falka // odwiedzony 11083 razy // [pi_the_movie szablon nlog7 v01f beta] // n-log home
pokaż: ostatnie 20 | wszystkie z tego miesiąca! (0 sztuk) | wszystkie (23 sztuk)
09:58 / 10.06.2014
link
komentarz (0)



Jak opisać gorycz...



Kolejne klapki w mózgu zamykają się.

W przeciągu lat rzeczy nie stają się bardziej materialne, raczej na odwrót.

W końcu stałam się niezależna, o tym zawsze marzyłam, ale nikt nie usłyszy mojego krzyku, nikt nie zareaguje.

Najbardziej samotne uczucie na świecie.

Każdy tak naprawdę dba tylko o siebie.

Na czele ze mną.

Jestem dobra, dopóki płacę.

Nie masz waluty- wypierdalaj.


Jedyne, czego się nauczyłam - nie oddawać siebie za nic, w ogóle nic z siebie nie dawać.

I tylko obręcz na szyi zaciska się, od ostatniej zimy, walki z wiatrem i deszczem i z własnym ciałem i ze zmęczeniem, czasami na trochę zwalnia ucisk i mogę oddychać, mogę przypomnieć sobie życie bez obręczy...

Co się dzieje z człowiekiem, który tak naprawdę nie ma żadnych problemów?

Dlaczego mając mnóstwo czasu i pełny żołądek, nie potrafię tworzyć niczego?

Dlaczego wygodnie jest nie robić nic? I wypuszczać nitki z rąk, pozwalać się wymykać, puszczać się wszystkiego, poprzestawać na niczym, pozwalać pustce się wemknąć i cicho spustoszyć, zanim się obejrzysz, życie wydaje się bardziej popaprane i absurdalne i bezsensowne niż śmierć...






09:48 / 10.06.2014
link
komentarz (0)


Niesamowite, rzeczy, do których człowiek przywyka...

Ile jest w stanie znieść...

A ja, jak chcę się już wypisać stąd.

Dość walki.

Teraz, kiedy jestem silniejsza niż kiedykolwiek



--------------------------------------------------------------------
01:15 / 27.05.2011
link
komentarz (0)
I znowuż jestem...
Miało mnie nie być trzy dni, nie było pięć, ale tak naprawdę to byłam tylko udawałam, że mnie nie ma...
A może mnie wcale nie ma?



Opowiadanko na dzisiaj za to jak naj bardziej jest.




Skąd ta pewność, że Maria- rzekomo matka Boga- pozostała dziewicą do końca swych dni? Skąd wiadomo, że do śmierci pozostała czysta jak lód? Jak to możliwe? Przecież nie mogła być matką i jednocześnie dziewicą! A jeśli tak, to co czuła, gdy główka dziecka przebiła cienką błonkę dziewictwa?


...


„Pewnie wiele musiała przejść”- mówią o tej miłej staruszce siostry miłosierdzia. Przemiła starsza pani- całymi dniami siedzi w swoim ulubionym fotelu i milcząc, z cieniem uśmiechu godnym Giocondy na ustach- patrzy poprzez okna, poprzez ściany – w dal, błądząc po sobie tylko znanych miejscach. „Biedna kobieta”- myśli o niej każdy. Kiedyś musiała być piękna jak anioł. Starzała się spokojnie, łagodnie. Nie szalała od rozsypującego się ciała i marszczącej się twarzy w prześmiewczym procesie kopiowania komórek na nowo i na nowo, aż kopia z kopii staje się kopią nicości... Tak, musiała być piękna- to nie ulega wątpliwości. Natomiast nikt nie chciał uwierzyć w jej historie o cudownym dziecku, jej jedynym synu- tak twierdziła- więc na zawsze zamilkła. Ale niewiara otoczenia była tylko jednym z wielu powodów milczenia. Jej syn bluźnił- dlatego go zabito. A teraz ona opowiada niestworzone historie, jakoby go wybrał sam Bóg- dlatego zamknęli ją w wariatkowie... Tak mówiła rodzina...


...


Lubi wygrzewać się w sennym, jesiennym słońcu. Wodzi oczami za spadającymi liśćmi z niewzruszonym spokojem. Jest wprost uwielbiana przez siostry szpitalne. Od lat nie widać w jej stanie ani pogorszenia, ani poprawy, tak, jakby czas się dla niej zatrzymał. Zostawiono ją w spokoju. Spędzała całe dnie w ciszy i słońcu, posłusznie spełniając polecenia lekarzy. Widocznie tu jej dobrze. Każdy grzesznik z przeżartym przez robaki sumieniem mógłby jej zazdrościć takiej starości. Zupełnie, jakby nie zagrażała jej śmierć, tylko oświecała życie. Jakby powoli, na oczach wszystkich, przechodziła do światła.
Robiła wrażenie osoby rozumnej- nigdy nie miała ataków szału ani napadów melancholii. Niektórzy z pracowników prowincjonalnego szpitaliku myśleli, że znalazła się tu przez pomyłkę, że rodzina nie chciała się nią opiekować, więc umieściła ją w pierwszym lepszym miejscu, gdzie można było się jej pozbyć. Nie złamało jej to. Można powiedzieć, że popadła w łagodną odmianę katatonii- do rany przyłóż takiego katatonika! Jej balsamiczne usposobienie i głębokie spojrzenie niczym z obrazu La Tour’a wlewało spokój w duszę każdego rozmówcy (jeśli ktoś chciał porozmawiać, a raczej wygadać się przed niemową.) Nawet prawdziwi wariaci uspokajali się na sam jej widok.
Kiedyś ciągle śpiewała kołysankę- tę samą, przy której zasypiał podobno jej syn- „Lulajże Jezuniu, moja perełko...” Lekarze psychiatrzy podejrzewali, że to ból po zgonie syna. Straciła dziecko. I oszalała. A jednak jej stan był daleki od szaleństwa. Lekarze przyznali, że jeszcze nie spotkali się z takim przypadkiem. Była pokorna i cicha- nigdy nie było konieczności zamykania jej w izolatce ani zaszywania w kaftan bezpieczeństwa. Obawiano się, że przebywanie wśród pacjentów, którzy są w o wiele gorszym stanie, może jej zaszkodzić, lecz do niej jakby nic nie docierało. Robiła to, co jej kazano, co wydawało się dobre dla niej; nigdy jednak ani żadna z sióstr, ani przełożona, ani lekarze nie usłyszeli ani słowa skargi, ani krzyku, ani westchnienia nawet z jej ust. Tak było od lat, od momentu, kiedy jeden z pacjentów, usłyszawszy, co zrobili z jej dzieckiem, próbował zrobić to samo z innym pacjentem. O takie staruszki modlił się każdy psychiatra ze szpitala pod Nazaretem.


...


Historia cudów, jakie podobno wyprawiał jej syn, została starannie opisana i udokumentowana- tworząc uzupełnienie ewangelii szpitalnej kartoteki pełnej bluźnierstw. Podobno chodził po wodzie. Lekarze podejrzewali, że to była halucynacja. Jej ulubionym zajęciem od lat było haftowanie, sama szyła także swoje niesamowite, powłóczyste suknie. Długie sploty perłowosiwych włosów przykrywała chustą, nawet w gorące dni. Nie przeszkadzano jej nosić tego, co chce, skoro nie sprawiała kłopotów.
Opowiadała, jak szyła ubranie dla swojego syna- z materiału, który w świetle słońca wydawał się śnieżnobiały, a przy poświacie księżyca lśnił w załamaniach wszystkimi barwami tęczy. „ A oni podarli i podzielili między siebie szaty mojego syna...” – skarżyła się. „Ukrzyżowali go, ale on żyje i mówi do mnie w snach, a wczoraj wieczorem widziałam go w sadzie w Ogrodzie Oliwnym...”

Nie bała się śmierci- wiedziała, że pewnego dnia dołączy do niego. Ta myśl napawała ją niezniszczalnym spokojem.

Byłaby doskonałą babcią, gdyby miała potomstwo- twierdziły siostry, ale nie przyprowadzały do niej dzieci, obawiając się, że ich widok obudzi w niej wspomnienia. Twierdziła, że widziała śmierć swego syna, kiedy był już dorosły- ale pewnie coś jej się pomieszało. To niemowlę umierało na krzyżu, kwiląc żałośnie i cicho. A ona stała pod drzewem bólu i tylko patrzyła. A syn jej, gdy mówił: „Oto matka twoja” do jednego ze swych towarzyszy, miał na myśli to, że każda kobieta na świecie, która jest i będzie matką, będzie cierpiała widząc cierpienie swego dziecka, a które jest nieuniknione i wiadome już w chwili narodzenia, tak, jak narodziny srebrnych lisów w klatkach, narodziny synów i córek niewolników, narodziny dziecka w obozie koncentracyjnym. I nie ominie to żadnej z nich. Każda matka stoi pod krzyżem swojego dziecka. Ból mężczyzn nie jest tak wielki- pasożyt nie pił ich krwi, nie żywił się tym, czym oni, nie rozrywał ciała, nie pił mleka z ludzkich wymion. To mężczyźni powinni rodzić dzieci, skoro są tak silni i odważni...

„Twój syn, jeśli istniał, miał świętą rację”- powiedziała do niej pewnego dnia stara siostra, która od lat zajmowała się Marią. „Nie wierzę, że jesteś dziewicą, ale wierzę w twój ból. Dziś widziałam, jak moje dziecko umarło.”

Stara pielęgniarka miała mnóstwo dzieci. Sama pochodziła z biednej, wielodzietnej rodziny i szczerze współczuła osamotnionej Marii. „Teraz wiem, co to za cierpienie, choć straciłam tylko jedno z wielu dzieci, podczas gdy ty straciłaś jedyne”- mówiła. „Tak, jakby umierała jakaś część ciebie, ręka albo noga, a ty patrzysz, jak więdnie i nic nie możesz zrobić. Jak w koszmarach.” Najmłodsza córeczka siostry Magdaleny zachorowała na zapalenie opon mózgowych. Pochowano ją w stroju komunijnym. Matka przez wiele dni czuwała przy łóżku córeczki i patrzyła, jak mała pomału blednie. W końcu mała nie obudziła się już z gorączki. Jej czoło ostygło- na zawsze, a matka tylko zamknęła usteczka.
„Mój syn jednak był dorosły i wiedział, co robi, gdy umierał”- powiedziała nagle Maria. „A twoje dziecko zmarło w nieświadomości.”



...



Wkrótce przyszedł czas i na nią. Równie niekłopotliwie jak żyła, tak zeszła do Hadesu pewnego słonecznego, ciepłego dnia, a jej śmierci towarzyszył śpiew słowików za oknami szpitalnej kaplicy. Przez wszystkie te lata, które spędziła w szpitalu dla nerwowo chorych, nikt jej nie odwiedził. Jedyną jej przyjaciółką i towarzyszką milczenia była stara szpitalna siostra, która teraz trzymała jej dłoń, powoli jaśniejącą od odpływu krwi. Nigdy nie dotarła do tajemnicy tej starej pacjentki, która czuła się tu jak w troskliwym domu spokojnej starości, a nie w szpitalu wariatów, którego każdy zdrowy człowiek się bał. Upał i zieleń wnikały do białych murów kościółka przez otwarte na oścież okna. Spod powieki Marii spłynęła jedna łza, jedyna, którą uroniła w swym życiu- u jego końca, ale siostrze wydawało się, że Maria płacze raczej z radości... W dłoni starej siostry zmieniła się w mały, cudowny diament i wtedy uwierzyła, że była to istota nadprzyrodzona.
Spełniła swą powinność. Urodziła dziecko i ukochała je, a teraz odchodzi- nie ma już nic do zrobienia.
Siostra nikomu nie powiedziała o tym, co widziała. Zaciskała w dłoni skarb, odprowadzając wzrokiem trumnę z ciałem Marii. Nikt nigdy nie rozwikłał jej zagadki. A to był prosta tajemnica życia i macierzyństwa- przekazywania genów w wiecznym szeregu pokoleń. Gdy Marię pochłonęła ciepła, żyzna ziemia, siostra kazała oprawić diament w srebro i odtąd nosiła na piersi, pod ubraniem ten talizman- jako jedyny świadek cudu narodzin Boga. Człowieka?




21. 09. 2001



09:53 / 21.05.2011
link
komentarz (0)







Nie będzie mnie trzy dni...
W ciągu tych trzech dni dużo może się zmienić.








01:29 / 21.05.2011
link
komentarz (0)
Opowiadanko na dzisiaj
Litania bólu






Kot nie je mi z ręki: je mi z ust.
Bierze pożywienie ostrymi kłami prosto z moich warg i wtedy czuję ciepło i zapach kociego oddechu.
Z ust do ust podawana martwa mysz...

Nie cofnę ręki przed ogniem, dopóki się nie sparzę: wtedy dopiero uwierzę, że to naprawdę ogień.
Tylko ból przekonuje mnie o prawdziwości rzeczy.
Tylko ból nie znika szybko i bezpowrotnie.
Tylko ból nie jest złudzeniem.
W każdej minucie mojego życia, osieroconego i opustoszałego przez śmierć, oddycham bólem, wchłaniam ból i rozsiewam wokół siebie jak światło.
W każdej chwili karmię się bólem, tylko ból czuję cały czas, tylko ból przebija się przez inne uczucia i dusi je, tylko ból jest ważny.
Tylko ból jest sygnałem życia.
Gdybym go nie odczuwała, byłabym martwa.
Rzeczy nie odczuwają bólu, bo są martwe.
Tylko bólem kształtowana i formowana jest ludzka i boska dusza, tak, jak ogniem żelazo.
Tylko dzięki niemu może się wytopić z brudu.
A ja, dopóki pamiętam ból, wiem, co to życie.
Wraz z życiem zaczął się i skończy mój ból wraz ze śmiercią.
Z bólem w parze, pod ręką, idzie życie i tylko w nim się zawiera.
Bólem przepełnione są moje dni.
Mogę o nim na chwilę zapomnieć, ale nie mogę się go wyrzec, pozbyć na zawsze, wykorzenić.
Nie przetnę złotej żyły bólu zwykłym scyzorykiem.
Do tego potrzebny jest dwuręczny miecz śmierci.
Tylko ból jest wolny od zapomnienia.
Jest nieodłącznym towarzyszem ciemności i światłości.
Nawet Bóg wie, co to ból.
Ból jest życiem.
Nasze życie odczuwane i realizowane jest poprzez ból i kosztem ogromnego bólu.
Ból to korzenie życia i życiodajne źródła poznania.
Każdy z nas musi przejść przez ogniste wrota bólu by żyć i stać się człowiekiem.

Uciekanie przed bólem przypomina próby tkania płaszcza z kruchych jesiennych liści.
Każdy z nas musi przyjąć swój ból tak jak matka przyjmuje nowo narodzone dziecko.

Z bólu pochodzimy, w bólach się rodzimy, w bólu żyjemy i z bólem umieramy.
Brak bólu to brak duszy.




14. 10 2001





01:11 / 20.05.2011
link
komentarz (0)
Opowiadanko na dzisiaj
Szarość. Impresja




Pierwsza wizyta w późnojesiennym lesie.
Jakże bardziej poruszającym od środka lata!
W lecie, gdy słońce ostro przyświeca, wszystko jest zbyt jasne, czytelne, przejrzyste.
Zbyt nieskomplikowane.
Eksplozja zieleni nie wymaga zastanowienia się.
Teraz, w pełni jesieni, mogę do woli badać fakturę nagich drzew, widzę każdą gałązkę.
Mgły snują się, obejmując horyzonty, czyniąc wszystko tajemniczym.
Magiczny świat unurzany mleku i chłodzie.
Weszłam na ambonę i wpatrywałam się w las, jakbym go zobaczyła po raz pierwszy.
Wielkie, szare, nagie, gładkie drzewa rosły rzadko.
Z ziemi wyrastały pnie drzew wyciętych dawno temu; wychylały się spośród kanonady zeschłych liści.
Drzewa stały spokojne, nieszarpane wiatrem, siwe.
Weszłam wysoko, by lepiej im się przyjrzeć.
Stojąc w progu mojej podniebnej chaty patrzyłam w nieskończoność szarych szeregów.
Ze zdziwieniem zauważyłam, że szarość może być piękna.
Mogłabym gapić się na drzewa godzinami.
Jestem teraz taka spokojna, kiedy o tym piszę...

Spod lasu obserwowałam wszystko dokoła.
Wszystko było spowite subtelną kołderką mgły.
Niebo wysłane było szarością i nieskazitelną bielą chmur.
Przez ich zasłonę przebijało się słońce, lecz nie wyglądało normalnie.
Miałam wrażenie, że to księżyc świeci w środku dnia.
Nad czarnym horyzontem wsi, spowitym mgłą, unosił się ten księżyc bez plam niczym jasne oko słowiańskiego boga.
Zaszłam bardzo, bardzo daleko w las.
Wreszcie znalazłam taką drogę, gdzie las zdaje się nie kończyć.
Zawsze, gdy obierałam inne drogi, las się kończył.
Lecz tym razem szłam i szłam i nie mogłam znaleźć granicy między lasem a pustką.
Nazbierałam mnóstwo dowodów tej wędrówki.
Suche liście, gałęzie, kolce. W domu ułożę z nich bukiet.
Każda naga, czarna, ciernista gałązka to jedno wspomnienie.
Powkładam je do wazonów, spiszę na papierze i zapomnę.






2001





2011:






To tak a propos takiego ładnego miejsca, które znalazłam w opolskich lasach. Niedługo po napisaniu
tego utworzono tam rezerwat pod nazwą Tęczynów. Miejsce w opowiadaniu nie należy do rezerwatu, leży tuż obok
i dlatego podniebna chata już nie istnieje, zawaliła się i zgniła w wilgotnej ziemi, a połowa z opisanych
drzew została wycięta. Mam przyjaciół wegetarian, którzy nie jedzą mięsa, bo nie chcą uczestniczyć w
krzywdzeniu zwierząt. A mnie to kompletnie nie rusza: mięso pyszne jest i basta. Powiedział pewien
seryjny morderca, odsiadujący w Polsce dożywocie, z którym wywiad przeczytałam w gazecie; to jest jak
z krowami zmielonymi w MacDolnaldzie: nikt o tym nie myśli. Ale gdy pewnego dnia, parę lat po napisaniu
impresji, zaszłam do tego miejsca i zobaczyłam wycięte drzewa, poczułam fizyczny ból. Dziwne, że nie obchodzą
mnie żywe, biegające zwierzęta, obchodzą mnie drzewa.
A mimo to zużywam kilometry papieru toaletowego.
Dziwne, prawda?







22:25 / 18.05.2011
link
komentarz (0)
Opowiadanko na dzisiaj
Wiosenny spacer w dogorywającej zimie





Jestem tu, w otwartym na oścież polu, siedzę na uśpionej jeszcze trawie, bo ledwo dotarło do nas tchnienie wiosny przynoszącej chorobę i rozpanoszyło się nowe przejściowe powietrze.
Uciekłam z mojego gorącego domu w przestrzeń, uciekłam szukać nowych dróg, z domu, gdzie w ciszy czekają na mnie moje zwierzęta.
Klucz schowałam głęboko w kieszeni, na samym dnie pragnień.
Wypróbywuję nowe drogi, wynajduję nowe prądy powietrzne, wiatr prześlizguje się po moim ubraniu i twarzy, a zieloność podchodzi aż pod moją twarz i dotyka policzków.
Usiadłam pod słupem telegraficznym, który nie ochronił mnie od wiatru- mała niebieska postać- naprawdę od wiatru chroni tylko drzewo, najprawdziwsze drzewo.
Ziemia jest ciepła.
Kto by przypuszczał, że może ją tak ogrzać chmurne niebo i mdłe słońce.
Nie chodziłam drogami przynależnymi mojemu rodzajowi, pogardziłam tymi wytyczonymi przez innych ludzi; szłam własnym poboczem, po trawie, która powinna być przykryta przynajmniej półmetrową warstwą śniegu.
Gdyby wiosna nie przyszła tak wcześnie, nie rozchorowałabym się.
Wstaję i w ciszy obieram kierunek, depczę ślady zwierząt na piaszczystej połaci- piach pewnie został tu przywiany podczas ostatnich wietrznych Świąt Bożego Narodzenia.

Wiem, że na otwartej przestrzeni oddycha się swobodniej, ale poszukałam skrawka lasu, który by mnie osłonił od wiatru.
Znalazłam małą leśną enklawę pośrodku chorej zielonej pustki; weszłam w korytarz drzew i wdychałam wilgotność ziemi.
W sąsiednim lesie oddzielonym ode mnie kilometrem przestrzennego wiatru- zielona fabryka.
Ze zbiorowiska polnych kamieni wzięłam najgładszy, najchłodniejszy, ale taki, z którego można wyczesać płomień.
Dokoła mnie rozciąga się oszlifowany wiatrem kamień przydrożny, tak doskonały, że aż nierealny, idealny aż do pogranicza fantazji.
Wzięłam także ze sobą kamień czarny jak moje myśli, wzięłam i kamień czerwony jak zimna namiastka miłości. Złożyłam je w dłoni jak w grobie i poszłam ku domowi.
Szłam wioską i minął mnie samochód marki lot odgórny zostawiając w powietrzu spalinowy szlak.
I usiadłam przy stole by napisać mym chwiejnym stylem: moja ręka pachnąca powietrzem, wiatrem, deszczem, zamykająca najpiękniejsze wiosenne krajobrazy w śmiercionośną klatkę złudnego ciepła.
I nic mnie już nie dziwi- nawet najwspanialsza poezja duszy.
Pozostało wiele niedoskonałych słów, które kiedyś, gdzieś, pod uśpionym przez księżyc wodospadem napiszę lepiej.

26.02.2000







00:31 / 18.05.2011
link
komentarz (0)
Nie będzie opowiadanka na dzisiaj.





Nie mogę przestać myśleć o starej kobiecie, Angielce, niedawno została zasztyletowana w supermarkecie w Tarifie,
w tłumie ludzi, emerytów z Anglii, którzy nie byli w stanie zareagować na to, co się działo, stali dokoła i patrzyli jak jakiś Bułgar,
uciekinier ze szpitala dla umysłowo chorych, najpierw zaczął dźgać ją nożem a potem uciął jej głowę. Kiedy o tym usłyszałam pierwszy raz na BBC News,
nie mogłam przestać się śmiać. Wyobraź sobie, jesteś starszą panią z Wielkiej Brytanii, całe życie ciężko pracowałaś,
bo ludzie na Wyspach Brytyjskich pracują ciężko, należałaś do klasy średniej, a to trochę powyżej średniej,
i odkładałaś ziarnko do ziarnka aż zebrała się miarka, myślałaś o tylu latach przed tobą po tylu latach dobrze wykonanej roboty
- bo teraz ludzie żyją o wiele dłużej i w dobrym zdrowiu - o wielu latach cieszenia się wnukami i pieniędzmi,
które się odłożyło na starość i że się ma na rozpieszczanie wnuków i na słoneczne wakacje gdzieś gdzie zawsze jest sucho i gorąco,
ona robiła zakupy, może planowała wspaniałą kolację po pływaniu w morzu z kimś nowo poznanym a tu - bach! Ktoś ucina jej głowę, kiedy stoi w kolejce!
I ludzie myślą, że to żart, że ktoś niesie w dłoni sztuczną głowę rodem z filmów grozy i nikt się nie ruszy!!!
Sytuacja niczym z Witkacego, czy to nie jest przezabawne, groteskowe a zarazem przerażające, że Anglicy czy też w ogóle ludzie
Zachodu są ludźmi niezdolnymi zareagować na ZŁO???









10:45 / 16.05.2011
link
komentarz (1)
Opowiadanko na dzisiaj
Deer of the Fortress






Pewien król na Północy miał córkę, tak piękną, że nazywano ją „Jeleniem Twierdzy”,
bo tak jak jeleń przewyższa prędkością biegu inne zwierzęta Lasu, tak ona przewyższała
inne kobiety pięknem.
Król bardzo kochał swą córkę; specjalnie dla niej zbudował osobny dwór niedaleko zamku
i każdego dnia posyłał podarunek, by sprawić królewnie radość.
Pewnego dnia przysłał jej małego węża, tak ślicznego, że córka królewska zachwyciła się jak niczym dotąd
i umieściła go w klatce, by codziennie cieszyć nim oczy. Pod wężem umieściła także bryłkę złota.
Niedługi czas potem wąż zaczął rosnąć, i złota bryła pod nim także zwiększała rozmiary.
W końcu stwór nie mieścił się w klatce, więc leżał obok. Z upływem czasu nie było dla niego miejsca
nie tylko w komnacie, ale w całym dworze, i złoto także się nie mieściło pod nim. Więc leżał dokoła
dworu, dotykając głową końca swego ogona i stał się niebezpieczny.
I nikt nie śmiał zbliżyć się do pałacu, oprócz człowieka, który go karmił. Teraz potwór pożerał jednego wołu
z królewskiego stada za każdym wschodem słońca.
Król stwierdził, że z tego nieopatrznego daru wyniknęły tylko straty, i na radzie królewskiej
złożył przysięgę, że odda swą córkę i królestwo po śmierci, a także złoto, które pod nim leży temu,
kto zabije węża. Wieści o tym rozeszły się po całym królestwie i sąsiednich krajach. Lecz nikt nie śmiał zmierzyć się z gadziną.
A wąż rósł i rósł, a pod nim góra złota już się piętrzyła.
Lata płynęły i nie było śmiałka na potwora. Wieść stała się legendą, dawno umarli ci, którzy rozsyłali wici z królewskim przesłaniem.
Królewna się zestarzała, jej dwór, niegdyś wspaniały, opustoszał, służki powychodziły za mąż i poumierały.
A wąż był coraz bardziej głodny, zaczął zjadać ludzi i urósł do takich rozmiarów,
że żadna śmiertelna istota nie miała mocy zabić go. Opustoszał z czasem zamek królewski, król umarł także, nie pozostawiając potomka,
a piękność królewny stała się wspomnieniem. Tylko wąż pozostał, a pod nim stosy złota, nigdy nie zdobyte, wąż nigdy nie zabity, królewna nie zdobyta,
nie istniał żaden wojownik, który by pokonał smoka, wziął złoto w wianie i królewnę za żonę i królestwo w dziedzictwie…








13:54 / 15.05.2011
link
komentarz (0)
Opowiadanko na dzisiaj
Imię kobiecości




Urodziłam się w formie żeńskiej. W jakiej innej mogłabym się urodzić?
Mój wewnętrzny, odizolowany szaleństwem świat jest być może delikatniejszym,
subtelniejszym instrumentem serca- czułym barometrem bólu- ale co z tego, skoro tyle w nim gwałtu.
W imię kobiecości regularnie, co miesiąc upuszczana jest moja słona krew i co miesiąc patrzę,
jak ze mnie wycieka i przemienia się w bladego upadłego anioła cyklu rozrodczego.
A to wszystko w imię kobiecości- tak, jak w imię Boga morduje się ludzi, którym daję życie.
Składam moją krew i moją płeć w ofierze życiu. A na odchodnym dostaję resztki czułości
co jak wędrowny ptak kwitnie z ognia i ulatuje w niebo rodzaju męskiego.

Wróżka wróży wróżce, ksiądz spowiada się księdzu, człowiek człowiekowi bogiem,
a kobieta kobiecie wilczycą i synogarlicą. Nie potrafię już rozgraniczyć,
co wrzucić do dziennika, co do poezji, a co do prozy życia. Co sen, co jawa?
Białe czy czarne? Chwieję się na cienkiej linii wahania, w którą stronę, w która z dwóch przepaści się rzucić.
Mężczyźnie wstyd przynosi to, co kobiece- nazywa się go pedałem albo zniewieściałym mięczakiem.
A dla kobiety najlepszy komplement to ten, że myśli po męsku. U progu XXI wieku, kiedy dziwactwa nauki
przerastają pradawne pojęcia religii- cóż, ewolucja nie przewidziała w swym programie postępu techniki-
kobieta to ciągle coś gorszego niż mężczyzna. Niegdyś Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela dotyczyła jedynie mężczyzn-
teraz postęp kulturowy dotyczy tylko kobiet. Mężczyźni panicznie się boją wypuszczenia z rąk sterów świata.
A gdyby to kobiety rządziły, ciekawe, jak wyglądałby świat? Tylko dziwnym wydaje mi się,
że aby jedna połowa ludzkości mogła się rozwijać i spełniać, druga musiała ze wszystkiego rezygnować.
Ale kiedyś pewnie się to wyrówna.

Tylko ja nie czuję się gorsza- wręcz przeciwnie. Nie walczę z poglądami- wykorzystuję je.
Każdego dnia, gdy otwieram oczy, dziękuję Bogu, przeciw któremu stale grzeszę- że nie urodziłam się mężczyzną ani nikim innym.
Dziękuję za ten ból i za tę krew. Ten ból i ta krew to moja siła. Mężczyzna nie jest powodem mojego bólu.
Kobiecość nie jest powodem mojego upokorzenia. Tylko człowieczeństwo jest fundamentem mojego niepokoju.
Codziennie otwieram szkatułkę z moimi marzeniami. Każde z nich, o szalenie delikatnej konsystencji i mglistej chronometrii,
otoczony twardym, ciepłym, pachnącym krakowskimi sukiennicami drewnem- po uchyleniu wieczka dojrzewa nieśmiało i wyślizguje się na słońce.
Nie łapię moich marzeń z powrotem. Pozwalam im rosnąć i rozkwitać. Żaden mężczyzna tego nie potrafi.
Żaden mężczyzna tego nie powtórzy. Ścieżka dźwiękowa męskiego umysłu jest wąska i stroma.
Kobiecy umysł jest giętki i gładki. I jak salamandra- barwny i zaskakujący.


25. 09. 2001









15:00 / 12.02.2006
link
komentarz (0)

















i don\'t want to see you in after - life........













































wiersze z pogranicza część ostatnia










***




srebrna noc
skrzy lodową gwiazdą
Szatan rośnie
nad światem






























***




po plecach spływa
ciemny warkocz cierpienia
ostatnie podrygi dogorywającego talentu
który wypala się w pośpiechu
do serca wkrada się
zwierz niepewności
uciekając przed obcym myśliwym
i mogę dalej poprowadzić granice niewiadomej
śniąc snem przemarzniętego zobojętnienia


wołanie na puszczy usłyszy hiena
pochwyci w zęby kość niezgody
i wychłepce ostatnią kroplę źródła niemocy
a ja ukryję twarz w jej szorstkiej sierści
pachnącej krwią
ale ona wywinie mi się z rąk
ukryta w słowach
i ucieknie w czas nabrzmiały tęsknotą


w plecy wieje zimny wiatr
pokrywam ściany mozaiką wrażeń
odbija się zielone świata dno



















***




słowa przychodzą do mnie jak kapryśne świetliki w czarnej przepaści lasu na tle dogorywającego dnia.
małe, jasne punkty w mozaice ciemności. czerń to kolor zła – ale ślepiec nie odróżnia kolorów. swoją własną
miarą je mierzy i własnym odczuciom wierzy. kojące ciepło bijące od ognia spokojem odmierza godziny,a mnie
cieszy to, że mam otwarte oczy duszy i cierpię, bo widzę jaśniej, ostrzej niż inni i pośrodku lodowej
pustyni zimy potrafię znaleźć płomień odmienności. a gdy już znajdę moje słowa,to jest jak lawina: może być
długo, długo nic a potem – łapię je w przelocie za skrzydła pośród kluczy tysiąca słów i więżę na kartce,
wiersze które znam tak dobrze jak siebie… bez nich jestem jak morze bez pływów i sztormów. słowa żyją we
mnie. czasami po prostu przychodzi ich czas, a ja wtedy tylko je zapisuję. zaborcze są słowa i egoistyczne.
przychodzą, kiedy chcą, a kiedy nie spiszę ich posłusznie, odchodzą i już nigdy– samolubne -
nie wracają. giną w otchłaniach nieznanego na zawsze, zostawiając mnie samotną, okaleczoną.



















czyściec




Bóg zalega mi
z opłatą za cierpienie


jestem tylko
krajem tranzytowym
kanałem przerzutowym
dla wcieleń


wraz z potem wychodzi
długowieczność


rozpływa się w powietrzu
smak gorzki walki
z której wyszłam
mocna jak stal























teoria względności




odzywa się
stan podgorączkowy
wściekłości


na drucie telegraficznym
osiada ptak uśpienia


płynie po dnie miasta
mgła chłodu


i mknie wskazówka
za zegarze okrucha wieczności























ja, niebo




do ostatniego snu w trumnie składam moje ostre, błękitne, umęczone ciało, ja – niebo. tyle wieków
świeciłam ludziom nad głową na równi ze słońcem i mgławicami. potem wydałam na świat niepokorne w swej
tajemniczości dzieci i te rozbiegły się po świecie jak gwoździe po stole, odtąd świecąc ludziom w dole jako
ławice gwiazd podczas gdy ja nie świeciłam. rozproszone młotem kowala – stworzyciela srebrne punkty nie
pozwalały zasnąć – stale przypominały o sobie krzykiem pawia wściekłego, trzecim pianiem kura w dzień zdrady
Judasza, wyciem wilków do księżyca – wroga. teraz mój czas dobiegł końca i odeszłam od kosmosu nabrzmiałego
światłem rozpoznania dla małego człowieka, ja – niebo. tysiące pokoleń sławić będą błogosławiony księżyc gdy
już odfrunie w czarną pustkę przebity szpilkami światła. nie potrafię tylko zgadnąć dlaczego istniałam,
dlaczego od razu nie zgasłam, nie znikłam pod powłoką niebytu, pod białym kokonem wiecznego spoczywania.
wystrzelił z mego wnętrza złoty motyl i równikiem na balonie zbudowanym ręką człowieka obiegł świat pod
koniec dwudziestego wieku i wtedy odeszłam ja – niebo.***


















miłość




chowam twarz w futrze kota i widzę jak się rusza pod moim oddechem każdy włos. zwierzę wyczuwa moje serce
i tam gdzie boli się kładzie, prując fale melodii o ciepłym mleku. kot na mojej piersi, kot na kolanie,
kot na karku, grzeje, dzieli się ze mną ciepłem, tą nikłą energią, miłością,której nie zgubił goniąc za myszą***

























***




przeczytałam wiele mądrych ksiąg
i nie umiem dotrzeć do siebie
na dnie kryje się hybryda
wiedza
wytrych do potęgi
a ja mam ból
klucz do nieba
przepustkę do mojego
ułamka nieskończoności





















***




cóż za niezwykła epoka
jak cudownie w niej żyć
jak pięknie przejść się
na drugi koniec
tysiąclecia
i popatrzeć sobie wieki wstecz


wplatam w mój warkocz
pasma wstążki znieczulenia
na wielkiej przestrzeni karty
potykam się co słowo
wydalam na świat
sceptycyzm
zagubiona jak reszta ludzi
przerzucam w telewizji kanały zadziwienia
z otwartymi ustami śledzę
losy świata
posuwającego się po czarnym całunie
kosmosu

















lekcja religii




w czarnym kościele mojej duszy
migoce nikłe światło
to Szatan gra tam na organach
i za amboną ksiądz stary upada
a na ołtarzu
ja ukrzyżowana
śmieję się




















***




pochylił się nade mną
cichy elf samotności
nie chce mi dodać otuchy
daje mi do ręki żagiew
i mówi: idź zobacz świat
i widzę tylko łatwopalne ciernie


pochylił się nade mną
łagodny elf nicości
sieje chmury po niebie
pobożny człowiek schyla głowę
pod toporem kata wieczności co szydzi
z jego kruchości


pochylił się nade mną
niespokojny elf wątpliwości
obmyślam ciąg dalszy nastąpi
mego życia
a on bierze nożyce
i przecina mi nić myśli


pochylił się nade mną
krzyczący elf niepokoju
sieje mi pożar strachu
w sercu


pochylił się nade mną
stary elf snu
przędzie nić srebrną nad mą głową
milknę


















rachunek sumienia




piszę wypracowanie z życia
co przecinek mur strachu
każde zdanie zaczyna się
od wołania o miłość zwykłą


piszę sprawozdanie z bólu
którego nigdy nie dość
zadawać
chciwie spijałam ostry miód
pożerałam słowa jak chleb
dłonie poplamione
czarnym atramentem
słowa pulsują powierzchnią morza
jak plamki światła księżycowego na tafli lodu


piszę reportaż z rozpaczy
opowieść o bezsilności



















***




próbuję się odchudzić z cudzych złudzeń
zrzucić kilogramy zwymyśleń
odłupać kawałki marzeń zbędnych
odkroić tłuszcz przyzwyczajeń
którym obrosłam pomału dojrzewając
odessać frustracje
zgubić uśpić lęki


ale został tylko szkielet ignorancji
sam kościec czerwonego kościółka się ostał
pod skórą wymuszonej obojętności























próżność




podkreślam kreską oko
obrysowuję usta
kontury obojętności
rozpościeram na powiece cień ślepoty
ścielę kołdrę różu
na płaszczyźnie kamiennej bez zmarszczek
śmiech zaklejam pudrem
rzęsy ukrywam pod pierzem kłamstwa
korektor nieprawdy na niedoskonałościach
czerwone paznokcie zadające pręgi
szkła kontaktowe ignorancji
do białej twarzy przyklejone
i idę z tą maską do ludzi
























***




kochać
to nie okazywać obcości.
kochać
to być o drobinę tolerancyjnym
choć o główkę od szpilki uchylić
zatrzaśnięte drzwi niemocy
kochać
to choć na okres między oddechami
przezwyciężyć nieporozumienie.
ludzie pomyślą – kochać to nie oszaleć
nie dać się zwariować
nie utopić się w powodzi mroku strachu
nie dopuścić do żałoby mówię
nie
wpisywaniu wszystkiego w puste słowa
przyczepianu karteczek etykietek
wkładaniu do szuflad razem z kajdanami
to właśnie jest miłość



















impresja




czasem, gdy idę przez ciemność, ogarnia mnie szaleńczy strach. czuję wtedy emocje całego świata, wszystkie złe
uczucia, lęki, fobie. tak potwornie się wtedy boję, ale czuję, ze Anioł przy mnie stoi. mówię sobie wtedy: nie
daj się, nie daj się zwariować. wytrzymaj, potrafisz! nienawidzę tej ciemności tak gęstej, że można by jej
dotknąć, ale ona zrodziła zło i dlatego ją kocham. gdyby słońce nad moją głową świeciło wiecznie, też bym oszalała.

























list do matki




nie płacz, mamo, napiszę ci list; pozbieram z ziemi zardzewiałe liście i powkładam między księgi, a kiedy
uschną, wsypię ci do herbaty i uśniesz snem prostym i głębokim, bez fal, bez zadrapań. czysta i już nie
czująca popłyniesz łódką po stole jeziora błękitu, po drugiej stronie nieba, po ciemnej stronie księżyca i
nigdy już się nie obudzisz. wyschną i wyparują twoje łzy skruszone krzykiem poganiania by dołożyć do pieca
bo ogień nienawiści zaraz zgaśnie. wtedy wybuchnie z ciebie ten czarny ptak serca co w tobie tkwił i uleci
w pustkę jak zepchnięty z krawędzi planety obcy. wtedy krew ustanie na dobre w swoim szaleńczym pędzie przez
tunele silikonowe płucotchawek manekina, znieruchomiałego w zdziwieniu nad tłumem ludzi. oczy
szczypią piaskiem ale nie, nie pochylę głowy, nie usnę, nie usnę. nie dopytuj się już, mamo, znaczenia każdego
zdarzenia, w swojej łódce omiń obojętnie strach, zignoruj go jak złe sny które wyparowują nad ranem wraz
z ostatnią mgłą. czyhający obcy w swoje szpony dostanie moją duszę i zemści się za każde złe słowo, za każdą
krzywdę, za każdą kłótnię, a stare ludowe przysłowia na nowo się sklecą w złodzieja snów – słońce. na nowo
sklepi się niebo nad nim, na nowo ułoży się do snu tygrys czujny pod baobabem, po którego korze cieknie jad miłości zaklęty w miód pozorny.


















powrót spleenu




długo, długo nic i wreszcie furia nadeszła. wróciła do mnie, niepokorna córa, po długim okresie bezczynności i
nudy, wymknęła się spomiędzy drzew, szarych strof zapomnienia. ale ja nie chcę zapomnieć, chcę pamiętać
wszystkie nastroje, każdą rysę na skórze uczynioną pazurem gdybania. każda kropla goryczy lejąca się z
tych zadrapań to jeden dzień, długi jak rok bez wschodu słońca, bez ani jednego słońca. tylko światło księżyca
pozostaje, ale tak jasne, że można rozróżnić kolory. życie w półmroku nie pozwala wedrzeć się ostrości
mocnych wrażeń w mroki pustej komory gazowej na szczycie szklanej góry zamiast kryształowego pałacu. na
poduszce jedwabnej usianej płatkami róży pachnącej przeszłością kładę głowę i przyśni mi się drabina stąd
do nieba a po niej zstępujący i wstępujący aniołowie, a na szczycie nieba, na końcu drabiny błyszczące ostrzem
łono Abrahama, jak przynęta na haczyku, ale nie, nie dam się skusić, nie potrzebuję szczęścia, na co mi
szczęście skoro mogę sobie z chęcią pocierpieć, lepszy płacz niż niewola. i zeskoczę z ostatniego szczebla,
spadnę na chmurę a na niej tłoczno od gnomów; szepcą: chodź z nami, tam, na dole czeka twój nowy pan; i
zeskoczę z samolotu pociągając za linkę spadochronu……………………………….




















impresja 2




chciałam napisać, ale nie mogłam, nie mogłam. szłam. pod stopami ostre szpilki – źdźbła szmaragdowej trawy.
polana schowana między entami starej, starej legendy. kiedyś wystarczyło mi podsunąć papier i pisałam,
pisałam jak maszynka. a gdy mnie sen zmorzył, podłożyłam pod głowę twardy kamień snu i widziałam
czarno – białe zdjęcia z walki, z wojny o pokój. zbudził mnie pod kołdrą świtu krzyk świecących w
cieniach oczu wilczych. jakże pragnęłam w tej ciemności, co mnie otaczała, zniknąć i skoncentrować
się w jednym niewidzialnym punkcie wdychanym i wydychanym, pozwolić sobie na luksus nieistnienia, na
beztroskę niebytu. podróżowałam po czarnym podbiciu wszechświata nabijanym srebrem galaktyk, podszytym
ogniem czarnych dziur. a gdy mnie ujrzało oko takiej czarnej dziury, mogłam zajrzeć na dno światów siłą
wstrzymując krew by nie trysnęła z ran i widziałam odbicie lustrzane rzeczywistości w krzywym zwierciadle
znieczulenia i wiecznego chłodu warg ukochanego przez kobietę mężczyzny który odtrąca. zgubiłam wszystkie
pieniądze i nie mogłam Charonowi ofiarować mojego materialnego ciała w powłoce z welonu metalowego krzywd
mającego mnie kiedyś chronić przed podłym światem; język ten zdrewniały i suchy nie był w stanie wyrazić
całej tęczy duszonych pragnień, nie mógł oddać planów na przyszłość bliższą i dalszą, opowiedzieć historii
każdego otrzymanego ciosu, oko ułomne nie było w stanie uchwycić błyskawicy światła lejącego się kaskadą z
czyichś ust, ucho nie zidentyfikowało ruchu warg, gestu palców uczynionego przez szamana wojny, ale to wszystko
odeszło w zapomnienie wraz z pękniętą tamą gniewu, wrażeń i przerażającego zrozumienia gdy nadeszła śmierć
cicho zabrała życie i łzy***





















baśń




chcesz bajki? opowiem ci bajkę. niewesołą.



spójrz –
na pustym polu kruki obsiadły
ścierwo kolejnego zabitego marzenia
słuchaj –
jak myśliwy w borze rozpłatał zwierza bólu
upolowanego ze strzały trafnego spostrzeżenia
poczuj –
zastygnij w oczekiwaniu na deszcz ostry
który zmyje z ciebie złudzenia
dotknij –
palcami promieni słońca nienawiści
dogrzeb się do sedna słowa na dnie zwojów Biblii.
znajdź swoje drzewo siejące jesienią liść płonący afektu
uduś na wolnym ogniu ptaka wolności.
zamknij w klatce syrenę srebrną czasu
zanurz się w znieczuleniu
zejdź na dno upodlenia
wystudź serce w słoiku z miodem słodkich snów


a wtedy przetniesz nić goryczy nić życia
wyzbędziesz się człowieczeństwa jak kamienia młyńskiego



















impresja 3




gorączka sobotniej nocy. siedzę z grupą rówieśnic przy stoliku w nocnym klubie. rozmawiamy, śmiejemy się.
dzielimy się wrażeniami z przygód miłosnych, mówimy, co się mężczyznom podoba. po dołeczkach w policzku,
stopach, wcięciu w talii przyszła kolej na mnie. „Jednemu chłopakowi spodobała się moja kość biodrowa”.
dziewczyny zamilkły.
leżeliśmy w łóżku, on ubrany, ja nago. miałam wtedy dwanaście lat. dotknął mojej kości czule
niby główki dziecka. pieścił ją kciukiem i powiedział: \"najbardziej lubię u dziewczyn tę kość.\" ja byłam
zadowolona, że coś mu się we mnie podoba, nie zszokowana jak moje koleżanki, które teraz patrzyły po
sobie albo wlepiały wzrok we mnie z otwartymi ustami.
wielka szkoda, że ten chłopak już zginął.
tak bardzo mi go brak.






















***




nie pytaj mnie kim jestem nie pytaj co chcę robić ja nie wiem nie jestem w stanie przeczuć przewidzieć nie
wierzę w teraz gonię za jutrem wiatrem za metamorfozą odczuć badam odbieram świat ograniczonymi zmysłami
które tak łatwo oszukać i nie wierzę w to co czuję nie pojmuję tego co widzę nie chcę wiedzieć tego co słyszę
ale nawet gdybym była czujną, doskonałą wilczycą niewiele więcej znałabym siebie niewiele mniej bym wiedziała***




















***




wołałam
ale deszcz nie chciał przyjść
płakałam
ale słońce nie mogło spaść
prosiłam
ale gwiazdy nie raczyły zgasnąć
uśmiechałam się
ale chmura udusiła mnie
a wieczność odwróciła twarz
a Szatan nie pomógł mi
a anioł nie podał skrzydła
byłam
jak siódmy ślepiec
w lesie u boku martwego księdza
opartego o drzewo
piąte koło w Wielkim Wozie



















***




z dużej litery
dalekie morze woła do mnie
opiewając głębiną statki – widma
przecinek
chwiejne w swej obojętności
kropka
z dużej litery
to ja tam zbieram na brzegu
resztki rozbitego o fale życia
dwukropek
odmiennego przez przypadki losu
uciekającego wraz z krzykiem mew
średnik
uciekam w rozpływający się deszcz
który zmyje moją pamięć
i w locie przyłapie latające ryby – strzępki uczuć
namiastki
kropka
następne zdanie
oddycham wraz z nicością
wdech i wydech
ona rozchodzi się po płucach
przenika do krwiobiegu
sieje chłód
trzy kropek




















piernik




kawałek cętkowanego serca
- mocno wypieczony
posypany okruchami
cierpienia i radości
na przemian
polany polewą ciemną
ułożony dumnie w trumnie
odmierzony nie tym czasem
nie tą miarą sprawiedliwości
odważony
za jedną pełnię księżyca
obróci się w błysk i proch
spłoszy bażanty w polu
chcąc upolować słońce


kawałek nakrapianego serca
wyszorowany
zamarynowany
wypolerowany
oszlifowany na kamieniu wypadków
zamarznie w morzu nienawiści


kawałek lodowego serca
powleczony złotym włosem
anioła
uśmiechem rozproszy mgłę lepką
nieżyczliwych spojrzeń





















akt




jej małe drobne ciało
błyszczące w ciemności
srebrną struną
rozciąga się w nicość


jej szczupłe złote ciało
rozpadnie się w marzenie
w które się obróciło
i z którego powstało


























opis




pomiędzy słońcem a mną
niebiański sierociniec
zwoje chmur jak pergamin
jak zepsuta lalka wygasła miłość
urywa się srebrna żyła żywotności
Warkocz Bereniki odlatuje w noc
gubi wstążki - pierwiastki


płynie po powierzchni stawu
nieruchome odbicie kosmosu
przed moim domem
patrzę jak w panice ucieka przede mną czas
odciskają się szlaki gwiazd
sklejam skrawki słów – małych arcydzieł
od szaleństwa ratuje mnie samotność
ginie w przepaści wiatr
wyłania się wulkan szaleństwa
w twym oku błyszczący krater złowrogo zimno


jak dobrze pisać gdy nikogo nie ma w domu



















impresja 4




szukam, wciąż szukam nowych słów i nowych ich znaczeń. potem drążę je aż wybuchnie płomień z powietrza i na
nowo zaświeci słońce, aż wyrośnie na mojej dłoni nowa gwiazda. obiecuję sobie: - słysząc takie słowa z ust
pewnego człowieka: \"nienawidzę kościołów. sam na sam ze swoją duszą. to nudne.\" co za głupi film. - ze mną tak nie będzie.
po mojej duszy krąży mrok jak krew po całym ciele i sieje zamęt. walczę i poddaję się mrokowi. nie potrafię
zabić jeszcze, ale i tego będę musiała się nauczyć i będę umiała tak łatwo jak pisać. chciałabym dożyć stu
lat i zobaczyć, kto będzie po mnie płakał i o czym będę musiała zapomnieć gdy odejdę.***























***




wtedy
biały dzień
przetnie
ciemna łodyga kwiatu
mrocznym płatkiem owinie powietrze
w błękicie utonie świt
złota kulka na horyzoncie
zgaśnie
kwiat ciemności swym wzrostem
rozsieje woń opiumową
zasnę


a w szpitalu powiedzą:
przedawkowała




















***




patrząc na piękne ciało młodej kobiety zastanawiam się jak będzie wyglądało za pięćdziesiąt lat, gdy pieczęć
czasu odciśnie na nim swe piętno. tak, piękno przemija i nagle obiegło mnie uczucie ulgi: nigdy nie będę taka
sama. nie pozostanę wiecznie młoda, statyczna, jednakowa. będę przechodzić kolejne metamorfozy,
zrzucać starą powłokę, zużytą skórę. i będę piękniejsza jeszcze przez swą przemijalność i nietrwałość.


























***




w policyjnej kartotece
zamykają się rozdziały
człowieczeństwa
wzloty i upadki
złotego dzieciństwa
życie uległo przedawnieniu
wiosna nadeszła zbyt nagle
podstępnie wkradła się w mój czysty świat
tracheotomia serca
wytrysnął żal
podłączają mnie do respiratora
odczłowieczają pod napięciem
w białych bucikach stąpam po
kruchym podłożu zaufania
- róż osadu powietrznego na policzkach trupa –
chciwie spijam narkotyk
z jego zimnych ust


stłukł się termometr
wypłynęła rtęć gwiezdnego jadu
















***




wtulam się w ciepłe ściany
słucham bicia serca domu
łowię ustami oddech kamieni
wtopionych w mur
powleczony gobelinem ognia


nad pustką strachu
obmyślam jak będę się z tobą kochać
gdy już napadnie nas chłód śmierci


















***




umysł dziecka – nie zapisana kartka z której powinniśmy uczyć się naiwności i siły pod wpływem
otoczenia staje się brudnym, zrogowaciałym, wymiętym pergaminem, grubym i chropawym. pierwsza plama to plama
krwi następna plama błota każde rozczarowanie to plama; plamy zmieniają się w krzyczące litery każda litera
płonie wstydem karty historii nasiąkły nienawiścią przeniknięte krzykiem ciężkie od bólu chwile spokoju
jak żyłki w ciemnym marmurze a przecież kiedyś było dobrze słodka nieświadomość głupi człowiek ochoczo
zerwał owoc i po raz pierwszy skończył się świat każdy wschód słońca to pasma grzechu spójrz, Bóg patrzy tam,
wysoko, na nasze borykanie się z wiatrem z pomocą grabi z motyką na słońce porywanie się i wciąż od nowa boli każdy ból




















obrazek impresjonistyczny




chwytam się
bladej jak trup
nadziei
pazurami rozpaczy
- mojego
ubezpieczenia na życie
wykupionego trzema
łutami szczęścia
próbuję uciec
lodołamaczem buntu
a jestem tylko pionkiem
w boskim dominie
i strach mnie zdjął
czy następny kawałek
będzie pasował
do układanki życia



















***




w tysiącletnim skamieniałym lodzie stopionym bolącym słońcem serca znalazłam złote ziarno poezji wykwitł z
niego złoty cierń i tkwi w mej duszy o sprawia że idąc brudną ulicą oglądając przemoc na wystawach bo nie
mówcie mi że moda to nie przemoc przechodząc przez próg upodlenia potrafię przyłapać na gorącej ucieczce słowa
które nigdy nie przyszły by mi do głowy gdybym mogła kochać i więcej tworzyć więcej więcej stalówkę
napełniam własnymi łzami poduszkę upycham moim pierzem za taką wolność płacę własnymi skrzydłami za
indywidualność własną wrażliwością krwią





















***




gdzieś w głębi umysłu, na dnie stosu uczuć jest niezbadana część mózgu, ta część, z której wymazano
wspomnienia poprzednich wcieleń; gdzieś w głębi czuję, że raz tu już byłam i śnię o przyszłości na odległość
nie dalszą niż wczoraj. żyjemy na obrzeżach śmierci, ona jest w nas, nieodłączna jak cena na wypożyczonej
sukience i dlatego nie trzeba się jej bać – tym mniej będzie bolesna. chcąc zmniejszyć nasze cierpienia
wymazano nam pamięć poprzednich wcieleń. czy przez to cierpimy mniej?

























dziewczynka z fortepianem




szła po niebie dziewczynka
z przyczepionymi skrzydełkami z papieru
a ja nie zorientowałam się
że to był anioł


biegła przez zieleń Zelandii
z odciętym palcem bożym w ręku
w białej ubłoconej sukience
z krzykiem
sfrunęła do piekieł
zsunęła się z wodą na ziemię
ze śpiewem na ustach
i z lotkami we włosach























indywiduum




cisza kusi
chmurnym, czystym przestworzem
powietrza


między jednym a drugim
uderzeniem serca
rodzi się pisklę
świadomości
i rośnie, rośnie
odpocząć nie daje
niby sumienie
odpędzające znad powiek sen
zbrodniarzowi
co to wiedział jak zabić
ale jak wskrzesić zapomniał


słowa sypią się z rękawa
jak gwiazdy spod nieba


w takich chwilach dobrze
zapisać kawałek serca –
kroplę krwi
na ogniotrwałym papierze
pamięci
własną myślą
stalówką woli
ostrzem uczuć
których noże czuję w sobie
jak szmer krwi
mający ujście
na końcu noża





















***




szedł po niebie chłopiec
rozsiewał małe gwiazdy
na dobranoc


chcesz?
opowiem ci bajeczkę
bajka będzie niedługa


szła po niebie dziewczynka z warkoczykiem
w koszyku niosła
szczerbaty jeszcze księżyc


przykleiła go do nieba
i zaśpiewała: odtąd
będziesz sam będziesz sam
po ludzkim niebie się patoczył
włóczęgo


a my za nim jak lunatyczki
















***




poza panoramą okna
łańcuchy gwiazd mrugają do ziemi
tak, jesteśmy jej więźniami
do jednej planety ogranicza się nasz świat
każdy człowiek jest Samotnym Wilkiem
krążymy każde po swoim świecie
inne odwiedzamy nie na tym



























nie – oda do wiosny




wiosno
wrogu mój
nie przychodź nie spiesz się
nie ma dla ciebie
miejsca w mym sercu































***




i bohaterowie czasem
się żenią
zaszywają się
w poszewce ciepłego domu
dumni
miecze przekłuwają na lemiesze
z tarcz robią kołyski
na kominek
odstawiają brawurę


i spłodził bohater syna
i nadał mu imię cienia






















dzieci gai




pod brudnym niebem
pełnym ognistych ptaków
siejących pożogę bólu
pod stertami ciemnych chmur
szczelną kołdrą ciemności
pod niewidomym słońcem
pod zimnymi gwiazdami milczenia


nad opiekuńczą mgłą melancholii
pokrywającej duszę usypiającym pierzem
nad równiną ciszy
nad pustym polem
okolonym ramą młodego lasu
nad krzyczącą ziemią
która nie chce mnie dalej nieść
odcinam skrzydła- dowody w sprawie


nad wodą – topielców kryształem
nad drzewem trudnego życia
którego korzenie rozsadzają mi serce
- jak sztylety-
nad kamieniołomami przerażenia
nad wielką Zimą- stuletnim kowadłem lodu
nad stadem wilków zgłodniałych krwi i miłości
nad odbiciem księżyca w wodzie
zawieszam krzyż – narzędzie zbrodni


















***




wielkie miejsce w poezji zajmuje niebo, krew, serce; wiele jest miłości, liści, łez; opisywane na setki
sposobów, ciągle są na nowo odkrywane, choć te same. widziane oczami różnych ludzi, rozmaite mają odbicie w
tafli serca. zielono – biało – błękitne obrazy zbudowane z cegieł – słów, i ciągle usta otwarte w tym
samym zdziwieniu i ten sam krzyk niezgody na ból, to samo szaleństwo. słowa takie jak rozstanie, cierpienie,
przestrzeń, cisza, śmierć, deszcz, tak doskonale znane ale interpretowane na tysiące sposobów, tak jak nie ma
nad głową niczyją dwóch takich samych chmur i nie znajdzie niczyj wzrok dwóch takich samych układów linii
papilarnych. nie znajdzie się ten sam odcień uczucia w dwóch istotach, nie natknie się na myśl taki sam ból,
nie znajdzie się ta sama miara wrażeń.



















***




chodzę z podniesioną głową
z wysoko zadartym nosem
bo wolę oglądać niebo
niż ludzi



















nie – oda do wiosny c.d.




przeklęta wiosna się wzmaga
i ptaki niebezpiecznie śpiewają
walą dziobami dzięcioły
ale nie wpuszczę ich
do mojego drewnianego serca






























***




kwiaty, tak jak alkohol, towarzyszą człowiekowi przez całe życie. z okazji urodzin, chrzcin, komunii, ślubu,
imienin, rocznic i oczywiście na grobie – składa się stos z kwiatów, tych kamieni szlachetnych słońca, które
wytyczają nam drogę życia i śmierci – rzuca się je tam by zwiędły i zostawia, by wszem i wobec tęczą dusznych
kolorów oznajmiły czyjaś śmierć; niebu i ziemi i oczom ludzkim. a potem idzie się na stypę gdzie oblewa się
własną rozpacz, nie czyjąś śmierć; topi się smutek w alkoholu by w nieświadomości ciągu uczcić śmierć…























o ciszy instynktownie




cisza huczy.
to obieg krwi w żyłach
pięć litrów cudu.
to odgłosy myśli.
to echa marzeń.
odbicia wspomnień.
czyjś śmiech już spoza nagrobka.
czyjś dotyk spoza nieba.
czyjś ból prosto z piekła.


cisza aż huczy.
to łza tocząca się w dół,
a pod spodem już nic.
to serce tak bije.
to oddech świszczy.
to uszy ciszą rażone
bronią się
od ulgi zapomnienia.
to dźwięki piszczałki
gdzieś na polu lawowym
daleko, daleko stąd.

















***




uciekam
od chaosu świata
od siebie do siebie
zatrzaskuję
ostatnie drzwi


łza rzeźbi w policzku
pradolinę tak jak lodowiec


nie chcę by mieszkał we mnie strach
chcę polować
na dzikiego zwierza wyobraźni









































13:33 / 12.02.2006
link
komentarz (0)
Wiersze z pogranicza c. d.














***




meble – czym są meble?
potrzaskane kawałki drzew
które już nie szumią


czasem
zastępują nam ludzi
gdy możemy wtulić się
w ich miękkie wnętrza
jak w kobietę
schować się do wnętrza pościeli
usiąść na kolanach krzesła
polerujemy powierzchnię pieszczotą


czasem traktujemy meble
lepiej niż ludzi
a czasem traktujemy ludzi
jak meble



















***




niedźwiadku, niedźwiadku,
gdzie twoja mama?
oj, tatku, oj, tatku,
mama w niebie
zniknęła pod lawiną
przygarnął mnie syn człowieczy


Wielka Niedźwiedzica
przewróciła się ospale z boku na bok
mruknęła przeciągle
w swym niebiańskim gawrze


niedźwiadku, niedźwiadku,
braciszku Małej Niedźwiedzicy
teraz będziesz miał swoje
wpiekłowstąpienie uroczyste
niedługo urosną ci skrzydełka
potem kopytka rogi


















***




śmierć jest straszna tylko przez chwilę
gdy umiera ktoś ukochany bliski twemu
roztrzepotanemu sercu
wolałbyś wtedy być
na jego miejscu


czym jest życie
którego się trzymamy
pazurami zębami
za wszelką cenę


jak kochanki
























zimowe miasta




ośnieżone miasta są niebieskie ze złotymi plamami latarni morskich na obrzeżach chodników. błękitna zmora
powoli rozpościera skrzydła przyciska miasto do chłodnej twardej piersi. dachy są błękitną poświatą.
świecą niebem. kraczą ptaki zmarznięte szukające ziarna, przy którym można się ogrzać. drzewa kulą się w
koszmarze gałęzi. prawie nie czuć spalin. czuje się gorączkę przedświątecznych zakupów. tylko niebo jest
nieruchome i szybko zasypia. ludzie czarni biegają w białym ulu. horyzont ginie w białym mroku. tu, na
górze, nie dochodzi odgłos tej panoramy. chłop do furmanki zaprzągł gradową chmurę. alabastrowa, łagodna
twarz zimy przegląda się w wystawowych szybach, za którymi nie ma sztucznych kwiatów ani zabawek, ani
motyli z szyfonu. ludzie przenoszą w reklamówkach ból srebrnołuskich karpi bez tchu. w zimowym niebie nie
przeglądają się gwiazdy, nie spadają meteoryty, nie biegnie czas.




















***




lubię dzieci
ich drobne szczupłe
białe ciałka
czyste i niewinne umysły
- kartki-
które tak łatwo wypaczyć


nauka chodzenia
i bolesne upadki
którym tak łatwo zapobiec























***




jest czas
i trzeba go wypełnić.
któregoś dnia
będzie miał swój koniec
a nicości już nie wypchamy bólem
jak pluszowego misia słomą.
jest czas
i trzeba go spędzić.
jest czas
rozkoszujmy się jego ulotnością
magią przemijania –
stawania się





















***




w ciszy ściętej róży
mieszka lód kosmosu
pustynia uczuć
kręci się
kołowrotek bólu


w ciszy ściętej głowy
rozdzwania się nagła czerwień
kręci się
koło fortuny
kamień boleści przygniata piersi
zrasta się z sutkami
i oddech ciężki dusi powietrze





















bajka o ciemności




ze srebrnej tabakierki
wyskoczył biały chochlik. zachichotał.
posypały się oczy gwiazd.


ze srebrnego pugilaresu
wyjął srebrne cygaro.
zapłonął czerwonodrwiący ogień.


zamrugał chochlik okiem
z pudełka wyłoniła się mała strzyga.
szczerząc srebrne igiełki zębów
potrząsnęła srebrnymi włosami.


Królowa Śniegu spojrzała obojętnie.
kiwnęła głową. ze srebrnej korony
wylało się polarne zorze. północ.


zastrzygł uszami ciemnowłosy renifer
posypały się iskry z kopyt
strzelił biczem elf jasny i ruszył w noc.


Królowa Lodowa uśmiechnęła się.
udało jej się ubiec Świętego
w rozdawaniu dzieciom prezentów
a w prezencie każdemu okruch ciosanego lodu.
niech sobie obejrzą świat w telewizji.




















***




oczy mam zielone
barwy życia
o odcieniu nadziei


miodowe oczy mam
wyklęta jestem wśród żywych
wśród oderwanych od życia
przyjęta


i ciemne mam oczy
smutne mrokiem
pociemniałe od bólu


i oczy mam bezbarwne
jak niebo
w którym jestem jedną stopą





























czarno – biała pora roku




zima działa jak tabletka przeciwbólowa. śmierć zimą jest czysta i bezbolesna. nie bucha gorącem w twarz.
słońce nie opala zwłok, tylko lód je oczyszcza z bólu. życie zimą jest cięższe od śmierci. trzeba zaplanować
swoją bytność po, trzeba ułożyć program niebytu. zmarznięty pies się przypałętał, siedzi u mych stóp
błagając o kość. podzieliłam się z nim moją piszczelą a on użyczył mi gorąca kłujących zębów, chłonąc ciepło
krwi. przeniknęłam do jego kawałka Duszy Wszechświata i zobaczyłam rozkrzyczaną śmierć co ma wiele twarzy i
wiele głosów. dołączyłam do kościelnego chóru niebios, do grona sfabrykowanych aniołów, tandetnych i robionych
na jedną sztancę. wbijam się w niebo pazurami i zębami by nie spaść w otwór piekła. tam w dole ludzie ciągle się męczą. czas ukoić dzieci do snu.



























***




umarli nie płaczą
tak jak my
żywi nie płaczą nad umarłymi
płaczą nad sobą
płacz to zapowiedź bólu
głębszego od ran i cięć
które się zagoją
więc mi nie wmawiaj
że oni to wyczuwają
bo nawet nie wiedzą ze są martwi





















***




inni to piekło - Sartre





wiem, co to samotność. i wiem, co to strach przed nią. nie bałam się tej cichej, białej damy, dopóki nie
odwróciłam twarzy od Boga. wtedy osamotnienie było tak dotkliwie odczuwalne, że chyba żaden człowiek – nawet
odwykły od ludzi – długo by tego nie wytrzymał. to było osamotnienie kosmicznego okrucha wobec nieskończonej
nicości i wielka pustka w duszy, która nie ma się gdzie podziać – bo jestem pewna, że człowiek musi mieć duszę.
bo myśli i uczucia to przecież energia, a według praw fizyki energia przenigdy nie ginie. można ją zmieniać,
przekształcić, ale nie można zniszczyć. wiec gdzieś istnieje jądro naszych myśli. Darwin uważał, że
barbarzyństwem jest izolacja człowieka od innych ludzi. a to terror tłumu jest barbarzyństwem, ten terror,
który mamy na myśli, mówiąc: a co ludzie powiedzą? i utrata wiary jest największą krzywdą, którą czynimy
samym sobie. samotność to ułuda – sami ją sobie stwarzamy i sami się zamykamy w cierpieniu. największym
wrogiem człowieka jest on sam.





















***




ludzie śpią ze sobą
im bliżej tym bardziej obco
a potem plują we własne odbicie
w bezlitosnym lustrze
które jest darem Szatana






















***




słowa – czymże są słowa?
words, words, words!
zawsze można je poprawić
zobacz jak się mienią
w blasku naszych myśli
choć nigdy myśl nie znaczy słowo
bo nie wypada w towarzystwie
mówić, co się myśli
trzeba myśleć, co się mówi
słowa zawsze można uładzić
dzikie Zwierzę zamienić w oswojone zwierzątko
wszyscy szepczą nikt nie krzyknie



















***




nie zazdroszczę mężczyznom nie zazdroszczę wcale syntetycznego umysłu mnie mężczyźni nie zazdroszczą
wybujałej wyobraźni wyrośniętych uczuć oni są niezdolni do monogamii przeważa biologizm a ja żyję w czystości
choć nie czuję że żyję królestwo moje nie jest z realnego świata oni niezdolni do kochania ja głodna
miłości całe bogactwo człowieka niematerialne kryje się w duszy nie w ubogim umyśle cała furia odcieni uczuć
wypisanych w sercu złotymi zgłoskami bólu


















***




dotykając siebie
sprawdzam
co czułby mężczyzna
dotykając mnie


koniuszkami palców
wypróbowuję
twardość sutków


lód mych rąk
na aksamicie skóry głodnej deszczu i pieszczot
przysiadają dwa białe ptaki
na ugorze pragnienia





















***




choinka stoi samotna panna strojna
pośrodku drewnianego domu
z gwiazdą u strzechy tekturową tandetną


pierniki pachnące wanilią i imbirem
kuszą dzieci
chwytające płatki śniegu na języki


dzieci rozkrzyczane dziką radością na błyszczącym lodzie
one potrafią cieszyć się choć mróz trzaskający
dzieci obsypujące się srebrem kul śniegowych
z czekoladowym śladem na ustach


dorośli wtenczas liczą pieniądze
na ile błyszczących rzeczy mogą sobie pozwolić
nie proszą Świętego- on usnął
snem sprawiedliwego wiecznym nie usłyszy


tylko elfy przemykają zamarzniętym
łabędzim jeziorem po lodzie a oszalałe
renifery polują na samotną wilczycę zimy
rozsypując zamarznięty łabędzi puch odlatują
w obliczu księżyca mieszka ból
wykrzywionej ludzkiej twarzy


to narodziny Boga dlaczego nikt nie świętuje
narodzin Szatana hosanna w otchłaniach




















***




myślałam
że to tylko szum w uszach
po całodziennej gonitwie
ale gdy wsłuchałam się głębiej
zrozumiałam
że to gra spadającego deszczu
gdzieś na dnie
zaschniętego serca


krople dżdżu
jak perły rozsiane
na szkle

















***




uschnięte ciała owadów
pająków ciem os
na podłodze


jak wypalone uczucia
na dnie


zapomniałam o nich
dopiero gdy wymiatałam kąty
uderzyła mnie pamięć
jak policzek



















***




pod blaszanym bębenkiem nieba
układam się w kłębek do snu
srebrna podkowa w górze
oświetla mi drogę przez ciemność





















***




ani ogień
swoimi złotymi językami
nie wyśpiewa
ani ogień jesieni
płonący na drzewach
ani język ludzi z wszystkich najdźwięczniejszy


ból informuje mnie ze żyję


























***




pogranicze jesieni i zimy. najchłodniejsza pora roku bez śniegu. tylko czarne wzory bezlistnych gałęzi na
tle krzemowego nieba. gwiazdy - latarnie świecą, zimne krystaliczne lampy migające w czarnej studni nieba nad
moją głową.





























***




ustami chłonę ciemność do płuc
mój tlen pośmiertny
zabójczy dla wiosny ptaków
zamykam słońce
w pudełku po cygarach
złote laski dynamitu


Aniele Boży Stróżu mój
ty zawsze przy mnie stój
a gdy już odejdę w ciszy i spokoju
zapal laskę dynamitu
oświetl mi mroźny kosmos
aureolą
pożycz mi światła
bym mogła wejść
do granitowego ogrodu śmierci




















***




aleja sfinksów
w przestrzeni lecz poza czasem
nieruchome
w potokach słońca
uładzone wiatrem
zastygłe w lawie czasu
marmurowe dzikie koty


posągi kobiet smukłych
jak kwiaty papirusu
o wąskich biodrach
królowe granitowe
przeciwieństwo
słowiańskich płodnych bóstw




















niebo nad nami




mój pierścionek z Krakowa – prosty, srebrny, ascetyczny, oko nie szmaragdowe jak moje oczy nie
szafirowe jak morska głębia ale z magnetytu – połyskliwego, szarosrebrnego, przyduszonego, stalowego
jak niebo. tak, teraz niebo jest ze stali, ulepione z ciężkiego pierwiastka, odbija się w moim oku, we
wszystkich wystawowych lustrach, we wszystkich brudnych kałużach i przypomina o swym istnieniu. kiedyś było
niewinne i błękitne jak Morze Śródziemne. delikatnie opływało moje ciało, było przyjazne, nie jak dzikie
zwierzę Bałtyku. skóra na zawsze zachowa wspomnienie tej wody, przywołane w tym mrocznym czasie mgieł i
chmur. morze śni mi się, ale w moich snach nie ma palącego słońca południa. jest mrok i ja bezpieczna w
tym mroku. znam tę ciemność Matki – Oceanu. w końcu to z niego wyszliśmy. obłoki na niebie jak ślady bożych
stóp i słońce ukryte za horyzontem bloków – szarych i jednakowych. miasto bez drzew i ptaków. przeżuwam
wyschnięty owoc codzienności łowiąc marzenia między ludzkimi brudami.

























***




do lnianego worka wrzucam
ścinki śmieci okruchy dnia
myślę
chciałabym mieć kamienne serca tych,
którzy mnie skrzywdzili
by skruszyć je na proch i podpalić tchnieniem





























***




to ja ósmy pasażer Nostromo
wkraczam na równiny ciemności
piaszczomroki niepokojąco wyją
podchodzę do ogniska poznania Dobra i Zła
spalają się ćmy w płomieniu błądzącym
nie wierzcie uśmiechom pomrukom ukłonom
kot z brzuchem pełnym mleka
pozornym snem poora wam dusze
a stary Chińczyk filozof
uschły na wiór wykopie grób śmiejąc się drań
























***




próbowali wmówić we mnie szaleństwo
wpisać mi je do protokołu kodu dna pamięci
poczęta bez grzechu uchroniła mnie
uśmiechem rozpraszając złe myśli duszy mrok
idę wciąż dalej lecz potykam się co krok
dalej – mówi – nie poddawaj się maleństwo


i popchnęła dziewczynka paluszkiem żuka
co kulkę z błota toczył po dnie






















***




dopisuję do Biblii kolejne wersy-
przekleństwa
toną słowa w lodowych puszczach Antarktydy
w migocących sztucznym srebrem drzewach
wtapiają się w nicość
kamuflażem jak zwierzę


ciało – doskonałe narzędzie bólu
daje znak o życiu
czuję jak się burzy wewnątrz mnie
krzyczy – uciekaj by mnie tam w środku ocalić


powietrze północne
wkradło się pod pościel do snu
zamraża ogień w krew


lecą słowa z drzew
udeptane w parkach
przez stada zakochanych par
toną w odbiciach nieba obok śnieżnych łabędzi
w szklanej mimozie wody


skóra - mieszkanie duszy
podczas takich dni usycha jak pustynia
pęka uwalniając pożądanie strach miłość
i walą się wieże Babel zbudowane z myśli
kościoły – ludzkie plany – płoną
a ja nie mogę się wydostać
z ciemnego domu
zamknięta w cudzych oczekiwaniach pragnieniach


stoję jak oniemiała i patrzę
a nogi odmawiają rozkazu by uciekać
mózg i ciało segregowane osobno
nie pozwalają ruszyć z miejsca























rękopisy




robaczek prujący białą równinę karty
pożerający słowa po drodze
widzę go jak przebiera nóżkami
boi się nagłego światła
zgniotę palcem i już go nie ma
unicestwiłam wcielenie
małą część wszechświata zabłąkanego w stworzeniu
w wiecznym szczęściu po niebie chodzę
w zimny błękit wpisuję siebie
drżąca śniąca w połowie kroku zastygła




















***




Mały Książę co tu robisz?
zabłądziłem zgubiłem ostrogi
gdzie twa mama gdzie ojciec?
ostrzegali mnie – na żal dzwońcie
gdzie twój koń gdzie serce?
oddałem je Opatrzności w podzięce
za co? za ból za złote ręce
co powiewały nad białym stołem
gdy spałem gdy się bawiłem popiołem
Mały Książę co robisz?
dlaczego dzisiaj się rodzisz
a po co ten konik drewniany
a na co ten jasiek szmaciany
wracaj do domu zaśnij
śpij już na środku nieba zgaśnij



















***




jest nas coraz więcej i więcej
każdy wiezie w wózku śmierć
cichą przejrzystą


siostro nienaradzalna
rozwiąż pęta życia
śmierci nienaruszalna
odgoń wilki złych myśli pomóż wyjść z ukrycia


cienką strugą wosku stacza się świat
w szklaną przepaść – alkoholizm
duszy co nie mogła dostać się do nieba






















***




otwierają się drzwi na strych – drzwi do ciemności, która nigdy nie jest hałaśliwa, ale od której można
uciec – i wchodzi jasna matka i mówi – już czas do kościoła. wstaję z bezpiecznego kokonu pościeli,
ubieram się, jem, idę, modlę się, wracam. i tyle mam z tego zbawienia, że nie uznaje się moich małych win,
które tkwią we mnie ostrym wspomnieniem i nie może ich zmyć żadna krew – boska czy ludzka- nie wróci mi
dobrego samopoczucia pamiętanego z dzieciństwa. Dobra Nowina nie wprawia mnie w euforię – męczą te wątłe
winy. nie są wielkie – wszak nikogo nie zamordowałam, nikomu nie zniszczyłam życia… czyżby? a co z tymi,
którzy umarli po trochu, zranieni mieczem ostrym i bolącym jadowitych słów, moich nieświadomych – bo
niewielkich – krzywd? szepczę do płomienia – zmyj grzech dziedziczny, wpisany w mój kod genetyczny –
śmierć – chrzcielna świeco strzelająca ku górze światłem, które niegdyś ukradziono słońcu, niebiosom,
ziemi – co za różnica, czemu przez kogo stworzonym. tylko to mam prawo wiedzieć, że przyjdzie kiedyś śmierć
i linijką na tablicy wskaże mi mój błąd w matematycznych obliczeniach nie dającej się pojąć słowami wieczności.


















***




dzisiaj nie trzeba mówić
Bóg honor ojczyzna miłość Bóg
nie musisz nic mówić – zrób gest powiewny
schowaj słowa do szuflad
nie pomogą ci sznury myśli odpryski rozmów
puste w swej różnorodności
na jarmarku nie dostąpisz oświecenia
wszak to milczenie jest złotem czyż nie?


























***




Chrystus niesłusznie oskarżony.
trzeba umyć podłogi.
Chrystus niesie krzyż. pada.
szoruję okna.
Chrystus kona na krzyżu za mnie,
która niestrudzenie trzepię dywany.
na pamiątkę Wielkiej Nocy
gdy zabili go i uciekł
z grobu
sprzątam mój grobowiec
























czego się dowiedziałam pracując w teatrze




marionetki nocą ożywają
na scenie sobie używają
wyprawiając dzikie harce
naśladując ruchy i śpiew
na chwilę Szatan przywraca im dusze
których im człowiek użyczył
lepiąc je z mozołem i rzeźbiąc
powtarzają wyuczone ruchy i tańce
tak Szatan się bawi lalkami
bo nie chce już ludźmi
























koniec Wielkiego Postu




od ciszy też można oszaleć.
patrzę przez obojętne okno
na ten zapłakany świat.
Wielki Post się skończył.
Chrystus skonał na krzyżu
jak wielu przed nim ludzi.
odleję sobie z podkowy
blaszany księżyc
nad ciemną wiosenną trawą.


























Chagall




kolorowy cmentarz zalany blaskiem
nalany w słońce jak w sztok
skrzydlate trupy śmieją się
rozrabiają dzieci boże
anioły nagie
wbrew zakazom
boso biegają po sztyletach
mały Budda płacze wniebogłosy
tęczowa krowa biegnie po niebie
rozsiewając białe placki
wskazanie zegara rozmyło się w upale
zamknięte lato
w pudełku z czekoladą















































10:42 / 09.02.2006
link
komentarz (0)











nawet płynąc po dnie zapomnianego jaru
woda ma swoją dumę.
kiedy pozwala mi obmyć sobą twarz
czuję jej zapach – lekko butwiejące liście
i zielone drewno


czasem kropla wody
nie przebije kartki papieru
czasem najtwardsza skała
nie ma siły stawiać oporu wiecznie


wyczuwam przez skórę jej chłód i dystans
modlę się do niej-
wszak gdy się rozgniewa
drąży góry
i rozbija o nie ludzkie gniazda
żadnej wody nie można
ugasić ogniem dlatego
modlę się do niej -

















***




zwierzęta
mają tę doskonałą mądrość
istot nieświadomych
widzą i czują więcej
wiedzą co robić
gdy w nas tyle niewiadomych
nie zatraciły instynktu nie zaprzedały


nie mają wiedzy ale mają świadomość
jak dzieci


nie wznoszą murów
nie konstruują maszyn
nie tworzą nie produkują
niczego


mimo to zazdroszczę im
niewinności
gdy zjadają gdy i są zjadane
gdy zabijają i są zabijane




















Świadomość umieralności




świadomość bliskiej śmierci
to świadomość końca powolnego umierania.
z każdym wdechem życiodajnego eteru-
coraz bliżej, coraz bliżej
dla jednych chwila innym dłuży się niemiłosiernie
powoli powoli
słyszę jej ciche kroki tup tup tup
i cios kosą –
czeka cierpliwie
pozwoli jeszcze trochę pocierpieć a potem
przyniesie wieczne ukojenie
utrudzonemu wędrowcy
po chwili strachu


jej tajemnic nikt nie posiądzie
nie wydrze nie wydębi nie wyprosi
cierpliwie ściąga rachunki z dni
nie omieszka nam policzyć
żadnego nie opuści nie umknie jej
ani jedna godzina jasności


























***




kiedy odejdę stąd
z wyżyn i gór
w płaski teren codzienności
pamiętać będę
że żyłam bliżej chmur
i więcej widziałam gwiazd
i krzyki nocnych ptaków
w czerni złowrogiego lasu
wspominać będę nocą
i strumienia w ciemności litej granie
i serca kołatanie
gdy coraz bliżej o krok
od przepaści snu




















***




podarowałam ci serce
w kształcie liścia
kiedy las
rozwinął żagle drzew
płonące wściekle
u progu lata
kiedy świat ma kolor nadziei
a nawet chłodne niebo atmosfer
zlewa żar na spragnioną ziemię


zamknąłeś pamiąteczkę
w pudełeczku
bez powietrza


podarowałam ci serce moje
w kształcie sopla lodu
u progu Zimy
która rozpostarła ramiona wokół ziemi
obejmując ją zmarzniętą w posiadanie


postawiłam świecę w oknie
by moje serce zgubione
mogło odnaleźć drogę
do mnie do mnie z powrotem


















*** (plagiat)




w szafie wieszaki kołyszą się –


w pachnącej obcą istotą szafie
brzęczą wieszaki
po zdjętych sukniach
drewniane, metalowe ramiona…


jeszcze chwilę temu
one – poruszane teraz przeciągami –
trącane były jej ciepłymi dłońmi
tymi samymi które hojnie pieściły
twoje ciało niecierpliwe


dziś zerwana srebrna nić śmiechu
pękł gąsior wytrawnego gorzkiego bólu
widok twych łez nie wzruszy jej


ciszą zatrzaśniętych drzwi ona twoja była żegna cię





















iech się cieszą weseli albowiem smucić się będą niechaj smutni się cieszą bo będą pocieszeni




żywi błąkamy się w kółko po bezludnej wyspie. gdy umieramy, wypływamy na głębokie wody nieznanego oceanu.
tam czekają na nasze odkrycie nowe, wspaniałe kontynenty, a na nich baśniowe stwory i skarby. tam, na
nieznanych lądach są już pionierzy, którzy na nas czekają i przygotowują dla nas gościnę. w gospodzie
przy stole śmierci jeść i pić będziemy do syta, grać będzie muzyka…




























Erotyk dla S. T.




ciemne skrzydła twoich brwi
przesłaniają słońce mi
w twoich oczach jest cisza przed burzą
tulę wargi sycę dotyk twoją sierścią rudą
w twojej szorstkiej skórze
mieszka złoty drapieżnik – krew gorąca
twoja czupryna wiatrem pachnąca
twoje mięśnie to matecznik siły
która mnie ogrzewa
płonę na stosie pożądania
kruszeją wieże obronne mojego serca
rozsadzana rozkoszy cierniem kostrzewa


końcem języka wypisz płonące imię miłości
na mym ciele
zrób to dziś teraz już bo brak mi cierpliwości
mój czarny aniele


















Ósme błogosławieństwo




błogosławieni spragnieni –
zlizuję łapczywie sól dnia
nie chcę zgubić ani jednego ziarnka
spijam chciwie gorzki likwor codzienności
co łyk co krok jestem bliżej końca
i dusza moja wciąż niesyta bólu


błogosławieni złaknieni –
ten głód ode mnie silniejszy
karmi się moją słabością
to pragnienie ode mnie mocniejsze
spija moje łzy
upuszcza krople krwi
gubię perły
w wielkim zdumieniu
w ciała zmęczeniu


znajduję tylko pustą w środku gwiazdę śmierci



















***




czas
czyni artystów


czas
twarde ręce rzeźbiarza
potrzebują czasu


poezja dojrzewa
w złotych słojach
fermentuje codzienność
i wykwita bukiet wina


wiersze opadają
na dno serca
liście z drzewa wyobraźni


śmierć
czyni poetów



















Co ma do powiedzenia sprzątaczka




zdaniem Mary Reilly
ziemia
jest doskonale czysta
odkurzona z wartości
wyprana z bólu


płomień jej włosów
zmieni się w szary popiół
na końcu


























***




zostało jeszcze kilka wolnych stron
więc zapiszę je
płonącymi zgłoskami bólu
stawiając ostatnią kropkę nad i
zasnę


i w tej księdze
się zamknę
w mojej czarnej na białym klatce


zostało parę wolnych stron
próbuję jeszcze skrzesać iskrę szczęścia
ale kamień wilgotny
od łez






















***




mglisty ptak
z połkniętym w środku
kamieniem księżyca
powoli
unosi się
na weloniastych skrzydłach chmur


ptaku komu służysz-
- nocy co poorana gwiazdami
zapisana pomiędzy śmierciami
nachalnie
namawia do miłości
umarłych kochanków


najwięcej ludzi
umiera o świcie
































***




przez noc przez mrok
prześwituje plaga gwiazd
i księżyc solista
fałszujący swój bieg po kółku nieba


pod pościelą mroku
tętni tajemnica
przesiana przez gęste sito galaktyk


układy heliocentryczne wyobraźni
ze złotym ciepłym mózgiem
i czarne dziury zwątpienia


kosmos
wije się
myli czas
i pali duszę wielka gwiezdna
zima świetlna


Szatan
który kiedyś też był aniołem
mści się nad nami marnym popiołem















***




strach we mnie mieszka jak dziecko
czuję jego niespokojne ruchy
jakby się bał przyjść na świat
-ma czego się bać-


mój strach boi się własnego odbicia w lustrze
mój strach oswajam z każdym dniem
mój strach kocham równie mocno jak siebie




















***




obudziłam się kiedy wybuchał samochód – pułapka
spałam kiedy rozdawano oskary
sklejałam ulubiony kubek kiedy rozbijał się samolot
rozkrajałam owoc kiedy zderzały się galaktyki
podziwiałam śnieg na drzewach kiedy przemycano heroinę
rozpalałam w piecu kiedy wybuchał wulkan
szłam ulicą kiedy nadciągała powódź
czytałam książkę kiedy płonęli chłopcy
układałam ubrania w kostkę kiedy waliły się domy
suszyłam włosy kiedy szalał huragan
oglądałam komedię kiedy płakały muzułmańskie wdowy
zażywałam kąpieli kiedy tonęli rozbitkowie
kładłam ciało do snu kiedy strzelanina błyskała


daleko od bólu strachu krwi obrzydzenia
wszystko działo się poza moją obserwacją
lub wcale bo akurat mnie nie było




























***




zimowy las z białym miąższem splątanych gałązek do którego wiodą wszystkie twarde od chłodu drogi polne.
trawa wychynęła nieśmiało z budzącej się brunatnej ziemi, a jej życiodajny zapach został ostudzony przez
śnieg, który przykrył pola. zima próbuje jeszcze zagarnąć to, co do niej nie należy – życie. jej
ostatnie tchnienie czuję na policzku, kiedy mówi do mnie poprzez wiatr.




























***




jestem człowiekiem
przechodzę rozwój prosty
oszczędzono mi skrzydeł
i usunięto skrzela


jestem człowiekiem
teraz nagi bezbronny
przykuty jestem do lądu
dłonią nie sięgam nieba





























***




nie potrafimy nazwać epoki w której żyjemy obecnie nie w naszej mocy ją sklasyfikować przyporządkować tak jak
nie potrafiono nazwać antyku średniowiecza baroku (moich ulubionych epok) granice się zlewają realia
konwenanse gatunki się mieszają jest tyko anonimowa teraźniejszość albo postteraźniejszość i bezimienna
przyszłość



















***




prawdziwa poezja żyje w nas?
żywych dotyka do żywego
wznieca w pamięci obraz umarłego
















***




karą za dobro jest zło
karą za wolność jest krzyk
karą za cuda jest strach
karą za szczęście jest życie
karą za życie jest śmierć
karą za miłość jest ból

starcy
wygrzewają kruche kości
w cieniu niewielkiej gwiazdy
mężczyźni gwałcą dzieci
bo ideałem kobiety jest dziecko
chłopcy wyrastają na matkobójców
człowiek nie jest bezpieczny nawet w łonie matki
Chrystus umarłby dzisiaj za nas na śmietnisku

karą za czystość jest wstyd
karą za marzenia jest głód
karą za pożądanie jest tęsknota
karą za człowieczeństwo jest świadomość cierpienia
karą za miłość jest ból…
























***




ludzie nie rodzą się
ani dobrzy ani źli
to błąd narodzić się mordercą
narodzić świętym jeszcze gorzej
dlatego mordercy słuchają głosu Boga


moje brudne myśli ogień pożądania
w kontakcie z powietrzem ciemnieją umierają
i głaszczę dłonią ja Antygona
świeży grób moich snów


jestem z tych co przechodzą obok luster obojętnie
nie biorę udziału w dyskusji
czy lepsze studia czy zawodówka


a środki publicznej komunikacji
są dla szczupłych i zdrowych


chorzy nie nadążają
grubi się nie mieszczą


trudno zmieścić się w ludzkich oczekiwaniach

















Milano




w słońcu w moich oczach
przegląda się gotycka katedra
z cichą kakofonią witraży w ciemnym łonie


ludzie podziwiają nie modlą się
nie oddają hołdu sile która stworzyła
człowieka
ale człowiekowi który stworzył
świątynię strzelistą
celując sercem w niebo
naszpikowane kamieniem
- misternie rzeźbiona modlitwa-
katedra
przetrwała swoich budowniczych
przetrwała pokolenia i czas


my u jej stóp mijamy przez czas
upływający rozmową o nicości


























charakterystyka




On nigdy nie odpowiada.
Jego głos jest milczeniem kosmosu.
zazdrośnie strzeże swych tajemnic.
dał nam tylko wolność.
nie zna strachu ni zwątpienia ni słabości.
zna smak bólu po tym jak dokonał wyczerpującego
dzieła zbawienia.
gorzkich chwil Niebieski Szafarz.
Stwórca wieczny wszystkiego co chwilą żyje i zawsze umiera.

























***




sekrety umarłych
możemy bezkarnie odkrywać
zaglądnąć do nie istniejącego serca umysłu
uchylić pociemniałego od czasu rąbka tajemnicy
poznać nie poznaną myśl
zamysł jeszcze nie narodzony a już martwy


najskrytsze pragnienia sny marzenia
obnaża pamięć papieru
czarno na białym


moje ciało pełne krwi
która napędza mechanizm serca
życie moje w pustce
czerwono na białym


i nie spotka nas kara
ze strony umarłych bowiem
nie spotka nas nic złego


to żywych należy się obawiać


















Dobranocka




jestem dzieckiem które urosło
dorastanie to jedna z moich
najuciążliwszych właściwości


jestem urodnym dzieckiem
samozwańczej ludzkości
wyklułam się z mlecznego dzieciństwa
by poznać cierpką mądrość
jestem dzieckiem które się zestarzało
zgubiłam naiwność jak zabawkę
czas odciska na mnie ślady tnących baniek
jestem nieuleczalna
nie dorastam do rzeczywistości


straciłam dawną przejrzystość
nie mam już rodziców
odeszli
gdy skończyło się ich dzieciństwo
krótkie i gorczyczne


jestem dzieckiem bezbronnym
wobec okrucieństwa wyroków boskich i ludzkich































Smutasek…




pod pokrywką chmur
bezpiecznie
pod bolesnym czasu zębem
zimno
urosło smutne miasto
szczelne miasto szarych ludzi


życie toczy się we mgle
wśród nich już nie ma mnie
pod pustym czasu okiem
z każdym kolejnym rokiem
























Elegia o Jolancie Brzozowskiej




o istnieniu Jolanty Brzozowskiej
świat dowiedział się
kiedy już istnieć przestała


czy choć przez chwilę
naprawdę istniała
czy z pełną świadomością
własnej ulotności
śmiała się oddychała


śmierć –
to tylko formalność
przepustka
w inny czas
nie musi być złem koniecznym


-przesiadka
w inny pociąg?





















Niepokorny Rafał Wojaczek




zagryzł wódkę
pastylkami
i przywitał się
z aniołami
a gdy w buciorach
do nieba wszedł
usłyszał śmiech na sali
nie spostrzegł
ze nie jest sam
i tylko fizys mu zrzedł

























***




Jan Chrzciciel drgnął w łonie
gdy do pokoju wszedł i pozdrowił wszystkich
Szatan-


stara kobiecina
nie powiedziała nic
nie dosłyszała niebezpieczeństwa.


byłam pasożytem w brzuchu matki.
owocem genetycznego projektu.
nie pamiętam skąd przyszłam,
nie wiem jak.


mogę decydować tylko o własnej śmierci.
rodzimy się tylko w jeden sposób
a drogi umierania niepoliczone są.


gdzie zostawię moje wyblakłe ciało?
na łące w łożysku rzeki
na dnie pamięci że kiedyś istniało.















***




Święty Piotr
inkrustowany złotym haftem bólu


Święty Piotrze
czy będziesz o mnie pamiętał
kiedy przyjdę waląc w drzwi
czy wpuścisz mnie do samotnego raju


tuzin miliarda lat temu – gorzkich lat
Bóg nakręcił katarynkę świata
Ziemia – wypalona planeta
obraca się w lodową pustynię zimnych serc


wiesz
najpiękniejsze wiersze
to te jeszcze nie stworzone
najpiękniejsze dzieci
to te jeszcze nie spłodzone


Boże zatrzymaj świat
ja wysiadam
















***




śmierć
jest wiecznie młoda


ciemnym inkaustem
stawia znak końca drogi
końca zmęczenia
ruch wzbroniony duszom pieszym


śmierć
jest wiecznie piękna


zapala światło
niepokornym
wskazuje kierunek
wahającym się


do ciemności do ciemności




























***




smutny widok –
po co
wydzierać się
z rąk śmierci
te ręce są miłosierne – koją ból


Boże
nie śmiem planować nic ponad własną śmierć
a ty mi zsyłasz codziennie śmierci ćwierć
i tylko połowę miłości



















***




wyścig szczurów
Chrystus
wyprowadza z miast dusze
wabiąc grą na flecie
prowadzi do ognia
wyścig szczurów
płonących głodem dusz
do szczęścia




















Opowieść z krypty




głupi jest człowiek
kłóci się ze śmiercią
miast zajrzeć jej głęboko w oczy
i zobaczyć błysk uśmiechu


głupi jest człowiek
nie zgadza się na tajemnicę
miast pozwolić jej
zabrać się do grobu


głupi jest człowiek
boi się o pamięć kruchą
za wszelka cenę
chce pozostać


głupi jest człowiek
popełnia samobójstwo
za wszelką cenę
chce uciec


















Rozmowa z ciszą




gdzie jest
Mistrz Polikarp
spowiednik śmierci


upodobała sobie go
ta Wszechmocna
„przyrodzenia niewieściego”
co zazdrości
żywym ulotności


gdzie jest boski Dante
wędrowiec śmiertelny
po bezdrożach martwoty


śmierć upodliła go
zamieniając w kupkę
popiołu o barwie
naturalnej


oni zakpili z niej
słyszeli chichot Mefistofelesa
a ona
wścieka się
nie może nic
przeciw kapryśnej ludzkiej pamięci


dlatego niszczy
upodlając uświęca


dlatego śmierć
jest kobietą























***




kometa –
bryła brudnego lodu
a jednak w jej ogonie
rozpostartym
jak pawi wachlarz
zmieściłby się cały świat


za kolejne dwa tysiące lat
znów obwieści narodziny Boga. Człowieka?

























***




powoli przeżuwam pokarm dnia codziennego
czarna Kayah uśmiecha się ze zdjęcia śpiewa o zimie
rajski ptak zimowy rozbite na części zwierciadło
spada z nieba ale wszystkie okna serca są zamknięte
przysiadł na choince papierowy rajski ptak


obracam w szczękach pokarm dnia powszedniego
wygrywa jednostajną melodyjkę pozytywka serca
co dzień co dzień nakręcana sprężyna
ubieram się szczelnie chodzę pospiesznie goniąc dzień
aniołowie sypią białym drobnym makiem z drzew


połykam gorzki pokarm codzienności
bezimienny jak zmarznięta wierzba
dzień mroczny mój dom nagi stoi wśród ludzi
we mgle roją się białe ule bezludne wyspy uśpienia


trawię ciężki pokarm codzienności
miesza się krew z codziennością
życie jak stan przedśmiertny
tak się umiera z bezczynności długo i z trudem
zapadam w zimowy letarg wieczny adwent




















***




w familoku
czarno – białe życie
brudna miłość
wymieciona z kątów


na dach kryty blachą
dwoje dzieci bezskrzydłych uciekło
wzięły tabletki na wieczny sen


tu młodość przemija niepostrzeżenie
przepita przegrana zapomniana


przez okna nieszczelne przenika chochlik zimy
dziurawi wytarty obrus na stole
stara kobieta robi na drutach szalik
za ścianą sąsiad bije kobietę
przedwojenny zegar o woni drewna i przemijania
na ulicy pijak znalazł śmierć
i pies z kulawą nogą szczeka wichrom
kot schronił się za piecem
dziewczynka z zapałkami na haju śni swój zimowy sen
powoli odlatując


miasto śpi dzieci śpią nie ma świąt
































***




zima utkała białe drzewa z koronki
posrebrzyła szarość ulic
rozmigotała codzienność magią
rysuje na szybach swą wizję
świata bez zakłóceń i skaz
dała domom skrzydła ptasie


























***




kot ostrym pazurem
zakreślił znaki nieznanego pisma
na mej skórze
ślad po zabawie


igranie z kotem jak z żywym ogniem


kiedyś miało
się ciało
i się z ciałem
igrało


człowiek – karykatura Boga






















Poemat o rąbaniu drewna




moje drobne jasne dłonie
pachną żywicą


nade mną umierająca gwiazda
krzyczy blaskiem poprzez próżnię


moimi delikatnymi dłońmi
rozłupywałam kawałki
lasu na ogień
ostrą siekierą nienawiści


moimi szponiastymi dłońmi
oddzielałam włókna sękowatego mięsa
o zapachu powietrza
i wrzucałam do ognia
płonącego w środku mego domu
i ogrzałam się przy nim


















***




ziemia. stąd, z dna, widać potężne ramię galaktyki obejmujące nieboskłon. gwiezdny pas Afrodyty
przepasujący niebo. miliony umarłych dusz nie większych od atomu odleciały w pobliże Krisznaloki. rozprysł
mleczny pokarm Hery poskąpiony bogom, darowany ludziom. droga krzyżowa niebiańskich skazańców. ścieżka
zagubionych ciał astralnych. drogowskaz gwiezdnych włóczęgów. diamenty rozsypane dla Marilyn. latarnie
morskie dla kosmicznych statków. rzeka żywa płynąca przez Pola Elizejskie. wieczna wędrówka Beethovena –
srebrzyste nuty melodii nocy. sztylety wbite w kosmos w serce białej Izoldy.

















































14:27 / 03.02.2006
link
komentarz (1)








Litania do wszystkich świętych




Święty Franciszku, zazdroszczę ci spokoju
ja, kobieta gwałtowna.
Święty Sokratesie, zazdroszczę ci stoickości,
ja, kobieta niespokojna.
Święty Heraklicie, zazdroszczę ci ognia,
ja, kobieta – woda.
Święty Parmenidesie, zazdroszczę ci pewności,
ja, kobieta ze snu.
Święty Augustynie, zazdroszczę ci ufności,
ja, kobieta chwiejna.
Święty Pascalu, zazdroszczę ci wiedzy,
ja, kobieta nieświadoma.
Święty Nietzche, zazdroszczę ci szaleństwa,
ja, kobieta nie – racjonalna.
Święty Epikurze, zazdroszczę ci radości życia,
ja, kobieta śmiertelna.
Święty Zenonie, zazdroszczę ci obojętności,
ja, kobieta nadwrażliwa.



Żadnemu z was nie zazdroszczę śmierci,
ja, kobieta wieczna.
















Tebanki groźne Tebanki piękne Tebanki złe




nie będziecie niewinne, Tebanki wspaniałe.
miast wieczności wygracie śmierć.
miast sprawiedliwości- blaszaną miskę gorzkiej strawy
prawodawstwa.
miast zemsty na wrogu – zemsta na sobie.
i cóż wam po strużce krwi? –
krew nie obdarzy was spokojem.


nie będziecie niewinne, tebańskie księżniczki.
nie będziecie miłością,
nie będziecie szczęściem.


tylko dzieci wasze nienarodzone nie będą płakać –
wdzięczne za niesprowadzenie na dno piekła przez życie.


Antygona, Ifigenia, Elektra, Meduza, - bezdzietne. krwawe.


Tebanki piękne, Tebanki młode,
Tebanki gniewne, Tebanki cierpiące.


I cóż wam po ostrzu sztyletu?
Nie da wam spokoju.













Noc Szatana




dzień przed Nocą Demona
drzewa odmieniają się przez wszystkie kolory
ognia
lodowaty wiatr gra swe pieśni z tamtego świata
w górze niebieski srebrnik
wtopiony w otchłań nocy
zgasiła twarda ręka chmur


świece płaczą krwią
przez szachownicę okna wpada mrok
cmentarz pobrzmiewa czerwono


w taką noc
czuwają koty i kobiety
żałobnicy, piekielnicy
mają swoje święto
miedzy słońcem a Narodzeniem


pogasły światła uliczne gwiazd
pada czarno lśniący deszcz
nie mów „kocham” bo nie ma cię
kochanie













***




bezgrzeszna zima
wije swoje gniazdo na niebie
w którym leży zachodzące jajo słońca.
nie ogrzewa niczego.
jedynie wydobywa skrzenie ze śniegu
leżącego szczelnym pokotem na polach
ostrego puchu
gładzonego kąsającą włosy dłonią wiatru
uczy na pamięć zamroczenia
i stoję urzeczona
nad spokojem ciszy zadziwiona
z czarną plamą zwietrzałego serca pośrodku
staję naprzeciw ściany bieli – nieba


nie zawsze wysłuchuje peanów
kapryśny bóg zlodowacenia
przedziwny anioł snu

















Helloween




w Noc Szatana
powstał z nowonarodzonego grobu ptak
otrząsnął skrzydła ze zgrozy
i spadły krzyczące pióra ciemności
w upadłe na dnie świata
miasto
w Noc Szatana
w gęsto szyty deszcz
w gęsto tkany mrok
każdy nowy stwórca nocy
ma swojego zwiastuna
o drobnych żarzących oczach
i stu sztyletach drgających w tańczących dłoniach



























***




Orion – srebrny myśliwy nieba
rozpoczął sezon łowiecki
po polanach zimy ściga wichry dzikie
i płochliwe łanie strachu
w wędrówce przez konstelacje
towarzyszy mu
blady Książę Nocy
z Krukiem Wiernym
poluje na zwierzynę niewinności
w wielkim pustym mieście
na którego progu umiera z zimna
dziewczynka z papierosem -






























***




to ja milcząca martwa kochanka
- pukam z petycją do Boga
z reklamacją za życie


bezdenne miasto
z otchłanią w sercu
z ogienkami w okienkach
z małymi ludźmi w środku
z lękiem w ich sercach
z umarłymi ludźmi przy stołach


domy od łez kapiące
wysokie a tak nisko upadłe
domy samotne choć zbite w rój


tam rządzi ciemnooki kruk
tam omiata powietrze skrzydło ducha – kruka
żywi się oddycha
ciemnością


a deszcz
plecie swoje nieskończone peany


na suchych liściach cmentarza
śpi dziewczynka
matka jest ćpunką
ojca nie zna
pod kamieniem bólu śpi
krwawe graffiti


emir tego miasta
zna każdy jego oddech
czuje każde drgniecie szarpnięcie
każdy gwałt
ognisty kruku studnio rozpaczy
zemścij się na dniu
oddaj pokłon bezokiej nocy



































***




na tysiąc ziemskich lat
zasnęli incognito w Troi
spokój ich i pewność że spokojni będą


twarzą ku niebu
twarzą ku ziemi


Charon mały chytrus
księżycowaty uśmieszek
urządza piesze wycieczki żywych
przez krainę umarłych i na odwrót


gwałciciel Wenus słodkiej nawiedza ten świat
będąc snem Edmunda Eukruka



















Jesień snująca śniąca




szczodre szaty drzew
rdzewieją
stają się przewiewne
przezroczyste
nikną


lazur nieba traci głębię
mętnieje
pustoszeje


w wielkim kamiennym mieście
stoją identyczne idiotyczne budynki
o barwach popiołu
pudełka nabite ludźmi
stoją pośród opustoszałych
konstrukcji drzewnych


między niebem a piekłem
twardnieje kostnieje
osierocone życie
















Magia mediów



widziałam oryginalne zdjęcia z miejsca zbrodni
wcale nie było tak jak w filmach
krew nie tryskała ze ścian
czerwień nie wołała o zemstę
i firanki pozostały białe


czyste i schludne trupy w ciszy czekały na obrządek
przykryte spokojem prześcieradła
a życiodajne łono kobiety
będzie dawać życie robakom i pożywienie


na podłodze nikłe smugi autentycznej krwi
plastyka zbrodni ekspresjonizm kary


chłopiec – morderca gubił się w spowiedziach
nie wiedziałam że szloch
może być tak podobny do śmiechu
i pragnienie śmierci tak nie zaspokojone


- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -


dobroczynna woda obmywa moje dłonie
niesplamione czerwoną farbą
kiedy kładę się spać i śpię mocnym snem
















Najlżejsza śmierć




u progu jesieni obserwowałam dogasające w słońcu życie motyla. trzymałam go na dłoni, gdy zwijał się
pracowicie w pocie umierania. jedno skrzydło miał naddarte i poszarpane. może bawił się nim mój kot?
odnóża i czułki kurczyły się i skręcały. patrzyłam jak drgał, a jego urywane ruchy przypominały puszczone
samotnie żagle poruszane wiatrem. patrzyłam jak powoli umierał, zanikało jego drżenie. pozostały po nim tylko
piękne barwy, teraz już bezużyteczne, skoro nie poruszają się, nie migocą w powietrzu nieuchwytne,
przyciągające wzrok. miałam go już nieruchomego, biernego, niepotrzebnego. gdzie trzepotanie, ruch,
taniec? gdzie gonitwa za wiatrem? obejrzałam dokładnie wzory i plamy na znieruchomiałych skrzydłach. nie
poruszały już powietrza ani serca. próbowałam oszukiwać los udając, że nic się nie stało… a jednak trzymałam w
dłoni lekką śmierć.





















Desert rose



na pustyni
jest tylko złocisty piasek który zmienia wygląd
ale nie zmienia postaci
i wiatr
co nuży muśnie pieści szarpnie
i czas
co bije w oniemiałe dzwony ciszy
wraz ze wschodem i zachodem
rozszalałego słońca
spuszczonego z łańcucha strefy umiarkowanej


na pustyni nie ma dróg
tylko szlaki wytyczone w myśli
fałszywy krok to grób
niewidoczny zza wydm
a nie cierpka nauczka
do przełknięcia
a nagrodą za wędrówki trud
- garść wody
trochę daktyli
kwinta snu
zapłata to niepomiernie maluczka
jak za zieloność co się w końcu majak wyśni















***




Serce pegaza, zmiłuj się nade mną.
Serce drzewa, zabij zahucz nade mną.
Serce kruka, fruń za mną.
Serce anioła, drzyj przede mną.
Serce śmierci, zabierz mnie ze sobą.

























Mahora




ciemnoskóra róża pustynnych wiatrów
o rzeźbionych blaskiem oczach gazeli
i mroczne mosty brwi
spinające spokój twarzy
policzki gładzone burzami piaskowymi
stały się esencją jedwabiu z zielonych wysp Japonii
usta wyciosane z wiatru i zapachu
a nad oczyma – kraina ciemnego lasu
utkana z pojedynczych lśniących strumieni
- włosów których czerni widok
przyprawiłby najdumniejsze kruki o siwiznę zazdrości
dłonie – ostre sztylety palców
gładkie powierzchnie stawów złocistych paznokci
trzymających wonne serce słońca
we flakoniku pachnideł
skóra którą szczyciłby się każdy nomad
właściciel zdobyczy – sierści gazeli nieuchwytnej
wygarbowanej słońcem i ciszą
pępek – centrum oazy piękna
w środku spalonej gniewem gwiazdy jałowej ziemi
zlewa w splot słoneczny wspomnienie wiecznej spiekoty
lustro skóry pochłaniające promienie słońca


zielona róża pustyni
rozciąga się od horyzontu po bose stopy dzikiej hurysy
ziemia po której stąpa owa piękność
zmienia się w żyzne pastwisko dla oczu niesytych zachwytu
dziergane gorącem powietrze
układa się wokół niej posłusznie
przylega do skóry niczym pieszczota
najczulszego wojownika beduińskiego


ciało polerowane gorącem i wichrem
spragnione miłości
z ziemi powstaje i pomiędzy
jednym mgnieniem gwiazdy a drugim
kocha nienawidzi płacze uśmiecha się
kłamie gnie w tańcu nieruchomieje we śnie











































14:25 / 03.02.2006
link
komentarz (0)
Wiersze z pogranicza c.d.







W pustyni i w pustce




ludzie pustyni wędrowcy Beduini
wierzą że turkus
jest kamiennym odbiciem nieba
dlatego zdobią turkusami końskie rzędy
by wierzchowcom dodać skrzydeł


pustynia sprawia
ze ludzie ciągle wierzą w cuda i znaki
bo taki na przykład mały samotny cud
to fenek pustynny piesek
znak życia – ślad odbity w piasku
albo studnia pośrodku Sahary
która nie byłaby cenniejsza
po brzegi wypełniona diamentami


kiedyś ludzie wierzyli
ze kryształ górski
to lód zamarzły w wieczny kamień


w dłoni arabskiego wojownika
w słońcu głuchym bezlitosnym
nieopatrznie stopniałby w życie płynne













***




wyplenianie marzeń
tracenie złudzeń
odbywa się bezgłośnie
w ciemności zamkniętej skrzyni umysłu
jak wyrwanie niepotrzebnego zęba


potem
specjalna komisja
złożona z panów w krawatach
ustala przyczyny śmierci
z niespełnienia
z rozczarowania


ale złudzenia to magia
przed którą nie chroni nieświadomość
tym bardziej niewiara


















Smoków już nie ma




na dnie płynnego kryształu siedzi mały krokodyl. kiedyś pewnie był smokiem. jego łuska lśni perłowo – choć
przeważa zieleń. jego oczy jeszcze skrzą się żywym ogniem. jest zbyt zmęczony, by rosnąć, więc chwyta
tylko muchy. każdy jego ząb to promień słońca. z każdym jego ruchem otwiera się i zamyka otchłań piekła,
mieszkająca pod każdym kamieniem na dnie potoku. kiedy nieruchomieje, zmienia się w mały posążek legendy.

















Jesień o świcie




mój pokój z widokiem na świt
budzę się i zasypiam w moim pokoju
w którym wstaje dzień
ale bardziej wolę zasypiać do wtóru gwiazd
przy zapachu późnoletniego zmroku
gdy żagiel księżyca
pruje morza chmur
a gwiezdne główki od szpilek
wbija w draperię nieba noc
dłońmi w czarnych rękawiczkach


ustawiam lustro naprzeciw świecy –
skrzesuję z iluzji dodatkowy promień












Okno na świat




nienawidzę
znajdować na mym oknie
martwych uschniętych pszczół
które nie wydostały się zza szyby na świat


tak naprawdę żyjemy
w zamkniętych domach
i tylko małe szczelne okna
przez które patrzymy na świat
przez zakłamane szyby
sądząc, że widzimy świat prawdziwy
ale tak naprawdę
nie czujemy
chłodnego powiewu powietrza
po nocy dusznej i ciężkiej
jak żelazny pancerz strachu


zamykam okno
odgradzam się
od hałasów woni światła















Epitafium dla mojego dziadka II





Do widzenia, do zobaczenia, na drugim brzegu, dziadku. Nie dla ciebie już dzisiejsze niebo. Nie dla ciebie
słońca blask – wkraczasz w Krainę Cieni. Nam – tym na ziemi i tym w powietrzu – pozostaje jedynie złożyć ci
ostatni hołd i pójść do naszych domów żyć nie umierać. Szkoda, ze tego nie widziałeś. Po tak upokarzającym
trudzie umierania należało ci się. Bezchmurne niebo przygotowało się na twoje przyjście. Nie nam wystawiać
ci rachunek z życia – którego weksel wystawia śmierć – nie nam osądzać i oceniać. Zostawmy to. Poza jej
(śmierci) ciemne ramy nie sięga już władza naszych jąkających się języków i kapryśnych umysłów – możemy
tylko oszukać ją (śmierć) dzięki wspomnieniom. Które wieczne są bądź kłamliwe. Teraz latasz po niebiańskich
przestrzeniach i nie musisz się martwić, że braknie ci paliwa, albo że spadniesz na ziemię. Pomachaj nam
skrzydłami spod gwiazd – ostatni raz














***




wyrzucam
pomięty niepotrzebny wiersz
kolejny dzień
zgnieciony papier śmieć
ta samą dłonią która przedtem pisała
cały wór po kartoflach śmieci


one wszystkie są o mnie
w krótkich zdaniach
skoncentrowana
istota człowiek kobieta wiatr

























Wagabunda




smakowaliśmy naszą wolność
ułudę wolności ukrytą w wędrówce
pod wiecznym niebem
nad ciągłym mijaniem w czasie
drewniane ręce lasu
konary niegdyś gładzone przez wiatr
i liście na których wiatr grał
zamienialiśmy w blask i ciepło
nucąc przy ogniu rozmowy
trzymając w dłoniach napój zapomnienia
- musujący alkohol –
szukaliśmy samotności wśród drzew
nad wodą dźwięczną i czystą






















Epitafium dla mojego dziadka




Spójrz, dziadku: umierasz. A ja śpiewam i tańczę do wtóru muzyki w dzień twojej śmierci. Życie toczy się
dalej równie dobrze z tobą jak bez ciebie. Twoja śmierć nie wnosi różnicy (z wyjątkiem może paru osób). Spałam
głęboko i bezwiednie, gdy umierałeś. Nie podadzą tego faktu do porannych wiadomości. Przebudziłam się na
dźwięk dzwonu obwieszczającego twoje skonanie. Obok mnie na kołdrze zwinięty w ciepły kłębek kot. Za oknem
gwałtownie frunął pełen życia ptak. Popatrz, dziadku: myślę o tobie. Nie powiem ci już, czego nie zdążyłam.
W dzień twojej śmierci piszę wiersze i będę je pisać w inne dni, a których ty już nie przeczytasz. Spójrz,
dziadku: żyję i mam całkiem poetycką wenę. I tobie mówię: kolorowych mrocznych snów. (Choć myślałam, że
tylko poeci umierają o bezsennym świcie.)

















14:16 / 03.02.2006
link
komentarz (0)
kiedyś wiara moja była taka prosta... Bóg... gdzie on jest?


Modlitwa przed i po


czy jem czy piję
wszystko na chwałę twoją czynię

czy płaczę czy się śmieję
czy rozpaczam czy szaleję
czy tańczę czy śpię
czy współczuję czy w oczy kpię
czy piszę czy śpiewam
czy nie mam nic i gdy wiele miewam
czy szepczę czy krzyczę
czy klęczę czy dumnie stoję i skowyczę
czy się bawię czy pokutuję
czy wiatr mi włosy głaszcze czy mróz w oczy kłuje

wszystko na potęgę twą wzywam i piszę
palcem na piasku rylcem na sercu:
ku twej chwale ku twej nędzy
na nagiej skale na szkarłatnym kobiercu
nie szczędząc nici życia ni cierpień przędzy





















14:15 / 03.02.2006
link
komentarz (0)
Wiersze z pogranicza cd.







Prolog burzy




odbity w lustrze burzy się ocean nieba
tam gdzieś daleko tańczy burza
wioska kuli się
pod siepaczami deszczu-
piszę kolejne wariacje burzy
z daleka słychać pomruk przestrzeni
świat zastyga w oczekiwaniu
gdy burza runie na drzewa
gdy przyfrunie na skrzydłach gwałtu i otoczy mnie
gdy rozpęta piekło na niebie i rozpali mój duszący gniew


czekałam
a ona przeszła obok
pokazując jedynie forpoczty
minęła mnie obojętnie
ciągnąc za sobą wycie przestworzy


gniew zgasł
jak zbłąkany ognik na bagnisku
deszcz nie chce obmyć kamieni
ani czarne chmury rozpaczać
(rozpacz- należy dozować ją stopniowo)
wypuszczać pomału kawałek po kawałku umierać
resztki kropla po kropli pozbierać
oddawać pomału tereny boleści
rzucić aniołom pod nogi
aż staną w locie
spojrzą na małą istotę bosą
błąkającą się oślepłą gdy w górze frunie szczęście
biegnącą za nim z wysiłku mdleją mięśnie




















***




dusza labiryntem nie do przebycia
nić zbyt wątła i światło za słabe
nie wskażą mu drogi
zbyt mocno jestem zarażona mrokiem




















Rozdarta




próbuję biec
pod prąd pod wiatr
tonę w głosach po kolana po pas po szyję


od stóp do głów pojedyncza w kakofonii podszeptów
nie, to nie początki schizofrenii
to często spotykane
zwątpienie niemoc rozpacz
podszyta stoickim uśmiechem
wahanie na szali nieskończonych możliwości wyboru
waga przechyla się raz w tę raz w tamtą stronę
języczek wskazuje naraz wszystkie wypadki
w naszej mocy wybrać ale nie decydować






















Idąc w ciemności




mój szlak wytyczają bezgwiezdne noce. ciemna strona księżyca – negatyw słońca służy mi za przewodnika –
smętny Charon. król kosmicznych podziemi wskazuje mi drogę ciemna materia międzygwiezdna moja mapą. posuwam
się szybko po ciemności po granicy cienkiej jak samobójcza żyletka. prowadzi mnie pustka nie odkrytych
obszarów nienazwane piekło nie oznaczone na mapie serca pułapki. znam tylko kierunek. ciągle wzlatuję w dół na
skrzydłach mroku tam, gdzie nie ma ptaków ani gwiazd odbitych na powierzchni jeziora.























Nocą lepiej…




półnaga w kontekście
odarta ze złudzeń
zakrywam dłońmi twarz
by świat nie widział własnych zbrodni
popełnianych w czerwonych rękawiczkach


lepiej nocą pisać
dnie lepiej przesypiać
noce lepiej przepłakać
w pierze gęsie lepiej wykrzyczeć


nocą lepiej czuwać
nocą lepiej pamiętać
nocą uprawiać seks
jak małe zarośnięte poletko
oczyszczać z chwastów i win
gdy bezgrzeszny księżyc podpatruje pod kołdrą


wsłuchaj się w tę noc
ona gra inaczej niż cisza
pod skórą tętnią czarnookie rytmy
pulsują korowody krwi























Próba zapomnienia





zamykam oczy
a widzę nadal niebo twojego spojrzenia
zaciskam usta
a czuję smak cienkiego skórzanego pokrowca
który ma twoją duszę skrzydlatą
zamykam się nocą w ciszy
gubię w hałasie za dnia
a słyszę ciągle
melodię niezapomnianą twojego szeptu
do którego klucz leży w otwartej przestrzeni


odpukać serce niemalowane
odpędzić lęki nienazwane
marzę by przytulić twą lekką głowę
do brzucha jak przymilne zwierzątko
położyć twą dłoń na piersi by poczuła
jak szamoce się w środku niecierpliwy zwierz
połykający miarową mą krew
























Patrząc w niebo o zmroku





Ostatnio patrzyłam przez kratę okna na kościół ukryty pod kapturem mroku. Na jego wieży, na samym czubku, na
ramieniu krzyża siedział ptak. Samotny. Nie poruszał się. Przysypiał. Obok sterczały miotły drzew. Mój wzrok
zatrzymał się na surowym płótnie nieba i znikał w nicości po drugiej stronie kosmosu. Nie było gwiazd.
Ukryły się, bo nie chciały siebie widzieć w odbiciu przeżartych solą oczu. Wzrok pobiegł dalej, wgłąb duszy
i napotkał jedną z wielu szczelin. Przepaść pustki. Znikłam w niej, rozbiłam się o dno jak kruche szkło.
Tak krucha była moja dusza. Woda swoimi włosami musnęła mi twarz. Była słona jak ból. Statek z ładunkiem uczuć
płynął i rozbił się o rafy nadziei. Zatonął, ale perła mojej duszy na dnie pozostała twarda jak diament.
Boleści ciosany niezdarnymi ciosami losu.























Leżę





skulona leżę na twoim brzuchu
zaczynam zapuszczać gałęzie
twarde i raniące
wkrótce
wyklują się z nich krwiste kwiaty
spłynie ściegiem słodycz wzdłuż twojego ciała


zwinięta w kłębek leżę no twojej piersi
słyszę jak w jaskini tłucze się twoje nabrzmiałe serce
zastanawiam się czy często wozisz je w chlebaku
klucz do mojego masz na końcu języka
czujesz jak drażni twoje podniebienie?
jak pastylka ekstazy
pomnóż ją przez wieczność
i złóż w moim ciele jak ziarno























Próba szczęścia




próbuję pochwycić ćmy moich marzeń wyobrażeń o szczęściu
bezskutecznie uganiam się za czymś
co zawsze jest szybsze
musiałabym być duchem żeby je dogonić


tak niedostępny jesteś dla mnie





























Czterowiersz bez dedykacji




ceną za zbyt mocne kochanie
jest konieczność zmierzenia się z Szatanem
więc jeśli pokochasz mnie zbyt mocno
otwórz się na swej duszy stronę mroczną
























Epitafium




słyszę w sobie ciche dzikie chóry piekielne. widzę przed sobą sen nieoczytany – śmierć. nie oznajmiona z
rzeczywistością, nieobyta, po życiu nieodgadnionym – sennym koszmarze. nie przeraża mnie fakt, że wszystko
co żyje umrze a nic co umrze nie ożyje





























Odloty powroty




wracałam do domu.
pod najciemniejszym niebem.
gdy docierałam do wioski
zbliżał się do niej podniebny sztorm
jasne perły świateł
pod grobową chmurą
kwiliły - - -


powrót – dzień drugi
przez baldachim drzew prześwitywało
pociemniałe niebo
w oknach neonowe światła jak kostki lodu
księżycowy diabełek kłuł rogami niebo
śmierć mrużyła do mnie oczy
lodowate oczy gwiazd
hiobowy uśmiech nieba
nicości uśmiech przez łzy
























Zawiedzione zaufanie krwawi ale nie umiera




rozespana roześmiana
rozsupłałam rzęsy
i spojrzałam słońcu prosto w gniewną twarz
w lustrze odbijały się obłoki
w lustrze kropił deszcz
nie zraszanym moimi łzami
nie pokrywanym przekleństwami


poskładała te kawałki
posklejałam w jedno serce
trzymam mocno ostrożnie
by nie spadło w przepaść ufności
i nie rozbiło się o kamienny ostrołuk
z wyrytym zaklęciem
„przejrzyj na oczy”


następnym razem skacząc w przepaść
wezmę spadochron
















Promień mroku w świetle




nad moim mrokiem wstaje rosochaty rozochocony księżyc czyniąc kontrast między cieniem a srebrzystością
umarłych. płonie w moim pokoju świeca i serce. jeden ruch i rozpadnę się na popiół jeden podmuch wiatru i
zniknę lecz nadal będę częścią żywiołów tak w całości jak po części. kruchość i niestałość mojej osoby nie
przeszkadza mi być częścią świata. w powodzi zdarzeń szukam kotwicy – zaufania nadziei znajduję tylko
wodorosty topielców którzy od nadziei zginęli. mimo to chciwie wychwytuję powietrze w sieć płuc i młócę dalej
ramionami w rozpaczliwym akcie trwania. większej rozpaczy desperacji wymaga wybór narodzin niż śmierci.
tylko w mroku można ujrzeć całą moc światła.

























Jadowity spleen




dziś w moim domu demony zbudowały sobie gniazdo każda myśl jest demonem dziś w moim domu zalęgło się robactwo
każda myśl toczy mnie jak robak robactwo wewnątrz robactwo w mózgu niedługo zostanie szkielet – szklany
ból łza pali oko pali skórę pali duszę wściekłość obraca ją w popiół dziś czuję się jak statek – widmo
jeszcze mogę się śmiać lecz w środku drga szloch demon w każdej łzie plami przesłania widok zaciemnia świat
czyniąc życie morzem po którym dryfuję – nicość
























***





a kiedyś myślałam tak wszyscy myśleli
- nie ma rzeczy wiecznych –
pomyliłam pomylili pomyliliśmy
wszyscy się
- tak łatwo tak lekko się pomylić
ból – trwa
przebija się zza każdego uczucia
przez najgęstszą zasłonę zapomnienia
przez każdą próbę dokopania się do


a śmierć – jest wszędzie w każdym tchnieniu dzikim
w każdym akcie
to ona jest narratorem życia
ona stawia kropkę
po ostatnim westchnieniu
spija ostatnią kroplę krwi
to śmierć jest wyznaniem wiary
w to co pewne
choć ludzie szastają jej imieniem choć nie mają pojęcia
tylko ona jest w stanie uwolnić
od strachu przed nią samą od niewiadomej dni

















***




…siedzi we mnie jak kamień
bije pod mostkiem zamiast serca


nikogo nie kocham
nie umiem nadać sobie przywileju kochania
moje serce to wciąż nie zapisana kartka
poszarzała tylko od bólu
zmięta gniewem i ogłuszona czekaniem






















zimowa kantylena




jesień światła
zmarzł deszcz
sypie w oczy łzami
jesienna kantylena uśmierca dzień
usypia jego bladą twarz
śpię z tykającym pod poduszką czasem
zmarł deszcz


zima
obserwuję za oknem spadający
błyszczący na tle nocy
śnieg
spadanie z ciszy w ciszę
z nicości w nic


czuję
chłodny na dnie nocy
lód
zbieram pod paznokieć
przytulam do policzka do piersi
puszysty mróz
kłujący skórę kolcami gwiazd

















14:04 / 01.02.2006
link
komentarz (1)
nawet nie wiesz, że przyjdzie taki dzień, że gdy rano wstajesz, jesteś już trupem...

11. 09. 01.


ku pamięci ku czci
ciekawe co trupom się śni
gdy rano idą do pracy
trzy cyfry wczesnej jesieni
na wieczną krwawą pamiątkę
ludziom w płomienistych prochowcach
co pogubili ręce pogubili włosy
i ułożyli w wielkie chmurne stosy
zieleń nad nimi żółcieje
wiatr ze strachu płowieje
deszcz spłukuje kurz z powietrza
z okien ze wszystkich stron świata
spoglądają twarze pomięte
jak pięści
































00:27 / 01.02.2006
link
komentarz (0)
Błagam, powiedzcie mi. Czy już o tym wiecie? Czy mówiłem - czy powiedziałem wam o tym? W jakimś innym
momencie? W innym nastroju? Czy były jakieś inne okazje, pytam was, zagubiony bezpowrotnie w pajęczej
tkaninie minionych dni, w przezroczystych widmowych jedwabiach dnia wczorajszego. Powiedzcie mi, chcę
wiedzieć. Czy słowa, które teraz mówię - czy są już częścią peleryny pamięci zarzuconej na ramiona
spędzonego czasu? Gdybym mógł wypełnić cały martwy czas, jak pieknie wyglądałaby peleryna pamięci? Czy
wprowadziłaby nieco zamieszania w ruiny minionych dni? Czy byłaby to rzecz nieczysta, ten wystrzępiony mundur?
Czy ociekałaby krwią lub zrzucała skórę jak kalendarz kartki? Pytam was poraz ostatni. Więc uważajcie. Czy
mówiłem wam o tym wszystkim wcześniej ?
Czy mówiłem wam już o piekielnym przerażeniu
Martwego Czasu? Czy wiecie o krwawieniach? O Dreszczach ?
Zachowały się zaledwie fragmenty
pędzącego zycia...niczym garść wiatru. Czas się pogmatwał. Noc i dzień, jedno następujące po drugim,
rozpostarły swe jaśniejące sfery niebieskie od horyzontu do horyzontu. Słoneczne serwy, księżycowe
odbicia, borykanie się więdnącego czasu z ich szaloną wędrówką, tam i z powrotem, w ciemność i światłość, jak
zegarek hipnotyzera kołyszący się na łańcuszku nieba - o tak, niczym wahadłowy ruch nagiej żarówki powieszonej
i rozhuśtanej w pustym pokoju. Godzina! Dzień! Minęły! Wymknęły się! Uciekły niesplamione, nie do odratowania,
nie do przeżycia. Wszystko w mgnieniu oka. Martwy Czasie! Martwy Czasie! Dokąd uciekasz? Kto
cię wykorzystuje, jeśli nie ja?
Mordercy i mordowani. Zabijanie mego życia - mego czasu życia.
Koło tortur mijających dni, i powolny, systematyczny ruch korby i wału, nie kończący się terkot trybów
wystukujących minuty, zaliczanie trzasków kości i sekundy żywego bólu - nieznośne przedłużanie Czasu.
Czasu przeżytego. Lecz co z całym martwym czasem, ze wszystkimi niewyjaśnionymi dniami? Gdzie one znikają?
N I C K C A V E kocham jego chorą wyobraźnię... na pewno czułeś kiedyś wielki strach/ że oto mija twój
najlepszy czas...tak boję sie starości... kiedy zostanę odarta z królewskości...




















22:02 / 31.01.2006
link
komentarz (1)
Miłość - czym dzisiaj jest ten Mit? kto odważy się wypić ten puchar i zapłacić najwyższą cenę?




Miłość we wszystkich koniugacjach




Izolda uniosła dłoń – Tristan odpłynął.
Izolda uniosła brew – Tristan westchnął.
Izolda uśmiechnęła się – Tristan upadł.
Izolda nago przeszła przez ogień – Tristan milczał.
Izolda dziergała jedwab – Tristan się śmiał.
Izolda szepnęła – Tristan zabił.
Izolda śpiewała – Tristan zginął.
Izolda płakała – Tristan zmartwychwstał.
Izolda się upiła – Tristan odszedł.
Izolda zamknęła oczy – Tristan walczył.
Izolda się obudziła – Tristan się ożenił.
Izolda pokutowała – Tristan wędrował.
Izolda się czesała – Tristan krzyczał.
Izolda się kąpała – Tristan z nią.


w czasie przeszłym
przyszłym
zaprzeszłym
niedokonanym –


tylko osoby się zmieniają