iznogud // odwiedzony 56312 razy // [nlog/pure life style nlog/by/zbirkos] // n-log home
pokaż: ostatnie 20 | wszystkie z tego miesiąca! (0 sztuk) | wszystkie (121 sztuk)
18:18 / 17.05.2007
link
komentarz (8)
Poranne wiadomości na jutro.

Punktualnie siódma. Dzień dobry, Szelechowianie! Słuchacie TOP Radia Szelechów na częstotliwości 96,3 FM. Pamiętajcie, my wody nigdy nie lejemy! Pora na wiadomości.

(Dżingiel w wykonaniu scholi parafialnej)

Mamy piątek, 18 maja. Pogoda na dzisiejszy ranek zapowiada się ciekawie. Synoptycy przewidują +23 stopnie Celsjusza i słoneczny dzień. Za oknem na razie mgła, ale to się zmieni. Tomasz Las, dzień dobry, zapraszam na wiadomości.

(dżingiel)
Na Bliskim Zachodzie kolejna fala bombowych zamachów Francuskiej Armii Wyzwoleńczej, ktora walczy z brytyjską okupacją. W zamachu, w samym sercu Londynu, bomba znajdująca się przy koniu-pułapce, zabiła 12 osób a raniła 34. Wśród ofiar znalazł się pięcioletni chłopczyk, który chciał koniowi dać cukierka. Ranny, choć ta informacja jeszcze nie jest potwierdzona, został także wielki pacyfista, ambasador pokoju, laureat pokojowej Nagrody Łobla, Omasa Bom Lade, który przebywał w Londynie jako mediator pomiędzy zwaśnionymi narodami. Premier Brytanii, Debil McRuchan, zapowiedział jednak, że rząd nie ugnie się przed terrorem i natychmiast zostaną zawieszone rozmowy pokojowe z francuskimi separatystami.

Federacja Warszawska utrzymała embargo na Demokratyczne Mocarstwo Rusów, które szukało wsparcia w organizacjach międzynarodowych: CEFkA (Central European Fucking Agreement) oraz PUPKa (Pluralna Unia Państw Kapitalistycznych). Przypomnijmy, że konflikt dotyczy towarów eksportowanych do Federacji Warszawskiej ze wschodu (szczególnie wołowego mięsa oraz koziego mleka), które nie spełniają standardów ISO. "Niech się walą cwaniaki. Nie spieprzymy tego!" - powiedział kanclarz Warszawiaków Edmund Staszczyk, choć jeszcze nie ustalono czy stwierdzenie to dotyczy wspomnianego problemu.

Król Kyrta Chwatłosławorowicz, głowa Federacji Puławskiej, udał się z wizytą dyplomatyczną do stolicy V RP - Krakowa - na rozmowy z prezydentem Ziemowitem Szczeżują. Cel wizyty nie został publicznie podany, choć przypuszczamy, że spotkanie ma mieć charakter czysto rozrywkowy. Przypomnijmy, że ostatnia wizyta Kyrta w Małopolsce zakończyła się międzynarodowym skandalem, kiedy to król zapomniał zabrać ze sobą dostatecznych środków finansowych na zadowolonie Ziemowita (sposób w jaki miał go zadowolić został przemilczany przez media).

Czas na sport. Wreszcie wyjazdowe zwycięstwo odnieśli Padlinożercy Szelechów pokonując drużynę Kolorowego Rozbłysku Sterdyń aż 6:0. Zwycięstwo o tyle niespodziewane, o ile niespodziewana była wysoka ubiegłoniedzielna porażka z Hefajstosem Kałuszyn. Niestety, szelechowska drużyna ciągle jest na miejscu spadkowym. Najbliższe spotkanie z Kaczką Łosice będzie o życie, co należy rozumieć dosłownie, gdyż cesarz szelechowskiej metropolii, Leon Mściwy, zatrudnił wczoraj, późnym popołudniem, na umowę o dzieło, kata.

A teraz pozostaję mi tylko zaprosić Państwa na relaks muzyczny i słynną CMOK-BĄK listę. Gra specjalnie dla Was DJ Marianek. Czy i w tym tygodniu na topie będzie germański Gaysband "Nazijungs!" i ich hit "Ruf mich an und schnell anziehen"? Przekonamy się już za niecałą godzinę. Do usłyszenia.


----
Z okazji, że to pierwszy wpis w 2007, życzę Wam wszystkiego dobrego w nowym roku ;)
02:10 / 23.12.2006
link
komentarz (4)
Dobranocki

Kochała Świat Dobranocek. Starych, dobrych, zapamiętanych z dzieciństwa. Oglądała je całymi dniami, ciesząc oczka rzeczywistością, w której nieszczęścia trwają nie dłużej niż poszukiwanie zaginionego wiaderka, a każda niebezpieczna sytuacja w ciągu dwudziestu minut kończy się wiadomym z góry happy-endem i bohaterowie przytulają się do siebie w blasku zachodzącego słońca lub rozśmieszają widza zabawną miną na końcu odcinka. Szczęśliwa, naiwnie bezpieczna przed telewizorem, postanowiła na stałe przenieść się w wymiar kreskówek. Dobranocki były miłe i przez szklaną szykę wysłuchały jej pragnień. Kiedy się obudziła, znalazła list pod poduszką.
"Zapraszamy Cię na wielki bal dobranocek. Nie martw się, na pewno szybko się zaaklimatyzujesz w naszej rzeczywistości. Przybądź koniecznie. Samochód przyjedzie po Ciebie jutro o dwudziestej."
Z radości podskoczyła pod sufit, krzyknęła cienko. Z błyszczącymi oczami w nieskończoność oglądała kopertę, wodziła ze wzruszeniem palcem po literkach podpisu Kaczora Donalda. Największy idol jej dzieciństwa napisał do niej list. Ręcznie. Dobranocki chciały przyjąć ją do swojego świata. Była szczęśliwa, przekonana, że od tej pory jej życie się zmieni. Będzie pięknie, kolorowo, bez dorastania i zamartwiania się. Tak myślała nasza naiwna bohaterka. Nasza dziewczynka w dorosłym ciele dorosłej kobiety.
Od rana przygotowywała się do balu, mierzyła sukienki, zmieniała fryzury. Punkt dwudziesta, z wypiekami na twarzy wybiegła przed dom. Samochód już czekał. Mało bajkowe, stare, odrapane BMW. Za kierownicą zamiast przystojnego szofera w złotym fraku, siedziała Cruella De-vil w nieco dziwkarskiej srebrnej mini i panterkowych butach do połowy ud.
- No wsiadaj, na co czekasz? Spieszy nam się!
Wsiadła do samochodu trochę speszona i onieśmielona. Zapięła pasy i grzecznie położyła ręce na kolankach.
- Pierwszy raz jedziesz na nasza imprezkę?
Nasza mała bohaterka przytaknęła nieśmiało.
- Widać, trochę dziwnie się ubrałaś. Takie sukienki nosiła Daisy pięćdziesiąt lat temu, zresztą i tak wyglądała jak krowa. Hie, hie, hie - zaśmiała się troszkę demonicznie, po czym wyjęła flaszkę wina "Uśmiech Traktorzysty", śmierdzącego siarką.
- Kretyn Donald obczaił, że piję i mi obciął dopływ kasy, więc stać mnie tylko na to, ale też dobre. Łyknij sobie na odwagę.
Łyknęła. Zaczynała odnosić wrażenie, że na trzeźwo będzie jej ciężko przeżyć tą noc. Ale może to tylko pomyłka, zły początek spowodowany spotkaniem z czarną bohaterką. Na pewno zaraz pojawi się Myszka Miki, Pszczółka Maja, Krecik i Muminek. Będą mili i kochani jak zawsze w telewizji, pomyślała, kiedy odezwał się dzwonek z melodyjką przewodnią z Pulp Fiction.
- Znowu ta... Mała Syrenka. Halo? No jadę już. Tak, wiozę jakieś dziewczę. Co, mam wpaść po Gargamela? Dobra, nie krzycz ruda. Zaraz będziemy.
Gargamel miał na wlosach brylantynę, a na palcu sygnet. Był ubrany w świecące lakierki, dżinsy i skórzaną kurtkę.
- Witam kobitki - powiedział swoim ochrypłym głosem - Moje uszanowanie. Gargamel jestem. Dla przyjaciół Gargi. - powiedział do niej, kiedy odwróciła się w kierunku tylnego siedzenia, na którym się wygodnie rozparł. Z tej odległości widziała jego przekrwione białka oczu.
- Cruella, zaopatrzyłem nas, słodziutka - zaśmiał się jakoś tak sycząco, i wyjął z kieszeni woreczek z białym proszkiem.
- Świeżutka działka, kupiłem właśnie u Tatusia Muminka.
- On ma zawsze dobry towar. - z uznaniem wyraziła się Cruella. Dziewczynka nasza łyknęła ponownie taniego wina, bo to wszystko zaczynało przypominać koszmarny sen. Tych dwoje to bohaterowie negatywni, można jeszcze zrozumieć ich zachcianki, jak zostali stworzeni złymi, to już się nie mogą zmienić. Ale Tatuś Muninka dilerem narkotyków? Nie, to na pewno jakaś pomyłka.
- Nie martw się malutka, już dojeżdżamy - powiedział do niej Gargamel, szczególnie zalotnie akcentując głoskę "l".
A ona właśnie zaczynała się martwić coraz bardziej, mijając stojące przy drodze Świnki Trzy ubrane w szpilki i odblaskowe, wydekoltowane sukienki.
- To te... - zaczął niepotrzebnie tłumaczyć Gargamel - Wilk jest ich alfonsem. Ostatnio był na dywaniku u Donalda za pobicie jednej z nich, bo nie chciała mu oddać kasy. No ja się nie dziwię, klientem był Miś Kolargol, pewnie dużo nie zarobiła.
Obydwoje zaśmiali się obleśnie, a nasza bohaterka miała ochotę wysiąść, w ogóle stamtąd uciec. Ale pomyślała o spotkaniu z Kaczorem Donaldem. Najwidoczniej był jakimś miejscowym guru. Na pewno jest w porządku i zaraz jej wyjaśni te bzdury, które opowiada radosna para przewodników. Tymczasem De-vil z piskiem opon wjechała przez automatycznie otwierającą się bramę. W ogrodzie rosły palmy, dom był parterowy i szeroki. Wysiedli z samochodu, a na próg wyszedł On, Kaczor Donald we własnej, namacalnej osobie. W złotym szlafroku, za który wsadzała mu namiętnie ręce uwieszona na jego szyi Smerfetka.
- Mnie tak nie robi. - burknął pod nosem Gargamel. Donald odsunął Smerfetkę i podał rękę nowoprzybyłej.
- Witamy w świecie dobranocek. Dawno nikt nowy nas nie odwiedzał. Zapraszam do środka. Pij, pal, bierz, co chcesz i kogo chcesz. Grunt to dobra zabawa! - uśmiechnął się z cynicznym błyskiem w oku i zniknął ze Smerfetką w sypialni. Wcale już nie chciała wchodzić do środka. Nie było jednak odwrotu, podążyła na tyły domu za Gargamelem podszczypującym prawie całkiem pijaną już De-vil. Po drodze napotykali tylko namiętnie obmacujące się pary, których twarzy wolała nie próbować rozpoznawać. Zasadnicza impreza odbywała się na basenie, pośród palm i egzotycznych roślin.
- Może drinka? - zapytał lekko chwiejący się Kot Sylwester, podsuwając jej tacę pełną kieliszków. Wzięła jeden. Wypadł jej z ręki, kiedy zobaczyła Królika Bugsa liżącego się z Pszczółką Mają w rogu basenu. W drugim rogu zbiorową akcję mieli Muminek, Prosiaczek oraz Tołdi. Odwróciła wzrok od tego przygnębiającego obrazka, by trafił on na Papę Smerfa wstrzykującego sobie coś do żyły w asyście Żwirka i Muchomorka.
- To nie jest żaden bal! To jest pieprzona orgia! Jesteście bandą zepsutych i niemoralnych kreskówek! - wykrzyczała. Ktoś, słysząc to, wybuchnął śmiechem.
- A co ty sobie wyobrażałaś? - ze zdziwieniem powiedział zza jej pleców Fred Flinstone - Że gdzieś istnieje idealny świat bez seksu, używek i bezsensu? Że my tu żyjemy jak w pierniczonej bajce? Przecież my tylko gramy w tych filmikach, które ze wzruszeniem oglądasz na dobranoc. Życie kreskówki nie jest łatwe, też się chcemy czasem zabawić. Najgorzej mają ci, których filmy już nie są na topie. Świnki Trzy muszą pracować jako tirówki, a Żwirek z Muchomorkiem handlują heroiną. Gucio popełnił samobójstwo, bo Maja dawała dupy z kim popadnie, nikt ich już nie zatrudniał. Życie jest ciężkie i brutalne.
Poczuła, że chce wracać. Do domu, do starego, pięknego i dobrego świata, w którym wcześniej żyła. Pomyślała, że jej życie jest naprawdę wspaniałe, wartościowe i ma sens. Że chce z powrotem do niego uciec. Tylko jak? Alicja z Krainy Czarów robiła fellatio Kubusiowi Puchatkowi, a Dorotka od Czarnoksiężnika z Krainy Oz zniknęła z Misiem Yogi w toalecie.
- Widzę, że nie za dobrze się tu czujesz, ja też nie, chodź - powiedział ktoś obok. Ja nie jestem kreskówką - wytłumaczył stary, kochany Termit. - Miałem zrobić reportaż z tej imprezy dla Kuriera Bajkowego, ale widzę, że będzie monotematyczny. Chodź mała, odwiozę Ciebie do domu. Był miły i normalny, podwiózł ją i nie chciał nic za benzynę. Prawdziwy dżentelmen. Pożegnała go bez żalu. Chciała już tylko do swojego świata. Stojąc przed własnym domem z ulgą pomyślała, że koszmar się skończył, że nie chce żyć gdzie indziej ani inaczej. Czuła, że jest szczęśliwa. Koniec.

Dla robiącej najlepsze spaghetti, która gdzieś tam gna (Londyn) za marzeniami... za bajkami prawdziwymi, takimi z "Prince Charming" niezdemoralizowanym.

------
Rozpływam się przy Katie Melua - Spider's Web.

Czas na Święta, za dwie godziny ruszam w podróż do domu, cieszę się :) I Wam wszystkim także radości w te Święta życzę! Wesołych i spokojnych! Ahoj!
00:38 / 29.11.2006
link
komentarz (8)


Marzenie Frycixa...
15:08 / 11.11.2006
link
komentarz (5)
---> P I L N E !!!

Potrzebuję egzorcysty-psychiatry. Jestem w stanie oddać pół swojej kolekcji blaszek byleby tylko ujarzmił i doprowadził do normalności moją siostrę (prawdopodobnie konieczna długa terapia w zakładzie zamkniętym). Ostatnio wymyśliła sobie, że jest bardzo ładna i przegląda się godzinami w lustrze, co stanowi główną atrakcję jej życia. Śpi 14 godzin na dobę, drzemie 3, a przez pozostały czas denerwuje. Nie, nie tylko mnie. Furiantka - frustratka, nie panuje nad emocjami przez co, o mało co, nie zbiła szyby w moim pokoju. Pluje w twarz bratu, ot tak. Wysiadam. UCH! Diabeł wcielony. W swoim mniemaniu ma zawsze racje i nie popełnia błędów. Magister filologii polskiej, od wielkiego halo pomaga w sklepie. P O M O C Y !!! Uciekać stąd tylko!

A zlew ciągle nieumyty... ;-)
23:44 / 30.09.2006
link
komentarz (5)
Siedzę i piję kolacza z wódeczką, którą skwapliwie ukrywam w pufie. Czasem tak mam :) I ta przytłaczająca świadomość "heeelooou, od dziś dwie dwójeczki, starcze ty" ;-) Ale fajnie mi, nie ma na co narzekać... Phi, po wódeczce zawsze można sie troszkę pooszukiwać. Polatalibyśmy, he?

Lałbym ich po mordach, wszystkich po kolei, jak leci. Za to, że pierdolą dla samego faktu pierdolenia byleby zostać zauważonym.
- Bla bla bla...
- A mi się wydaję, że ble ble ble
- Ależ nie, nie macie racji... ple ple ple
- A ja się natomiast zgadzam z wszystkimi przedmówcami!
Przez ostatnie dni, stan mojej irytacji jest dość wysokawy.

Pierdu, pierdu ;-) i koniec.
02:10 / 21.09.2006
link
komentarz (2)
Ze wspominkowego cyklu...


U Księcia Pana było wyjątkowo. Pachniało wiedzą i niesamowitością miejsca. Każdy wiedział, że nie może być homo ludens. Fryderyczek czuł się momentami samotny i zagubiony, uciekał w świat wirtualny szukając tożsamości... jakiejkolwiek. Wtedy pojawili się oni. On - jeszcze grzecznie uczesany i nie przekuty. Ona - zawsze uśmiechnięta i z lekka onieśmielająca.
- Cześć! - rezolutnie zaczepiła na korytarzu.
- Yyy... cześć.
A potem to już wszystko samo się ułożyło. Nie minął miesiąc, a w zwyczaju naszym budziliśmy co noc miasto. Na swój sposób, jakoś tak. Spazierengangen - tak sądzę, choć nie mam bladego pojęcia o języku niemieckim. Byłem o nich zazdrosny, choć nie wiem o kogo bardziej. Bałem się, że jeszcze będą chcieli być ze sobą. Ufff... dobrze się stało. Wszystko. Teraz mam ich oboje, mimo upływających lat, innego miejsca, innego życia. Byli u mnie, nic się nie zmieniło. Nie mogłem trafić lepiej, sekciarsko to zabrzmi - siostro Patrycjo, bracie Anatolu. Dziękuję za opiekę.
15:04 / 19.06.2006
link
komentarz (1)
16:52 / 01.10.2005
link
komentarz (9)
"Zemsta rozwścieczonego Chwedora" - rozdział 1 "Ze śmiercią w oczach", część 6

Wesołego Witosława z opresji wyratował Remisław Kowalicki - dworzanin, którego król Grudek wysłał za Frycusiem. Gdy ujrzał, co się stało, zawołał:
- Hyy? Ale chryja! - i tu zwrócił się do rycerza. - Zostaw go pan i szybko za mną! Król przeprasza i zaprasza na ucztę!
- Ani mi to w głowie! Jeszcze jakiś kmiotek znajdzie mą zdobycz i przypisze sobie me męstwo przejmując nagrodę. A nagroda mi się należy! Nie jestem taki głupi!
- No puszczaj go pan, zanim ludzie się dowiedzą! - krzyknął Kowalicki
- Chyba jest coś nie tak? - pomyślał rycerz widząc, że dworzanin wcale nie jest zadowolony z jego mężnego wyczynu i postanowił usłuchać jego rady. Czym prędzej wdrapał się na Wesołego Witosława i udał się za zdenerwowanym przewodnikiem.

Frycuś, podążając za dworzaninem, dotarł ponownie na Wawel, gdzie oczekiwał go król Grudek. Sam Grudek budził zaufanie, mimo, że jego postura i sylwetka przypominały dyrektora kopalni węgla kamiennego z czasów realnego socjalizmu. Był bowiem niezdrowo brzuchaty i bardzo gadatliwy.
- Oto rycerz Frycuś, panie! - przedstawił królowi, jego córce i zebranym na placu dworzanom gościa - Zabił Domela!
- Dooooomel... Nieeeeeee! - królewna Kinga przestała się głupawo uśmiechać, jak zresztą czyniła zazwyczaj, i ze łzami w oczach wybiegła na miasto, aby osobiście sprawdzić, czy to prawda. Smok był jedynym jej przyjacielem i towarzyszem zabaw. Także świta króla zmieniła oblicze z obojętnego na niezadowolone. Grudek wybuchł gniewem.:
- Zamknąć go w komnacie! Wieczorem wydam surowy wyrok! Jutro będziesz wisiał, panie smokobójco! Włazić do cudzego domu z brudnymi buciorami i mordować jego mieszkańców!!! Brzydzę się takimi, jak ty! Tfu! Tfu! Zamknąć go! Zamknąć! - i po chwili pomyślał, że szkoda, iż tak się stało, bo tak pięknie się zapowiadało.

Równie wzburzeni dworzanie skrupulatnie wykonali polecenie. kiedy prowadzili Frycusia do celu, rycerz na własnej skórze przekonał się, że źle uczynił. Kilka razy, na zakrętach, niby niechcący obijano go po ścianach. Niby niechcący od tyłu dziobano go włóczniami i halabardami. Niby niechcący spadła na niego doniczka, którą przez całkowity zbieg okoliczności niosła jakaś gruba baba, która przy okazji przygniotła go do balustrady. Rycerz wywnioskował, że chyba go nie lubią. W końcu został brutalnie wepchnięty do jakiejś obskurnej komnaty.

- Rany, co ja narobiłem? - przejął się siadając na zakurzonej ławie.
- Zabiłeś smoka, którego wszyscy lubili! Jutro będziesz stracony i dobrze ci tak! - odparł wzburzony dworzanin o rudych włosach, obrócił się na pięcie i wyszedł z komnaty zamykając ją na trzy spusty.

Rycerz został sam. Nie mając nic lepszego do roboty, zaczął przyglądać się pomieszczeniu, w którym niewątpliwie spędzi ostatnie godziny swojego życia. Komnata była nad wyraz ciasna. Miała zaledwie około 1,5 metra szerokości i 2 długości. Obok drzwi wisiały dwie wywieszki. Jedna informowała o przepisach BHP, druga była instrukcją przeciwpożarową. Na sąsiedniej ścianie wisiała gaśnica piankowo wyprodukowana przez znanego producenta o międzynarodowej renomie "Dudas Biutifuls". Wbrew pozorom pomieszczenie wyglądało całkiem estetycznie. Za wyjątkiem drewnianej ławy nie było żadnych mebli. Było za to okratowane okienko o szybach nie mytych od 24 dni i 17 godzin. W poczuciu nieuchronności śmierci, pesymizmu i wrogości wszystkich dookoła, nie był już w stanie określić, jakim proszkiem to okno wcześniej myto.

cdn.

=====

Pół roku nie napisałem ani jednej notki, ach, ten czas tak szybko leci. Może jeszcze o mnie nie zapomnieliście, fajnie by było, ale... jak tak dalej pójdzie to "Zemstę..." ukończę w okolicach 2012 :-)
17:20 / 26.08.2005
link
komentarz (7)
"Black Hole"

Zwykle w tego rodzaju sytuacjach mówiłem sobie, że do prawdziwych spotkań nie dochodzi przez podryw... szczerze ukrywając przed sobą choćby najmniejszy zalążek głębszego uczucia. Traktowałem to jak naturalną grę, która zresztą wychodziła mi wyśmienicie. Podróżowałem, uśmiechałem sie, zawsze w centrum uwagi, o tak - świetnie, cały ja, cała moja maska? Tym razem jednak było inaczej. W żaden sposób nie przewidywałem tego, co się mogło wydarzyć... Byłem kompletnie oderwany... Niemal ogłupiały. "Jesteśmy wolni", ładne zdanie, powiedziałem sobie w duchu.
- Mam na imię Inga
- Fryderyk
- Cha cha, Fryderyk? Masz bardzo nieodpowiedzialnych rodziców!
- Cha, cha Taaaak, też to sobie powtarzam!
- Zabierz mnie Frycek...
- Przepraszam?

Była piękna jak słońce... Wyglądała wyniośle, ale nie było w tym nic onieśmielającego. Podczas wielu miesięcy pobieżnych kontaktów, zapomniałem zupełnie jak wygląda wymiana międzyludzka. Urodziła się tutaj. Nie wdawała się w szczegóły... Naszkicowała mi mało pochlebny portret swojej rodziny... Spytałem czemu cały czas wygląda na zasmuconą... Nawet kiedy się śmiała wyglądała na zasmuconą... Odpowiedziała, że ma taką skłonność, czuje się jak czarna dziura, jak kula antymaterii. Powinienem jej wtedy słuchać zamiast uśmiechać się głupawo.

Pojechała ze mną... od razu... miała tylko mały plecak. Była gotowa do wyjazdu, pełna spontanicznego zaufania... Niezwykle zdeterminowana albo zagubiona. Dotarliśmy na Wzniesienie Kanclerza Niemieckiego po godzinie chaotycznego marszu, przerywanego zalotnymi spojrzeniami. Ona wydawała się taka całkowicie bezbronna. Dopiero w drodze zdałem sobie sprawę z faktu, że jej kompletnie nie znam - ale znalazłem się w jej polu grawitacyjnym i miało to znaczny wpływ na moje zachowanie...

- Jesteś bardzo miły. Nie lubię jak ktoś mnie dotyka. Nie martw się. No nie smuć się. To tylko jakiś mecz.

Inga była czarną dziurą.. personifikacją zagubienia... Zrozumiałem, że nie będę mógł tak po prostu zabrać jej ze sobą, zostawić gdzieś, pod jakimś zielonym drzewem.. i odjechać... byłem na jej orbicie uczuciowej.. i tak jak próżnia zasysa powietrze, tak próżnia uczuciowa zasysa MIŁOŚĆ.
01:22 / 25.02.2005
link
komentarz (25)
"Zemsta rozwścieczonego Chwedora" - rozdział 1 "Ze śmiercią w oczach", część 5

Frycuś miał tę jedną wadę i równocześnie zaletę, że nie potrafił długo się gniewać. Równie szybko wpadał w depresję psychiczną stająć się kłębkiem nerwów, co z niej wychodził, stając się kłębkiem pajęczej nici unoszonej na wietrze wzajemnego zrozumienia. Fakt faktem, że już w chwili, gdy wyjeżdżał z Krakowa tą samą bramą, którą przybył, jego humor wyraźnie się poprawił i znowu zaczął skrupulatnie rejestrować rzeczywistość. A to wyliczył, że krakowskie ulice są o 25 centymetrów węższe, niż przewiduje ustawa, a to to, a to tamto. Zresztą, pewnie już się zorientowaliście, że Frycuś jest jakiś taki pedantyczny i precyzyjny. Nie ma się zresztą tutaj czemu dziwić, już od najmłodszych lat wychowywany był bowiem w duchu porządnickim i akuratnym. Zresztą, ojciec Frycusia, niejaki Zygfryd był znanym w całym królestwie zielarzem zwierzęcym o sławie dorównującej doktorowi Paj Chi Wo z "Akedemii Pana Kleksona". Natomiast matka jego o pięknym imieniu Kunegunda, pilnowała porządku oraz wychowywała w specjalnej szkole zamkniętej dla młodych dziewic z bogatych, arystokrackich rodów.
Właśnie dostrzegł śpiącego po posiłku smoka, który smacznie chrapał na podkrakowskiej łące, a brzuch jego to majestatycznie wznosił się, to opadał w dół.
- A to ci dopiero! Przecież to najprawdziwszy smok rasy podpuławskiej! - pomyślał zdumiony rycerz i zaczął marzyć, zapominając o doznanej wcześniej przykrości. - Jak go pokonam, to może dostanę bajeczną nagrodę, dzięki której ustawię się na resztę życia? A może i pomnik mi wystawią na rynku?! A więc... huzia na Józia! - i Wesoły Witosław ruszył galopem w wyznaczonym ręką (co rzadko się Frycusiowi zdarza) kierunku.
Smok co prawda nie nazywał się Józio, tylko Domel, ale nic nie stało na przeszkodzie, aby Frycuś nie ukatrupił go celnym wbiciem ostrej kopii w samo serce z dokładnością do jednego centymetra. Smok zdał sobie sprawę, że nie żyje, dopiero wtedy, gdy zauważył, że jego dusza oddziela się od ciała, a tuż przed nim widać jakiś tunel ze światełkiem na końcu. Domel nie mógł już nic zrobić. Byłoby głupotą pozostać na ziemi tylko po to, aby swego zabójcę straszyć po nocach, skoro może inkarnować w nowe ciało. Machnął więc swym mentalnym ogonem od niechcenia i podążył za światełkiem na spotkanie z bogiem Patrykiem. Z kolei rycerz był dumny ze swojego czynu i nie miał najmniejszych wyrzutów sumienia, że zabił gada podczas snu.
- Szkoda, że nia mam ze sobą aparatu. - westchnął. - Byłaby niezła fotka dla potomnych. Dobra, teraz trzeba jakoś potwora zataszczyć na rynek i pokazać ludziom, że nie muszą się już go obawiać!
Smok, mimo, że należący do rasy podpuławskiej, która charakteryzuje się tym, że jej przedstawiciele w 54 % wypełnieni są łatwopalnym gazem i mają tylko jedną głowę, nie był lekki. Na pozostałe 46 % cielska składały się bowiem pancerne, kuloodporne łuski, prawie betonowe kości, mięso i esta krew. Frycuś powiedzieł więc coś, co Wesołego Witosława zelektryzowało:
- Ciężkie to bydlę! Bez konia ani rusz!

... cdn :-)

-------

Tak to wrzuciłem, żebyście nie zapomnieli o tym, że jednak żyję. To co, że jakieś "grypne" ustrojstwo mnie męczy. DARZBÓR!
18:02 / 10.01.2005
link
komentarz (16)
Bo to kicz wielki jest!


:-) Uśmiechajcie się!
01:18 / 21.12.2004
link
komentarz (20)
"Iznogud - głupszy od Najgłupszego"

Gdzieś na świecie, u stóp Czarnego Morza, znajduje się mała wieś zwana Małym Majakiem. Pełno w niej architektonicznych kontrastów - obok wielu domków na kurzych łapkach zamieszkanych przezs czarnownice, wybudowano bloki i wysokie wieżowce. Zamieszkują je pogodni, acz biedni ludzie, którzy bardzo lubią turystów. A jeszcze bardziej ich pieniądze. Z tego powodu chętnie oferują im niedrogie kwatery i łóżka do spania. Wieś zaspokaja potrzeby nie tylko zwolenników byczenia się na plaży, ale i pieszych wędrówek po lesisto-skalistych górach pełnych grzybów.
Niestety, zakałą wsi było trzech braci, z których co jeden to był głupszy od drugiego. Nie nadawali się do niczego. Na niczym się nie znali, nic nie wiedzieli i tylko dłubać w nosie potrafili. Gdy spytać ich o najkrótszą drogę nad morze, wskazywali najbliższy sklep spożywczy. Lubili za to robić dziury w drodze, rozsypywać wszędzie śmieci, przebijać rury wodociągowe i czasami, odurzeni ognistą wodą, walali się na trawniku pod drzewem zdrowo pochrapując. Jednym słowem - odstraszali turystów i wyrabiali mieścinie złą opinię.
Także własnym rodzicom bracia weszli za skórę. Gdy turyści przychodzili obejrzeć pokoje do wynajęcia, szybko rezygnowali ujrzwszy któregoś z nich. Zniechęcali ich niechlujnym odzieniem i alkoholowym oddechem. Rujnowało to budżet rodzinny, a stara matka nie mogła już dłużej patrzeć, jak sąsiedzi się bogacą, oni zaś ledwie wiążą koniec z końcem. Wreszcie postanowiła z mężem, że trzeba z tym skończyć, a synowie muszą nabrać ogłady i kultury. Tym bardziej, że nadszedł kolejny sezon turystyczny...
- Hej, synkowie moi! - rzekła matka w czasie obiadu - Nadszedł kolejny sezon turystyczny. Wiecie, co to oznacza?
- Ojej... - rzekli równocześnie znudzonym głosem i z wyraźnym bólem na twarzach bracia - Znowu trzeba będzie pracować...
- Właśnie! - matka spodziewała się takiej odpowiedzi. - Postanowiliśmy z ojcem, że w tym roku, kiedy wszystko znowu podrożało, zwiększymy liczbę łóżek do spania. Trzeba zakasać rękawy i ostro zabrać się do pracy.
- Ojej... - przerazili się bracia i dodali chytrze - To niesprawiedliwe. Dlaczego wciąż musimy usługiwać letnikom, a oni nam nigdy? Dlaczego sami kiedyś nie pojedziemy na wakacje?
- Dlatego - dodała matka, która i tej odpowiedzi się spodziewała, bo co roku mówili o tym samym - w tym roku upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu. Wyprawimy was w świat i zwolnimy trzy łóżka. Najwyższa pora, abyście i wy dobrze wypoczęli i rozejrzeli się za panienkami. Może któraś zechce was za męża?
- To nam się podoba! - odrzekli chórem bracia z nie udawanym oddechem ulgi.
- Ale każdy z was pójdzie swoją drogą, samotnie, a po powrocie będziecie mogli opowiedzieć o swoich przygodach. Na tego, kto nauczy się w świecie najwięcej i pierwszy przyprowadzi żonę, czeka ten oto czarodziejski pierścień. - I tu kobieta wyciągnęła kupiony rankiem na bazarze pierścionek - Kto przekręci go na palcu, w tego kieszeni pojawi się plik banknotów. Twarda, aktualna waluta.
- Daj wypróbować!
- Nie. Pieniądze pojawią się tylko u osób zamężnych przez okres dziesięciu lat od wesela. Inaczej od dawna pławilibyśmy się w luksusach.
- Faktycznie. O tym nie pomyśleliśmy...
Pierwszy ruszył w świat Głupi, który zabrał ze sobą tyle jedzenia, ile był w stanie zabrać. Cóż, lubił sobie zdrowo podjeść. Worek był strasznie ciężki i po przejściu kilometra wędrowiec zaczynał opadać z sił. Po kilku kilometrach leśnej drogi strasznie zgłodniał i postanowił zjeść wszystko. Ledwie otwarł worek, gdy niespodziewanie usłyszał głos.
- Hej, wędrowcze...
Obejrzał się za siebie i ujrzał w krzakach siwego dziadka, który przyglądał się z nieukrywanym zainteresowaniem.
- Czego? - burknął Głupi.
- Głodny jestem, a ty masz dużo jedzenia. Czy mógłbyś mnie poczęstować?
Głupi, który uwielbiał słuchać bajek, od razu skojarzył napotkanego staruszka z legendarnym leśnym dziadkiem. Znaną postacią, która w zamian za garść sucharów była w stanie odwdzięczyć się po wielokroć. Głupi popatrzył na swój wypchany wór, pomyślał i rzekł:
- A co mi tam! Częstuj się, dziadku, nie żałuj sobie! - po chwili dodał - A owdzięczysz sie informacją, gdzie mogę spotkać miłą, piekną i niewybredną dziewuszkę?
- Oczywiście. Jeśli oddasz mi całą zawartość twojego worka, zdradzę ci, gdzie można spotkać cudowną, przemiłą i niekapryśną księżniczkę. Wchodzisz w interes?
- Tak. Dobrze, worek jest twój! Zjedz wszystko i nie zapomnij aby o okruszkach! Znaj moją hojność! - zawołał Głupi wyraźnie podekscytowany i oddał dziadkowi bagaż. Był nawet zadowolony, że nie będzie musiał dalej go taszczyć.
Starzec przez chwilę podumał, jakby chciał sobie cos przypomnieć, potarł palcami długą, siwą brodę, wysmarkał się do chusteczki, a następnie opowiedział chłopakowi gdzie, kiedy i jak zaskarbić sobie względy księżniczki Edytki i jej surowego ojca.
Głupi, z pijacką pieśnią na ustach, pognał we wskazanym kierunku i kto wie, czym by się to wszystko skończyło, gdyby po drodze nie padł martwy z głodu.
Drugi w świat ruszył brat Głupszy. Był na tyle głupi, że nie przyszło mu nawet do głowy zabrać prowiantu czy choćby wody mineralnej. Zabrał z sobą tylko paczkę chusteczek higienicznych, ponieważ męczył go katar. Po przejściu kilku kilometrów postanowił odpocząć i opróżnić nos. Wyciągnął z kieszeni chusteczki i gdy zamierzał dmuchnąć, usłyszał niespodziewanie chrząknięcie. Spojrzał w kierunku, z którego odgłos pochodził i ujrzał kroczącego starca uginającego się pod ciężarem wypchanego worka. Starzec zbliżał się ku niemu.
- Witaj, chłopcze!
- Witaj, dziadku, czego chcesz?
- Głodny jestem, czy nie mógłbyś mnie czymś poczęstować?
Także i Głupszy słyszał opowieść o leśnym dziadku, który w zamian za odrobinę strawy odwdzięczał się po stokroć. Głupszy przyjrzał się uważniej workowi i rozpoznał w nim własność swego brata. Wiedział, że jest w nim sporo żywności, lecz nie okazał po sobie swej wiedzy. Poczuł tylko zazdrość, że jego brat jest już w drodze do jakiegoś zamku, pałacu, a on nie.
- Chętnie bym cie poczęstował, lecz zapomniałem zabrać z sobą nie tylko jedzenia, ale i wody mineralnej - rzekł chłopak. - W zamian za wiedzę, gdzie mogę spotkać fajną laskę, która na mnie poleci, mogę oddać ci chusteczki higieniczne. Masz katar, więc będą ci przydatne...
- Hmm... - pomyślał starzec, głaszcząc swą brodę i pociągając nosem. Pierwszy raz znalazł się w takiej sytuacji. Po chwili przystał na propozycję chłopca. - Dobrze, niech i tak będzie - a następnie zdradził mu sekret.
Kto wie, czym by się wyprawa Głupszego zakończyła, gdyby także i on nie zmarł z głodu na leśnej dróżce.
Trzeci w świat ruszył brat Najgłupszy. Był tak głupi, że niczego ze sobą nie zabrał oprócz dobrego humoru i pijackiej pieśni. Po przejściu paru kilometrów wyszedł na wprost starca, który opróżniał nos. Szybko zauważył worek i chusteczki swych braci. Choć był najgłupszym dzieckiem swej matki, także i on słyszał baśnie o leśnym dziadku, który w zamian za skromny prezent był w stanie odmienić los człowieka. Podszedł do dziadka...
- Dzień dobry, dobry człowieku - przywitał się grzecznie - Widzę, że spotkał pan moich dobrych braci. Czy mógłbym coś dobrego dla ciebie, dobry dziadku, uczynić?
- Żaden z twoich braci nie zabrał ze sobą niczego do picia, a męczy mnie pragnienie. Masz może wódkę, wino albo inny napój? Odwdzięczę się informacją, gdzie możesz spotkać miłą i uczynną dziewczynę z wielkim posagiem.
- Ojej... - posmutniał Najgłupszy, gdyż dopiero teraz zdał sobie sprawę, że niczego nie zabrał. - Nie mam...
Starzec uważnie mu się przyjrzał, jakby oglądał UFO. W głowie mu się nie mieściło, że ktoś może być aż tak głupi, by w upalny dzień nie zabrać z sobą niczego do picia. Na szczęście dla chłopaka nieopodal wędrowała leśna wróżka Doda, która spieszyła się na bal i mimo swego skąpego stroju postanowiła służyć mu radą:
- Słuchaj, głupi...
- Jestem Najgłupszy...
- Nieważne... Nie stój tak, tylko nazbieraj mu jagódek. Ich sok dobrze gasi pragnienie. A ty także nie zapomnij się od czasu do czasu posilać leśnymi owocami, bo padniesz z głodu i pragnienia.
Najgłupszy poprosił dziadka, aby ten na niego zaczekał. Po chwili wrócił z garścią soczystych jagód, a dziadek przeżuwając apetyczne owoce zdradził mu sekret zdobycia miłości bogatej księżniczki.
Nie wiadomo, co by z tego wszystkiego wynikło, gdyby nie zapomniał rady leśnej wróżki i nie padł z głodu, a jego ciało nie stało się pyszną strawą dla robaków. Do dziś jego białe kości straszą podróżnych...
Na tym wszystkim, oprócz mieszkańców wsi, skorzystał pewien pismak, który wędrując do Małego Majaka w poszukiwaniu pracy, przywłaszczył sobie wszystko, co znalazł przy zwłokach jakiegoś starca, któremu wilcze jagódki niezbyt dobrze wyszły na zdrowie.
Zresztą, leśny dziadek nie był żadnym leśnym dziadkiem, tylko zwykłym, wędrownym naciągaczem, który metodą "na leśnego dziadka" dorabiał sobie do emerytury...
No cóż. Morał z tej opowieści jest prosty - pazerność nie popłaca.

=====

Huh, długie wyszło. Zdecydowanie najdłuższe. Przepraszam, na przyszłość będzie krócej. Proszę o komentarze. Bardzo proszę :-)

Korzystając z okazji chciałbym pozdrowić nowych "czytaczy". Pamiętajcie, iznogud - też człowiek. Następne opowiadanko (pewnie jeszcze przed Nowym Rokiem) będzie o iznoguda randce pierwszej :-) Spadek czytalności "harlekinów" kosztem tego nloga gwarantowany.
02:03 / 13.12.2004
link
komentarz (9)

Wstał wiosenny dzionek. Promienie wschodzącego słońca muskały twarz kobiety miłym ciepłem. Pelagia Zimoch, przebywająca od trzydziestu lat na inwalidzkiej rencie, otwarła jakby od niechcenia oczy i miło zieeewnęła. Po chwili zorientowała się, że coś jest nie tak. Początkowo nie widziała co. Pokój wyglądał jak co dzień. Ze ściany spoglądały uśmiechnięte twarze bogów Patrysia i Frycusia, do których codziennie modliła się o lepsze życie. Na stoliku stała figurka przedstawiająca św. Mierzejewskiego - opiekuna zwierząt - dokonującego cudownej przemiany hycla w opiekuna schroniska dla zwierząt, a także lampka nocna. Szyby w oknach były przezroczyste. Firanka, zasłony i meble nie wzbudzały żadnych zastrzeżeń. Były takie, jak zawsze. Stare, ale utrzymane w czystości. Żaden podejrzany zapach nie drażnił jej nozdrzy. Było cicho i spokojnie, nie licząc zwyczajowych odgłosów biegających po podwórku dzieciaków i ćwierkających na drzewach ptaków. Uczucie dziwności jednak pozostało. Pelagia podrapała się po głowie, gdyż nie dawało jej to spokoju. Jej dłoń trafiła na puszyste włosy. Były bardziej puszyste niż zazwyczaj, lecz kobieta nie zdawała sobie jeszcze z tego sprawy. Po chwili dotarło do niej, że nic ją nie boli.
- Dziwne, nic mnie nie boli? - zdumiała się.
Codziennie, gdy otwierała oczy, coś ją bolało. Doskwierał jej ból kręgosłupa, migrena albo typowo kobiece przypadłości. Miała problemy ze schylaniem się i wchodzeniem na krzesło, aby podlać kwiatki. A dziś nie.
Podniosła górną część ciała, spuściła nogi na podłogę i włożyła kapcie. Następnie wstała i przeciąąągnęęęła się. Żaden krąg nie chrupnął, a mięsień nie zabolał. Polagia poczłapała lekko jeszcze zaspana do łazienki. Usiadła na muszli klozetowej, aby wykonać co poranną potrzebę. Na umywalce stał kubek, w którym zostawiła na noc sztuczne zęby. Tuż nad nią wisiało małe lustro, a obok stała wanna i stara, wysłużona pralka "Frania". Kobieta poczuła, że załatwiła swą potrzebę i wstała. Teraz przyszła kolej na poranną toaletę. Wsadziła do umywalki czarny, gumowy korek i odkręciła kran. Spojrzałą w lustro i stanęła jak wryta. Szok. Czy to aby ciągle jej się nie śni? Miała piękne, kruczoczarne włosy zamiast zwykłych, siwych!
- Ale ze mnie stara sklerotyczka! - zaśmiała się - Pewnie wczoraj farbowałam włosy i zapomniałam o tym. Cha, cha... ooooo...
Śmiejąc się do lustra. Pelagia oooniemiała. Ujrzała w swoich ustach zęby. Szybkim wzrokiem zerknęła do kubka. Sztucznej szczęki nie było. Czyżby zapomniała wyjąć je przed snem? Nie dowierzając własnemu zapominalstwu, otwooorzyła usta na całą szerokość podziwiając piękne, białe ząbki. Wszystkie zdawały się być zdrowe. Wsadziła do buzi paluchy, aby upewnić się w ich prawdziwości. Tak, były twarde i jak najbardziej realne! Z całą pewnością nie były sztuczne! Odniosła też wrażenie, jakby jej skóra stała się zdrowsza i piękniejsza. Znikły gdzieś zmarszczki i kurzajki.
Z osłupienia wyrwała ją woda z przelewającej się umywalki. Szybko zakręciła kran i wzięła szmatę, aby wytrzeć z podłogi kałużę. Wcześniej spuściła trochę wody, bo daremne byłoby to wycieranie, gdyby za chwilę podłoga znowu miała być mokra. Woda miała idealną do mycia temperaturę. Nie musiała nawet odkręcać kurka z zimną.
Po porannej toalecie spożyła śniadanie. Od chwili, gdy uszczypła się w ucho i poczuła ból, przestała zastanawiać się, czy nie umarła. Wiedziała, że to wszystko dzieje się naprawdę i nie jest wytworem wyobraźni. Pełna smakołyków lodówka nawet jej nie zdziwiła.
- Ciekawe co powie na ten temat doktor? - zastanowiła się, gdyż dziś przypadał jej termin wizyty u lekarza.
W przychodni okazało się, że jej stały i zaufany lekarz przebywa na urlopie. Trudno, poszła więc do innego pana doktora. O dziwo, kolejki nie było i od razu weszła do gabinetu. Po dokładnych oględzinach pracownik służby zdrowia zawołał z szelmowskim uśmiechem:
- Jest pani zdrowa jak rydz! Serce pracuje prawidłowo, w żołądku wszystko w porządku, garbu nie widzę... Po co pani tu w ogóle przyszła? - zapytał i mrugnął okiem - Mam wypisać zwolnienie? Ile pani chce?
- Ależ panie doktorze, jestem rencistką! Nie potrzebuję tego...
Lekarz oniemiał i zaczął zastanawiać się, kto takiej dał grupę inwalidzką. Spojrzał uważnie na Pelagię i uśmiechnął się. Tak. Piękną kobietą była. Sam by to zrobił. Kobieta, czując się głupio, przeprosiła przystojnego doktora...
- Przepraszam, panie doktorze, przyszłam tylko do kontroli. Skoro jestem już zdrowa, to sobie pójdę.
I wyszła z gabinetu, pozostawiając lekarza w stanie lekkiego zamyślenia, a może nawet rozmarzenia. Dlaczego jego żona nie jest taka urocza i milusia? Mógłby ją wtedy schrupać... Ech...
Zaraz potem, zastanawiając się, czy przypadkiem nie przeniosła się w czasie, poszła do sklepu mięsnego, aby kupić trochę wędlin. Znajoma ekspedientka zawsze zostawiała jej najlepsze kawałki. W sklepie mięsnym, jak w każdym, wisiały na ścianach pęta kiełbas, na półkach poukładane były konserwy, a na stole leżała siekiera. Na ladzie baraszkowały wesoło sympatyczne karaluchy, ale nikt się tym przejmował, bo i po co? Ekspedientka wyglądała normalnie. Nie była młodsza, lecz taka jak tydzień temu. Hipoteza o przesunięciu czasu legła w gruzach.
- Dzień dobry, pani Gieniu! - zawołała do ekspedientki ciekawa, czy ją rozpozna.
- Czy my się znamy? Ach tak! Pani jest pewnie Elwirką, córką Pelagii, o której tyle słyszałam! Cieszę się, że w końcu panią poznałam. Co słychać u mamy? Zdrowa?
- I to jeszcze jak!
W końcu wróciła do domu udając, że nie dostrzega facetów, którzy oglądali się za nią i gwizdali z podziwem. Także inne kobiety ciskały w nią zazdrosnymi spojrzeniami. Pierwsze napięcie minęło i z uczuciem radości zamknęła za sobą drzwi. Poczuła w powietrzu miłą woń rozchodzącą się z kuchni. Zanim do niej zerknęła, zadzwonił dzwonek u drzwi.
- Czyżby jakiś adorator?
- Nie, poczta. Proszę otworzyć.
Kobieta otwarła drzwi.
- Renta dla pani matki. Całkiem pokaźna sumka. Może pojechać na wakacje nawet dookoła świata.
- Przecież ją dostałam tydzień temu.
- Tutaj napisali, że to za ostatnie 30 lat z odsetkami. - powiedział listonosz, nie zauważywszy nawet słowa "dostałam" - Widać jakaś pomyłka i zaniżali wypłaty.
Pelagia podpisała odbiór pieniędzy i listonosz uśmiechnął się:
- Nie widzę na pani dłoni ślubnej obrączki. Jest pani wolna? Bo ja kawaler, więc...
- Tak, mąż umarł dwa lata temu, ale nie jestem zainteresowana.
I pospiesznie zamkneła drzwi, gdyż serce zabiło jej mocniej na wspomnienie zapachów z kuchni. Jej mąż był kiedyś kucharzem. Czyżby... Zajrzała szybko do kuchni, tak!
- Stefan, morda moja! To Ty? Przecież nie żyjesz!!!
- Nie żartuj tak nawet, kochanie! Przecież nie zmartwychwstałem! He, he... - zaśmiał się życzliwie sympatyczny grubasek w kucharskiej czapie. Mężczyzna, choć pięknie zaokrąglony, nie był stary. Pocałował ją miło w policzek i wrócił do pichcenia posi posiłku. Jeśli będzie tak smakowity jak zapach, to bomba!
Po popołudnowym obiedzie obejrzeli jakiś film, a później przez kilka godzin uprawiali namiętnie seks. Mąż był zdecydowanym mistrzem w tej dziedzinie. Zafundował jej prawdziwą ucztę kamasutry z wieloma szczytowaniami. W tle rozbrzmiewała piosenka wykonywana przez Maćka Starnawskiego, który jest jaki jest, pt. "Bo nie ma takich gór, których byś nie przeskoczył". Orgazmy spazmatycznie rozpalały rozkoszą jej ciało, a później wzięli wspólną kąpiel w wannie pełnej pieszczot.
Wieczorem przybyła z niespodziewaną wizytą córka z rodziną, której dawno nie widziała. Najwyraźniej los chciał, aby byli świadkami wielkiej radości jej męża. Po wielu latach obstawiania zakładów totolotka trafił szóstkę. Jakby tego było mało, nastąpiła dziewiętnastokrotna kumulacja nagrody pieniężnej!
- Świętowali sukces do późnych godzin nocnych i żyli długo, szczęśliwie, ponad 100 lat na złość ZUSowi i innym krwiopijcom okradających biednych, starych ludzi. A teraz dobranoc, skarbie. - powiedział siwy staruszek, siedząc na starym łóżku obok równie starej żony. Musnął ją przyjemnie wargami w policzek. Ta leżała z głową na poduszcze wpatrując się w niego z miłością. Uwielbiała bajki, które opowiadał jej mąż. Codziennie wymyślał nową.
Mężczyzna pomodlił się jeszcze w duchu, aby rząd nie zapomniał rewaloryzować rent i emerytur, zgasił światło i poszedł spać, przytulając się do żony, którą ciągle kochał... Mimo upływającej urody, mimo upływających lat...

=====

Dla Eli, aby czasem uwierzyła w marzenia.
02:51 / 12.12.2004
link
komentarz (8)
notka w starym stylu... i konwencji oklepanej.

Iznogud w wersji dla dorosłych - trailer

"Niesamowity kunszt słowa pisanego. Wybitne dzieło literackie na miarę najlepszych opowiadań Vangelisa i Jeana Michela Jarre'a. A nawet lepsze - uczeń przerósł mistrza." (prof. Jan Myodek)

"To jedno z tych niezwykłych, magicznych opowiadań, które niczego nie zmienia w życiu człowieka" (Joanna Darg)

"Erotyka, humor, marzenia i trudne tematy egzystencjalne ukazane w krzywym zwierciadle rzeczywistości. Niezwykła podróż do wnętrza urojonej wyobraźni autora." (Krzysztof Kiślowski)

"Jak nigdy dotąd, ukazano seksualną sferę życia naszej społeczności. W prosty sposób wyrażono ludzkie fascynacje ciałem, a także pięknem fizycznym, prymitywną zmysłowością i erotyczną naturalnością." (prof. Tadeusz Leń-Starewicz)

"Iznogud ma niezwykły dar hipnotyzowania słowem. Trudno oderwać się od jego opowiadań, które działają jak narkotyk. Przestałem już liczyć, ile razy je przeczytałem." (Juliusz Słowiacki)

O autorze:

Iznogud - zadebiutował 16 listopada 2002 roku pisząc pierwszą notkę na komercyjnym nlogu (iznogud.nlog.org), którego kontynuowanie omal nie doprowadziło do wielkiego sukcesu komercyjnego vortalu nlog.org. Po licznych prośbach wielbicieli zgodził się łaskawie stworzyć kolejnego hiciora, którego właśnie czytasz.
Nieuleczalny mitoman o wysokim ego. Ma ambicję trafić do "Encyklopedii PWN" jako największy grafoman w dziejach ludzkości. Jeżeli nie uda mu się tego planu wykonać tonami gniotów (choćby takich jak ta notka), wykupi PWN i wtedy problem zniknie. Ponadto zamierza założyc, na wzór fundacji Nobla, organizację własnego imienia, która przyzna mu pośmiertnie nagrodę za całokształt twórczości artystycznej.
Na jego koncie znajdują się także gazetki informacyjne o piłkarstwie lokalnym ("FORZA TREP"), w których zamieszczał oburzające i obraźliwe artykuły kierowane pod adresem władz miejskich. Nie ukrywa zresztą, iż jednym z jego życiowych celów jest zostanie burmistrzem czterotysięcznego miasteczka w powiecie garwolińskim.
Ów zarozumiały szelma uwielbia prowokacje i skandale, i z myślą o nich stworzy w najbliższych miesiącach serię notek tylko dla dorosłych. Liczy, że obrońcy moralności narobią wokół nich sporo szumu w mediach, potępią je w pewnym katolickim radiu o globalnym zasięgu i uczynią popularne.

=====

Iznogud i jego intymna sfera życia? Czego nie robi się dla najwspanialszych czytelników. Ach... chciałbym także _zagwarantować_, iż pierwsze z serii opowiadań ("Dzień niezwykłych zdarzeń") ukaże się do Świąt. Zamierzam także kontynuować "Zemstę...", a przerwa podziałała na dobre gdyż w chwili obecnej eksploduje pomysłami i szkoda tylko, że godzina tak późna bo skrobnąłbym coś sobie dodatkowo :-)
01:30 / 24.11.2004
link
komentarz (12)
http://iznogud.fotka.pl komercjalizuję się jak tylko skomercjalizować się można. A ja Ciebie wcale nie namawiam do głosowania ;-)

Ps. Zbirkos mi jednej fotki nie zaakceptował ;-) a tylko (aż?) dlatego, ze oczka moje skryte były.
01:57 / 04.11.2004
link
komentarz (16)
Ostatnio zapanowała jakaś dziwna moda na zamykanie, usuwanie, uprywatnianie swoich blogów/nlogów. Iznogud na emeryturze, bez dokończonych opowiadań? :->

Nie sądze. Sądze natomiast, że narazie kreatywnie się wypaliłem, w tej formie napewno. Wrócę wkrótce. Może jutro, może za pół roku...

Adios!
02:41 / 28.09.2004
link
komentarz (68)
"Zemsta rozwścieczonego Chwedora" - rozdział 1 "Ze śmiercią w oczach", część 4

- Nie wierz tabliczce, ma ona na celu tylko zniechęcić moich potencjalnych wybawców.
- A potrafisz rozmasować obolałe kości?
- Oczywiście!
- Dobra, ale jak się do Ciebie dostanę? Latać nie potrafię, a od strony drzwi jesteś pewnie dobrze pilnowana...
- Trzymaj! - z okienka wyleciał ogromny warkocz o ponad 11-metrowej długości. Frycuś osłupiał z wrażenia. Ktoś, komu udało się wyhodować tak długie włosy, musiał przebywać w tej wieży ze sto lat! Czy aby królewna na pewno jest jeszcze młoda i piękna?
- Wychyl no się! - zawołał roztropnie rycerz. - Niech ujrzę, kogo ratuję!
W oknie pojawiła się cud niewiasta o biuście, którego nie powstydziłaby się nawet Kasia Figura. Teraz zrozumiał, dlaczego taka fajna lalunia nie chciała jakiegoś stetryczałego polityka. Mogła swą urodą zmusić nawet najtwardszego męskiego szowinistę, aby przynosił jej w pysku gazetę.
- Dobra! Utnij warkocz i przywiąż mocno. Ja tymczasem spróbuję załatwić coś do przecięcia kraty...
Po 12 minutach rycerz powrócił z kupioną piłką do metalu i wkładając ją sobie za pas, zaczął wspinać się po warkoczu. Wspinaczka nie była łatwa, gdyż Frycuś miał lęk wysokości, ale dla takiej laski był w stanie dokonać cudu. Wyżej i wyżej, pokonał już z 2 metry i 78 centymetrów, gdy wtem stracił grunt pod nogami. Poleciał w dół! Przez moment całe jego życie śmignęło mu przed oczyma! Odniósł wrażenie, że kiedyś coś podobnego mu się przytrafiło. Nie mógł sobie przypomnieć kiedy. Najwyraźniej doznał "deja vu" i z tą błyskawiczną myślą poczuł, że wylądował na czymś miękkim i puszystym, jakby dopiero co wypranym w płynie do zmiękczania tkanin.
Frycuś sapnął, westchnął i kichnął. Po chwili, gdy upewnił się, że nie odniósł żadnych obrażeń a miękki pukiel, na którym leży, to warkocz, doznał szoku! Obok leżała głowa, która musiała oderwać się od karku królewny! Dlaczego ta głupia nie zrobiła tego, o co poprosił?! Dlaczego?!
Wtem z góry rozległ się dziecięcy śmiech, a następnie wzburzony męski głos:
- Ile razy mam ci powtarzać, Kingo (*), abyś nie nabierała podróżnych! I nie garb się tak, kiedy do ciebie mówię!
Był to głos samego króla Grudka, który wpadł do celi na wieży, aby zainterweniować. Dopiero teraz Frycuś, podnosząc się, zdał sobie sprawę, że od chwili wjazdu do Krakowa nie dostrzegł ani jednego rycerza. Czyżby królewna wszystkich nabrała, a ci, urażeni, odeszli? W każdym razie Frycusiowi zrobiło się smutno. Dwa nieszczęścia tego samego dnia to za wiele jak na jego zszarpane nerwy.
Tymczasem król Grudek zbliżył się do okiennej kraty...
- Spójrzmy na twą ofiarę. Ależ to... to...
- Totolotek? - podpowiedziała królewna.
- Ale się nabrałem! - rzekł do siebie rycerz zorientowawszy się, że to, co wziął ze sex-królewnę, było zwykłą kukłą poruszaną przez rozwydrzonego bachora. Dopiero teraz, z bliska, widać było niedoskonałości na jej twarzy, jakże zdziwionej twarzy. Kukła ta wykonana była ze sztucznego tworzywa, ręce miała dosyć niekształtne, a na plecach napis "PAM-ELA", co oznaczałoby, iż produkowana była na skalę masową. Aby się odreagować, Frycuś postanowił ją kopnąć, a ta, niczym piłka, poszybowała 331 centymetrów w kierunku południowo-wschodnim.
- Haaalo! Mości rycerzu!... - zawołał z wieży krół, usiłując zwrócić na siebie uwagę, ale rycerz nie chciał go słuchać. Warknął tylko:
- Ugryź się w nos! Albo dwa!!! Nie chcę mieć z wami nic wspólnego!
Przyglądając się wypadkom koń Wesoły Witosław zauważył smutek swego pana i próbował go pocieszyć, gdyż ten wdrapał się na jego grzbiet.
- Nie płacz, bo ci szkła zaparują!
- Jak mam nie płakać, jak mnie nikt nie lubi. Wszyscy sobie tylko drwią ze mnie, z mojego wzrostu, mojego nosa, chlip... Ruszaj, Wesoły Witosławie, opuścmy to wredne miejsce pełne wrednych wielmożów.
- Dobrze. Jak szybko?
- Wystarczy 40 kilometrów na godzinę, mój wierny rumaku. Chlip... Udamy się w kierunku połuniowo-zachodnim ku zunifikowanym państwom Wolnych Czech i Powolnych Czech. Kto wie, może znajdziemy tam jakąś cud-klacz dla Ciebie, jakąś **-****** [po dłuższym namyśle CENZURA ;-) - przyp. izn.]
I tak odjechali ku zachodzącemu słońcu nucąc wspólnie hit elitarnych potańcówek "I ja i ja hi, i ja i ja hu*"

cdn(aturalnie)n.

(*) Kinga - wł. Kinga Piotrecka. Córka Grudka XIII z nieprawego łoża. Znana śpiewaczka operowa, leureatka wielu konkursów krajowych i zagranicznych. W wieku 30 lat wyszła za Dratewkę IV, z którym doczekała się pięcioro dzieci. Wybrańca swego poznała w kawiarni i z miejsca się w sobie zakochali, a ich wielka miłość opiewana była przez poetów, pisarzy, historyków i pewnego pseudo dziennikarza-gryzipiórka.

=====

Pragnąłbym zdementować plotkę, jakobym następną notkę miał wstawić dopiero po napisaniu przez Was, "Szanowni Czytacze", 25 komentarzy. Dalsza częśc tej frapującej powieści pojawi się po napisaniu 26 komentarzy, z czego 20 musi mieć unikalnego identa. ;-) Pomyślicie, już mu sodówka odbiła? Może i tak, ale potraktujmy to jako pewien rodzaj symbiozy. Ja nie mogę żyć bez Was i Waszych komentarzy, a czy Wy możecie żyć beze mnie? ;-) Kurdelek serdelek, nlog interaktywny? ;-)

45 godzin nastolactwa mi pozostało, aż szkoda iść spać.
14:57 / 21.09.2004
link
komentarz (21)
"Zemsta rozwścieczonego Chwedora" - rozdział 1 "Ze śmiercią w oczach", część 3

Rycerz pomyślał, że coś w tym musi być, bo faktycznie, w Krakowie panuje jakaś epidemia ślepoty, której ofiarą być może padł osobiście. Frycuś wiedział tylko tyle, że obudził się dziś rano i nie był w stanie niczego rozpoznać, za wyjątkiem swego konia, który gwizdał przez sen "Don't go fast" Vanilia Ninja.
W ogóle sam Frycuś był niewysokim knypkiem o ciemnych włosach, bulwiastym nosie i krzaczastych brwiach, ale pozorną niezgrabność wynagradzała mu niesamowita odporność na wszelkie choróbska, za wyjątkiem kataru, hardość ducha i podejmowanie szybkich decyzji w kryzysowych sytuacjach. Zwłaszcza o szybkiej ucieczce przed nachalnymi żebrakami, pseudokibicami i różnymi bandziorami.
Grajek zbliżył się i rycerz zapytał go:
- Czołem! Przepraszam, że przerwę na chwilę twą pracę... Czy to prawda z tą wiedźmą, o której śpiewasz?
- Jasne! Jakem grajek słynny Mojtek Wosior, takem mówię, iż to prawda najprawdziwsza. Spójrz dookoła! Król Grudek (*) wyznaczył nawet nagrodę dla tego, kto przywróci nam wzrok. Stąd ten zjazd. - tu uliczny trubadur machnął dłonią w kierunku opisanego już transparentu.
- A gdzie jest teraz ta czarownica?
- Któż ją tam wie. Mamy jedną małą wiedźmę i to nam wystarczy! Pytaj pan na Wawelu, są lepiej poinformowani. Ludzie! ludzie! Już dziś premiera - i śpiewak Wosior, wystepujący często pod pseudonimem artystycznym "Pisior", wrócił do swego repertuaru plimkając od niechcenia na instrumencie. W samą porę, bo akurat wrócił pracownik "Corvitaminy" z resztą.
Jakieś 27 minut później, rycerz Frycuś na swym wspaniałym rumaku anal-fabecie, dotarł do wrót Wawelu. Tuż przed bramą zauważył trzy tabliczki wbite w trawnik. Pierwszy napis głosił, aby "Szanować zieleń", drugi pobrzmiewał delikatną nutką patriotyzmu, gdyż twierdził, że "Najlepszy Wawel tylko w Krakowie", a trzeci ostrzegał - "Uwaga! Złośliwa królewna". Tuż nad nimi unosiła się wieża o wysokości, którą Frycuś wstępnie ocenił na jakieś 10 metrów i 11 centymetrów, plus minus 8 milimetrów. Rycerz zwolnił, aby wjechać do siedziby króla majestatycznie, gdyż sapiący koń z wyciągniętym jęzorem mógł nie zrobić odpowiednio dobrego wrażenia. Wtem do uszu konia i jego właściciela dotarł jakiś głos. Początkowo obaj pomyśleli, że to głos boskiego Patryka, twórcy tego świata, którego, jak głosiła obowiązująca religia, pełne imię było utajnione i znali je tylko najwyżsi rangą kapłani boga Patryka. Piskliwa, dziewczęca barwa głosu wyprowadziła ich jednak z chwilowego osłupienia. Frycuś odruchowo spojrzał w stronę umieszczonego na samym szczycie wieży okienka.
- Och, piękny rycerzu! Pomóż mi sie stąd wydostać. Jaka ja jestem nieszczęśliwa! Ucieknijmy stąd razem, buhuuu... - zapłakał głos.
- Wybacz, czytałem tabliczkę! Nie dam się nabrać! - Frycuś wyczuł, że to chyba ta złośliwa królewna próbuje robić sobie z niego żarty, bo zdawał sobie sprawę, że nie jest urodziwy. Zresztą, królewna nie była w stanie ocenić jego uroku osobistego z wysokości prawie 9 metrów. Chyba, że miała lornetkę.
- Ta tabliczka, - wyjaśnił głos - to robota mojego ojca, złego i okrutnego króla, który uwięził mnie tu, bo nie chciałam wyjść za Leszka Balcerbauma (**), jego ministra ds. sabotażów gospodarczych!
Frycus słyszał już coś o finansowych pomysłach Leszka Balcerbauma, na które psioczyło całe społeczeństwo, więc doszedł do wniosku, że coś w tym musi być. Zwłaszcza, że królewna nie ukrywała, że właśnie o niej mówi ta tabliczka. Rycerz postanowił zsiąść z konia, ale jak zwykle nie dosięgnął nogą do ziemi i fiknął z odgłosem, jaki wydaje zbroja przy kontakcie z kostką brukową. Po chwili próbował rozmasować obolałe miejsce w okolicy kości ogonowej. Tymczasem królewna kontynuowała swój słowotok.

=====

Ale o czym królewna mówiła i kim w ogóle była? Czy Frycuś jej pomógł? Co z tym wspólnego miała Kasia Figura? Ciekawość swą zaspokoić możecie jedynie na łamach nloga tego, mego jedynego, czasem niebylejakiego. Niech żyje przygoda! Jeszcze we wrześniu, tylko tutaj!

=====

* Grudek XIII - wł. Grudzisław Piotrecki (pseudonim królewski otrzymał z urzędu). Dzieciństwo spędził w Królestwie Świętokrzyskim. Nauki pobierał w odległej Wielkopolskiej Republice Demokratycznej. Król Wiślanii panujący w latach 1387-1395 trzeciej ery. Obalony przez podwładnych. Po ucieczce z Krakowa został zamordowany przez swych wierzycieli u których szukał pomocy.

** Balcerbaum Leszek - wpływowy lichwiarz żydowskiego pochodzenia. Dzieki zaciągniętym przez króla Grudka XIII pożyczkom, okręcił sobie władcę wokół paluszka. W zamian za umorzenie części długów, zgodził się zostać ministrem ds. sabotażów gospodarczych. Po obaleniu Grudka XIII wyemigrował do Gruzji, gdzie zdobył fortunę na świadczeniu wysokooprocentowanych kredytów. W 1412 r. trzeciej ery wyjechał do Żydii Izraelskiej, skuszony intratnym interesem wydobycia węgla spod piasków pustyni, w wyniku czego stracił całą fortunę. Do śmierci zarabiał na życie czyszcząc toalety na stacji paszowielbłądzkiej w okolicach Bagdadu. Nic nie wiadomo na temat jego rodziny.
21:47 / 05.09.2004
link
komentarz (22)
"Zemsta rozwścieczonego Chwedora" - rozdział 1 "Ze śmiercią w oczach", część 2

Po dotarciu do grodu, rycerz Frycuś (*) usłyszał gwar miejskiego życia. Tłumu było co niemiara, dzieci pętały się pod nogami biegając we wszystkich kierunkach naraz, a przekupki przekrzykiwały się zachęcając do robienia zakupów. Co dziwniejsze, często słychać było najrozmaitsze hasła zachęcające do nabywania okularów. W tym właśnie celu Frycuś przybył przecież do Krakowa. Rycerz wsłuchał się w nawoływania, aby wybrać w miarę korzystną ofertę...
- Zapraszam do mnie, okulary witrażowe na miarę Picassa, jak malowane!
- Nowość! Okulary w kształcie obwarzanków, tandemów i klasyczne! A przy zakupie dziesięciu par - jedenaste gratis!
- Używane okulary na wagę! Po co przepłacać, po co ryzykować zakup nowych, skoro stare są już wypróbowane!
- To chyba jakieś nienormalne miasto! Wszyscy są tu stuknięci! - warknął pod nosem zdezorientowany Frycuś i skierował się ku poruszającej się plamie.
Tą poruszającą się plamą był słynny krakowski mistrz szewskiego rzemiosła, pochodzący jednak (o zgrozo!) z warszawskiego Gocławia - Mierzej Adziejewski (**), ale Frycusia to nie interesowało, bo było mu zupełnie obojętne, kto udzieli rady.
- Najmocniej pana/panią przepraszam, czy mógłby pan/pani skierować mnie do najbliższego optyka?
- Ależ oczywiście, to żaden problem! - zawołał rozbawiony szewc, który miał już nieźle po trzydziestce. - Naprzeciwko jest "Corvitamina", gdzie najlepsi rosyjscy specjaliści mogą laserowo skorygować wzrok, ablo sprzedać okulary. A w ramach promocji zaśpiewają "Ja saszła z muła" lub zatańczą "Kazaczoka". Przynajmniej tak reklamują się w gazecie "Panorama Pragmatyka".
- Dzięki. No, mój koniu Wesoły Witosławie, - zwrócił się do wierzchowca, zawróć o 180 stopni i zrób z piętnaście kroków.
- Dobra, da się zrobić. - odrzekł koń. - Czy mam uczynić coś jeszcze? Może prychnąć w tonacji C-dur?
- To zbyteczne. Zatrzymaj sie przy tej całej "Corvitaminie"...
- Przecież wiesz, że nie potrafię czytać.
- Nie przypominaj mi wciąż, że jestem posiadaczem jedynego konia anal-fabety w tej okolicy! Wrrr...
Koń zawrócił. Faktycznie, naprzeciwko był stragan i jakiś śmiesznie wyglądający gościu, który miał na głowie dziwaczną, futrzaną czapę - w środku lata? - i równie śmiesznie zaciągał wymawiając słowa.
- Sjerdecznie pana zaprjaszam! Czym mogu ja wam służić?
- Chłopie, kjepsko widzę, potrzebuję dobrych okuljarów i w miaru niedrogich - próbował dopasować się językowo Frycuś.
- Pan pozwoli, że zbadam panu wzrok.
- Kompjuterowo?
- Niet, normalnie. Widzi pan etu kijek?
- Jaki kijek?
- A planszu z bukwami?
- Ma pan na myśli ten biały prostokąt? No chyba...
- Którą linijkę litjer pan jest w stanie odczytać?
- To są jakieś litery? Widzę tylko cyfrę 3.
- To nie "trzy", tylko rosyjskie "zet", ale możjet być! Uwzględniając odljegłość od planszu, powinien pan nosić szkła minus 10,5 djoptrii. Proszu chwileczku zaczekać, wybioru panu jakieś ramki pod kolor zbroi, bo pan nie jest chyba w stanie...
Po jakichś piętnastu minutach, najlepszy rosyjski specjalista "Corvitaminy" wyszedł z zaplecza żądając 10 debilarów i 50 kretynarów. Akurat Frycuś tyle przy sobie miał, więc rzucił sprzedawcy sakiewkę oczekując reszty.
- Nie ma pan drjobniejszych? Tolko 20 debilarów? Pan tu poczekać, ja muszę rozmienić...
Rycerz zaczekał, bo cóż miałby zrobić innego? Włożył okulary i oniemiał. Cały świat na chwilę zawirował, a następnie wyostrzył się tak mocno, że dostrzegł godzinę na zegarze Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. A może mu się tylko tak wydawało? Kolejną rzeczą, która rzuciła mu się w oczy, to barwne szyldy i reklamy, które były dosłownie wszędzie! Nad ulicą wisiał szeroki transparent informujący, że w Krakowie odbywa się VII Zjazd Okulistyczny pod hasłem "Sięgaj tam, gdzie wzrok nie sięga". Tuż obok dostrzegł tabliczkę informującą, iż w bramie oferują "Szkła kontaktowe w jedną godzinę" i że "Realizują recepty Wiślackiej Regionalnej Kasy Chorych". Podobnych napisów było na pączki i wyjątek stanowiła informacja Akademii Sztukniętych o prowadzonym przez nią naborze na "studia zaOczne". Samo słowo "zaoczne", nie wiedzieć czemu, napisano z dużą literą "O".
Wtem, spośród ulicznego gwaru wywołanego przez tłum, w którym Krakowian od przyjezdnych mozna było odróżnić na pierwszy rzut oka po tym, że ci pierwsi nosili okulary, zaczął przebijać się osobliwy śpiew o czystej czystości i barwnej barwności... Szkoda tylko, że słowa pieśni zupełnie się nie rymowały, a pięknie śpiewający spiewak wspomagał się źle nastrojoną harfą, której dźwięki miały chyba na celu tylko zwrócenie na niego uwagi. Śpiewak coś tam śpiewał o premierze opartego na faktach autentycznych spektaklu "Okularyzacja" Wita Stwosza, w której zagra plejada znakomitych gwiazd krakowskiej estrady, a sama sztuka, na którą zaprasza Teatr Opcja na ulicy Optyków 44, opowiada o czarownicy, która rzuciła urok na bezbronnych obywateli, którzy odtąd stracili wzrok, który przecież każdemu potrzebny jest. Nagłośnienie ma być rewelacyjne, oświetlenie oszałamiające, a cena biletów przystępna, nie wspominając o wyśmienitych koreczkach śledziowych dla każdego... Po wyśpiewaniu tego wszystkiego, uliczny artysta zaczął maglować temat od nowa.

cdn(iewątpliwie)n.


* Frycuś - wł. Frycław Łukaszanowicz. Mityczna postać kojarzona z odrodzeniem polskiej państwowości. Do dziś nie ustalono w jakim zakresie przyczynił się do obalenia Lorda Piotra XIII z odległego terytorium Bujnej Ukrainy oraz Bitnej Białorusi i co się z nim stało po 1395 r. trzeciej ery. Jedynym ocalałym dowodem na jego istnienie jest wpis w Bibliotece Miejskiej w Żelechowie (wł. Zyelyechowie). Z kartoteki wynika, że czytał powieści detektywistyczne oraz czasopismo "Filipinka".

** Mierzej Adziejewski - znany krakowski szewc-filozof, który przeszedł do historii epokowym traktatem "O wyższości sandałów nad trampkami". Znany także ze słynnego dylematu: "Czy podeszwy butów zużywają się szybciej, gdy zrobi się jeden duży krok, czy kilka malutkich?"

=====

Ufff... dziękuję serdecznie i proszę o jak najwięcej (nie)obiektywnych komentarzy. Dziś podwójna dawka iznoguda. Na ciąg dalszy jakże frapującej historii przyjdzie Wam, młode dziewczęta i jurni chłopcy, poczekać do wrzesnia dnia dziewiętnastego. Heyah!
02:44 / 05.09.2004
link
komentarz (10)
"Zemsta rozwścieczonego Chwedora" - rozdział 1 "Ze śmiercią w oczach", część 1

Dokładnie o godzinie 10.12, całkiem sympatyczny smok Domel, pasąc się na podkrakowskiej łące, zakończył drapać owieczkę za uchem. Uważał, że pożywienie jest zdrowsze dla jego gadziej diety, jeśli jest radosne i optymistycznie nastawione do życia.
Owieczka rozkosznie beknęła i nie przeczuwając, co ją może za chwilę spotkać, pozwoliła Domelowi unieść się ku oczom, aby ten mogl ocenić, czy nadaje się do spożycia. Owieczka polizała smoka po nosie, ktory zaśmiał się, bo jest wrażliwy na łaskotki. Stwierdził, że śniadanko emituje już wystarczającą ilość pozytywnych wibracji i można je przekąsić. Otwarł więc paszczę, aby rozpocząć ucztę, gdy wtem usłyszał tętent końskich kopyt.
Zdenerwowało to strasznie Domela bo dostrzegł, że na wprost niego galopuje rycerz z wycelowaną kopią i bynajmniej nie była to kserokopia, lecz jak najbardziej kojarzona z rycerskimi turniejami broń. Smok poczuł, jak żołądek podchodzi mu pod gardło, a serce zabiło mocniej. Pewnie wypuściłby zwierzę, biorąc nogi za pas, gdyby rycerz silnym szarpnięciem nie pociągnął za uzdę, a koń gwałtownie nie zahamował.
Na twarz smoka prysło piaskiem i kępką trawy.
- Przepraszam bardzo, - zapytał rycerz - którędy do Krakowa?
- Coś pan, z konia spadł? Przecież brama grodu jest za moimi plecami - fuknął poirytowany smok. - Żarty sobie pan stroisz?
- Ależ skąd! Po prostu od 2 godzin i 14 minut bardzo słabo widzę, i boję się, że oślepnę... Nie wiem, jak to się stało i czy jest chwilowe, ale muszę iść do okulisty. Pana na przykład widzę tylko jako rozmazaną, ogromną plamę. Jest pan olbrzymem?
- Powiedzmy... - odrzekł zamyślony Domel i następnie życzliwie wskazał łapą bramę.
Koń ruszył z piskiem kopyt dziwiąc się, że jego pan zapytał o drogę obcego, zamiast zawierzyć jego wiernym oczom.
Z kolei smok zastanowił się, kto takiemu dał prawo jazdy. Pytanie było czysto merytoryczne i po chwili odgryzł owcy głowę, i zaczął ją ostrożnie żuć. Miał nadzieję, że tym razem rogi nie wejdą mu między zęby. Bardzo tego nie lubił...

=====

To co powyższe potraktujcie jako trailer nowej serii literackiej na łamach nloga iznoguda. Nie będe zachwalał bo i tak wiem, że wiecie, że będzie odlotowo. Mam już gotowy materiał na pięć kolejnych notek, ale swoim dziwnym zwyczajem potrzymam Was w zniecierpliwnieniu i nie pozwolę cieszyć się całością. Jeśli chodzi o częstotliwość, nie powinno być źle, ale obiecać niczego nie mogę. Pragnę także donieść, że "Rozmowy w zmroku" zostały zawieszone na czas nieokreślony. Napewno też nie przeczytacie pięciu ich części. Powodem jest brak kreatywnych pomysłów ze strony iznoguda. Autor myśli nad napisaniem "Rozmowy w zmroku - epilog", ale to także w nieskonkretyzowanym czasie najbliższym.

=====

Chciałbym zaprzeczyć pogłoskom, że wszystko jest bez sensu. Jak tak dalej pójdzie to, kto wie, może kiedyś zostanę izgudem. Iznogud :-)