalnie ten kraj jest nasz. Angole pija polska wodke, pala Polskie papierosy (no w sumie Marlboro, ale z "palenie zabija") i w ogole.
16:11 / 30.04.2005
link
komentarz (1)
Marcin a pokaż dupę

A rozbierz się. A popłacz trochę. Chcę popatrzeć. Lubię obserwować. Bo wtedy życie wydaje mi się takie mądre, prawdziwe, smutne. Ojej. Chyba się wzruszyłem/łam. Muszę zmienić majtki na suche. Życie to sernik, więc nie bój się rodzynków. Ciężko w dzisiejszych czasach być flagą. Wszyscy chcą chlapnąć jakiegoś koloru na TWOJEJ fladze. Coś dodać. Poprzesuwać paski. No Kurwa mać! A jak nie zmienić kolorków, to przynajmniej pokrytykować. "wygadaj się, wypłacz na moim ramieniu, otrzyj łzy moją sukienką" A spierdalajcie wszyscy. Jak będę chciał popłakać to to zrobię. Jak mi będzie smutno to mi będzie smutno. A jak mnie weźmie melancholijny nastrój to sobie puszczę Portishead. Nie będę łaził z telefonem w ręku po pokoju i mówił. "jak to się stało? Jak to się stało?".

A teraz pokażę dupę:
Zasiałem w pokoju rzeżuchę ogrodową. Nie na bandażu, ale w ziemi ogrodowej. W bardzo ładnej, lakierowanej, japońskopodobnej doniczce po Bonsai. Na razie wygląda, jakby ktoś się zrzygał małymi brązowymi ziarenkami do doniczki. A potem ładnie to wyrównał patyczkiem po Big Milku. A wszystko po to, by mieć jakąkolwiek roślinkę w pokoju. W końcu to życie nie?
20:24 / 14.02.2005
link
komentarz (2)
z cyklu Zawidziane:

Poszedłem na spacer, bo spędzam zbyt dużo czasu karmiąc uzależniony mózg tłustymi kawałkami internetowej sieci. Idę sobie idę. Mijam różne słomkowe trawy, drzewa, jakieś takie żółto pomarańczowe widoki. Zupełnie jak jesienią, nie zimą. Dotarłem do ogromnej łąki. I co widzę? Pewien pan wyprowadza na spacer swojego wielkiego psa. Ale jak! Pewien pan, jeździ sobie samochodem na niemieckich blachach po łące. Wystawia rękę, czasem głowę, przez okno i woła psa. A pies biega za samochodem. Obserwowałem to jakieś 10 minut. W takiej sytuacji musiałem wsadzić sobie spowrotem w dupę moje narzekania na rosnące ceny paliw. Okazało się, że po prostu nie potrafię zrobić z benzyny właściwego użytku i zamiast wyprowadzić nią, moją mućkę, to ja ją marnuję na dojazdy na uczelnię (co za głupota, jak ja mogłem tak robić ?!).

Wujek ksiądz zmarł.
No trudno. Tylko tych dzieci szkoda. Bez ojca będą się wychowywały. Bo mój wujek, to nie był taki zwykły ksiunc. Tylko taki, co jak sobie popił, to chwalił się wszem i wobec, że ma troje dzieci i wiele innych gadżetów porozrzuconych po terenach przeróżnych parafii. No i kto wesprze te dzieciątka? ZUS? Nie. Kuria biskupia? W życiu.
Ale zostawmy temat wujka chujka, bo jest mało filozoficzny.

Proponuję eksperyment, który wypróbowałem na sobie:
Odnajdźcie kredki świecowe. Stare, połamane. Wyobraźcie sobie, że jesteście pięcioletnimi dziećmi. I rysujcie. Żadne tam wyszukane kosmosy. Rysujcie to co przychodziłoby wam do głowy, gdybyście mieli pięć lat. Czyli mama, tata, kotek. Strażak którym, chcieliście zostać itp. Nie starajcie się rysować zbyt ładnie. Ale też nie za brzydko. Powinniście to robić dokładnie tak, jak robi to pięcioletnie dziecko. Zabawa jest niesamowita.
P.S. Moje kredki świecowe zawierają w sobie kolory: zielony, czerwony, żółty, pomarańczowy, biały(?), czarny i brązowy. I co te biedne dzieci mają narysować? Gdy rysowałem tatusia i chciałem mu pokolorować sweterek, to nie mogłem wybrać koloru. Bo jest ich bardo niewiele, a każde ma jakieś psychologiczne znaczenie, a chciałem, aby sweterek był od tego znaczenia wolny. Zielony, znaczyłby, że tata był dla mnie łagodny, czerwony - agresywny, brązowy - miał mnie w dupie itp. Więc nie mogłem dobrać tatusiowi sweterka. Tak czy siak, polecam zabawę. Wyobraźcie sobie, że wiecie co mogą znaczyć wszystkie psychologiczne zagrywki w dziecinnych rysunkach, na przykład, jeśli dziecko narysuje mamę większą, niż reszta rodziny, to jest do niej bardzo przywiązany (albo po prostu jest zajebiście wysoka). Jeśli dziecko trzyma tatusia za rękę, a mama jest z drugiej strony rysunku, znaczy, że mama poświęca mu za mało uwagi i na przykład dużo pracuje. Przemyślcie sobie cały ten system znaków. Narysujcie potem rysunek. Możecie go potem powiesić nad łóżkiem. Dziecinnie proste znaki, które i tak zapewne tylko wy będziecie w stanie odczytać. Jeden obrazek będzie w stanie powiedzieć bardzo wiele, przekonajcie się. Ale jednocześnie podejdźcie do tego na luzie. Pozdrawiam.
08:19 / 05.02.2005
link
komentarz (0)
Muszę częściej wychodzić z domu.

Jak to dobrze czasem rano wstać. Stałem się światkiem przeuroczej sceny. Nie jestem specjalnie wyspany, mimo to, postaram się opisać fabułę w miarę wyczerpująco:
Szczecin, chodnik, ulica, zimno, wiadomo... szaro. Do tego ładny świt, jakoś zawsze tak się dzieje, że chmury są po przeciwnej stronie planety niż wschodzące słońce. Widocznie jakoś tam się przez noc dogadują, żeby w miarę ładnie z rańca wyglądać. Wróć! Na tym szarym chodniku Para. Oboje ubrani na czarno. Ona w ładnej czarnej spódnicy do kolan (tak trochę przed kolanami... hmmm.... jak to powiedzieć... chodzi mi o to, że kolana było jeszcze widać). Kobiety są niesamowite. Zimno, że jak mój pies, otoczony wełną, kołtunami, tłuszczem zrobionym z suchej karmy, robił kupę, to ona w locie zamarzała i stukała o (również zamarzniętą) ziemię. A babeczka sobie chodzi w sukience (spódnicy) i takim czymś u góry. Nawet kurtki nie miała. Wróć! Stoją sobie. Siódma rano, widać wracają z imprezy, widać się udała, pan jeszcze dzierży zieloną buteleczkę po piwie 0,3l niewiadomej marki (no nie będę z psem co ma cieczkę podchodził tak blisko nawalonego faceta). Żegnają się czule. Mój pies (Mućka... ale pies), zdążył zrobić siku, kupę, siku, siku, siku. Dalej się żegnają. Siku, siku (Mućka się zastanawia, czy nie strzelić jeszcze jednej kupy na zapas, bo nie wiadomo kiedy znowu wyjdzie). Pożegnali się wreszcie. Trochę dziwnie, tak na środku chodnika. Wszędzie daleko jak temu krasnalowi z kawału. Buzi buzi, pożegnanie, teges majonez. Poszli. Babeczka poszła w jedną stronę a facet stoi. Ale się chwieje. Ooooj... Nie! Jednak ustał. Stoi przy ulicy i rozgląda się. Tak jak policjanci uczą w Teleranku: Lewo, prawo, znów lewo. Ale wcale nie przechodzi tylko bardzo ładnie stoi. Dodam, że ulica nie widziała samochodu, ani w ogóle niczego, poza pasami, od wieczora (bo to taka mało uczęszczana ulica).Hmm... Mało uczęszczana ulica... Bo rzeczywiście, w dzień to może jeżdżą jakieś samochody, ale w nocy raczej rzadko. Skąd w takim razie tyle dziur się tam wzięło?? Wróć! On. Też ubrany na czarno (nawet włosy mieli czarne! Tak się dobrali!) w końcu przeszedł na drugą stronę, przeciął trawnik torem imponująco prostym. Dotarł na sam środek betonowego boiska z przeznaczeniem (przynajmniej tak to wymyślili ludzie, którzy rozlali nadmiar betonu na płaskim gruncie) do gry w piłkę. Dodam, że Ona w tym czasie już dawno się oddaliła. Więc stanął tak na środku boiska, wciąż ściskając butelkę. I chlust! Zrzygał się w sam środek. A potem jeszcze raz. I jeszcze raz. Niesamowite jest... Że całą noc trzymał fason. Pożegnał się z babeczką jak należy, poczekał aż zniknie za horyzontem. A potem przerobił boisko na miskę i zapodał sobie poranną terapię odchudzającą. Mućka sika, facet rzyga, a ja na niego patrzę. I pomyślałem wtedy: Może Polska jest jak ten człowiek w czerni, co właśnie rzyga („może Polska jest jak ta klapa” - Dzień Świra). W kraju Wałęsa uznany jest za pacana, kretyna, klauna i półgłówka ośmieszającego sam siebie. Za granicą to powszechnie szanowany dyplomata, pionier demokracji wschodniej Europy i zasłużony człowiek w nowożytnej historii świata. Z jednej strony uważamy Polskę za najgorsze dno, w którym przyszło żyć. Nieustannie narzekamy, na siebie, na polityków, na gospodarkę, na wszystko. Z drugiej jednak strony podświadomie spodziewamy się, że zewnętrzny wizerunek Polski jest bardzo dobry. Rodzimi dziennikarze przynoszą nam wieści, jak to poważnie traktuje nas UE, USA i NRD. Dostajemy takie wiadomości, jakie chcemy dostawać. To zawsze konsumenci kształtują rynek. To jest taka polska dwulicowość. Środek skorupki czerwony, a z zewnątrz biało...
00:50 / 10.01.2005
link
komentarz (14)
Anglia

Byłem w Minehead, w turystycznym "kurorcie" dla zubożałej klasy śreniej, Butlins. Pracowałem w Guest Cateringu, który polegał na zabieraniu angolom niedożartych talerzy w ogromnej i przypominającej nieco czasy komunizmu widzianego oczami WFDiF'u, stołówce. Takie zabrane pozostałości wyrzucałem do śmieci, talerzyki wstawiałem do wózeczka, a gdy wózeczek się zapełnił, wywoziłem go do kuchni i przywoziłem sobie nowy. Bardzo fajnie było. Praca nie jest ciężka, gdy człowiek nauczy się już opieprzać. Anglicy są przede wszystkim grzeczni, uprzejmi. Zdają się okazywać Ci szczere zainteresowanie. I bez znaczenia na to, czy jest ono rzeczywiście prawdziwe, czy nie, dobre wrażenie pozostaje. Z powodu swojej niezwykłej uczciwości i grzeczności wydają się czasem głupawi. Często po prostu są głupawi. Niestety nie mogę być w tym fragmencie obiektywny bo wylądowałem na strasznej wsi, w ośrodku, w którym, poza obcokrajowcami, pracowali tylko Anglicy upośledzeni umysłowo, fizycznie lub alkoholicy. Zostawmy temat intelektualności rdzennych mieszkańców wyspy na kiedy indziej.

Wszystkie znaki przy drogach są mniejsze niż nasze i to mniej więcej o połowę. Co ciekawe, wcale nie tracą przez to na czytelności. Znaków jest bardzo dużo. Niektóre są śmieszne, ale generalnie po dłuższym zastanowieniu wydają się jednak sensowne. W Anglii właściwie nie ma większych skrzyżowań. Są tylko ronda. Samochody jeżdżą po rondzie zgodnie z ruchem wskazówek zegara, co wydaje się być bardziej logiczne niż nasz system. W ogóle, wydaje mi się, że to ONI mają rację jeżdżąc po lewej stronie, a nie my.

Oczywiście KURKI. Są dwa krany. Osobno zimna i ciepła. Ciężko w tym umyć ręce. Obserwowałem jak to robią anglicy. Po pierwsze: rzadko myją ręcę. Po drugie: jak już myją to tylko w zimnej. A trzeba dodać, że zimna jest bardzo zimna, a ciepła jest gorąca i też bardzo.

W Anglii nie ma kuchenek gazowych (przynajmniej ja nie widziałem ani jednej), są same elektryczne. Ogrzewanie też jest w większości elektryczne. Dzieje się tak dlatego, że prąd jest tam tani, ze względu na dużą ilość elektrowni atomowych i ekologicznych (no wiecie, wiatraki i takie tam :)).

Jest bardzo dużo ludzi niepełnosprawnych. Praktycznie ogromna większość ludzi po sześćdziesiątce jeździ na wózku, albo przynajmniej dojeżdża wszędzie na takim eletkrycznym, czterokołowym skuterku. Mnóstwo wózków, zwykłych, elektrycznych itd. Są dla nich specjalne parkingi. Cała Anglia jest przystosowana dla niepełnosprawnych. Nie ma takiego miejsca, gdzie by się nie dało wjechać na wózku. Co ciekawe w architekturze nie widać jakichś specjalnych podjazdów dla inwalidów. Są one wtopione w otoczenie. Na pierwszy rzut oka sie tego nie zauważa. Dopiero po powrocie do Polski. Człowiek stwierdza, że kupiłby sobie taki skuterek i by śmigał. Tylko że zatrzymałby się na pierwszym krawężniku...

Pogoda: Pada często, ale nie aż tak często jak wszyscy myślą. Ponoć podczas jesieni i wiosny pada praktycznie codziennie. Jednak zima i lato są nieco mniej deszczowe. Czytaj: Pada co drugi, co trzeci dzień. Temperatura właściwie nigdy nie schodzi poniżej zera. Generalnie jest dość ciepło. Mieszkałem niedaleko oceanu, więc ciągle wiało. Podejrzewam jednak, że nie w całej Anglii tak wieje :). Rzadko bywa, aby niebo było całkowicie pozbawione chmur. Zawsze chmury albo właśnie ustępują, albo nadchodzą.

Kształt niemal całej wyspy jest górzysty. Może nie są to karkonosze, ale kształt jest wyraźnie pagórkowaty. Gdzieniegdzie są duże góry. Większość terenu to delikatne spady i wzniesienia pokryte pastwiskami, a te z kolej upstrzone są owcami. Miasteczka nieco przypominają Zakopane. Drogi są wąziutkie, często zwężają się tak, że mieści się tylko jeden samochód. Wtedy to kierowcy trąbią i dopiero jadą. Chyba działa to tak, że ten kto pierwszy zatrąbi ma pierwszeństwo. Ale to raczej niepisane zasady. W ogóle tu mnóstwo rzeczy odbywa się według niepisanych zasad.

Przestępczość jest bardzo niska. Policjanci mają gwizdki. Nie są to tacy typowi londyńscy przebierańcy. Wyglądają raczej zwyczajnie. Zawsze mają na sobie odblaskowe gadżety. Wszyscy rowerzyści poubierani są w odblaskowe kamizelki. A to dlatego, że drogi są naprawdę wązkie. I jeśli taki kierowca autobusu rowerzysty nie zauważy, to po prostu go skosi...
Co się ponoć zdarzyło nie raz.

Wszędzie rośnie trawa. Króciótka i bardzo zielona trawa. Drzewa tracą liście na "zimę" chociaż zimy tu nie ma. Wszędzie jest bardzo czysto. Jeśli piesek zrobi kupę i my jej nie sprzątniemy, płacimy 500 Funtów!!!! Co ciekawe za brak biletu parkingowego kara wynosi "tylko" 100 Funtów. Wszystko jest bardzo stare. Chociaż nigdzie nie widać kosiarek, ani leśników, to na pierwszy rzut oka wiadomo, że ktoś opiekuje się drzewami, trawą, inną roślinnością i zwierzętami.

Człowiek pracuje te sześć godzin. Potem idzie powdycha sobie trochę powietrza znad oceanu. Stać go na piwo, stać go na książki, płyty, filmy, może resztę dnia spędzić na pisaniu lub robieniu CZEGOKOLWIEK. Brak tu jakiegokolwiek stresu związanego z pracą czy egzystencją. Wszelkie objawy mojej depresji zanikły. Jedyną wadą jest to, że Angielki w 90% to okrutnie brzydkie wieloryby. pozostałe 10% to 11 letnie dziewczynki, które ubierają się i malują jak prostytutki. To jest bardzo dziwne w tym kraju. Nie to, że są grubi, bo to akurat zrozumiałe (boże co oni jedzą...), ale dlaczego pozwalają, by ich córki malowały się i ubierały w taki sposób? Czy oni tego nie widzą? Przecież to są dzieci. Moja teoria jest taka. Te małe dziewczynki wiedzą, że za 5 lat będą takimi wielorybami potworami, więc muszą już teraz spiknąć się w parę, a choćby i z jakimś pedofilem, byleby mieć cokolwiek. Zresztą jaki pedofil by chciał dziewczynkę co wcale nie wygląda jak dziewczynka, tylko jak młodociana kurwa?
01:05 / 08.12.2004
link
komentarz (1)
Panie Diable
(stare jak diabli... Ale nie macie wyjścia. W dni bez natchnienia, będę karmił was otrębami.)

Panie Diable, Lucyferze, Szatanie wcielony... Nudzi mnie moje życie. Uważam, że pozbawione jest sensu. Biblia jest niedoskonała właśnie o Ciebie. Bóg w zamian za wyznanie daje życie wieczne. A ty? Co ty dajesz ludziom, którzy obrócą się w twoim kierunku? Czy dajesz im wieczne potępienie? Przecież to zakrawa o błazenadę. Może więc dajesz im dostatnie życie doczesne. A potem co z nimi robisz? Chowasz ich po lodówkach? W garażu? Byle nie oddać ich Bogowi? A jak właściwie przekonujesz ludzi do Siebie? Mówisz im: Chodźcie do mnie, a ja dam wam bogactwa, panienki i w ogóle? Jak ludzie to sobie w ogóle wyobrażają?! Teraz tak. Jest wolna wola, czyli możemy wybrać co chcemy. Ale z jednej strony jest Bóg, z drugiej strony szatan. Jeden mówi o dobru, a drugi jest niemal czystym złem. Teraz jest problem, Diabełku. Bogactwo jest takim znowu złem? Sporo ludzi może wykorzystać pieniądze w dobry sposób. A jak chcesz komuś dać pieniądze, żeby przeszedł na „Twoją stronę, czyli na stronę zła, to skąd bierzesz kasę? Drukujesz? W takim razie po wskaźniku inflacji można by sprawdzić gdzie działasz najgorliwiej... Zaraz sprawdzę... Hmmm, kto by pomyślał... Zimbabwe z 90% inflacją, myślę, że Ty to chyba stamtąd po prostu pochodzisz. Nieważne. Pomijając fakt, że raczej nie możecie oboje istnieć, bo mi tu to wszystko już wychodzi na prostą. Już wszystko robi się logiczne... Zastanawiam się, czy nie chciałbyś kupić mojej duszy. A jeśli tak to co byś z nią do ciężkiej cholery zrobił... Wsadziłbyś mnie do piekła? Kazał cierpieć przez wieczność? Co to znaczy cierpieć? Każda śmierć, która uwolniłaby mnie od tego głupiego życia byłaby dla mnie zbawieniem. A może zrobisz mnie nieśmiertelnym? I w ten sposób ukarzesz mnie za moją próżność i egoizm? Ale dlaczego miałbyś kogokolwiek karać? Czyż karanie kogoś za jego złe uczynki nie jest na swój sposób sprawiedliwe? No i zasadnicze pytanie: po co? Dlaczego? Idiotyzm wielki z tym piekłem. Może sprzedam swoją duszę na aukcji internetowej? Czy ty, gdybyś był prawdziwy, schodziłbyś do ludzi i rozmawiał z nimi, „kusił” ich i nakłaniał do zła? Jeśli tak to po co? Znowu to samo pytanie. Coraz silniej dochodzę do wniosku, że i Ty i ten drugi nie możecie istnieć. Jest kilka przyczyn. Chociażby te piętrzące się jedna za drugą sprzeczności. Mimo wszystko, może bym i sprzedał Ci duszę, ale musiałbym dowiedzieć się co się z nią później stanie. Ogólnie mogę przyjąć, że w momencie śmierci po prostu umieram. Ale gdybyś kupił ode mnie duszę, to ciekawe co by się stało. A może jednak dałoby się tak z tą nieśmiertelnością motyw? Wiesz, ja sobie żyję i żyję i tak bym dość długo żył. Aż bym wszystkiego spróbował i w ogóle. Wtedy Bóg nigdy by mnie nie dostał. Cały czas siedziałbym na ziemi, a moja dusza razem ze mną. Co ty na to? ... ..... Małomówny jesteś. Ten drugi też zresztą. Takie mruki z was.
00:55 / 07.12.2004
link
komentarz (1)
David Lynch Lost Highway (1997)

Wszyscy znamy pana Lyncha. Człowiek ten prawdopodobnie nigdy nie zaznał bycia trzeźwym na umyśle. Ćpa całe dnie i noce, a gdy w końcu śpi, śnią mu się koszmary. Zażywa najtańsze narkotyki, są one jednak bardzo rzadkie na rynku (normalnie taka rzadziocha...). David Lynch to Narkoman Wyobraźni. Który w cudowny sposób potrafi zawiesić swoje wizje w przestrzeni.

Film opowiada historię pewnego muzyka, który mieszka z bardzo piękną kobietą (powiedzmy, bo to nie mój typ. Ale w założeniu miała być atrakcyjna i jest). Układa im się różnie z naciskiem w stronę tego dolnego "różnie". Wkrótce poznaje pewnego mężczyznę o niesamowitej twarzy, z pomalowanymi ustami. Tak naprawdę (moim zdaniem) film jest o tym właśnie osobniku. Nie wiadomo do końca kim on jest. Gangsterem, tajemniczym mścicielem, może jeźdźcem apokalipsy wymierzającym karę, albo po prostu psychopatą, czy samym diabłem? Tego właśnie nie wiem. Jeśli ktoś widział ten film i ma swoją opinię na temat, kim mógł być ten gość, chętnie posłucham. Ogólnie Lost Highway to specyficzne tempo i interesujące zdjęcia. Lynch skupia uwagę na aktorów. Na ich grę, twarze, oczy. Zwłaszcza oczy. Tajemnicze, pełne strachu, szaleństwa, zła.

Ogólnie cieszy mnie, że wreszcie znalazłem czas, aby obejrzeć ten film. Okazał się bardzo wartościowy. No i co najważniejsze, jest inny od aktualnych produkcji. Film ma 7 lat. Różnice są ogromne. Przede wszystkim pozwolono widzowi myśleć samodzielnie. To się w dzisiejszych produkcjach nie zdarza. Nikt już nie myśli o tworzeniu smaczków dla audytorium uważnie śledzącego każdą scenę i każdy dialog. Ale oczywiście (i na całe szczęście), są od tego wyjątki.

Wczoraj obejrzałem 12 małp. I nie w Zoo tylko w domu. Powiem tylko, że to dobry film S-F, chociaż S-F zostało tu zepchnięte na dalszy plan. To raczej film o miłości, z elementami thrillera. Brad Pit wreszcie pokazał, że nie tylko ma twarz jak pupcia niemowlaka, ale też potrafi grać. Film zrealizowany jest całkiem ciekawie. Przyjemnie zakręcony. Wiem, że film jest już dość stary, ale przypomina mi o tym, że ostatnio motyw podróży w czasie i szereg skomplikowanych splotów fabuły, jakie z tego wynikają, jest dość silnie eksploatowany. Biedny człowiek odnosi wrażenie wtórności.

Czy oni kiedyś zrozumieją, że jak się będzie karmić dziecko ciągle tą samą kaszką, choćby najfajniejszą i z gwiazdeczkami, to się wkońcu zrzyga?
00:40 / 03.12.2004
link
komentarz (6)
A chuja!

I stało się. Wreszcie przełamany wpół wracam. Jestem. Od razu mówię: Nie mam nic ciekawego do powiedzenia. Ja wiem, że zaraz spłynę na temat filmów, czy tego chcę czy nie, więc nie będę tu się rozpisywał na temat jakikolwiek inny.

Ogólnie wszyscy ludzie to chuje.

Chuje dzielą się na:
a) wielkie jebane kutasy
b) takie małe przebiegłe chujki.

Wszyscy się nienawidzą... Czy chodzicie do pracy? Widzicie czasem co tam się dzieje? A może tego nie zauważacie, bo sami bieżecie w tym udział? W tym potwornym obgadywaniu się za plecami. O chlustaniu krwistymi ochłapami złośliwości. Gdy tylko ktoś wyjdzie za drzwi, reszta obsmaruje jego negatywem wszystkie ściany. A im pracowitszy ktoś jest, im wyżej się wspiął, im bardziej się wyróżnia, tym większą jest darzony NIENAWIŚCIĄ. Wszędzie same chuje widzę.

Dalej słucham Portishead. Dalej uważam, że stare filmy są lepsze od nowych (zaczęło się...). Nowym filmom brakuje polotu. Są wystraszone. Boją się same siebie. Czy mi się uda? Czy spełnię nadzieje wytwórni? Znowu, nowe filmy są podobne DO SIEBIE! Podobne ujęcia, kolorystyka, identyczna fabuła. Nie mogę już na to patrzeć. Jako pracownik kina powinienem oglądać fszystko, ale po prostu nie warto. Z tego co mamy teraz w repertuarze, obejrzałem tylko Upadek (bo to kawałek historii), oraz Iniemamocni (bo lubię bajki :). Ogólnie teraz w kinach rządzą filmy robione na komputerach. Najwięcej ludzi przychodzi właśnie na nie. Rozpoczął to Shrek (chociaż może raczej Toy Story), pociągnął dalej Gdzie jest Nemo, Rybki z Ferajny, Iniemamocni, Garfield (chociaż był z nich najsłabszy), teraz jeszcze Ekspres Polarny. Te filmy wchodzą przebojem do kina. Są o wiele tańsze. Graficy mogą stworzyć wszystko czego zapragną. Są niewolnikami jedynie wyobraźni (pomijając producentów, analityków rynku, człowieków-kalkulatorów). Mnożą się te komputerowe twory jak króliki. Ale są niezłe. Ogląda się z przyjemnością. Wyposażone w ogromne dawki humoru, dobry styl, świetne efekty itp. A wiecie co mi to przypomina? Japonię i jej OGROMNY rynek Anime. Prawdopodobnie Hollywood, które zauważyło, że na filmach zrobionych znacznie taniej, bo na komputerach, można zarobić tyle samo, albo i więcej, niż na zwykłych, skieruje swoje tory właśnie w kierunku grafiki 3D. Może to i dobrze? System graficzny jest już właściwie gotowy. Teraz wystarczy dobry scenariusz i ekipa, która wdroży go w życie. Ale czasu i kasy na opracowanie scenariusza jest znacznie więcej. Co oznacza, że tego typu filmy są coraz ciekawsze fabularnie (no wreszcie). Jak na razie Hollywood testuje te filmy na "dzieciach"(bo skierowane są niby do dzieci), ale tylko czekać, aż powstanie pierwszy poważny film, dla osób starszych, wyłącznie dla osób powyżej 15 roku życia. I ja na to czekam i na to liczę.

To nie jest tak, że uważam, że ta technika zepchnie film. Uważam, że jest to szansa, dla ludzi z wielkimi pomysłami i małymi środkami. Którzy w normalnych warunkach nie byliby w stanie stworzyć filmu. Technika komputerowa pozwala zrobić film o wszystkim. Tak o gadających rybkach, jak o gadających samochodach, a nawet stworzyć sagę kosmiczną obejmującą kilkadziesiąt pokoleń. Widzę tu ogromny pokład możliwości. Może kiedyś wszyscy będziemy chodzić do kina na filmy kilku kolesi z jakiegoś podwórka, którzy zebrali się w kupę i stworzyli coś wspaniałego. Co prawda, aby osiągnąć poziom o którym mówię, potrzebnabybyła rewolucja w sprzęcie internetowym (przynajmniej tym osobistym), ale nic to. Świat należy do marzycieli.

I co? I chuj! Znowu zszedłem na temat filmowy.
00:48 / 21.08.2004
link
komentarz (8)
Milczenie Owiec

Poprzedniej nocy nadrobiłem tą krzyczącą zaległość. Co za film! Co za klimat! Co za aktorstwo! Ludzie. Absolutnie niesamowity. Wciągająca fabuła. Jeden z najlepszych filmów w swoim gatunku. Trzyma klimat od początku do końca. Widz śledzi rozwój wypadków, samemu wysnuwając wnioski. Sceny łączą się w logiczną całość. Kolory, zdjęcia, motywy. A dialogi pomiędzy Doktorem Hannibalem a Clarice. Kiedyś bardzo lubiłem thrillery, ale ostatnio zaczęły mnie nudzić, ze względu na schematyczność. Jednak ten film mnie oczarował. Przepadłem w gęsty dym pełen tajemnic, szaleństwa, seryjnych morderców i cierpienia. Gdy film się już skończył przesiedziałem całe napisy w zadumie (trochę przesadzam, ale ładnie brzmi...). Marzę o tym, aby pójść do kina na trylogię. Taki wieczór z Hannibalem. Czerwony Smok, Milczenie Owiec i Hannibal (chociaż to ostatnie najmniej). Ewentualnie chciałbym zobaczyć Czerwonego Smoka w obu wersjach (oryginał i remake) a potem Milczenie Owiec. Czytałem książkę o Czerwonym Smoku. Podejrzewam, że jest też książka o Milczeniu Owiec. Więc myślę, że jak tylko zaliczę matmę to taką znajdę. Acha! Ważne! Uważam (w pełni świadomy...), że DRUGA scena z noktowizorem już na zawsze przejdzie do historii kina. Serce biło mi niesamowicie, sam nie wiedziałem, czy chcę, aby on ją złapał, czy aby jej się udało. Skończyło się dość typowo, czyli "ona", ta dobra, zabiła "jego", tego złego. Ale trudno. Wybaczam, raz na jakiś czas można. Teraz już się nie robi takich filmów. Chociaż, nie generalizujmy.

P.S. Bardzo nadużywam {...}, więc w tym tekście są tylko dwa (z tym ostatnim trzy...). Cztery... Pięć... Kurwa...
01:51 / 19.08.2004
link
komentarz (9)
Ludzie jestem zakochany!

I to nie w byle kim, bo w prawdziwym ideale. Jest mądra, inteligentna, myśli logicznie. Lubi wiązać się w układzie partnerskim. Woli współpracować, niż dominować, czy być zdominowana. Śpiewa jak Beth Gibbons. Ma śliczne, lekko falujące, sięgające trochę za ramiona, rude włosy. Oczywiście włosy są naturalnie rude, czego najlepszym dowodem są wspaniałe piegi na twarzy. Ubiera się kobieco, lecz nigdy wyzywająco, lekko podkreśla talię, czym doprowadza mnie do szaleństwa. Ma na imię Agnieszka bądź Anna, ewentualnie Alicja.

Problem w tym, że nie istnieje. A ja jej szukam. I ciągle mówię „nie dziękuję, czekam na kogoś”, na następnej stacji oczywiście nikt nie wsiada. Aaaaa... Jeśli nie dziś to może spotkam tego kogoś za dziesięć lat. Albo za dwadzieścia, albo nigdy... Czuję jednak jakbym ją kochał. Jakby gdzieś tu przy mnie była. Duchem, obłokiem. Jak pamięć o zmarłej, bliskiej osobie. Czasem chcę do niej pisać listy. „Dawno Cię nie widziałem. Chciałem Ci coś powiedzieć. Kocham Cię. Wiem, że Ty też mnie kochasz. I będziemy biegać boso po zielonych łąkach... Jeśli zechcesz możemy nawet mieć dzieci. A choćby dwanaście. Chciałbym chodzić z Tobą do kina. Długo rozmawiać po przeczytaniu książki. Mówić o spostrzeżeniach, rozmawiać o życiu, o śmierci. I gdy już wyłysieję i będę miał reumatyzm, przytulić się do Ciebie, siedzącej obok mnie w zielonej, flanelowej koszuli. A gdy będziemy razem chodzić jesienią po lesie, chciałbym abyśmy już nic nie mówili. Tylko szli, tak samo starzy jak te drzewa i tak samo szczęśliwi.”

Ech szkoda gadać........

Filmy filmy filmy filmy...

50 pierwszych randek:
Nawet śmieszna komedyjka. Można raz obejrzeć. Swoją drogą życie tej dziewczyny to musi być katorga. Codziennie przeżywać taki horror. Nie pamiętać swojego męża, dzieci itepe.

Osada:
Jak wszędzie się chwalą, film zrobili Twórcy Szóstego Zmysłu, więc spodziewałem się wiele. Równocześnie bałem się, że się zawiodę. I się niestety sprawdziło. Może zacznę od tego co mi się w filmie podobało. Podobał mi się Adrien Brody, kolory, drzewa, mgły i kostiumy. Niektóre zdjęcia były bardzo ładne i klimatyczne. Nie podobało mi się to, że spodziewałem się, że będę się bał jak na Szóstym Zmyśle. A w gruncie rzeczy w ogóle nie było czego się bać. Na plakatach hasła typu „Jeszcze nigdy tak się nie bałeś”... i w sumie mają rację „nie bałem” się. To nie zawsze jest wada, jeśli film jest niestraszny. Ale akurat tym razem mnie to wkurzyło. Film ma kilka zalet, na tle socjologiczno, społeczno, psychologicznym. Ale niestety straszny nie jest. Co najwyżej, tak niestraszny, że aż straszny. Można go obejrzeć, jasne, czemu nie. Ale raczej nie ma potrzeby zabierania zapasowego pampersa ze sobą.

Spider-Man 2:
Film robi wrażenie niskobudżetowego. Jest to sztampowy przykład odcinania kuponów od sukcesu komercyjnego, jakim była poprzednia część. Film jest na pewno tańszy niż poprzednia część i pomimo upływu lat, efekty specjalne są gorsze (tańsze) niże w pierwowzorze. Prawie ciągle Prawdziwego Spidermana zastępuje komputerowy model co niestety widać i to nazbyt nachalnie. Traci się przez to przyjemność z oglądania filmu. W filmie jest mało akcji, co wynika chyba właśnie z okrojonego budżetu. Jest za to mnóstwo nawiązań do innych filmów. Między innymi do Matrixa (cała masa) i do starych horrorów (scena, w której octopus odzyskuje przytomność w szpitalu). Znalazło się też kilka bardzo śmiesznych scen, za co chwała twórcom. Film po pierwszej fali raczej szybko zniknie z kin. Pierwsza część była zdecydowanie lepsza. Oczywiście znalazła się już zapowiedź trzeciej części. Chyba niepotrzebna...

The Ethernal Sunshine of The Spotless Mind:
Najlepsze zostawiłem na koniec J. Film bardzo mi się podobał. Przez chwilę myślałem, że się rozkleję. Jedna z najlepszych ról Jima Carreya, który udowodnił, że jest bardzo dobrym aktorem, nie tylko komikiem. Na wstępie zaznaczę, że film w żadnym razie komedią nie jest. Co bardzo dziwi ludzi, którzy potrafią nawet wyjść w połowie seansu bo spodziewali się romantycznej komedyjki. Film jest trochę zakręcony, piękny i smutny. Pięknie się go ogląda. Chyba jedyny film, który leci teraz w kinie i mam ochotę zobaczyć go po raz drugi. Mówię oczywiście o aktualnym repertuarze.
16:11 / 25.07.2004
link
komentarz (10)
Kilka filmów i notka na mój ulubiony temat czyli "o życiu".

Król Artur
Film, na który wielu czekało i, na którym wielu się zawiedzie. Przeoczyłem pierwsze 10 minut filmu. Więc o nich nie opowiem. Gdyby Disney miał kiedyś zekranizować jakąś krwawą książkę (ciężko podać przykład krwawej książki...), lub zrobić remake, powiedzmy Szeregowca Ryana. To wyglądałby mniej więcej tak. Król Artur miał w zamierzeniu opowiadać o kulisach legendy, gdzie to smutna prawda uciera nosa wierze w bohaterów, męstwo i prawość. Wyszedł z tego typowo amerykański, naiwny film o bohaterach... A przecież miało być inaczej. Dodam jeszcze, że jest do bólu poprawny. Nawet najgorsze "te złe" postaci zachowują się tu nadwyraz poprawnie. Słyszałem, że budżet był rekordowo wysoki, podobno przeogromny... Cóż... Nie widać! Chwilami ma się wrażenie, że przyszło się na niskobudżetowy pełnometrażowy produkt spod znaku Xeny: Wojowniczej spódniczki. Nie ma porównania z Władcą Pierścieni, i to z żadną częścią. Gdybym musiał zapłacić za bilet to wyszedłbym z kina wściekły.

Żony ze Stepford
Naprawdę śmieszna komedia. Polecam. Także ze względu na Nicole Kidmann, która zdaje się nie starzeć. Niestety przez cały seans jest albo szatynką, albo blondynką, a ja ją lubię za rude ;). Co najlepsze, nie śmieszy tam tysiąc głupich min serwowanych przez Ace Venturę, tylko inteligentne (i tutaj chwila podnosząca napięcie...) dialogi. Drodzy bracia Coen Ladykillersom zabrakło właśnie tego czegoś, tych dobrych dialogów, trafnych, ciętych ripost i odzywek, pomysłowych i śmiesznych wstrzymań, ruchów dynamiki. Zbaczając z tematu "Żon", bracia Coen chyba po prostu nie czują się dobrze w komedii... To tyle, na Żony ze Stepford warto pójść do kina, chociaż nie jest to absolutnie konieczne, bo zapewne na DVD będzie się go oglądało tak samo dobrze.

Adaptacja
Bardzo dobry film. Wielu mówi o nim: amerykańska odpowiedź na Dzień Świra. I coś w tym jest. To taki śmiech prez łzy, z jednej strony śmiejemy się z głównego bohatera, z drugiej, jest nam trochę smutno, bo wiemy (tak tak), że z samych siebie się śmiejemy... Troche zakręcony, nietypowy (boże dzięki!!!!), zaskakujący (wreszcie coś co potrafi zaskoczyć). Podobieństwa do Dnia Świra są chwilami uderzające. Na pewno obejrzę go niebawem jeszcze raz, bo jest w nim bardzo wiele wątków, z których można się wiele nauczyć (tak tak, ten film potrafi czegoś nauczyć! A jednak nie wszystko co "made in USA" jest złe...). Zdecydowanie wartościowy film, a kto się ze mną nie zgadza to zapraszam tu do mnie pod trzepakiem o dwunastej na gołe klaty...

To tyle jeśli chodzi o recenzje. Byłoby więcej, ale poczekam trochę, nie chce mi się znowu pisać cały dzień o filmach...

Mało mam ostatnio czasu na cokolwiek. Praca, życie, spotkania... Mało śpię i mało jem. Ale za to czuję, że żyję. W Adaptacji padło piękne zdanie. Spróbuję przekazać je najlepiej jak potrafię:
Możesz kochać kogo tylko zechcesz.
Dokładnie i nawet ta osoba nie może Ci tego zabronić. Dla mnie to olśniewające stwierdzenie. Takie prawdziwe,teoretycznie oczywiste... Kochasz absolutnie kogokolwiek. Możesz kochać wszystkich, jeśli starczy Ci sił, albo nie kochać nikogo. Możesz... Jak to jest kochać? Tak naprawdę. Być gotowym zginąć za drugą osobę. Czułem już coś takiego? Czy to było to? Czy miłość jest skończona? Czy to uczucie jest z chwilą zapłonu skazane na ostateczne wygaśnięcie? Ile może trwać. Rok? Dwa? Wieczność? Czy prawdziwa jest tylko miłość do grobowej deski? Czy prawdziwe i szczere uczucie nie może trwać, powiedzmy, dwa lata. Potem zwyczajnie się skończyć? To już nie jest miłość? Czy uczucie skończone w czasie musi być kalekie?

Na te i wiele innych pytań znajdziecie odpowiedź w kolejnym odcinku Świata Według Kiepskich.

Malutki słowotoczek:
dupadupadupa dupadupa dupa... pracujesz dziesięć godzin, śpisz osiem, jesz godzinę, doprowadzenie się do stanu kosmetycznej używalności zajmuje Ci dziennie sześćdziesiąt minut. To razem dwadzieścia godzin. Do tego należy doliczyć wszelkie dojazdy, zakupy, chwila pierdzenia w stołek i z całej doby pozostanie może godzina. Ja nadrabiam kosztem snu, bo na co komu osiem godzin snu, skoro nawet gdy śpisz krócej to jakoś wstajesz i żyjesz. Zawsze to jakoś działa... dupadupadupa dupadupa dupa... Jak można funkcjonować na świecie, skoro większość czasu nie mamy czasu? POLACY MAJĄ GUST! zauważyłem, że na seansach, o których mówiłem, że bida z nędzą, są pustki, po pięć, sześć osób na sali. Nasz naród nie chodzi do kina, bo to jest zdominowane przez słabe fabularnie produkcje USA, których my nie lubimy. Stąd ten problem. A nie jak się wielu szanowanym krytykusiom wydawało, że to z braku kultury, bądź chęci poszerzania swojego kontaktu ze sztuką. Nasza absencja na salach kinowych wynika właśnie z dużej kultury i potrzeby kontaktu ze sztuką. A kolejny nędzny Thrillerek z tymi samymi aktorami i podobnymi schematami to żadna sztuka. Cieszy mnie to, że tak się dzieje w naszym kraju. To dobry znak. Dobrym znakiem jest też dzisiejsza ustawa o swobodzie działalności gospodarczej oraz o wiążących interpretacjach ustaw przez Urząd Skarbowy. To jest coś. Za dwa lata poczujecie różnicę. Plum.
21:19 / 27.06.2004
link
komentarz (9)
Największe szmiry jakie są teraz w kinie:

Punisher (bez komentarza...) (albo jednak z):
Najsłabszy film akcji jaki widziałem... Już chyba nawet Drużyna A była ciekawsza... Jeden pomysł nie ratuje filmu. To ZA MAŁO!

Dirty Dancing 2:
Jak można?! Jak można?! Zresztą może ktoś lubi takie filmy... Dla mnie to strasznie nudne...

Rogate Ranczo:
W ogóle nie śmieszny, jeśli chodzi o filmy dla dzieci to lepiej jest pójść na Harrego chociaż... ale i tak już lepszy jest Harry, nie wspomnę o Shreku 2, bo ten film jest na tyle dobry, że obrazą dla niego jest porównywanie go z taką kaszaną...

Świt Żywych Trupów:
Wszyscy mówią, że kaszana i badziew, ale widziałem kilka pojedyńczych scen i mam ochotę go obejrzeć... Chyba dzisiaj sobie na niego pójdę, potem powiem więcej na temat tego filmu.

Praca w Multikinie jest ciężka ale dobra. Właściwie codziennie coś oglądam :-).

O Troi nie będę już wspominał, bo obsmarowałem ją poprzednio.

Acha! Obejrzałem taki film nakręcony dla HBO. "Elephant" - opowiada on o jakiejś szkole w USA, do której w pewnym momencie wbija się dwóch nastolatków uzbrojonych w automaty kupione przez internet i robi masakrę. Film ogólnie jest dość stereotypowy. Najpierw pokazują oni tych biednych uczniów, którzy mają zginąć, jako pięknych, wspaniałych ludzi z przyszłością, z planami, zdolnych, twórczych itepe. Potem pokazują tych dwóch chłopaków jak grają w "brutalne gry komputerowe", bądź są odrzucani przez resztę środowiska uczniowskiego. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia dlaczego film nazywa się Elephant, może dlatego, że Ci goście, tak jak słoń, nie mogli być przez nikogo powstrzymani? Czułem wielką sympatię do tych chłopaków dzierżących w rękach karabiny maszynowe (zwłaszcza jak rozwalili takie trzy różowe, obrzydliwe babsztyle). Ciężko nie czuć sympati do morderców po tym filmie. Goście dokładnie wszystko zaplanowali, nie wpadli w panikę, zachowali zimną krew niczym najlepsi komandosi, (a przecież to były zwykłe uczniaki)to co robili, robili do końca. Podobało mi się ich zdecydowanie, charyzma i pomysł. Wejść do szkoły z karabinami maszynowymi, pistoletami i ładunkami wybuchowymi. Genialne! .....
Ile razy miałem ochotę tak zrobić? Tysiąc? Dwa tysiące? A oni tak zrobili. Imponujące. Zabijanie jest oczywiście nieetyczne. I jeszcze w dodatku zabronione (zwłaszcza ludzi).
Najdiotyczniejsza prawda, to to, że o zabitych pamiętać będą tylko rodzice. Gdy i oni umrą, nikt już nie wspomni o jakichś zastrzelonych dzieciakach. Natomiast dwoje nastolatków, którzy zabili ileś tam osób, a na koniec popełnili samobójstwo, zapiszą się w kartach historii. Będą w encyklopediach z imienia i nazwiska. Psychologowie, będą pisać o nich prace magisterskie, doktoraty itepe.
Może jestem jakiś nienormalny, ale wydaje mi się, że to dobry pomysł. Gdy najdzie mnie ochota na samobójstwo, ale takie stuprocentowe. Wyjść wtedy na ulicę, pozabijać tyle osób ile się da... Wypas :P

Jezu! Ciągle czegoś zapominam. Kilka zalet filmu:
Film pokazuje każdą ofiarę z osobna, skupia się na niej, poświęca uwagę, losy poszczególnych ofiar przeplatają się z innymi, co tworzy ciekawy klimat. BARDZO podobały mi się zdjęcia chmur w tym filmie. Są na początku i na końcu. Takie właśnie zdjęcia chciałbym robić. Jeszcze świetnie wyszły zdjęcia drzew jesienią. Świetny kontrast, piękne kolory. To mi się podobało. Podobał mi sie także odgłos i zachowanie się broni, z której strzelali ci goście. Jak na taki film, to broń zachowywała się bardzo realistycznie, MIA4 nie miał odrzutu, bo nie powinien mieć i to było świetne. Dobra starczy, bo naślecie na mnie policję jak jeszcze trochę pozachwalam tych morderców... ;)
01:16 / 14.06.2004
link
komentarz (4)
Silnie wyeksploatowany temat wyborczy

Poszedłem na wybory. A jakże! Wcześniej obejrzałem oczywiście wszystko spoty reklamowe. Bez skutku. Niektóre z odrazą, niektóre z zażenowaniem. W końcu oddałem głos na Unię Wolności, bo wiem, że do UW należą z reguły osoby wykształcone. To tyle.

A teraz kolejna dawka słowotoku: czerwona mała pluszowa, szklana kuleczka przeleciała przez wielkie kwadratowe oko i rozbiła się o siatkę z zakupami. A w siatce były moje wspomnienia (kolejne,0), mojej nieszczęśliwej miłości. Jadąc autobusem czerwonym najczęściej właśnie wspominam sobie dialogi, błędy popełnione. I cholera mnie bierze. I spać nie mogę. Rozładowuję się waląc pięścią w ścianę i wygłaszając niepowtarzalne wiązanki. Po czym okazuje się, że wcale się nie rozładowałem, nie uspokoiłem. WRĘCZ PRZECIWNIE. AAAaaaaa zabić wszystkich!!! podłączyć pod prąd. Pogłodzić i pokazać torta przez pancerną szybę. Albo lepiej, pokazać ludzi jedzących torta...
Jak najlepiej zapomnieć?
Pogodzić się ze wspomnieniami. Zwalić błędy na okres buntu, wiek dojrzewania, usiłowanie przemianowania zwykłego życia na fragment tragicznego filmu. Zamianę zwykłych zdarzeń w Antygonę. Wprowadzenia tragizmu kontrolowanego.
Nie kochasz dziewczyny, z którą jesteś od roku? Kochasz inną? Rozstań się. Chociaż ci dobrze. Mimo, że nic nie możesz jej zarzucić. (t r a g i z m k o n t r o l o w a n y,0)

To by było na tyle. Dodam od siebie, że jestem ostatnio bardzo szczęśliwy. Ponieważ dostałem wymarzoną pracę w Multikinie (co jest umyślną kryptoreklamą, zapraszam wszystkich do kina!:,0),0) i przez całe wakacje będę miał dostęp do przedpremierowych seansów, biletów pracowniczych i dostanę taką fajną smycz z Multikina. Dodatkowo wszyscy pracownicy będą na integracyjnej imprezie, a tam: pyfko za darmo, jedzonko też... A gdy już się naintegrujemy idziemy sobie oglądać Shreka 2 z dubbingiem (bo napisów pewnie nie bylibyśmy w stanie przeczytać...,0). Oj ludzie będzie się działo. A recenzje filmów to będą się tu pojawiać co drugi dzień. Jedynie "Troi" nie skomentuję. Bo uważam ten film za wielkie drogie, końskie gówno. Sceny walki, które powinny/miały być esencją tego filmu, okazały się wielką chaotyczną kaszaną, w której widać TWARZE, nie MIECZE. Była tylko jedna dobra, przyczynowo-skutkowa walka Hektora z Achillesem. A z takich właśnie walk powinien składać się cały film. Niestety nie składał się. Babki oczywiście rozbierały się tak, że tępy operator nie mógł złapać choćby skrawka piersi. Swoją drogą powiedzcie mi dlaczego w USA można pokazać jak jeden człowiek wbija drugiemu miecz w ciało aż po rękojeść, ale nie można pokazać nagiej kobiety? Wracając do scen walk to radzę producentom Troi obejrzeć sobie na video Gladiatora... Gdzie sceny walk zostały zrealizowane wprost fenomenalnie. Gladiatorowi depcze po piętach Ostatni Samurai z Tomem Cruisem. Było tam kilka scen walki godnych uwagi. Uważam, że Troia padnie tak samo jak jej miejski odpowiednik historyczny. Za dużo kaski, za mało serca panowie...
01:27 / 02.06.2004
link
komentarz (7)
Wygrzebałem gdzieś z zakurzonych folderów na komputerze. Ten tekścik ma chyba z cztery lata. Widzę po nim, że ludzie się jednak zmieniają (ale styl to chyba miałem nawet lepszy...,0), ale nie można się zmienić całkowicie. Pomijam tutaj pewnego Chińskiego generała, który zmienił płeć i został tancerką baletową...

Oto ja i moja proza. Nic nie warta... Niedoceniona nawet przez rodziców. Dlaczego tak pragnę aby ktoś to przeczytał? Bo chcę, pragnę głosów. Potrzebuję aby ktoś w końcu powiedział: Marcin nie wiem jak ty to robisz, to jest niesamowite! Powinieneś pisać książki. I ja bym wtedy rzeczywiście zaczął te książki pisać...
Z pasją, przepełniony natchnieniem, pięknymi słowami, wersami zatopionymi we flagach i uczuciach. W heroicznych czynach i sensownych zgonach. Będę tworzył wiersze o moim uczuciu. O braku mojego uczucia. O braku Ciebie w tym uczuciu. Wiersze o niezwyklych ludziach naszej epoki. Rymy, wersy, zwrotki upamiętniające tragedie wojen, czy zakazów wolności słowa ("... na mych ustach knebel odcisnął się czerwienią...",0). Pisał krótkie, acz treściwe opowiadania o kimś kto młodo umiera. Zawsze z morałem! W końcu napiszę książkę. Długą, ale bez przesady. Do trzystu stron, bo przecież to będzie moja pierwsza książka. Będzie opowiadała jakąś historię. Oczywiście bez happy endu. Kilku ludzi, mało zdarzeń, dużo przemyśleń. Śmierć. Potem będzie długa przerwa. Spowodawana zniechęceniem wynikającym z krytycznych recenzji... I kolejna książka uładzona, dojrzalsza, ale już nie tak agresywna i nie tak żywa. Moze bedzie troszke o bogu, jakas ciekawa intryga, postać obrońcy prawa...
Ja ja ja ja.
Jestem egoistą, pasjonatem samego siebie, a raczej własnego interesu. Siebie raczej nie lubię. Chcę być mroczny. Chcę być murzynem (żenada,0).
04:21 / 27.05.2004
link
komentarz (11)
Day After Tomorrow

Byłem na pokazie przedpremierowym:
plusy:
+ oczywiście FX. Przez jakąś jedną trzecią filmu miałem szczękę otwartą, a oddech wstrzymany. Sceny, takie jak szalejące tornada w LA są po prostu przepiękne. Zresztą realizowane z wyobraźnią, co prawda chwilami widać, że to komputerki latają, ale mimo wszystko wrażenie jest niesamowite, zwłaszcza w kinie, na ***nasto metrowym ekranie.
+ syn głównego bohatera, niejaki "Sam" to nie kto inny a właśnie "Donnie Darko"! I chwała za to. Chociaż chłopak chyba gra zawsze tak samo (co sprawdzało się w Donnim,0), to mimowolnie wprowadził odrobinę tajemniczości do filmu...
+ Film daje przyjemność z oglądania, jest prosty (czasem to zaleta, zwłaszcza jak ktoś sobie wypije...,0), kamera nie skacze jak szalona, chaotycznie pokazując wszystko, czyli nic. Kamerzysta majestatycznie lata sobie łukami pokazując widzowi niesamowite obiekty z wielu stron. Podejrzewam, że to cudowne dla amerykanów zobaczyć zamarzniętą, czy zalaną do połowy statuę wolności (bo kto by chciał zamrażać orzełka...,0).

a teraz minusy:
- obrzydliwie typowy scenariusz. Typowo amerykański, z obowiązkowym Happy Endem, z patriotyzmem w butach, rękawicach i gumach do żucia.
- głupota scenariusza (nie ma nic wspólnego z typowością,0). Główny bohater filmu jest wybitnym naukowcem, który ogłasza prezydentowi USA swoją "niesamowitą" teorię o nadchodzącej epoce lodowcowej... Boże, przecież tego się uczą dzieci w pierwszej klasie liceum. Nie wiem, czy istnieje ktoś, kto nie wie o tym, że globalne ocieplenie może stopić czapy polarne i doprowadzić najpierw do zalania a potem do oziębienia planety. Ale oczywiście w USA trzeba być wybitnym naukowcem, aby to wiedzieć... no i pomysł z zamarzaniem w kilka sekund. To niewiarygodne, aby istniało coś takiego co obniża temperaturę aż tak (w filmie było -101 stopni w kilkadziesiąt sekund...,0)
- Jest taka scena, gdzie troje nastolatków ucieka wewnątrz biurowca, a korytarze pokrywają się lodem. Oni biegną, a ściany i podłogi za nimi robią się białe od lodu... Gdy to widziałem myślałem tylko "boże, przestańcie się kompromitować, niech ta scena się już skończy". Ta scena była beznadziejna, najgorsza w całym filmie... Oczywiście w ostatniej chwili im się udaje, zamykają drzwi, palą w piecu i lód do nich nie dociera... Beznadzieja...
- Acha! Oczywiście jest jeszcze zły i głupi (a jakże!,0) zastępca prezydenta, który później przyznaje "klimatologowi" rację i mówi światu, że zrobili źle, że zanieczyszczali środowisko... cyrk na kółkach.

Sumując: Zapomnijcie o scenariuszu, nie myślcie o fabule, nie szargajcie sobie nerwów logiką istnienia takiego kataklizmu. Chociaż to ostatnie akurat najmniej razi. Delektujcie się ucztą dla oka i ucha. Pięknie rozpieprzające się ulice, oblodzone wierzowce, tornada, powodzie, grad. To jest w tym filmie piękne i to trzeba podziwiać.
22:54 / 18.05.2004
link
komentarz (3)
O życiu (wciąż pod wpływem Donnie Darko,0)

Umieram. Z każdą chwilą bardziej. Każda część mego ciała powolutku się rozkłada. Zaczyna gnić, gdy nie patrzę. Nigdy się tym nie przejmowałem. Jednak teraz, gdy życie jest tak piękne, w istocie zawsze takie było. Dopiero teraz dostrzegam to, potrafię czytać świat. Wynajdować najpiękniejsze chwile, oddechy, we wszystkim. Odnajduję sztukę w chmurach, wietrze, brzydocie, starości. Zachowuję się jak dzieciak, jak turysta. Absolutnie wszystko jest godne uwagi, warte zrobienia zdjęcia.

Wszystko jest przyziemne? Szare? Nudne? Spójrz w niebo. Tam nieustannie toczy się epicka bitwa pomiędzy Cumulusami, Stratusami i innymi Nimbusami. Do tego dochodzi słońce, które cały czas się rusza (niby się nie rusza, ale to nie jest teraz ważne,0). Zmienia się kąt padania promieni, które próbują rozdzielić zwaśnione niebiosa. Chmury płoną żywym ogniem, są rozcinane świetlistym ostrzem, niczym z obrazków z Jezuskiem. Niektóre czernieją, zmęczone ciągłymi walkami. Ogromne, majestatyczne, ale bardzo poszarpane, krwawiące. Wojna trwa też w ciągu nocy. Jednak wtedy chmury są już całkiem czarne. Szare jak ze starych filmów. Skłaniane do ruchu przez księżyc.

Czasem jest naprawdę ostro. Ciężki pornos z piorunami, z gradem.

Właśnie to podoba mi się w życiu. Wokół dzieje się tyle, wiatr niesie tyle emocji, wcale nie trzeba żyć w starym schemacie. Wystarczy tylko obserwować, odczuwać. Można czerpać z tego niesamowitą radość. Wcale nie trzeba żyć według ustalonego przez przodków szablonu. To nie musi tak wyglądać. Moje i Twoje życie wcale nie musi opierać się na tych „sprawdzonych” zasadach. Wcale nie trzeba się uczyć, pracować, mieć dzieci i umrzeć. Nie musisz osiągać CZEGOKOLWIEK. Możesz całe życie obserwować ludzi, taflę wody, walkę o światło drzew w lesie. Wreszcie możesz do ostatnich dni robić ludziki z kasztanów. Jeśli tylko sprawia Ci to przyjemność. Dlatego:

--- Życie jest absolutnie piękne ---

Wracając do początku:
Umieram z każdą chwilą. Czas nieustannie się kurczy.
Osobiście liczę na to, że w niedalekiej przyszłości pojawią się różne zastrzyki, tablety i inne medykamenty przedłużające znacznie życie.
W każdym razie fakt, że homo sapiens są śmiertelni trochę przeraża, ale też pobudza do szacunku dla tykającego zegara. Nakłania do odejścia od telewizora.
To nie jest jednak powód do przesadnego strachu o zdrowie, jeśli lubisz papierosy, pal. Heineken jest Ci drugi po bogu, pij. Życie jest dla mnie nie na odwrót.

Nie widzę powodu, aby odmawiać jakiejś sobie przyjemności tylko dlatego, że jest niezdrowa. Żyję dla przyjemności. Nawet jeśli zejdę do podziemia w trybie przyspieszonym, nie szkodzi. Można istnieć, powiedzmy dwadzieścia lat, i doznać więcej niż większość stuletnich dewotek.
23:27 / 15.05.2004
link
komentarz (9)
Taksówkarz = Skurwiel

Był piękny środowy poranek. Zawiozłem mamę do pracy. Cofałem samochodem, żeby zawrócić, musiałem wjechać na trawnik. I wtedy... ŁUP! TRACH!! TRALALALA!!! Tylnie lewe koło wpadło mi do nie zakrytej studzienki kanalizacyjnej. Próbowałem wyjechać, ale nie dało rady. Koło utkwiło dokładnie w połowie. Chodzi oczywiście o połowę koła a nie studzienki (hehe...,0).
-Kurwa.- myślę sobie błyskotliwie...
-Pomóc?- zapytał taks... znaczy Skurwiel, który właśnie podjechał swoim podstarzałym mercedesem z tą chujową lampeczką "taxi" na czole.
-Jasne!- odpowiedziałem i pięć sekund później montowałem już linkę holowniczą. No i rzeczywiście udało się. Samochód wyszedł z dziury. Było ekstra...
-Dziękuję bardzo!- krzyknąłem i zacząłem oglądać, czy aby nic się nie rozwaliło w samochodzie. A Skurwiel wysiadł, patrzy się na mnie zdziwiony... Spojrzał na samochód.
I tu należy zaznaczyć, że jestem posiadaczem naprawdę starego Opla, który, przynajmniej z wyglądu, sprawia wrażenie NIEJEŻDŻĄCEGO trupa...
- No za holowanie to by pan zapłacił pięćdziesiąt złotych.- Co on kombinuje?
-No...- Odpowiedziałem, pomyślałem, że był po prostu taki koleżeński. Ale on dalej stał.
-Niestety nie mam pieniędzy.- Uświadomiłem sobie wreszcie dlaczego nie odjechał i całe moje dwuminutowe dobre zdanie o Skurwielach prysło jak to denko od kanału, w który wpadłem.
-To co ja tak całkiem harytatywnie panu pomogłem? Panie to trzy dychy chociaż!
-Zobaczę, może mam coś w portfelu...- Gdy sięgnąłem do plecaka stał już nade mną. Zobaczył dziesięciozłotowy banknot. Patrzę się na niego...
-Może być dziesięć?
-Może.
Dlatego to już zawsze będą Skurwiele, a do taksówki nie wsiądę, choćbym miał iść piechotą czy wracać z szalikowcami...

A samochód doznał poważnych obrażeń, których leczenie byłoby niemal tak drogie jak sam samochód. Co sprawia, że od poniedziałku znowu wracam do siecióweczki...

Pozdrawiam wszystkich Skurwieli. Niech się podzielą skrupulatnie tą dychą. I niech umrą w swoich śmierdzących łóżkach, robiąc to co lubią najbardziej, czyli licząc pieniądze.
01:40 / 09.05.2004
link
komentarz (6)
PORTISHEAD

Zespół, który stworzył zaledwie (a może aż,0) trzy płyty(w sumie cztery, ale kwestia jest sporna...,0), z czego trzecia jest koncertowym nagraniem utworów z poprzednich dwóch. Płyty te to:
Portishead
Dummy
Roseland NYC Live
*
Mysteries 2002 - ta płyta jest sporna, ponieważ są to remixy innych autorów, wariacje na temat piosenek Portisheada.

Dobra. To nie jest kącik fanów.

Chodzi o to, że budzę się rano i serce mi płonie z radości, bo budzi mnie Portishead. Piszę ten tekst i jest mi dobrze, bo z głośników dochodzi Portishead. Kładę się spać, a przed snem puszczam sobie jeszcze piosenki Portishead.
To tylko trzy płyty, jakieś trzydzieści trzy piosenki, ale ja znam każdy dźwięk, kocham każdą nutę. Każde słowo. Przeżywam to za każdym razem od nowa i jeszcze raz.
W Portishead jest jedna wokalistka, która śpiewa we wszystkich piosenkach. Ogromna większość piosenek jest o miłości. Zawsze towarzyszą jej lekkie dźwięki gitary elektrycznej, jakaś, modulowana z lekka, perkusja i prawdopodobnie mikser, bądź sampler, a może jedno i drugie. A może to jedno i to samo....? Wszystkie piosenki są utrzymane w tym samym tempie. Niestety nie potrafię powiedzieć w jakim. W każdym razie szybkie nie są. Uwielbiam mroczną atmosferę każdej z piosenek. Każda ma swoją kompozycję. Naprawdę, wierzę w to, że te utwory są IDEALNE. Każdy odgłos, dźwięk, ma swoje miejsce. I gdyby zmienić cokolwiek, od razu byłoby to wyczuwalne i wzbudzało poczucie dysharmonii. Słuchanie tych piosenek wywołuje u mnie obrazy z przeszłości. Gdy słyszę "Give me reason", widzę Czarodziejkę, którą wyobrażałem sobie setki razy. Prawda jest taka, że nie chciałbym jej nawet spotkać, bo wiem, że niemożliwością jest, aby wyglądała tak jak sobie to wyobrażałem. Zresztą w moim umyśle ubzdurało się, że to ona śpiewa tą piosenkę, więc zawsze widzę jej (wymyśloną,0) sylwetkę ściskającą mikrofon i z zamkniętymi oczami nucącą
"Give me a reason to love you...
Give me a reason... to be a women..."
Z kolei, gdy słyszę "Sour Times" widzę moją miłość z liceum. Która pozostała piękna i niespełniona. I jak zawsze wspomnienia, domysły, wyobraźnia, są piękniejsze niż rzeczywistość. Pomimo, że to wszystko już dawno minęło, jestem nawet zadowolony, że tak to się skończyło. Lubię sobie czasem powspominać, jak się wtedy czułem. Brzmi conajmniej masochistycznie. Ale to było naprawdę szczere uczucie. To nie zdaża się często. Zresztą, teraz opowiadam o piosenkach.
Lubię przy nich pisać, czytać, jeść. Boże. Moglibyście wlepić mi chipa do mózgu z tymi 33 piosenkami. Żeby leciały na okrągło...

Jeśli nie znacie Portishead, a podoba wam się choć trochę Biork albo Massive Attack to po prostu jesteście dziećmi gorszego Boga i nie pozostaje nic więcej jak tylko wsiąść na wózek inwalidzki i pokręcić kółeczkami na cmentarz... Chyba, że sie zrehabilitujecie i posłuchacie...