sinuhe // odwiedzony 68385 razy // [nlog_pierwszy_vain szablon nlog7 v01f beta] // n-log home
pokaż: ostatnie 20 | wszystkie z tego miesiąca! (0 sztuk) | wszystkie (174 sztuk)
15:25 / 10.12.2016
link
komentarz (0)
***

Sławomir Różyc. Studium snu polifazowego w stołecznym metrze.



Kto w kształt składa cienie po brzegu powieki
szreń rozkołysanych nim wstępujesz w śnienie
ktoś rytm kół wycisza. Znasz ten chłód pobudki
budziłeś się z zaćmy mocno zawstydzony


Jeśli sen to zazdrość gorzkich dymem z wosku
czułeś w ustach dziwną bliskość nieznajomych
znasz któregoś z drzemki. Twarz bez właściwości
krabim polonezem łączy w głupstwo zmarłych


Sen był policjantem karmionym wśród biednych
gdy nad szybem metra bank Słońca przetacza
ma ten nawyk krzyża kreślony w powietrzu
w końcu tłucze w gębę bystrzejszych od siebie


Sen jest onanistą ? Nóg nie myje po tym
może stąd w nim gęstość. W pracy na wiór suche
dłonie ma. Poglądy. Kuszeniem jest drzemka ?
Powtórzcie ! wtulone w siebie makarony


1 lutego 2016. Stacja metra Centrum Nauki Kopernik.




Obraz polskiej poezji w formacie szerokim ulega dalszej entropii. Istnieje już wyraźny podział
między poetami oficjalnymi i promujących się samodzielnie w Internecie. Krytycy ostrożnie określają
ich niszowymi choć wyraźnie mają wyraźnie większą rzesze osób komentujących ich w sieci


Jaka jest płynność sprzedaży tomików drukowanych oficjalnym trudno określić


>
12:01 / 04.05.2016
link
komentarz (0)
**


Sławomir Różyc. Pudełko.


dokąd od nas odchodzą zbyt kochane dziewczyny
w co spadają. Czym kwitną. Gdzie gubią dziś szale
potem w kuchni coś trąca. Cienko
przenikliwie. Krągłe tropy zostawia
w kapciach z ciepłej herbaty


wszystkie twoje kosteczki mam złożone w pudełku
płatki listów. Waciki. Skrzydełko kolczyka
twój kieliszek na nóżce dalej błyszczy jak leming
której za horyzontem
zapach szminki na brzegu





co powinien uczynić osobnik, który spełnił swoje marzenie. Które uczynił
większym swoje marzenie niż się spodziewał po sobie. Który okrzepł, a przecież
za samo marzenie nie otrzymał godnej nagrody


osobnik ten powinien wyrazić zgodę na samego. Dziś tak właśnie czynię


nigdy nie pisałem dla samego siebie. Miałem jakiś plan do udowodnienia. Wreszcie
przychodzi chwila, kiedy już sięgasz wyżej, a wszystko sprowadza się do czekania.
Już nic nie musisz więcej, jedynie powstrzymać próżność


wróciłem Niepokonany, bo sam pokonałem się wcześnie. I nikt o tym nie wie


>
17:20 / 22.10.2014
link
komentarz (1)
***


Sławomir Różyc. Metropolis. Czernomorec siedem pięć.


Słoneczniki skaczą w lipcu, co za prężność
Szelest, wieczór prawie, upijając zorze
Liście niemal ręce, szorstkie, czułe włoski
Ona z łodyg cienia przydźwigała trąbę

Wracamy z tą trąbą, czy młodość wie dokąd ?
Błyska w dłoni mosiądz, ślizga się po Cvecie
Drzemie w słońcu metal Christo bądź Stojana
Obaj mieli wąsy, który grał z nich skoczniej ?

Słoneczniki słabną, mniejsze, wreszcie piasek
Czarne morze w pełni z trąbą na kolanach
Siedzimy na wydmie i machamy Czechom
Świerszcze podzwaniają pestką z słonecznikach

Lubczyk na ramionach, wietrzyk, złoty puszek
Piasek bredzi skwarem, że na plecy upaść
Owszem była w metrze po niej wiersz pisałem
Dłonią, miękkim pyłkiem, kolejny Budapeszt*


* metro w Budapeszcie ruszyło 1896 roku, 1974 w czeskiej Pradze,
w latach siedemdziesiątych XX wieku, Sofia ścigała się z Bukaresztem.

15 wrzesień 2014. Wilanów.




wiersz lekki, uroczy, czegóż pragnąć więcej

>
17:04 / 10.09.2014
link
komentarz (1)
***


Sławomir Różyc. Metropolis. Ostatnie wydarzenia powietrzne.


Wiedział Hitchcock - Niepewność ucieleśnia rekwizyt
Cień jest większy od ciała, co nam z Julką w Sopocie
W dwóch bliźniaczych koszulkach umknęło przypadkiem
Okulary to miałaś, wielkie, do tych fikołów

Tłum przechodził Pizzerię, tłum uwielbia mieć rację
Twarz znajomą każdemu, czasem z kolczykiem w tłumie
Chce być dobry w tych wronach kraczących choroby
Krzyczy jak ten cienkopis w drzwiach na stacji Słodowiec

Palce ciekłe w początkach kiedy dręczy nas z kranu
Wybrał skóry kaukaskie, białas, chucha w nas dymem
Czyta w gazetach prostych porzuconych w wagonie
Cicho szepcze z nad szpalty – Julka chyba cie zdradza

Czas pogubić się z wrześniem – barwny potok z koperty
Jędrne zdjęcia życzliwych – Więc ją ciśnie w Frankfurcie
Jula mruczy – Nie w przejściu - Piotr zlicza te dziurki
Dziś tak mówią. Weź ręce ! Chciałeś bezpośredniej ?

Czy masz szanse ? Przelećmy tekst pobieżnie Jungiem
Wiesz, kobiety z natury delikatne w wspomnieniach
Skoro mieszam w proporcjach, ma krótszego darwinka
- A w Wyborczej stracili kolejnego Boeinga


10 sierpnia 2014. Wilanów.







z przed chwili, lekko i bez zadęcia, właściwie wszystko się ułożyło

już pewny swego i sama fantazja zostaje, co czynię


>
17:45 / 08.08.2014
link
komentarz (0)
* * *


Sławomir Różyc. Niedobre zatonięcia w Wiadomościach.



Trwali na kadłubie drobni, koreańscy
Chwytani w ramiona płakali bezgłośnie
Rozpacz tuli rozpacz w gadatliwych łódkach
Obce nam ujęcia. Bezruch kamer, wschodni


Dyżurnym smakował włoski wycieczkowiec
Bryzg figurek w skoku piętrami pod wodę
Szklany jak biurowiec, i kapitan uciekł
Żyrafa też chciała. Ale łeb ucięli


Oko w łbie biegało - żegnaj Kopenhago
Życie to pasożyt ? Podsłuchy podkłada
Skaczą przez nie ceny, podają przyczyny
Lekarz nie wyskrobał. Brazylia przegrała


Najbardziej obchodzi nas nasza ulica
Rano był wypadek, jest projekt współczucia
Popłyniemy w łódkach, lubimy oceniać
Kogo przytulimy. Kto do Kopenhagi


29 czerwca 2014. Wilanów.




jest takie miejsce, gdzie podobne wiersze zajmują określone miejsca na polu namiotowym,
czekają na swój czas, samolot, pododdział, sygnał wejścia do akcji


miejscem tym jest Czarny zeszyt


są to wiersze proste, jednoznaczne. Przyzwyczaiłem swoich czytelników do utworów złożonych,
wyższej próby, ale czy tak znowu zawikłanych ? Świadomie, po prostu nie usunąłem z tych wierszy
wszelkich sposobów oddziaływania czysto poetyckiego


z metafor, porównań, parabol, ankolutów


wiersze z Czarnego zeszytu są równie staranne. Mają przemówić szybciej, i mimo przypisania
ich często do aktualnych zdarzeń, mało tracą później na swojej nośności, jeśli tracą w ogóle


i tak powstaje pewien rodzaj Kroniki


sporo w moich opisie pracy twórczej odniesień militarnych. Ale tak jak wielu z was nie liczę się
z wsparciem, rekomendacją czy posiadaniem pleców


w takich zmaganiach pogłębiające się niepowodzenia zmuszają wielu do złorzeczeń, pasji,
słów wulgarnych, a czasem gorzej i barwnej spowiedzi, wyrzucenia z siebie


gdzieś na początku założyłem, że łatwo nie będzie. Działam na sposób żołnierski. Bywam
odrzucany, cofam się, szybko określam straty, ale nigdy nie zmieszam nacisku


od dwóch lat oblegam



<
17:48 / 30.06.2014
link
komentarz (0)
***



Sławomir Różyc. Kasyda o śpiącej Desdemonie z jabłkiem płodności sztuk raz.



sen powinien się skradać, a nie w brokat pomykać
nadwątlając ramiączko z wcześniej figlarnym licem
jędrnym chętkom się mizdrząc, dziś w ust pełnych wykroje
poprzez rdzę, z warg garściami, w kłosach maki przetykać


co do kształtu sen winien, z nagłych pojąć świetlistość
z wzdrygnięć szyi, to z barków, chrupkich kul do kąsania
wzrok zapachem przesiąknie, a niech biegnie za fałszem
a niech krzyczy, spadając, w końcu w skórę uderza


boski bezwład niech jeszcze, nim przez płótno się tulgnie
wyszywanek tam zbędnych, w zgiełku, z piersi obrysem
nim w krąg palce zaciśniesz, już bez echa, mknąc same
o blat stołu dziobami, niech czerwieniąc biel szkicem


sen powinien się rozlać, a nie pląsać w rokoko





dlaczego ten ? Bo to akurat zgrabny wiersz


ale wspomnę w tym miejscu zupełnie o czym innym. Gdzie się podziewałem i co ze mną było ? O, na to będzie czas


najpierw wazka myśl, zanim nas śmiałość opuści. Znakomita rada dla osób uzdolnionych, a już dla poetów i artystów,
nie do przecenienia. Ludzie pióra najchętniej plotą o sobie, jakby to było najciekawsze. Plotą nieświadomie, kiedy inni
oczekują od nich zgrabnych i chwytliwych spostrzeżeń


cokolwiek twierdzimy na zewnątrz, chcemy się tutaj doskonalić, sami po cichu pragniemy być podziwiani. Wiecie, to nie jest
trudne wcale, zasłużyć sobie na czyjąś ciekawość. A stawianie sobie kapliczek jest niebezpieczne


bo jaka jest ta popularność wreszcie ? Jak w życiu, tyle że znacznie szybciej zapracujesz na zazdrość. Wystarczy utrwalić
popularność, a już wścieka się długoletni znajomy bloger, nie mogąc tobą manipulować, jak zamyślał. Zaś inni poeci ?
O tutaj można komuś nieźle przyłożyć, bo poeci są złośliwi, nie czytając się wzajem


czy tak wygląda popularność na tych większych, chwilowo wziętych portalach ? Mniejsza o rozczarowanie, bardziej jednak
dbać trzeba o znajomych w realu. A jeśli wspomniana znajomość zaczęła się w sieci, dbać szczególnie. Realowcy
nie we wszystkim nas zrozumieją. Prędzej już znajomi z sieci, których potem poznajemy w realu. Dlaczego ?


bo piszemy tutaj często, mając z realem kłopoty. Szczęście, jak do tej pory, ani tam, ani tu w sieci, nie okazałem się
jeszcze dupkiem. A przecież, aż trudno pojąc jak ogromną porcje plotek, domniemań i ocen, ludzie w sieci mielą
na nasz temat, aby nad nami ręce załamać

Ave !

>
23:39 / 13.05.2014
link
komentarz (2)
**



Sławomir Różyc. Opowieść o obowiązkach.



Ojciec niech pomyślę od Anki pomarniał
Patrzył w okno pusto wisiała koszula
Do stołu nieśpieszny czasem słychać radio
Chciał ślubne z mateczką oprawić obrazki


Obsadzamy bramę głos z podwórza niesie
Jadźka - woła – Tato ! Pomacaj czas z Biedką ?
Moja z trzecim brzuchem już pachnąca mlekiem
A powietrze z pola jak razowiec kwietniem


Jadą do nas Stachy – swoje język czyni
Co im Klaudię popsuł Jędrek w Garwolinie
On w sad się zapatrzył cień w progu obory
Stąpał zmierzch po wąsie było to omsknięcie


W ciemnym soku z jeżyn ojca za futrynę
Tak nam się rozpłynął szpiczasty w ramionach
I poniosły pszczoły przebudzone w rojach
Aż brzęczenie podciął zapach octu z misek


Myjemy brat wspomniał Opowiadał proboszcz
A wiele postaci zna w Rzymie z sufitów
Czujesz ? dłonie z fresków nasz ojciec ma takie
Wielkie. Czarne. Dobre z kopania ziemniaków


Aż mu ziemi zbraklo - Chodź Biedka się cieli
Szlag, nakrylim ojca tam cierpi stworzenie
Mgła po sadzie chłodna siwo bimber prawie
Jadźka ! A przyklęknij na Starym z Zdrowaśką


10 kwiecień 2014. Wilanów





od czego zacząć ? Pracowałem twórczo bez opamiętania i wracam spokojny o przyszłość.
W tym miejscu powinno się dodać, prawie. Bo w dzisiejszych czasach, bo skromność
to piękna cecha. Wreszcie, bo poeci to osoby łatwowierne


nic z tych rzeczy. Jest to pewność ręki chirurga, który nie lęka powikłań na stole.
Zaniku pracy serca. Który każde ciecie potrafi powtórzyć z zamkniętymi oczami.
Wie ile ustoi przy stole


i jeszcze życie w tym czasie. Opowieść najsmakowitsza. O tym kiedy odetchnę. Z uśmiechem.
I bez liczenia blizn. Choć z bliznami podobno poeta ciekawszy


pozdrawiam !


18:30 / 30.12.2013
link
komentarz (0)
*

Szczęśliwego Nowego Roku 2014 !


Sławomir Różyc. Kapelusz z piórem mewy


Człowiek ? może wyspą śpiewaczą w istocie
Opowieścią winnic z mórz sargassowych
Ponawiany falą czapkami wystaje
Każda z nich śmieszniejsza i tak do starości


A czasem na wyspie pośród gron nabrzmiałych
Kapelusz do lotu ten o brzytwie mewy
Wystaje choć wyspa przytwierdzona sznurem
Do czego ? Do kogo ? Któż to wie w głębinach ?


Może do katedry tygodniowy zarost
Słońcem Car Niebieski goli pianę w chmurach
A przecież nas widzi jak wielkie jest morze ?
Kruchych śpiewających od wyspy do wyspy


19 września 2013. Wilanów



życzę Wam wszystkim i sobie wytrwałości. Pogody ducha i wiary we własne możliwości


przeciwności losu czy nawet złe języki pojawiają się od zawsze i urodą życia jest wychodzić z tych prób
zwycięsko. Smutne bywają wspomnienia ludzi właśnie takich prób życiowych pozbawionych


sam ostatnio wędrowałem daleko i mocowałem się z życiem do ostatka, nieomal do utraty przytomności.
A jednak wróciłem i powiem wam szczerze do tych jeszcze trochę szczęścia życiowego należy dodać.
Niewiele, ociupinkę


wierzę, ze wiele w tym nowym roku odniesiecie głośnych i cichych zwycięstw. Jedne i drugie jednako cieszą


>
23:08 / 28.03.2013
link
komentarz (1)
* * *


Sławomir Różyc. Opowieści wilanowskie
Zakupy świąteczne.



Cicho w świat odejdziesz wzgórzami po trawie
Czy rozpoznam ścieżki równolegle w kłosach
Rozchwianych radośnie biegnących kuropatw
Jak z kaczek po stawie od twoich stóp kręgiem
Zgadywałem z brzegu kiedy wędrowałeś



Długo Ci w majonym lochu wyobraźni
Coś dźwięk mi darował na bezdźwięczne wargi
A miałeś być piękny wciąż odświętny w dzwonkach
Z schabów i kurczaków cukrowych baranków



Tak, wzdłuż twej skóry otwierałem suwak
Aż stałeś się złoty jak na płótnach Dali
Czy sprytniej od innych składałem trybiki
Zacierałem kłamstwa choć przecież bolało
Kiedyś mi wśród innych dumnie na msze kukał



O przemkło tak szybko a nie chciałeś skorup
Bólu bicia w dzwony aż gdzieś pękną w składni
Przebłysk w oczach ciepły pragniesz dziecka z Downem
Gdy biegnie do stołu z kredek składa skromnie
Dziób puszek pazurki nareszcie rozumne



I czekam na wzgórzach wszystko jednocześnie
Co było jest będzie i nie ma początku
Jest śmierć w tych trawach i z śmierci wstawanie
Nim cień na kuropatwach z Tobą kłosy zamknie



26 marca 2013. Wilanów


Czasami świat jest niemiłosiernie ciężki od nieprzyjemnych zdarzeń. Każde słowo,
każda nowa okoliczność gmatwa nam życie, plany, marzenia. Najpierw jest zniecierpliwienie,
niedowierzanie, z czasem pewność,że wszystko się przeciw nam sprzysięgło


a jednak wstajemy, a wstajemy z samotności klęski, szczęśliwy ten komu słowa dotrzyma
przyjaciel. Jest to walka o następny oddech, byle wstać. Wielu czyni z nas to w modlitwie


Zdrowych i pogodnych moi drodzy, czekam tych dni, bo czekam na oddech


22:17 / 26.02.2013
link
komentarz (1)
***


Sławomir Różyc


Portrety i akty.
Kasyda o zmienności głogu.




nikt o nas nie wie ukradkiem przyklękam
palcami cie krzesam wśród beczułek głogu
ciemnieją po stawie w poszumie kasztanów



antałki okrągłe po jesiennych starciach
a omskniesz palcami wypływają pępkiem
które wiatr za burtę w wczesnych abordażach



jeszcze liści tyle kijkiem od aportów
strąciło łupinę opięte w koszulce
śmieje się być może na wiosnę kobieta



ale po spanielu już posapywanie
do szkarłatu głogów twoje oczy w wodzie
cieplejsze o głębie brązów co z kasztana



liśćmi ci po ścieżkach wciąż zawiewa kroki
w błękicie odbitym łydkami z kryształu
po wodzie bym w cieniach błądził pod sukienką



zaraz cie przed lustrem odemknę z kołnierza
po deszczu biustonosz odejmę jak pancerz
czcząc dłonią piersi jędrne średniowieczne



dotykiem zachłysnę chłodnych głogów pępki




... świat się nie zmienił, zawsze był tak prostacko piękny. Zrobisz wyłom w jednej bramie,
zaraz widzisz następną ...

>


09:16 / 30.01.2013
link
komentarz (6)
***


Kochani !

Dzisiaj wielce miła wiadomość. Właśnie dotarły do moich rak pierwsze egzemplarze
tomiku Kosiarz traw wydane przez Krakowskie Wydawnictwo Miniatura – Stowarzyszenie
Siwobrodych Poetów

tomik ukazał sie w wspaniałej oprawie ciepłych barwą dzieł malarskich pana
Ryszarda Szilera. Bardziej znanego jako autora obrazu Matki Bożej Leżajskiej

http://naszeblogi.pl/33564-z-moich-ikon
http://zmojejwyspy.salon24.pl/325698,domy-krolowej

tomik wydany w zawsze przyjaznej i solidnej poetom krakowskiej Miniaturze, trafi
do waszych rąk w okładce twardej, powlekanej materią skóropodobną w ciemnoczerwonej
spokojnej barwie, a w nim siedem pięknych wielobarwnych obrazów pana Ryszarda


spytacie pewnie mam nadzieję niecierpliwie gdzie można dostać Kosiarza traw, myślę
że pod ogólnie dostępnym w sieci adresem wydawnictwa, tak jak i ja otrzymałem,
z pewnością niebawem coś więcej wam podpowiem




Wydawnictwo Miniatura
30 – 307 Kraków, ul Barska 13
Polska

mail: miniatura@autograf.pl
www.miniatura.info.pl

21:29 / 17.01.2013
link
komentarz (0)
****


Sławomir Różyc. Portrety i akty


Serengeti oniemiałe na widok " Teodory " Beniamina Constanta





ile grzebać w ziemi trzeba i kamienia
ciosać świtem z garści polerować piachem
w każdej mim tańczący jeden w tysiąc wschodów
stopami roztrąca bezruch Aleksandriom



znów błękit palcami za widnokrąg łamie
śnieżnopióre ptactwo od Bramy Kaukazu
tam nocą ze słońcem mechanizm poprawia
oddech tykający żmudnie lepszym czyni



może być to brzegiem gdzieś w północnym kraju
nozdrzami obmiata z wierzbą w wodopoju
sarna ? Nam w kobiałce tutaj jajcom pawim
przy Cielcu setkami ledwie w kilka domów



tniemy się o przyszłość we wzajemnej sporach
a tam Sinobrody z naddunajskich stepów
już on z konia wierzchem w poświstach żelaza
równo kładzie w trawę światlejszych przez grdykę



tymczasem wędruje gdy Bóg na stelażach
wiesza doskonaląc sznur gwiezdnych wisiorów
to Słońcem maluczkim jakim Basilissa
może być dotykiem w szkarłatach zmierzchania



w bielach Ją w lektyce na drągach oprawnych
nad tłumem z targowisk w purpurze marszczonej
żółte mają oczy skośne po jedwabiach
gapie którzy obwód Słońca mierzą w udach



długo po alejach kołyszą się ciosy
słoniowe w amarant zanim musną zmierzchu
zdaje się krwi kropla po grzbietach eunuchów
w zieleńcach fontanny to Słońce zachodzi



a z drzew okolicznych gwardziści spadają
kiedy czerwień topię Nago w kozim mleku







siedemnasty, przebiegła bez mała połowa stycznia, a ja jeszcze nieobecny



jakby mnie w ten 2013 wrzucili po prostu głową do śmietnika



niby zaczęło się poprawiać, nie może być gorzej niż przez ostatnie cztery lata


a może właśnie tak to wygląda to szczęściarstwo. Ta odmiana. To poznanie się
na umiejętnościach człowieka ?


zobaczymy przy pierwszej wziętej przeszkodzie. A wiersz ? Też mam swoje ulubione




>
12:58 / 22.12.2012
link
komentarz (3)


***





Święta nas pomniejszają, a może po prostu sprowadzają do właściwiej skali



w dzieciństwie Czas i poznanie sprowadza się do baśniowej na choince bombki.
Wiele zależny od naszych najbliższych. Od miejsca jakie wyznaczyli
nam przy stole, i ich miejsca, jakie jakie określili sobie wobec innych w życiu



czasem po patetyczności wierszyka czy odśpiewanej przez Was piosenki przedszkolnej
poznacie jak bardzo i w która stronę będziecie odkształcani



wszystko zaczyna się po maturze. Realia zawojowanego przez nas świata
zwanego ambicjami, czyli siłą wyrobionych w nas
odkształceń, zwykle nie pasują
do wyobrażeń



potem zaczyna się już zaciekła walka trwająca krotko, ledwie kilka lat,
aby ten obraz przystosować faktycznie do naszych
wizji o sobie. Potem po drodze
łamie naszą wrażliwość jakaś warcząca betoniara, bo jakby jej nie upiększać,
taki właśnie charakter ma każda korporacja



woda. Piach. Cement. I łopata, szybko wyleczy was z wyniosłości. Syk zadomowionych
małych pasożytujących gryzoni za plecami gdzieś po kątach. Wrzucamy



przesiąkamy. Jak słońce chwyta nas pierwszy najczęściej czyiś sukces. Krzepnie
na kamień w śmiesznych pozach. Z wiekiem przychodzi i na to nasza dyskretna akceptacja.
Wtedy odnajdujemy nagle to Boże Narodzenie


wymagamy od najmniejszych patetycznego wierszyka albo przedszkolnej piosenki.
Tak to pokrótce wygląda. Ale gdzieś w nas głęboko trwa magia obracającej się
na choince bombki. Małej lub większej. Zależy ile tej magii potrafiliśmy
ukryć w sercu




wiele w tym roku robiliśmy aby nasze wyobrażenia o sobie spełnić. Rzetelnie
i pracowicie. Co widać było w tym roku w wpisach, jeszcze nas Słońce
nie zamieniło w posążek



widać już zarysy Oazy. U mnie widać będzie niedługo tomik Kosiarz traw
w krakowskiej Miniaturze. Bądźmy w te Święta
wyrozumialsi dla siebie
samych, odpuśćmy sobie. Pohasajmy. Wszystkiego Smacznego Kochani !


Sławomir Różyc



>
08:58 / 05.12.2012
link
komentarz (0)
***



Sławomir Różyc. Portrety i akty
I. Serengeti o szamanie z deszczu



Szorstki dął po niebie w odmętach się nurzał
Świergoląc przy jezdni w akacjach na trawie
Młodym listkom drobnym w porywach nieletnim
Ciemny szept w szelestach zawiewał z przybojem


Błękit szaman w bąblach na niebieskość poszew
Barwił w żaglach pulchne nadymał obłoki
Kamykami siekał po szybach Salonu
Ona jasnowłosa nie dostrzegła burzy


Ponad stacją paliw gnał torbami targał
Ona ołóweczkiem mocniej w foliach skrzeczał
Rozmyślając któreś tam sprzedała volvo
Kosmykami w palcach płynie z Serengeti


O jakim marzyli uprzejmi w promocjach
Plecak w mgłach sawanny o wschodzie zarzucić
Przy nim uśmiechniętym jak z reklam nad boksem
Gdy wiatr nad salonem sine poły szarpał


Oni po zapachu z traw wysokich chrzęstem
Wiatr im w błyskawicach jak zamróz po szybach
A ona na zdjęciu szarookim mniejszym
Kosmykiem przez palce złocąc Serengeti

Usta mu w serduszko znaczyła grafitem





II. Serengeti o antylopach z salonu sprzedaży Volvo



Na szybie Salonu nasz świat tubką z deszczu
Świat nasz przezroczysty wiele mieści światów
W kroplach spływający ona przeczuwała
Nie zawsze konieczni bo trwa gdzie nas nie ma


W kroplach błyszczących a każdej spódniczka
Czy w niebieskiej chadza w granatowej nocą
A przecież ją słyszysz że wilgotna w ciszy
Jeśli na dłoń skapnie człowieczeństwa dotknie


Jakim na spódniczkach świat ciepłem rozpozna
Dopiero z nim w słońcach w rzęsach zrozumiała
Przez chłód nasz przesiąknie już od biurka wstała
W świecie rzeczywistym gdzie sama jest z wody


Gdzie z kroplą świat drąży gdzie pomniejsze światy
Aby świata dotknąć w sztucznym volvo sprzedać
A później z plecakiem na urlop w szmer trawy
Stopą w kostce zwinnej gdzie zwiedzać pozwolą


W kolebaniach sawann przez soczyste szpady
Przepłyń antylopo gibka strzyż uszami
Żyrafy w akacjach z chrzęstem wystawiają
Żywe porem szyje jak włoszczyznę z kosza


Biegnij Serengeti z woreczkiem na plecach
Dodaj z lnu seledyn ten barwnik człowieczy
Jesteśmy tak dobrzy gdy czegoś nie znamy
Skrzywieni uśmiechem nic nie chcemy zepsuć


Wiara kolor skóry raczej nam nie wadzi
Jak cicho się żyje nam w obcych językach
W afrykańskich światach w okrucieństwie tkliwym
Słodzimy w relacjach kroplą spod powieki


Jak zamglić potrafi człowiek z Europy



III. Serengeti o płodnej naturze baobabów



Splećmy ramion wieńce w trawach na Południu
Słońce kapie słone w drodze pył czerwony
Wilgoć w miedzi ziarnkach mierzyliśmy oddech
Porosły nam w ustach w butach za kołnierzem


Bębny szły po szybach wiatr obuł korony
Biegła zieleń w naciach pod mleko obłoków
Jakiś ptak pstry czernią wyraźniejąc trochę
Liczył nas w skrzypieniach ciężarówki starej


Czuła na powietrze brzemienna w konarach
W rękach sekret zamknąć płodnych baobabów
I małą się stałam choć chciałam być mała
Ale niekoniecznie już w twoich ramionach


Nkomo nas zostawił krótko przed obiadem
Chaty dla turystów żegnał chrzęstem opon
Od niechcenia machał chacie trzciną krytej
Gdzie pod wieczór ledwie opał na ogniska


Zebrali przyjezdni niezaradni miejscy
Dymem krzykiem hien przeszły im ramiona
Szukaliśmy dziecka w ciele dłońmi dziko
Roztrąciłeś łydki jak nadrzewny pająk


Czarny był powolny kosmatym odnóżem
Szkliste plótł wargami struny gwiezdnych sieci
Jak on w sieci żebrząc przekazałeś znaki
Szamanowi na deszcz w błyski dalszych sieci


Już biały mężczyzno nie musisz się trwożyć
Nkomo nas odwiezie w środę na lotnisko
Pochwyciłam próżność w jego pustym głosie
O in vitro z wzgardą nad kubkiem z plastiku


Kiedy o pnie stukał słowami Proroka




dzieją się dziwne rzeczy wokół, trudno je nawet zdefiniować. Rozmyślnie użyłem słowa Definicja, daje poczucie dystansu


pisze z miejsc i o miejscach które mi potem odbierają



>
14:44 / 11.11.2012
link
komentarz (0)
***



Sławomir Różyc. Pieśń o Komendancie




Czysto z porcelany po błękitnym oknie
zastukałaś żebym w sercu się przebudził
brzozy wierzby twoje dziewczęco zielone
bielą po łące w jabłkach określane



Dłoń moja przy piersi nie do mnie wołałaś
kto w pracy przetarte ma czerwienią dłonie
gdy czas werble niesie i u drzwi dyskretnie
czekasz aż sami podniesiem kolana



A spojrzeć piękni niby rękawiczka
wyprawna z skór obcych zwijana do siebie
a każdy palec dyrygent na miedzy
zgarnia pokłosie zbierane jesienią



Bolesne to srebro kiedyś ojców naszych
przepadło a wtedy ubogi bez w sadzie
do szabli do kosy do kolby dębowej
Mamo, czy do ciebie tak biec muszą dzieci ?





... niech się święci 11 Listopada ...


>
14:47 / 29.10.2012
link
komentarz (2)
***




pawlacze.



jesień zapowiada się nieznośnie. Nie dość ubywających z każdym rankiem barw za oknem, to jeszcze
zakrada się się tajemnicze słowo Samowystarczalność, a brzmi to tak,jak żelazna wojskowa konserwa
lutowana od środka



na pawlacz pójdą stare nawyki z którąś wiosna rozdane uboższym. I będzie tak, że obdarowani
w swej niewiedzy przywdzieją ofiarowane peleryny, nieświadomi zupełnie własnego zstępowania
w czekające ich wyrzeczenia


wiem, że przetrwam. Wielu z nich jednak zniknie bez śladu. Nikt nie będzie chciał słuchać potem
o poniesionych przez nich wyrzeczeniach. O samotności. O szukaniu uczuć po omacku coraz bardziej
okaleczonymi palcami



przetrwanie artysty, ale i przetrwanie jego dzieła, uzależnione jest od jego odporności na ból
i osamotnienie. Zanim powstanie pierwszy własny dojrzały już obraz, utwór muzyczny, czy wiersz,
już można usłyszeć zapowiedź upadku w słowie, frazie muzycznej, czy w drgnieniu pędzlem



wielokroć słyszałem to brzmienie, a oni tak ufnie się uśmiechają ...





>
13:02 / 05.10.2012
link
komentarz (2)
****



Sławomir Różyc. Odwiedziny w Domu Spokojnej Starości




kochaj swoje tabletki
naucz się z nimi rozmawiać
biała czeka na panią Lusię z kuchni
czasem przemyca papierosa
w kieszonce na piersi


niebieska
jest pewnie zagraniczna
przypomina morze na wczasach pracowniczych
napina się tym Sozopolem w twojej ostatniej
toaletce z lustrem


czerwona dryfuje po brzegu talerzyka
ciągle zapatrzona w okno
nie chce żeby ją tak nazywać
jest miedzianowłosa
i śpiewała dla wojska








dawny wiersz z początku 2005 roku z tomiku Andromacha ścigana przez ciemne lusterka


tak właśnie powstają moje poematy. A potem siostra Lusia z tła staje się osoba tak istotna
w Kronikach portowych. Nie przywdziewa kostiumu Alkajosa czy Pigmaliona, jest żywa, tak ważna
dla rzeczywistości


Lusia Lulu Lukrecja wdaje mi się tak bliska i znajoma. Siostra z jakiego szpitalnego oddziału,
a tutaj być może na praktykach w Liceum Pielęgniarskim


może to ona naprowadziła mnie ja potrzebę tworzenia wierszy Bram poetyckich łączących
niejako autostradami wszystko w całość. W przemieszczenia. Proporcem mojej poezji jest ciągły
ruch, zmiana, tu zaczynamy układać w sens rzeczywistość i choć dopowiadamy ja słowem,
w innej Bramie, barwie, spojrzeniu dopowiadamy jej alternatywne znaczenie



a cóż w życiu ? Tam nie daje się dopowiadać alternatywnie. Chwytamy w miarę możliwości,
a nie własnych umiejętności, ale to już znacie. Przetrwałem. Mam zajęcie, i choćby to był okruch,
w niczym top nie zmienia mojej wiary w życie. Nie zmienia mnie. I uczyniło silniejszym



tego, co potrafię, już mi nie można odebrać. Można mnie jedynie zatruć na przyszłość. A na to,
nie pozwolę. Nie będzie łatwych wytłumaczeń kiedyś, ze sam poniekąd się sobie przysłużyłem,
trudnym charakterem



gdzieś po drodze skróciłem o głowę Pompejusza, może o kilka głów zapatrzonych w siebie
Pompejusiatek, i raczej tego nie zauważyłem



>
17:39 / 20.09.2012
link
komentarz (11)
***



Sławomir Różyc.Portrety i akty.
Kasyda o żywotach przeciętnych



Wierz w ciało gazeli które nic nie waży
Bez wzdrygnięcia w tętent wiatrem śmigle uda
A o tym wiedz jeszcze nad rzeka widzieli
Wyciągniętą w śnieniu proporcji nie łamiąc



Uwierz w smukłość bracie albo uwierz w szkliwo
Jakimi pod sobą nad bagienną rzeką
Kiedy to jej wargi wzgardziły błękitem
Z racic ponad rzeką spadając w racice



Pewnie w tej lustracji Księżyc oba skrzydła
Rozkładał ziewając nim srebro powlecze
O wędrówce z gniazda za porannym skłonem
Lekce sobie myśląc : Cóż mówią że lekka



Uwierz w sierść gazeli kiedyś skubnie trawę
Wtedy ją ogarniesz w odchodach jej zapach
Jakbyś chwycił w szyi nie będzie się lękać
Marząc o gazeli która nic nie waży




.. o wietrze, może inaczej, o zwiewności, z Nowej ziemi poetyckiej ...


>
22:26 / 15.09.2012
link
komentarz (23)
****



Sławomir Różyc. Kroniki portowe. III. Bramy Delfina.
VI. Opowieści szpitalne. Motyle




Carmen tańczy w oknach szeleści w firanach
Posrebrzane nutki przeplata przez włosy
Zszarzałe fartuchy ciem w nektarach macza
Jeszcze wilgotne podrygują krucho

Tak łatwo się gubią jak brosze z bursztynu
Ale dostrzec można chromem powlekane
Plamkami w pluszu ich nocne proporce
Grzebień im ścieżki już w gęstych syropach

One w śnie z łóżek zrywają się w rombach
Tym puchem śniące błyskają przy skórze
A z wczesnym taktem ciągle mylą kroki
Kiedy z sal kołysząc na korytarz smugą

Cicho z szmerem chrupkim o siebie trącają
Dziecięce ptaszki składane z papieru
A każdy pragnie kotylionem zająć
Miejsce wśród pachnideł nocą w pięciolinii

Korowód im spłoszył strącony rekwizyt
Odgłos z nagiej stopy grzebanej w pościeli
Drżenie ich ramion - kiedy kapcioch leci
Plaskiem zbył parkiet - skrzydełka stężały

Jeszcze ćma się trzepie w rozmarynu mączkach
Palce chwytliwe rozmiękcza jantarem
Jeszcze zaplątane w ciepłych włosach Carmen
Ślepka połyskliwe jak z trzcinowych cukrów

Barwne ich rozety w ukośnych przelotach
Szpital się przekręca z wolna z boku na bok
Piętą szuka koca trzeszczą wózki w kątach
A one przez ciemność gdzieś w lawendzie trwają

Ciągną ćmy przez szprychy łatwopalnym puchem
Hej ! pudle cyrkowe przez płonącą obręcz
Szprychy ścieg za nimi zatrzaskują kłami
Skaczcie ! Przez sen krótki w słoneczny poranek

Bo może już jutro w czarownych diagnozach
Skromne szare skrzydła otworzysz na ławce
Będziesz znów motylem cudem ocalonym
Śnijcie ! My klaszczemy zdrowi nad areną

Jeszcze pewni swego jeszcze w nas ciekawość
Jeszcze krew nam novum na jezdni Wypadek
Skrzydełko w anyżu w odcień kardamonu
Opada z drżeniem pośród westchnień gapiów

W ciszy twardo brzegiem noc tasuje talie
Toczy się z ciemności prawie że z rękawa
Pierwsza z kart odkryta - a Król woła - Koło !
Przeznaczenie ? - szeptem słychać Pigmaliona

Wczoraj Król furkotał w brabanckich ażurach
Dłonie z tych koronek niby szczypce z muszli
W przezroczystej mgiełce kunsztowne szydełkiem
Nasz elektor Pająk - czulą się do siebie

A spojrzenie Króla z nad herbowych ostryg
Już tam na jedwabiach noc wyszywa wrony
Oczy ma niebieskie oczy w źródle poi
Czystym lodowatym po białe kamienie

Błękit wód stojących z algi w tchnącą zieleń
Przechodzi tam ryby tuż nad kamykami
Szybkie grzbiety w oczach żywe połyskliwe
Choć tam tylko karpie dłoni nie zanurzysz

Król Olch.

Kiedyś obiecałem wspomnieć o snach Ciemko
Anioł podwiązany a nic nie donosisz


Pigmalion.

Michał podwiązany serwetą przez Lusię
On jej opowiada w ich porach na deser


Król Olch.

Zawsze kiedy pada to ćmy dramatyczne
Jak kasztany w ogniu w cudzych dekoracjach
Podeszwy z tektury ! Klepsydry odręczne !
Niebawem powrócą bo ćma łebkiem w kryzys

Uważaj na ręce Czas karty wykłada
Dzisiaj przy tarocie czuwamy do skutku


Pigmalion

Niech zdejmą czajnik – cichnie gwizd w dyżurce
Król płaszczem chrzęści w olchach stawia słowo ...






VII. Carmela. Opowieść kapitana Dimitrosa Papaionau
nad kwaterką Chianti Pod Jednookim Strzępielem





Jakie błyskawice dziób Carmeli wiodły
Odkąd wręcz łupinę wzięliśmy za przemyt
Który w czasach trudnych furtem miastom włoskim
Stręczyli Maurowie a potem Cyganie

Skrycie my na łodziach wzdłuż wybrzeży Candi
Na przekór układom wśród przekupnych kupców
Zgodnie z glejtem Doży skrzyknęliśmy ośmiu
Stawiając pod areszt łaty na genui

A że łotry majtki wpław poszli do brzegu
Zda się koniec bliski nic oprócz szaleńca
Co ster nam nocą poprzez sny prowadził
Poprzez mgły w bolerkach tańczące syrenio

Szczęściem nam na pryzie wina nie zabrakło
Z onych gron w Toskanii co w słońcu pełzały
Krewka to wycieczka gdy głowa w przerostach
Dobija w czkawce o kamienne brzegi

Patrzymy po trawie w pylistej kurzawie
Jakaś dziwna jazda – Radzim - światłem miga
Co czynić ? Na kołach z masy elastycznej
Jeszczem się przeżegnał mocno krzyżyk chwycił

Do czynu za plecy schował kordelasa
Ale blady sternik co wiódł nas w niełaskę
Języka dobył w wysokich ćwierknięciach
Rychło nas w opiekę mameluki białe

Aby w Kwarantannach pokłaść poznaczonych
Jak Maurów pojmanych siwobrodych Żydów
Jacy pod sekretem płyną za księgami
Z których jedno Słowo zdolne świat odmienić

Pośród jazdy Wilczur z tych medyków giętkich
Jednako pachnący z dziwą z San Maggiore
Po bramach nie jednej dolny polik wygniótł
Ale tu opatrzność pokładłem w Dzieciątku

Opukał palcami piersi nam z egipska
Prawie jak cyrulik z farb na piramidach
Gębę mi odjęło prześcieradła śnieżne
Biorę między palce raz jedyny miałem

Kiedy w stan zaciężny wiodłem Afrodytę
Dla obu familii prześcieradła białe
Po plamkach krwawienia honorem nam były
A że chuda Afro dzieży nie ściskała

Jej to grzech okrutny mnie zaś teścia łodzie
Tako ustalone i zgodnie nożykiem
Słodko przepijając kurce szyjkę cieli
Za kawałek błonki dziś taka pokuta ?

Jeszcze sternik rzecze że serca wyjmują
Z truchła wnet odjęte podobno w zacniejsze
Przechodzą kompanie z godniejszym pożytkiem
Takim był przejęty że cypryjskie znaki

Naszego pana Piotra Grubym zwanym
Jakoś mi niewieścio potem w piersiach przeszły
Gdyby nie Ciemko w śnie rozmigotanym
Nie pytaj szalupy spod jakiej bandery

On ci w Labiryntach skłonny córki szukać
A my do łodzi w garść pludry zbierając
Pokazał palcem jak po gwiazdach wrócić
Bywaj ! ku opiece dałem Saracena

Dzisiaj Nasir wrócił oczy ma jak spodki
Jakby ciągnął fusy co grzeją na kawę
Widziałem Szklane Miasto bez powrotu
Lękam się powiedzieć : Jakie czasy idą ...





o bywa coraz częściej, że strofą nadążam tam, gdzie nie nadążam życiem ..


>
09:06 / 08.09.2012
link
komentarz (6)
***


Sławomir Różyc. Kroniki portowe. III. Bramy Delfina
III. Pigmalion. Ming



Ich stukanie dyskretne bo ciężarem głuche
Stukają w brzeg szafki niby przez tekturę
Tętnią nam wypukłe wabią ciepłem strawy
Wdzięczne choć bezdźwięczne odgłosy wydają


Lśniące są okrągłe z dynastii Gomułki
Po obwodzie większym łatwej słońce złowić
Ono przeskakuje niechciane buraczki
Szkliwem zygzakuje po kości słoniowej


Czy za sprawą glinki ? - oglądamy z księdzem
Michał nie chce wierzyć choć już wyblakł szlaczek
W co masy widelcem niegdyś w kombinatach
Dla ojca stylowe ? - ksiądz czyta pod spodem

Dźwięcznie zgłoski składa co niegdyś bezdźwięczne
Spółdzielnia Przyjaźń. Miejskie Bary Mleczne




IV. Atrament



Około dziesiątej na badaniach Jesień
W skromnej sukieneczce na chudnącym ciele
Ostrej jej w powietrzu niepodobnej zebrać
Strzępka rannych rozmów w kart choroby szelest


W zaciszu Chirurgii w jej kątach najdalszych
Czy zdoła stetoskop wydobyć atrament
Czule pędzel wznosi w noc bobrowym włosiem
Miękko za oknami spija w czerniach granat


Czy cień by zaistniał bez pasmem odbitych
Lanc świetlnych o komin z obłości księżyca
Ostrza rozczapierza w napowietrznych drutach
Jak raróg skrzydłami trwoniący swój poblask


W cztery strony pomknie atłasem Miesiączek
Cień brzozy deseniem mierzy do kołnierza
Szemrze w miejsce listków - Anno - po imieniu
Baletki dziś w bieli zasznuruj wysoko


Chwycę cie w konarach po wilgotne pachy
Mrugniesz mi tej nocy bystro mroźnym szkliwem
Z fiakra od Laurenta szczypiącym powiewam
Bo w skrach zatrzymany peniuar Ci niosę


Gdzieś o jedenastej czarny frak obciągam
Choć w kątach najdalszych już wiruje kokon
Co nawija sznurki trzeszczy sadza z motków
Cylindrem okrywam błyszczącą łysinę


On – Gotów ! - latarnia w alejce wśród klonów
Światłem przez nów sięga przecina nów łamie
Po maźnięciach srebrem herbaciane krople
Gaszą odrobinę chrzęszczące mankiety


Latarnia po trawie blask klosza przypina
A co jej po wiedzy z Księgi Liczb wiadomej
Że Czas z nowiem miesiąc w przestrzeni ustala
Czy znając proporcje przykładamy miarę ?


Czy w szpitalnym kącie muszą jęczeć zwoje
Czy latarnia tupiąc z dnia ścierpnięte stopy
Już po stawach chrupie prostując palcami
Przez chwilę zamiera na miarowy stukot


W pół do jedenastej alejką wzdłuż ławek
Które w ich drzemaniach z szpitalnego okna
Zwykle nie dostrzegasz bo flamandzką zieleń
Bardziej im z pni w brązach zniewoliła jesień


A jeszcze kobietki wciska w płaszcz obszerny
Trzeba aż latarni by pierś kształtną dobyć
Czy makler w cylindrze potrafi być bardem ?
Lekko dźwiękiem z cyny tupot pantofelków


A gdzie stawia stopę w mały czynel dzwonić
Póki łydka naga złoconym klarnetem
Niby jej przez mostek na mostka obcasie
Zanim kruchą w kostce obcisła cholewa


Na zimę w pociągłym futerale domknie
Pnie się jedenastą po schodach zgrabniutko
Kołysze się w burtach do Anioła siostra
W kącie z szmeru wirów owal kapelusza


Ona na dyżurce z magmy dratew ciemnych
Przez twarze skostniałe On swą twarz przeciska
A tyle w niej krzyku co w ich wargach skrzywień
W wyrwie z prostych kantach już Król korytarzem


Spogląda na księżyc było że dojrzewał
Szybciej lipcem gęstniał gdy okna otwarte
Dziś klamek nie ziębi bo duszę odnalazł
Gdzie embrion z kokonu powoli dziś skapnie


Drzwi tam nie pojękną przecież Henio wrócił
A żółć po tężniach nie dobędzie syku
Administratorom nagle ciąży w grdykach
Blady Pigmalion już płaszcza dotyka


Ożywiona materia wdzięczy się do swoich
Palczaste włókna - ale o tym - lepiej
Szeptów ćmy posłuchać
Jakie nam stetoskop złowił do słuchawek




V. Michał Anioł. Rozmowy o prowiancie


Ileż z tą łyżką bohaterskich czynów
Można dokonać ruszając uszami
Ileż głębin z marchwią ileż kapuśniaków
Przemierzył łyżki liść aluminiowy


Ty mnie Aniele zabierz na wyprawę
Spójrz na herosów na tych łózkach w szereg
Siła w nich tli jeszcze chociaż oko słabe
Opowiedz mi jakąś nim opuścisz Jolkos


Opowiem ci siostro w czepeczku na spinkach
W rzęsach takiej prędkiej niby sójek trzepot
Jeśli łyżkę kiedyś pod spódniczkę włożysz
Jej chłód w figlarny uśmieszek obleczesz


O ten trzepot śmiechu na dalekich morzach
Postrącamy smoki i harpie powietrzne






metafizycznie ...


>