sinuhe // odwiedzony 79317 razy // [nlog_pierwszy_vain szablon nlog7 v01f beta] // n-log home
pokaż: ostatnie 20 | wszystkie z tego miesiąca! (0 sztuk) | wszystkie (174 sztuk)
15:25 / 10.12.2016
link
komentarz (0)
***

Sławomir Różyc. Studium snu polifazowego w stołecznym metrze.



Kto w kształt składa cienie po brzegu powieki
szreń rozkołysanych nim wstępujesz w śnienie
ktoś rytm kół wycisza. Znasz ten chłód pobudki
budziłeś się z zaćmy mocno zawstydzony


Jeśli sen to zazdrość gorzkich dymem z wosku
czułeś w ustach dziwną bliskość nieznajomych
znasz któregoś z drzemki. Twarz bez właściwości
krabim polonezem łączy w głupstwo zmarłych


Sen był policjantem karmionym wśród biednych
gdy nad szybem metra bank Słońca przetacza
ma ten nawyk krzyża kreślony w powietrzu
w końcu tłucze w gębę bystrzejszych od siebie


Sen jest onanistą ? Nóg nie myje po tym
może stąd w nim gęstość. W pracy na wiór suche
dłonie ma. Poglądy. Kuszeniem jest drzemka ?
Powtórzcie ! wtulone w siebie makarony


1 lutego 2016. Stacja metra Centrum Nauki Kopernik.




Obraz polskiej poezji w formacie szerokim ulega dalszej entropii. Istnieje już wyraźny podział
między poetami oficjalnymi i promujących się samodzielnie w Internecie. Krytycy ostrożnie określają
ich niszowymi choć wyraźnie mają wyraźnie większą rzesze osób komentujących ich w sieci


Jaka jest płynność sprzedaży tomików drukowanych oficjalnym trudno określić


>
12:01 / 04.05.2016
link
komentarz (0)
**


Sławomir Różyc. Pudełko.


dokąd od nas odchodzą zbyt kochane dziewczyny
w co spadają. Czym kwitną. Gdzie gubią dziś szale
potem w kuchni coś trąca. Cienko
przenikliwie. Krągłe tropy zostawia
w kapciach z ciepłej herbaty


wszystkie twoje kosteczki mam złożone w pudełku
płatki listów. Waciki. Skrzydełko kolczyka
twój kieliszek na nóżce dalej błyszczy jak leming
której za horyzontem
zapach szminki na brzegu





co powinien uczynić osobnik, który spełnił swoje marzenie. Które uczynił
większym swoje marzenie niż się spodziewał po sobie. Który okrzepł, a przecież
za samo marzenie nie otrzymał godnej nagrody


osobnik ten powinien wyrazić zgodę na samego. Dziś tak właśnie czynię


nigdy nie pisałem dla samego siebie. Miałem jakiś plan do udowodnienia. Wreszcie
przychodzi chwila, kiedy już sięgasz wyżej, a wszystko sprowadza się do czekania.
Już nic nie musisz więcej, jedynie powstrzymać próżność


wróciłem Niepokonany, bo sam pokonałem się wcześnie. I nikt o tym nie wie


>
17:20 / 22.10.2014
link
komentarz (1)
***


Sławomir Różyc. Metropolis. Czernomorec siedem pięć.


Słoneczniki skaczą w lipcu, co za prężność
Szelest, wieczór prawie, upijając zorze
Liście niemal ręce, szorstkie, czułe włoski
Ona z łodyg cienia przydźwigała trąbę

Wracamy z tą trąbą, czy młodość wie dokąd ?
Błyska w dłoni mosiądz, ślizga się po Cvecie
Drzemie w słońcu metal Christo bądź Stojana
Obaj mieli wąsy, który grał z nich skoczniej ?

Słoneczniki słabną, mniejsze, wreszcie piasek
Czarne morze w pełni z trąbą na kolanach
Siedzimy na wydmie i machamy Czechom
Świerszcze podzwaniają pestką z słonecznikach

Lubczyk na ramionach, wietrzyk, złoty puszek
Piasek bredzi skwarem, że na plecy upaść
Owszem była w metrze po niej wiersz pisałem
Dłonią, miękkim pyłkiem, kolejny Budapeszt*


* metro w Budapeszcie ruszyło 1896 roku, 1974 w czeskiej Pradze,
w latach siedemdziesiątych XX wieku, Sofia ścigała się z Bukaresztem.

15 wrzesień 2014. Wilanów.




wiersz lekki, uroczy, czegóż pragnąć więcej

>
17:04 / 10.09.2014
link
komentarz (1)
***


Sławomir Różyc. Metropolis. Ostatnie wydarzenia powietrzne.


Wiedział Hitchcock - Niepewność ucieleśnia rekwizyt
Cień jest większy od ciała, co nam z Julką w Sopocie
W dwóch bliźniaczych koszulkach umknęło przypadkiem
Okulary to miałaś, wielkie, do tych fikołów

Tłum przechodził Pizzerię, tłum uwielbia mieć rację
Twarz znajomą każdemu, czasem z kolczykiem w tłumie
Chce być dobry w tych wronach kraczących choroby
Krzyczy jak ten cienkopis w drzwiach na stacji Słodowiec

Palce ciekłe w początkach kiedy dręczy nas z kranu
Wybrał skóry kaukaskie, białas, chucha w nas dymem
Czyta w gazetach prostych porzuconych w wagonie
Cicho szepcze z nad szpalty – Julka chyba cie zdradza

Czas pogubić się z wrześniem – barwny potok z koperty
Jędrne zdjęcia życzliwych – Więc ją ciśnie w Frankfurcie
Jula mruczy – Nie w przejściu - Piotr zlicza te dziurki
Dziś tak mówią. Weź ręce ! Chciałeś bezpośredniej ?

Czy masz szanse ? Przelećmy tekst pobieżnie Jungiem
Wiesz, kobiety z natury delikatne w wspomnieniach
Skoro mieszam w proporcjach, ma krótszego darwinka
- A w Wyborczej stracili kolejnego Boeinga


10 sierpnia 2014. Wilanów.







z przed chwili, lekko i bez zadęcia, właściwie wszystko się ułożyło

już pewny swego i sama fantazja zostaje, co czynię


>
17:45 / 08.08.2014
link
komentarz (0)
* * *


Sławomir Różyc. Niedobre zatonięcia w Wiadomościach.



Trwali na kadłubie drobni, koreańscy
Chwytani w ramiona płakali bezgłośnie
Rozpacz tuli rozpacz w gadatliwych łódkach
Obce nam ujęcia. Bezruch kamer, wschodni


Dyżurnym smakował włoski wycieczkowiec
Bryzg figurek w skoku piętrami pod wodę
Szklany jak biurowiec, i kapitan uciekł
Żyrafa też chciała. Ale łeb ucięli


Oko w łbie biegało - żegnaj Kopenhago
Życie to pasożyt ? Podsłuchy podkłada
Skaczą przez nie ceny, podają przyczyny
Lekarz nie wyskrobał. Brazylia przegrała


Najbardziej obchodzi nas nasza ulica
Rano był wypadek, jest projekt współczucia
Popłyniemy w łódkach, lubimy oceniać
Kogo przytulimy. Kto do Kopenhagi


29 czerwca 2014. Wilanów.




jest takie miejsce, gdzie podobne wiersze zajmują określone miejsca na polu namiotowym,
czekają na swój czas, samolot, pododdział, sygnał wejścia do akcji


miejscem tym jest Czarny zeszyt


są to wiersze proste, jednoznaczne. Przyzwyczaiłem swoich czytelników do utworów złożonych,
wyższej próby, ale czy tak znowu zawikłanych ? Świadomie, po prostu nie usunąłem z tych wierszy
wszelkich sposobów oddziaływania czysto poetyckiego


z metafor, porównań, parabol, ankolutów


wiersze z Czarnego zeszytu są równie staranne. Mają przemówić szybciej, i mimo przypisania
ich często do aktualnych zdarzeń, mało tracą później na swojej nośności, jeśli tracą w ogóle


i tak powstaje pewien rodzaj Kroniki


sporo w moich opisie pracy twórczej odniesień militarnych. Ale tak jak wielu z was nie liczę się
z wsparciem, rekomendacją czy posiadaniem pleców


w takich zmaganiach pogłębiające się niepowodzenia zmuszają wielu do złorzeczeń, pasji,
słów wulgarnych, a czasem gorzej i barwnej spowiedzi, wyrzucenia z siebie


gdzieś na początku założyłem, że łatwo nie będzie. Działam na sposób żołnierski. Bywam
odrzucany, cofam się, szybko określam straty, ale nigdy nie zmieszam nacisku


od dwóch lat oblegam



<
17:48 / 30.06.2014
link
komentarz (0)
***



Sławomir Różyc. Kasyda o śpiącej Desdemonie z jabłkiem płodności sztuk raz.



sen powinien się skradać, a nie w brokat pomykać
nadwątlając ramiączko z wcześniej figlarnym licem
jędrnym chętkom się mizdrząc, dziś w ust pełnych wykroje
poprzez rdzę, z warg garściami, w kłosach maki przetykać


co do kształtu sen winien, z nagłych pojąć świetlistość
z wzdrygnięć szyi, to z barków, chrupkich kul do kąsania
wzrok zapachem przesiąknie, a niech biegnie za fałszem
a niech krzyczy, spadając, w końcu w skórę uderza


boski bezwład niech jeszcze, nim przez płótno się tulgnie
wyszywanek tam zbędnych, w zgiełku, z piersi obrysem
nim w krąg palce zaciśniesz, już bez echa, mknąc same
o blat stołu dziobami, niech czerwieniąc biel szkicem


sen powinien się rozlać, a nie pląsać w rokoko





dlaczego ten ? Bo to akurat zgrabny wiersz


ale wspomnę w tym miejscu zupełnie o czym innym. Gdzie się podziewałem i co ze mną było ? O, na to będzie czas


najpierw wazka myśl, zanim nas śmiałość opuści. Znakomita rada dla osób uzdolnionych, a już dla poetów i artystów,
nie do przecenienia. Ludzie pióra najchętniej plotą o sobie, jakby to było najciekawsze. Plotą nieświadomie, kiedy inni
oczekują od nich zgrabnych i chwytliwych spostrzeżeń


cokolwiek twierdzimy na zewnątrz, chcemy się tutaj doskonalić, sami po cichu pragniemy być podziwiani. Wiecie, to nie jest
trudne wcale, zasłużyć sobie na czyjąś ciekawość. A stawianie sobie kapliczek jest niebezpieczne


bo jaka jest ta popularność wreszcie ? Jak w życiu, tyle że znacznie szybciej zapracujesz na zazdrość. Wystarczy utrwalić
popularność, a już wścieka się długoletni znajomy bloger, nie mogąc tobą manipulować, jak zamyślał. Zaś inni poeci ?
O tutaj można komuś nieźle przyłożyć, bo poeci są złośliwi, nie czytając się wzajem


czy tak wygląda popularność na tych większych, chwilowo wziętych portalach ? Mniejsza o rozczarowanie, bardziej jednak
dbać trzeba o znajomych w realu. A jeśli wspomniana znajomość zaczęła się w sieci, dbać szczególnie. Realowcy
nie we wszystkim nas zrozumieją. Prędzej już znajomi z sieci, których potem poznajemy w realu. Dlaczego ?


bo piszemy tutaj często, mając z realem kłopoty. Szczęście, jak do tej pory, ani tam, ani tu w sieci, nie okazałem się
jeszcze dupkiem. A przecież, aż trudno pojąc jak ogromną porcje plotek, domniemań i ocen, ludzie w sieci mielą
na nasz temat, aby nad nami ręce załamać

Ave !

>
23:39 / 13.05.2014
link
komentarz (2)
**



Sławomir Różyc. Opowieść o obowiązkach.



Ojciec niech pomyślę od Anki pomarniał
Patrzył w okno pusto wisiała koszula
Do stołu nieśpieszny czasem słychać radio
Chciał ślubne z mateczką oprawić obrazki


Obsadzamy bramę głos z podwórza niesie
Jadźka - woła – Tato ! Pomacaj czas z Biedką ?
Moja z trzecim brzuchem już pachnąca mlekiem
A powietrze z pola jak razowiec kwietniem


Jadą do nas Stachy – swoje język czyni
Co im Klaudię popsuł Jędrek w Garwolinie
On w sad się zapatrzył cień w progu obory
Stąpał zmierzch po wąsie było to omsknięcie


W ciemnym soku z jeżyn ojca za futrynę
Tak nam się rozpłynął szpiczasty w ramionach
I poniosły pszczoły przebudzone w rojach
Aż brzęczenie podciął zapach octu z misek


Myjemy brat wspomniał Opowiadał proboszcz
A wiele postaci zna w Rzymie z sufitów
Czujesz ? dłonie z fresków nasz ojciec ma takie
Wielkie. Czarne. Dobre z kopania ziemniaków


Aż mu ziemi zbraklo - Chodź Biedka się cieli
Szlag, nakrylim ojca tam cierpi stworzenie
Mgła po sadzie chłodna siwo bimber prawie
Jadźka ! A przyklęknij na Starym z Zdrowaśką


10 kwiecień 2014. Wilanów





od czego zacząć ? Pracowałem twórczo bez opamiętania i wracam spokojny o przyszłość.
W tym miejscu powinno się dodać, prawie. Bo w dzisiejszych czasach, bo skromność
to piękna cecha. Wreszcie, bo poeci to osoby łatwowierne


nic z tych rzeczy. Jest to pewność ręki chirurga, który nie lęka powikłań na stole.
Zaniku pracy serca. Który każde ciecie potrafi powtórzyć z zamkniętymi oczami.
Wie ile ustoi przy stole


i jeszcze życie w tym czasie. Opowieść najsmakowitsza. O tym kiedy odetchnę. Z uśmiechem.
I bez liczenia blizn. Choć z bliznami podobno poeta ciekawszy


pozdrawiam !


18:30 / 30.12.2013
link
komentarz (0)
*

Szczęśliwego Nowego Roku 2014 !


Sławomir Różyc. Kapelusz z piórem mewy


Człowiek ? może wyspą śpiewaczą w istocie
Opowieścią winnic z mórz sargassowych
Ponawiany falą czapkami wystaje
Każda z nich śmieszniejsza i tak do starości


A czasem na wyspie pośród gron nabrzmiałych
Kapelusz do lotu ten o brzytwie mewy
Wystaje choć wyspa przytwierdzona sznurem
Do czego ? Do kogo ? Któż to wie w głębinach ?


Może do katedry tygodniowy zarost
Słońcem Car Niebieski goli pianę w chmurach
A przecież nas widzi jak wielkie jest morze ?
Kruchych śpiewających od wyspy do wyspy


19 września 2013. Wilanów



życzę Wam wszystkim i sobie wytrwałości. Pogody ducha i wiary we własne możliwości


przeciwności losu czy nawet złe języki pojawiają się od zawsze i urodą życia jest wychodzić z tych prób
zwycięsko. Smutne bywają wspomnienia ludzi właśnie takich prób życiowych pozbawionych


sam ostatnio wędrowałem daleko i mocowałem się z życiem do ostatka, nieomal do utraty przytomności.
A jednak wróciłem i powiem wam szczerze do tych jeszcze trochę szczęścia życiowego należy dodać.
Niewiele, ociupinkę


wierzę, ze wiele w tym nowym roku odniesiecie głośnych i cichych zwycięstw. Jedne i drugie jednako cieszą


>
23:08 / 28.03.2013
link
komentarz (1)
* * *


Sławomir Różyc. Opowieści wilanowskie
Zakupy świąteczne.



Cicho w świat odejdziesz wzgórzami po trawie
Czy rozpoznam ścieżki równolegle w kłosach
Rozchwianych radośnie biegnących kuropatw
Jak z kaczek po stawie od twoich stóp kręgiem
Zgadywałem z brzegu kiedy wędrowałeś



Długo Ci w majonym lochu wyobraźni
Coś dźwięk mi darował na bezdźwięczne wargi
A miałeś być piękny wciąż odświętny w dzwonkach
Z schabów i kurczaków cukrowych baranków



Tak, wzdłuż twej skóry otwierałem suwak
Aż stałeś się złoty jak na płótnach Dali
Czy sprytniej od innych składałem trybiki
Zacierałem kłamstwa choć przecież bolało
Kiedyś mi wśród innych dumnie na msze kukał



O przemkło tak szybko a nie chciałeś skorup
Bólu bicia w dzwony aż gdzieś pękną w składni
Przebłysk w oczach ciepły pragniesz dziecka z Downem
Gdy biegnie do stołu z kredek składa skromnie
Dziób puszek pazurki nareszcie rozumne



I czekam na wzgórzach wszystko jednocześnie
Co było jest będzie i nie ma początku
Jest śmierć w tych trawach i z śmierci wstawanie
Nim cień na kuropatwach z Tobą kłosy zamknie



26 marca 2013. Wilanów


Czasami świat jest niemiłosiernie ciężki od nieprzyjemnych zdarzeń. Każde słowo,
każda nowa okoliczność gmatwa nam życie, plany, marzenia. Najpierw jest zniecierpliwienie,
niedowierzanie, z czasem pewność,że wszystko się przeciw nam sprzysięgło


a jednak wstajemy, a wstajemy z samotności klęski, szczęśliwy ten komu słowa dotrzyma
przyjaciel. Jest to walka o następny oddech, byle wstać. Wielu czyni z nas to w modlitwie


Zdrowych i pogodnych moi drodzy, czekam tych dni, bo czekam na oddech


22:17 / 26.02.2013
link
komentarz (1)
***


Sławomir Różyc


Portrety i akty.
Kasyda o zmienności głogu.




nikt o nas nie wie ukradkiem przyklękam
palcami cie krzesam wśród beczułek głogu
ciemnieją po stawie w poszumie kasztanów



antałki okrągłe po jesiennych starciach
a omskniesz palcami wypływają pępkiem
które wiatr za burtę w wczesnych abordażach



jeszcze liści tyle kijkiem od aportów
strąciło łupinę opięte w koszulce
śmieje się być może na wiosnę kobieta



ale po spanielu już posapywanie
do szkarłatu głogów twoje oczy w wodzie
cieplejsze o głębie brązów co z kasztana



liśćmi ci po ścieżkach wciąż zawiewa kroki
w błękicie odbitym łydkami z kryształu
po wodzie bym w cieniach błądził pod sukienką



zaraz cie przed lustrem odemknę z kołnierza
po deszczu biustonosz odejmę jak pancerz
czcząc dłonią piersi jędrne średniowieczne



dotykiem zachłysnę chłodnych głogów pępki




... świat się nie zmienił, zawsze był tak prostacko piękny. Zrobisz wyłom w jednej bramie,
zaraz widzisz następną ...

>


09:16 / 30.01.2013
link
komentarz (6)
***


Kochani !

Dzisiaj wielce miła wiadomość. Właśnie dotarły do moich rak pierwsze egzemplarze
tomiku Kosiarz traw wydane przez Krakowskie Wydawnictwo Miniatura – Stowarzyszenie
Siwobrodych Poetów

tomik ukazał sie w wspaniałej oprawie ciepłych barwą dzieł malarskich pana
Ryszarda Szilera. Bardziej znanego jako autora obrazu Matki Bożej Leżajskiej

http://naszeblogi.pl/33564-z-moich-ikon
http://zmojejwyspy.salon24.pl/325698,domy-krolowej

tomik wydany w zawsze przyjaznej i solidnej poetom krakowskiej Miniaturze, trafi
do waszych rąk w okładce twardej, powlekanej materią skóropodobną w ciemnoczerwonej
spokojnej barwie, a w nim siedem pięknych wielobarwnych obrazów pana Ryszarda


spytacie pewnie mam nadzieję niecierpliwie gdzie można dostać Kosiarza traw, myślę
że pod ogólnie dostępnym w sieci adresem wydawnictwa, tak jak i ja otrzymałem,
z pewnością niebawem coś więcej wam podpowiem




Wydawnictwo Miniatura
30 – 307 Kraków, ul Barska 13
Polska

mail: miniatura@autograf.pl
www.miniatura.info.pl

21:29 / 17.01.2013
link
komentarz (0)
****


Sławomir Różyc. Portrety i akty


Serengeti oniemiałe na widok " Teodory " Beniamina Constanta





ile grzebać w ziemi trzeba i kamienia
ciosać świtem z garści polerować piachem
w każdej mim tańczący jeden w tysiąc wschodów
stopami roztrąca bezruch Aleksandriom



znów błękit palcami za widnokrąg łamie
śnieżnopióre ptactwo od Bramy Kaukazu
tam nocą ze słońcem mechanizm poprawia
oddech tykający żmudnie lepszym czyni



może być to brzegiem gdzieś w północnym kraju
nozdrzami obmiata z wierzbą w wodopoju
sarna ? Nam w kobiałce tutaj jajcom pawim
przy Cielcu setkami ledwie w kilka domów



tniemy się o przyszłość we wzajemnej sporach
a tam Sinobrody z naddunajskich stepów
już on z konia wierzchem w poświstach żelaza
równo kładzie w trawę światlejszych przez grdykę



tymczasem wędruje gdy Bóg na stelażach
wiesza doskonaląc sznur gwiezdnych wisiorów
to Słońcem maluczkim jakim Basilissa
może być dotykiem w szkarłatach zmierzchania



w bielach Ją w lektyce na drągach oprawnych
nad tłumem z targowisk w purpurze marszczonej
żółte mają oczy skośne po jedwabiach
gapie którzy obwód Słońca mierzą w udach



długo po alejach kołyszą się ciosy
słoniowe w amarant zanim musną zmierzchu
zdaje się krwi kropla po grzbietach eunuchów
w zieleńcach fontanny to Słońce zachodzi



a z drzew okolicznych gwardziści spadają
kiedy czerwień topię Nago w kozim mleku







siedemnasty, przebiegła bez mała połowa stycznia, a ja jeszcze nieobecny



jakby mnie w ten 2013 wrzucili po prostu głową do śmietnika



niby zaczęło się poprawiać, nie może być gorzej niż przez ostatnie cztery lata


a może właśnie tak to wygląda to szczęściarstwo. Ta odmiana. To poznanie się
na umiejętnościach człowieka ?


zobaczymy przy pierwszej wziętej przeszkodzie. A wiersz ? Też mam swoje ulubione




>
12:58 / 22.12.2012
link
komentarz (3)


***





Święta nas pomniejszają, a może po prostu sprowadzają do właściwiej skali



w dzieciństwie Czas i poznanie sprowadza się do baśniowej na choince bombki.
Wiele zależny od naszych najbliższych. Od miejsca jakie wyznaczyli
nam przy stole, i ich miejsca, jakie jakie określili sobie wobec innych w życiu



czasem po patetyczności wierszyka czy odśpiewanej przez Was piosenki przedszkolnej
poznacie jak bardzo i w która stronę będziecie odkształcani



wszystko zaczyna się po maturze. Realia zawojowanego przez nas świata
zwanego ambicjami, czyli siłą wyrobionych w nas
odkształceń, zwykle nie pasują
do wyobrażeń



potem zaczyna się już zaciekła walka trwająca krotko, ledwie kilka lat,
aby ten obraz przystosować faktycznie do naszych
wizji o sobie. Potem po drodze
łamie naszą wrażliwość jakaś warcząca betoniara, bo jakby jej nie upiększać,
taki właśnie charakter ma każda korporacja



woda. Piach. Cement. I łopata, szybko wyleczy was z wyniosłości. Syk zadomowionych
małych pasożytujących gryzoni za plecami gdzieś po kątach. Wrzucamy



przesiąkamy. Jak słońce chwyta nas pierwszy najczęściej czyiś sukces. Krzepnie
na kamień w śmiesznych pozach. Z wiekiem przychodzi i na to nasza dyskretna akceptacja.
Wtedy odnajdujemy nagle to Boże Narodzenie


wymagamy od najmniejszych patetycznego wierszyka albo przedszkolnej piosenki.
Tak to pokrótce wygląda. Ale gdzieś w nas głęboko trwa magia obracającej się
na choince bombki. Małej lub większej. Zależy ile tej magii potrafiliśmy
ukryć w sercu




wiele w tym roku robiliśmy aby nasze wyobrażenia o sobie spełnić. Rzetelnie
i pracowicie. Co widać było w tym roku w wpisach, jeszcze nas Słońce
nie zamieniło w posążek



widać już zarysy Oazy. U mnie widać będzie niedługo tomik Kosiarz traw
w krakowskiej Miniaturze. Bądźmy w te Święta
wyrozumialsi dla siebie
samych, odpuśćmy sobie. Pohasajmy. Wszystkiego Smacznego Kochani !


Sławomir Różyc



>
08:58 / 05.12.2012
link
komentarz (0)
***



Sławomir Różyc. Portrety i akty
I. Serengeti o szamanie z deszczu



Szorstki dął po niebie w odmętach się nurzał
Świergoląc przy jezdni w akacjach na trawie
Młodym listkom drobnym w porywach nieletnim
Ciemny szept w szelestach zawiewał z przybojem


Błękit szaman w bąblach na niebieskość poszew
Barwił w żaglach pulchne nadymał obłoki
Kamykami siekał po szybach Salonu
Ona jasnowłosa nie dostrzegła burzy


Ponad stacją paliw gnał torbami targał
Ona ołóweczkiem mocniej w foliach skrzeczał
Rozmyślając któreś tam sprzedała volvo
Kosmykami w palcach płynie z Serengeti


O jakim marzyli uprzejmi w promocjach
Plecak w mgłach sawanny o wschodzie zarzucić
Przy nim uśmiechniętym jak z reklam nad boksem
Gdy wiatr nad salonem sine poły szarpał


Oni po zapachu z traw wysokich chrzęstem
Wiatr im w błyskawicach jak zamróz po szybach
A ona na zdjęciu szarookim mniejszym
Kosmykiem przez palce złocąc Serengeti

Usta mu w serduszko znaczyła grafitem





II. Serengeti o antylopach z salonu sprzedaży Volvo



Na szybie Salonu nasz świat tubką z deszczu
Świat nasz przezroczysty wiele mieści światów
W kroplach spływający ona przeczuwała
Nie zawsze konieczni bo trwa gdzie nas nie ma


W kroplach błyszczących a każdej spódniczka
Czy w niebieskiej chadza w granatowej nocą
A przecież ją słyszysz że wilgotna w ciszy
Jeśli na dłoń skapnie człowieczeństwa dotknie


Jakim na spódniczkach świat ciepłem rozpozna
Dopiero z nim w słońcach w rzęsach zrozumiała
Przez chłód nasz przesiąknie już od biurka wstała
W świecie rzeczywistym gdzie sama jest z wody


Gdzie z kroplą świat drąży gdzie pomniejsze światy
Aby świata dotknąć w sztucznym volvo sprzedać
A później z plecakiem na urlop w szmer trawy
Stopą w kostce zwinnej gdzie zwiedzać pozwolą


W kolebaniach sawann przez soczyste szpady
Przepłyń antylopo gibka strzyż uszami
Żyrafy w akacjach z chrzęstem wystawiają
Żywe porem szyje jak włoszczyznę z kosza


Biegnij Serengeti z woreczkiem na plecach
Dodaj z lnu seledyn ten barwnik człowieczy
Jesteśmy tak dobrzy gdy czegoś nie znamy
Skrzywieni uśmiechem nic nie chcemy zepsuć


Wiara kolor skóry raczej nam nie wadzi
Jak cicho się żyje nam w obcych językach
W afrykańskich światach w okrucieństwie tkliwym
Słodzimy w relacjach kroplą spod powieki


Jak zamglić potrafi człowiek z Europy



III. Serengeti o płodnej naturze baobabów



Splećmy ramion wieńce w trawach na Południu
Słońce kapie słone w drodze pył czerwony
Wilgoć w miedzi ziarnkach mierzyliśmy oddech
Porosły nam w ustach w butach za kołnierzem


Bębny szły po szybach wiatr obuł korony
Biegła zieleń w naciach pod mleko obłoków
Jakiś ptak pstry czernią wyraźniejąc trochę
Liczył nas w skrzypieniach ciężarówki starej


Czuła na powietrze brzemienna w konarach
W rękach sekret zamknąć płodnych baobabów
I małą się stałam choć chciałam być mała
Ale niekoniecznie już w twoich ramionach


Nkomo nas zostawił krótko przed obiadem
Chaty dla turystów żegnał chrzęstem opon
Od niechcenia machał chacie trzciną krytej
Gdzie pod wieczór ledwie opał na ogniska


Zebrali przyjezdni niezaradni miejscy
Dymem krzykiem hien przeszły im ramiona
Szukaliśmy dziecka w ciele dłońmi dziko
Roztrąciłeś łydki jak nadrzewny pająk


Czarny był powolny kosmatym odnóżem
Szkliste plótł wargami struny gwiezdnych sieci
Jak on w sieci żebrząc przekazałeś znaki
Szamanowi na deszcz w błyski dalszych sieci


Już biały mężczyzno nie musisz się trwożyć
Nkomo nas odwiezie w środę na lotnisko
Pochwyciłam próżność w jego pustym głosie
O in vitro z wzgardą nad kubkiem z plastiku


Kiedy o pnie stukał słowami Proroka




dzieją się dziwne rzeczy wokół, trudno je nawet zdefiniować. Rozmyślnie użyłem słowa Definicja, daje poczucie dystansu


pisze z miejsc i o miejscach które mi potem odbierają



>
14:44 / 11.11.2012
link
komentarz (0)
***



Sławomir Różyc. Pieśń o Komendancie




Czysto z porcelany po błękitnym oknie
zastukałaś żebym w sercu się przebudził
brzozy wierzby twoje dziewczęco zielone
bielą po łące w jabłkach określane



Dłoń moja przy piersi nie do mnie wołałaś
kto w pracy przetarte ma czerwienią dłonie
gdy czas werble niesie i u drzwi dyskretnie
czekasz aż sami podniesiem kolana



A spojrzeć piękni niby rękawiczka
wyprawna z skór obcych zwijana do siebie
a każdy palec dyrygent na miedzy
zgarnia pokłosie zbierane jesienią



Bolesne to srebro kiedyś ojców naszych
przepadło a wtedy ubogi bez w sadzie
do szabli do kosy do kolby dębowej
Mamo, czy do ciebie tak biec muszą dzieci ?





... niech się święci 11 Listopada ...


>
14:47 / 29.10.2012
link
komentarz (2)
***




pawlacze.



jesień zapowiada się nieznośnie. Nie dość ubywających z każdym rankiem barw za oknem, to jeszcze
zakrada się się tajemnicze słowo Samowystarczalność, a brzmi to tak,jak żelazna wojskowa konserwa
lutowana od środka



na pawlacz pójdą stare nawyki z którąś wiosna rozdane uboższym. I będzie tak, że obdarowani
w swej niewiedzy przywdzieją ofiarowane peleryny, nieświadomi zupełnie własnego zstępowania
w czekające ich wyrzeczenia


wiem, że przetrwam. Wielu z nich jednak zniknie bez śladu. Nikt nie będzie chciał słuchać potem
o poniesionych przez nich wyrzeczeniach. O samotności. O szukaniu uczuć po omacku coraz bardziej
okaleczonymi palcami



przetrwanie artysty, ale i przetrwanie jego dzieła, uzależnione jest od jego odporności na ból
i osamotnienie. Zanim powstanie pierwszy własny dojrzały już obraz, utwór muzyczny, czy wiersz,
już można usłyszeć zapowiedź upadku w słowie, frazie muzycznej, czy w drgnieniu pędzlem



wielokroć słyszałem to brzmienie, a oni tak ufnie się uśmiechają ...





>
13:02 / 05.10.2012
link
komentarz (2)
****



Sławomir Różyc. Odwiedziny w Domu Spokojnej Starości




kochaj swoje tabletki
naucz się z nimi rozmawiać
biała czeka na panią Lusię z kuchni
czasem przemyca papierosa
w kieszonce na piersi


niebieska
jest pewnie zagraniczna
przypomina morze na wczasach pracowniczych
napina się tym Sozopolem w twojej ostatniej
toaletce z lustrem


czerwona dryfuje po brzegu talerzyka
ciągle zapatrzona w okno
nie chce żeby ją tak nazywać
jest miedzianowłosa
i śpiewała dla wojska








dawny wiersz z początku 2005 roku z tomiku Andromacha ścigana przez ciemne lusterka


tak właśnie powstają moje poematy. A potem siostra Lusia z tła staje się osoba tak istotna
w Kronikach portowych. Nie przywdziewa kostiumu Alkajosa czy Pigmaliona, jest żywa, tak ważna
dla rzeczywistości


Lusia Lulu Lukrecja wdaje mi się tak bliska i znajoma. Siostra z jakiego szpitalnego oddziału,
a tutaj być może na praktykach w Liceum Pielęgniarskim


może to ona naprowadziła mnie ja potrzebę tworzenia wierszy Bram poetyckich łączących
niejako autostradami wszystko w całość. W przemieszczenia. Proporcem mojej poezji jest ciągły
ruch, zmiana, tu zaczynamy układać w sens rzeczywistość i choć dopowiadamy ja słowem,
w innej Bramie, barwie, spojrzeniu dopowiadamy jej alternatywne znaczenie



a cóż w życiu ? Tam nie daje się dopowiadać alternatywnie. Chwytamy w miarę możliwości,
a nie własnych umiejętności, ale to już znacie. Przetrwałem. Mam zajęcie, i choćby to był okruch,
w niczym top nie zmienia mojej wiary w życie. Nie zmienia mnie. I uczyniło silniejszym



tego, co potrafię, już mi nie można odebrać. Można mnie jedynie zatruć na przyszłość. A na to,
nie pozwolę. Nie będzie łatwych wytłumaczeń kiedyś, ze sam poniekąd się sobie przysłużyłem,
trudnym charakterem



gdzieś po drodze skróciłem o głowę Pompejusza, może o kilka głów zapatrzonych w siebie
Pompejusiatek, i raczej tego nie zauważyłem



>
17:39 / 20.09.2012
link
komentarz (11)
***



Sławomir Różyc.Portrety i akty.
Kasyda o żywotach przeciętnych



Wierz w ciało gazeli które nic nie waży
Bez wzdrygnięcia w tętent wiatrem śmigle uda
A o tym wiedz jeszcze nad rzeka widzieli
Wyciągniętą w śnieniu proporcji nie łamiąc



Uwierz w smukłość bracie albo uwierz w szkliwo
Jakimi pod sobą nad bagienną rzeką
Kiedy to jej wargi wzgardziły błękitem
Z racic ponad rzeką spadając w racice



Pewnie w tej lustracji Księżyc oba skrzydła
Rozkładał ziewając nim srebro powlecze
O wędrówce z gniazda za porannym skłonem
Lekce sobie myśląc : Cóż mówią że lekka



Uwierz w sierść gazeli kiedyś skubnie trawę
Wtedy ją ogarniesz w odchodach jej zapach
Jakbyś chwycił w szyi nie będzie się lękać
Marząc o gazeli która nic nie waży




.. o wietrze, może inaczej, o zwiewności, z Nowej ziemi poetyckiej ...


>
22:26 / 15.09.2012
link
komentarz (23)
****



Sławomir Różyc. Kroniki portowe. III. Bramy Delfina.
VI. Opowieści szpitalne. Motyle




Carmen tańczy w oknach szeleści w firanach
Posrebrzane nutki przeplata przez włosy
Zszarzałe fartuchy ciem w nektarach macza
Jeszcze wilgotne podrygują krucho

Tak łatwo się gubią jak brosze z bursztynu
Ale dostrzec można chromem powlekane
Plamkami w pluszu ich nocne proporce
Grzebień im ścieżki już w gęstych syropach

One w śnie z łóżek zrywają się w rombach
Tym puchem śniące błyskają przy skórze
A z wczesnym taktem ciągle mylą kroki
Kiedy z sal kołysząc na korytarz smugą

Cicho z szmerem chrupkim o siebie trącają
Dziecięce ptaszki składane z papieru
A każdy pragnie kotylionem zająć
Miejsce wśród pachnideł nocą w pięciolinii

Korowód im spłoszył strącony rekwizyt
Odgłos z nagiej stopy grzebanej w pościeli
Drżenie ich ramion - kiedy kapcioch leci
Plaskiem zbył parkiet - skrzydełka stężały

Jeszcze ćma się trzepie w rozmarynu mączkach
Palce chwytliwe rozmiękcza jantarem
Jeszcze zaplątane w ciepłych włosach Carmen
Ślepka połyskliwe jak z trzcinowych cukrów

Barwne ich rozety w ukośnych przelotach
Szpital się przekręca z wolna z boku na bok
Piętą szuka koca trzeszczą wózki w kątach
A one przez ciemność gdzieś w lawendzie trwają

Ciągną ćmy przez szprychy łatwopalnym puchem
Hej ! pudle cyrkowe przez płonącą obręcz
Szprychy ścieg za nimi zatrzaskują kłami
Skaczcie ! Przez sen krótki w słoneczny poranek

Bo może już jutro w czarownych diagnozach
Skromne szare skrzydła otworzysz na ławce
Będziesz znów motylem cudem ocalonym
Śnijcie ! My klaszczemy zdrowi nad areną

Jeszcze pewni swego jeszcze w nas ciekawość
Jeszcze krew nam novum na jezdni Wypadek
Skrzydełko w anyżu w odcień kardamonu
Opada z drżeniem pośród westchnień gapiów

W ciszy twardo brzegiem noc tasuje talie
Toczy się z ciemności prawie że z rękawa
Pierwsza z kart odkryta - a Król woła - Koło !
Przeznaczenie ? - szeptem słychać Pigmaliona

Wczoraj Król furkotał w brabanckich ażurach
Dłonie z tych koronek niby szczypce z muszli
W przezroczystej mgiełce kunsztowne szydełkiem
Nasz elektor Pająk - czulą się do siebie

A spojrzenie Króla z nad herbowych ostryg
Już tam na jedwabiach noc wyszywa wrony
Oczy ma niebieskie oczy w źródle poi
Czystym lodowatym po białe kamienie

Błękit wód stojących z algi w tchnącą zieleń
Przechodzi tam ryby tuż nad kamykami
Szybkie grzbiety w oczach żywe połyskliwe
Choć tam tylko karpie dłoni nie zanurzysz

Król Olch.

Kiedyś obiecałem wspomnieć o snach Ciemko
Anioł podwiązany a nic nie donosisz


Pigmalion.

Michał podwiązany serwetą przez Lusię
On jej opowiada w ich porach na deser


Król Olch.

Zawsze kiedy pada to ćmy dramatyczne
Jak kasztany w ogniu w cudzych dekoracjach
Podeszwy z tektury ! Klepsydry odręczne !
Niebawem powrócą bo ćma łebkiem w kryzys

Uważaj na ręce Czas karty wykłada
Dzisiaj przy tarocie czuwamy do skutku


Pigmalion

Niech zdejmą czajnik – cichnie gwizd w dyżurce
Król płaszczem chrzęści w olchach stawia słowo ...






VII. Carmela. Opowieść kapitana Dimitrosa Papaionau
nad kwaterką Chianti Pod Jednookim Strzępielem





Jakie błyskawice dziób Carmeli wiodły
Odkąd wręcz łupinę wzięliśmy za przemyt
Który w czasach trudnych furtem miastom włoskim
Stręczyli Maurowie a potem Cyganie

Skrycie my na łodziach wzdłuż wybrzeży Candi
Na przekór układom wśród przekupnych kupców
Zgodnie z glejtem Doży skrzyknęliśmy ośmiu
Stawiając pod areszt łaty na genui

A że łotry majtki wpław poszli do brzegu
Zda się koniec bliski nic oprócz szaleńca
Co ster nam nocą poprzez sny prowadził
Poprzez mgły w bolerkach tańczące syrenio

Szczęściem nam na pryzie wina nie zabrakło
Z onych gron w Toskanii co w słońcu pełzały
Krewka to wycieczka gdy głowa w przerostach
Dobija w czkawce o kamienne brzegi

Patrzymy po trawie w pylistej kurzawie
Jakaś dziwna jazda – Radzim - światłem miga
Co czynić ? Na kołach z masy elastycznej
Jeszczem się przeżegnał mocno krzyżyk chwycił

Do czynu za plecy schował kordelasa
Ale blady sternik co wiódł nas w niełaskę
Języka dobył w wysokich ćwierknięciach
Rychło nas w opiekę mameluki białe

Aby w Kwarantannach pokłaść poznaczonych
Jak Maurów pojmanych siwobrodych Żydów
Jacy pod sekretem płyną za księgami
Z których jedno Słowo zdolne świat odmienić

Pośród jazdy Wilczur z tych medyków giętkich
Jednako pachnący z dziwą z San Maggiore
Po bramach nie jednej dolny polik wygniótł
Ale tu opatrzność pokładłem w Dzieciątku

Opukał palcami piersi nam z egipska
Prawie jak cyrulik z farb na piramidach
Gębę mi odjęło prześcieradła śnieżne
Biorę między palce raz jedyny miałem

Kiedy w stan zaciężny wiodłem Afrodytę
Dla obu familii prześcieradła białe
Po plamkach krwawienia honorem nam były
A że chuda Afro dzieży nie ściskała

Jej to grzech okrutny mnie zaś teścia łodzie
Tako ustalone i zgodnie nożykiem
Słodko przepijając kurce szyjkę cieli
Za kawałek błonki dziś taka pokuta ?

Jeszcze sternik rzecze że serca wyjmują
Z truchła wnet odjęte podobno w zacniejsze
Przechodzą kompanie z godniejszym pożytkiem
Takim był przejęty że cypryjskie znaki

Naszego pana Piotra Grubym zwanym
Jakoś mi niewieścio potem w piersiach przeszły
Gdyby nie Ciemko w śnie rozmigotanym
Nie pytaj szalupy spod jakiej bandery

On ci w Labiryntach skłonny córki szukać
A my do łodzi w garść pludry zbierając
Pokazał palcem jak po gwiazdach wrócić
Bywaj ! ku opiece dałem Saracena

Dzisiaj Nasir wrócił oczy ma jak spodki
Jakby ciągnął fusy co grzeją na kawę
Widziałem Szklane Miasto bez powrotu
Lękam się powiedzieć : Jakie czasy idą ...





o bywa coraz częściej, że strofą nadążam tam, gdzie nie nadążam życiem ..


>
09:06 / 08.09.2012
link
komentarz (6)
***


Sławomir Różyc. Kroniki portowe. III. Bramy Delfina
III. Pigmalion. Ming



Ich stukanie dyskretne bo ciężarem głuche
Stukają w brzeg szafki niby przez tekturę
Tętnią nam wypukłe wabią ciepłem strawy
Wdzięczne choć bezdźwięczne odgłosy wydają


Lśniące są okrągłe z dynastii Gomułki
Po obwodzie większym łatwej słońce złowić
Ono przeskakuje niechciane buraczki
Szkliwem zygzakuje po kości słoniowej


Czy za sprawą glinki ? - oglądamy z księdzem
Michał nie chce wierzyć choć już wyblakł szlaczek
W co masy widelcem niegdyś w kombinatach
Dla ojca stylowe ? - ksiądz czyta pod spodem

Dźwięcznie zgłoski składa co niegdyś bezdźwięczne
Spółdzielnia Przyjaźń. Miejskie Bary Mleczne




IV. Atrament



Około dziesiątej na badaniach Jesień
W skromnej sukieneczce na chudnącym ciele
Ostrej jej w powietrzu niepodobnej zebrać
Strzępka rannych rozmów w kart choroby szelest


W zaciszu Chirurgii w jej kątach najdalszych
Czy zdoła stetoskop wydobyć atrament
Czule pędzel wznosi w noc bobrowym włosiem
Miękko za oknami spija w czerniach granat


Czy cień by zaistniał bez pasmem odbitych
Lanc świetlnych o komin z obłości księżyca
Ostrza rozczapierza w napowietrznych drutach
Jak raróg skrzydłami trwoniący swój poblask


W cztery strony pomknie atłasem Miesiączek
Cień brzozy deseniem mierzy do kołnierza
Szemrze w miejsce listków - Anno - po imieniu
Baletki dziś w bieli zasznuruj wysoko


Chwycę cie w konarach po wilgotne pachy
Mrugniesz mi tej nocy bystro mroźnym szkliwem
Z fiakra od Laurenta szczypiącym powiewam
Bo w skrach zatrzymany peniuar Ci niosę


Gdzieś o jedenastej czarny frak obciągam
Choć w kątach najdalszych już wiruje kokon
Co nawija sznurki trzeszczy sadza z motków
Cylindrem okrywam błyszczącą łysinę


On – Gotów ! - latarnia w alejce wśród klonów
Światłem przez nów sięga przecina nów łamie
Po maźnięciach srebrem herbaciane krople
Gaszą odrobinę chrzęszczące mankiety


Latarnia po trawie blask klosza przypina
A co jej po wiedzy z Księgi Liczb wiadomej
Że Czas z nowiem miesiąc w przestrzeni ustala
Czy znając proporcje przykładamy miarę ?


Czy w szpitalnym kącie muszą jęczeć zwoje
Czy latarnia tupiąc z dnia ścierpnięte stopy
Już po stawach chrupie prostując palcami
Przez chwilę zamiera na miarowy stukot


W pół do jedenastej alejką wzdłuż ławek
Które w ich drzemaniach z szpitalnego okna
Zwykle nie dostrzegasz bo flamandzką zieleń
Bardziej im z pni w brązach zniewoliła jesień


A jeszcze kobietki wciska w płaszcz obszerny
Trzeba aż latarni by pierś kształtną dobyć
Czy makler w cylindrze potrafi być bardem ?
Lekko dźwiękiem z cyny tupot pantofelków


A gdzie stawia stopę w mały czynel dzwonić
Póki łydka naga złoconym klarnetem
Niby jej przez mostek na mostka obcasie
Zanim kruchą w kostce obcisła cholewa


Na zimę w pociągłym futerale domknie
Pnie się jedenastą po schodach zgrabniutko
Kołysze się w burtach do Anioła siostra
W kącie z szmeru wirów owal kapelusza


Ona na dyżurce z magmy dratew ciemnych
Przez twarze skostniałe On swą twarz przeciska
A tyle w niej krzyku co w ich wargach skrzywień
W wyrwie z prostych kantach już Król korytarzem


Spogląda na księżyc było że dojrzewał
Szybciej lipcem gęstniał gdy okna otwarte
Dziś klamek nie ziębi bo duszę odnalazł
Gdzie embrion z kokonu powoli dziś skapnie


Drzwi tam nie pojękną przecież Henio wrócił
A żółć po tężniach nie dobędzie syku
Administratorom nagle ciąży w grdykach
Blady Pigmalion już płaszcza dotyka


Ożywiona materia wdzięczy się do swoich
Palczaste włókna - ale o tym - lepiej
Szeptów ćmy posłuchać
Jakie nam stetoskop złowił do słuchawek




V. Michał Anioł. Rozmowy o prowiancie


Ileż z tą łyżką bohaterskich czynów
Można dokonać ruszając uszami
Ileż głębin z marchwią ileż kapuśniaków
Przemierzył łyżki liść aluminiowy


Ty mnie Aniele zabierz na wyprawę
Spójrz na herosów na tych łózkach w szereg
Siła w nich tli jeszcze chociaż oko słabe
Opowiedz mi jakąś nim opuścisz Jolkos


Opowiem ci siostro w czepeczku na spinkach
W rzęsach takiej prędkiej niby sójek trzepot
Jeśli łyżkę kiedyś pod spódniczkę włożysz
Jej chłód w figlarny uśmieszek obleczesz


O ten trzepot śmiechu na dalekich morzach
Postrącamy smoki i harpie powietrzne






metafizycznie ...


>
23:37 / 24.08.2012
link
komentarz (2)
****


Sławomir Różyc. Kroniki portowe. III. Bramy Delfina

I. Pigmalion. Zapach wczesnych jabłek


dobrze leżeć cichcem sama pościel skrzeczy
patrzyłem pod spodem antyczne konstrukcje
druty matko druty od sprężyn pod łóżkiem
poprzecznie boleśnie same cierpią rzeczy


przez sen się rozkopiesz czasem ruszysz biodrem
trzeszczy po sprężynach dopiero dwunasta
był mój prawnik mówił obracamy kontem
byle nie pochodził z rodzimego miasta


nie śmiał się z drobiazgów siostrom darowanych
nad nim się pochyli kiedyś piersią białą
świat w kitla wycięciu będzie pachniał tanio
kotków przez materiał sutkiem napinanych


tyle zebrać w życiu czerwone się toczą
Po ile borówki ? Skrzyp stopy w paprociach





II. Pigmalion. Wygnanie Małej z dworu czerwonego barona.



Jutro po kogoś zadzwonić koniecznie
Niech po nas posprząta skrzętnie w rękawiczkach
Wystarczy spojrzeć na stanik w łazience
Cichy biegnący gdzieś przed rozstrzelaniem


W swoim krzyku białym długim przez ulice
W jakiejś zapomnianej przez nas rewolucji
Nad wanną z epoki w której skończył Marat
Czekałem na ciebie w niej puszczając kaczki


„ Chciała wpaść bezgłośnie uderzyć głęboko „
Z tupotem po schodach krzyczą Komitety
Karabiny czarne od bruku do nieba
Tyś z dłońmi na piersiach Ty za włosy rude


Oni w kapeluszach oni z pochodniami
Unosząc do okien jawne akty zdrady
Twoje wibratory chwycone przez papier
Jak martwe gryzonie z daleka od siebie


Aby się nie majtnąć ogonem wilgotnym
Do okien szmaciarze i zbieracze puszek
Jej halki jej włosy skubać na ulicach
Zobaczyć jak jędrność pięknej celebryty


Pocieknie zawiścią gęstą w miejsce chleba
Nad grafitti z Wrogiem o tym nosie w haczyk
Nad gęstwę kibiców ciskających kukły
Wyżej mi Orkiestro ! W kirach flag zwieszonych


Skrzekiem rozrzuconych pod błękit gawronów
Oto wódz Pigmalion zasztyletowany !
Podawali by mnie na skrzydle garażu ...
Gdybym prócz przedmiotów umiał w coś uwierzyć


Niech pani Genia jak wcześniej się krząta
Bo z takiej rozwagi w okolicznych domach
Z bułek zapomnianych mielone podniebne
Lepi bladokrwiste z wieprzy czy z baranów


O zlewozmywak niech ziemniak zatętni !
Niech od popiołu zalśnią srebrem sztućce
W sutannach długich na tysiąc paciorków
Niech wmaszerują jej modlitewniki


Niech czoło palce odnajdą nad drzwiami
Obmywając błoto z naszych ciał zbłąkanych
W rąk przełamywaniu nad nami w zgryzocie
Może choć z obrazka mnie Papież przytuli


Niech się święci Starość dni od termoforów !
W bielach pożerania odparują zwłoki
Naszych prześcieradeł przez krochmal trawionych
Każde z nich wypukłe piędzią twych pośladków


Niech pelargonie staną u bram czyśćca
Splecione surowo w hebrajskich zakazach
Z gmatwaniny listków miękki szept posłyszysz
Wszystko masz u siostry. Nie dzwoń więcej. Odejdź ...


Niech wskrzeszone będą znów gołąbki w garnku !
Siwo siwiusieńko starość nitki snuje
Jej palce na chustce w tych bielach poranków
Jej kruche po sprzętach nitki litościwe


A z każdej z nich srebro chwytam w wargi sine
Ostatnią z nich wiosnę drżącą ciągnę czule
I kropelką wspomnień podwieszene w rzęsach
Nucąc przy żelazku w kuchni popierduje


I nie chce firany hafty w palcach zwiera
O taką .. wywiesić ? Co kapciami szura
Siwą bez koronek ukradkiem obcieram
Goniąc muchy łapką wywijam mazura ...





Komentarz z Rejestru karawan szpitalnych autorstwa
Michała Anioła. Rozrywki szpitalne. Bilard



czas tutaj łatwiej liczyć na kąpiele
kiedy bezradny stoisz na kafelkach
po ciele siąpi woda ledwie letnia
cieplejszej nie ma bo serduszko słabe


a lód w nas ciągle narasta i chrzęści
w żyłach tężeje pożółkła zmarzlina
kiedyś lubiłem słuchać opowieści
o Amundsenie o pogoni Scotta


a szczęście mieszka od zawsze w tropikach
ma uśmiech słonia albo krokodyla
wszelkie bogactwo przenosi na głowie
chrupiące placki smaży na kamieniach


dlatego chętniej stawiamy na bilard
tocząc po podłodze bile nektarynek





... jedno niepowodzenie się kończy, a drugie zaczyna.
Taki trudny czas. Chociaż ostatnio zmartwienia namnożyła osoba,
po której należałoby się spodziewać pocieszenia ...


>
08:17 / 18.08.2012
link
komentarz (0)
*


Sławomir Różyc. Kroniki portowe. II Kolchida
XIII. Rozmowy z Królem Olch. Kropla

Po ciemku ścianami mierząc kubaturę
Obecność granic w kremowym odcieniu
Bez zgrubień grudek wgłębień pod palcami
A przecież staranną dłonią pana Henia

Rozwarte szczeliny zapełnione pianką
Klamki nie klekoczą nic się nie zagnieździ
Cień za kaloryferem pachnący odświętnie
Tęskniłeś troszeczkę ? - szelest z korytarza

I kurczą się ściany liczone od wewnątrz
Chłodem po lamperiach zwierają naskórek
Lśniącym płaszczem płynie o dotyku siwym
Król Olch bieli włosy płatem z węża skóry

To jego oddech prostuje przedmioty
Krzesło się wzdrygnie wśród niewczesnej drzemki
Sam szlafrok nagle zsunął się z oparcia
Tego się nie mówi ! - słychać z toalety


Król Olch

Czego się nie mówi ? Że człowiek samotny ?


Pigmalion

Mężczyzna mężczyźnie pewnych rzeczy w kraju
Okno otwarte zamknij drzwi bo przeciąg !
Dumam czy zapalić co to za przebranie ?


Król Olch

Peleryna w smakach co zakrytym czyni
Bo Czas się zbliża z czasem bywam ssakiem
Całkiem wyraźnym wymownym w zarysach

Dziecko dostrzega babcie od różańca
Doglądam materię będąc materialny
Zejście to jedynie chemiczna przemiana

Coś ci dolega ktoś paciorki liczył ?
Po kręgosłupie ? Za dużo o jeden ?
Coś się dogrzebali ? Czego bym nie wiedział
Może wzrok osłabł patrząc na zlecenia ?


Pigmalion

Glazura biała - Jedynie skrzywiony
Coś mnie zniechęca powiedziałeś : Życie !
A dotykałeś kiedyś tego sukna ?


Król Olch

Ściegu nie sukna bo tło pozostanie
Deszcz zapowiadany ławki czy glazura
One są niezmienne ślady palców ścierasz


Szpital

Wierzchem dostrzegasz masywne budynki
Bliższe pokoleniu w dali drobne lżejsze
Samorozsuwane drzwi do Izby Przyjęć
Równiutka kostka z resztki oszczędności

Jedynie się zdaje nam o szarym świcie
Co dzień swoje trzódki ustawia profilem
Zimny bezimienny kropla przy kominie
W ślad za druhnami kolejna przesiąkła

Przez strych przeleci i ominie miskę
Nie posiądzie kocher stary na narzędzia
Dawne w nim nożyczki wyciągają uda
Ktoś zapobiegliwy w kącie poustawiał

Kto ? Bardzo dawno. Czy po prostu umarł ?
Personel rozumie kropla znajdzie drogę
Może przyjdą czasy na nożyczki stare
Przez cienką wylewkę przez wiórki poszycia

Przez stropy klejnowskie jej dalsze siąkanie
Niknie to przez sufit nabrzmiewa planeta
Mała filtrowana co ten świat przewierci
Ciałko płodu pełne leci leci leci



XIV. Rozmowy z Królem Olch. Szpital.

Pigmalion

Mierzi mnie ten szpital - wreszcie kapie miękko
Na dolnopłuku nie tracąc zwartości
Po śliskich powierzchniach bieglejsza podąża

- Już mi sny lustruje powtarza po nocy
Jednako piskliwe zbolałe historie
A jeszcze narzeka był na tysiąc łóżek

Tyle ludzi pieścić na białych językach
Jedyna rozrywka kiedy Śmierć z przejęciem
Szczerząc kły z połyskiem talie w grze tasuje

Czemu naraz cztery ? I rozumiem babcie
Co o tobie szepczą w kółkach różańcowych


Król Olch

Niechętnie tam chodzę stąpam po omacku
Alergia na krzyże obrazki z poświatą
Kiedy tam zadzwonią to wibruje w skroniach
A śpię niewiele co najwyżej komy


Toaleta męska

Ciepło terakota tylko Szum z ulicy
Z nogi na nogę czarnych pól dotyka
Też nie lubi białych zagląda do kabin
A że trochę wietrzny bawi się z papierem

Cichy pisk flamastrem po kafelku białym
Melduje czterdzieści – Powiedz coś o sobie
Bawarem jesteś ? Wychodziłem w Wino


Król Olch

O ile pamiętam nazywam się Albrecht
Najmłodszym synem z szlacheckiego rodu
Ległem pod Balingen na zasłanym polu
Wskazał mnie palec wskazał w to chcę wierzyć


Pigmalion

Jeśli Palec wskaże to poważna sprawa


Król Olch

Widzisz mój poprzednik lubował swastyki
Bywał stronniczy gdzieś w czterdziestym czwartym
Zrobiło się głośno o obozach pracy
Nie było łatwo zmiana Stylistyki

Szpital

A gmach solidny jakby przysiadł słuchał
Gdzie chadzał Albrecht wyziębiało kafle
W pierwotnych planach jeszcze za caratu
Z solidnej cegły ustalił początek

W naszym pawilonie u zarania wieku
Przy oknie zgorzkniały był strażnik uczastku
Do siebie dochodził Jefrem Michajlowicz
Czy to wiatr strącił kapelusz Ludmile ?

A kiedy ich naszedł te wszystkie guziczki
Tytoniu zapomniał jak wybebeszona
Chuć z ciała białego skroplona na szybie
Nagana by trzeba a nahajkę chwycił

Junkier Nikulin żarłacz wszelkich dziewic
Kto mógł przypuszczać że ten z gołą rzycią
Zupełnie bez wstydu kroczem poplaskując
I raptem Jefrema krzesłem porachuje ?

Człeka porywczość znać czyni kobieta
Ślubna mać jej ... Ciszej ! Bo pannom uchybim
U Jefrema w spisie - stoi - bałabajka
Że gnat przetrącony to śpiewała dusza

Zawodziła cudnie przez słońce czerwcowe
Co się lepko skrada po maju bez opadł
I w głowie pojemnej pannom na romanse
Taki to miesiąc, Ot ! Kwiaty przez okno

Trafiały z czasem nie błahymi z łąki
Były słuszne róże z chrzęstem tulipany
Ślizgiem szły po szybie od rudej kantorki
Takie to romanse po strunach przeciągał

Ale żona beczy babie po ptaszniku
Co młodszej szyjce dmucha czule w pierze
Gorzko nawróconej gęś jak neofita
Prosto z rewolweru do Jewrejki strzela

Wspomniał pan Gwidon przez flegmę na płucu
Leżał łózko obok przy tej głośnej dramie
Pierza mnóstwo było z kapelusza Rachel
A kula dziwnie trafiła wprost w ścianę

Nic nie wyszczerbiła przez otwarte okno
Teraz tam po rurach nasza kropla płynie
Niżej do piwnic wtedy on w dorożkę
Nagle ozdrowion wziął Jefrem Ludmiłę

A nam kropla niżej a nam podkówkami ...


XV. Rozmowy z Królem Olch. Teczka personalna

... koniki siwe za zakrętem dzwonią
A nam kropla krągła ciążąc nie pobłaża
Noc w północ się łamie Czasem zawróconym
Trafia do piwnicy gdzie zamurowany
Niegdyś jakiś składzik z drugiej strony nisza

Król Olch : Dotknij glazury słyszysz głos wysoki ?
Pigmalion : Czasem tak śpiewnie szumi często w rurach


Król Olch

A ja ci powiem kurtka mundurowa
Wabi kapelusz jaki w demonstracji
Rzuciła na łóżko cycoszka Ludmiła
Była notatka z rubryk towarzyskich

Zaniechano nazwisk zmieniono imiona
W Moskwie aż historia o naszym szpitalu
Nie o polskim skrzypku że mu iskry w oczy


Pigmalion : Ale czemu jeszcze do tej pory śpiewa ?

Król Olch

I otóż ciekawość : Jeśli śpiewa, po co ?
Kto winien - bo śpiewa - i po czyjej stronie ?
A potem historia jak kotlet mielony
Obtoczony w bułce tym się podrumieni
Zamiast opowieści mamy bułki zapach

Pigmalion

I to się dzieje w tym szpitalu wokół ?
Szepty gdzie się jutro z wczorajszym przenika
Czasem radość czerpie w obcobrzmiących słowach
Czasem patrząc z okna na arie czyżyka

Król Olch

A tak to się dzieje - kto śpiewa - ten żyje
I nic już tu po was bo na tym wam zbywa
Który z kim, i po co ? I dlaczego śpiewał ?
Nie ma opowieści z piwnic sen zostanie
Radośniejszy przecież niż wasza piwnica


Pigmalion : Może i śpiew słyszę ale w sny nie wierzę


Król Olch

A pamiętasz kłamco przed dwudziestu laty
Razem ze wspólnikiem z funduszu Barbary
Zakładałeś firmę i skrzyknąwszy ludzi
Jaką to zachętę słałeś do klientów ?

Pigmalion

Czuliśmy się obaj wtedy oszukani
W tamtej korporacji nie znasz korporacji


Król Olch : Sam masz korporację co wtedy pisałeś ?

Pigmalion

... Że firma rodzinna ... że czasu dla dzieci
Poświęcać więcej bez gonit i stresów
I pasje rozwijać ...

Król Olch : I talenty innych ...

Pigmalion : Nieco lepsze zarobki ...

Król Olch

Żeby na nie czekać !
Potem dom we Francji kontrakt z telewizją
Jeden szybki podpis i sny innych znikły
Rozpuściłeś sforę zagryźli ich młodsi

Pigmalion

Przestań Albrechcie ! Dziś wszyscy podobni
Chciałem świat zobaczyć jeśli złym człowiekiem ...

Król Olch : Coś zrobił dobrego w swoich dniach ostatnich ?

Pigmalion : Pomogłem Ciemko ... za twoja namową ...

Król Olch : Bo Śmierć ma sumienie


Pigmalion z przekąsem

Bo znaczona Palcem
Była propozycja mam zostawić Małą ?


Król Olch

A cóż jej po tobie ? Choć raz pomyślałeś
Że chce się uczyć ? Coś osiągnąć sama
Ty coś poznajesz ? Cytaty z gazety
Nic się nie nauczysz boś przeżarty grzechem

Myślałeś grzech pewnie strzelać na ulicy
Do głodnych ludzi czy dziecko utopić
A sny wmawiać ludziom odebrać nadzieję ?
Śmierć nie podaruje a tym bardziej Palec

Chociaż jeśli z Śmiercią pójdziesz na współpracę ...
Będą dwa organy was jakby nie liczyć ...


Pigmalion z wyraźnym przestrachem

Nie zamierzam zdradzić Michała Anioła
Choć bardzo ciekawe czemu go nie słyszysz


Król Olch

Ma uczucia w sercu ty ludzkie uznanie
Martwię się bo wczoraj zachwiał się na stolik

Pigmalion z oburzeniem

Wczoraj Michał pupil przejechał w gazecie
Jęzorem po mleku jednego ministra ...


Król Olch albo po prostu Śmierć

Jakiego Zdrowia ! Nie jest nieśmiertelny
Chciałeś interesów ? Ciągle jestem tyci ?
A jak w sen mi pójdziesz niby biedny Ciemko ?


Pigmalion

Jest taka możliwość ?


Król Olch

Dziwnie z tymi snami czasem mam problemy
Pójdziesz na współprace opowiem ci jeden
Sny to surfowanie potem cie odłączą
Za wysoko z falą ... słyszałeś o duchach ?


Pigmalion

Pomyślałem sobie szkoda pana Henia
Zawsze coś naprawi papierosy pali
Napił się piwa i widać zapomniał
Że tu ostatnio montują kamery


Król Olch

Martwisz się o Henia czy o papierosy ?
Jeśli o robola to po prostu słodkie
Mam gdzieś kosę w schowku starą zardzewiałą

Nie martw się, żartuje ! Tak walczą o awans ?
Bardziej dla perswazji przez sen ścisnę troszkę
Cicho cichuteńko jednego po drugim


Pigmalion : Czy to wystarczy ?


Król Olch

Jak nieco pomyśleć jest w tym pewna dobroć
Ale od dziś Miłość ! Z uśmiechem pokornie
Uciekam na obchód dopowiem ci Jutro


Pigmalion : Nie czekam do Jutra ! Jakie mam gwarancje ?


Król Olch rozczapierzając palce wysoko w powietrzu

Szanuj piękno dłoni ! To twoje gwarancje
Lepszych nie będzie. Już nad tym pracują





... jedynie ten upiorny tydzień przetrwać, a potem nie oglądać się za siebie w przeszłość ...



>
08:28 / 16.08.2012
link
komentarz (3)
****


Sławomir Różyc. Kroniki portowe.

II. Kolchida. XI. Pigmalion. Rozrywki szpitalne. Szachy

zda się słońca struna gęsta a gorąca
długo palce trzyma na jesiennych szybach
usta ma okrągłe widmem złotym tchnąca
na dłoń by ją można za włosy nawijać

oczy ma groszkowe jakby ją pociągnąć
w ufnościach dziecięcych jako wszyscy wokół
właśnie obiecałem coś skapnąć na Ciemko
o czym ordynator wspomniał przy obchodzie

jak oni wirują z szelestem przed łóżkiem
zaraz odpłyną w dal na czubkach palców
są ze śnieżnych tiulów w środku jak w wydmuszce
ich dłonie falują w sennej ikebanie

słońce im kolejno powlekało uśmiech
ale czy wpłacę – wiesz słońce - zobaczę



XII. Rozmowy z Królem Olch. Obrona sycylijska

Pigmalion: Ciekawie z uśmiechem witać dni po sobie

Król Olch : Choćby przy ścianie idąc z drżącą dłonią

Pigmalion

Jak listki wrotycza w możliwie rozwartych
Prostować palcami po stronach w zakładki
Czar kobiecy ując miękko bezgranicznie


Król Olch : Jaki pożytek ? Jesień liście ściele

Pigmalion: W zmienności co mieni ich szklane nadgarstki



Król Olch :

Bądź skazy pod taflą jakie skrywa chłodem
A jeszcze tam słychać w mokrych piór szelestach
Przepiórczo w przekorę uciekając w trwodze
Ucieka śmiech perli spogląda za siebie
Łasa drżenia trwogi choć bije na Trwogę


Pigmalion:

Którą z płynnych iskier po powierzchni dzbanka
Pełnych w niej lekkości nie zamykać w dotyk
Którą On wprost z okna mi do życia budzi
Nim rozetnie pościel i ciepłą w lusterkach

Czy nie podmieniona słońce sprawdzi w włosach
Złudź się mój latawcze ... gdzie krople zostawi
Tam w deseń obeschnie na skrzydłach motylich
Gdzie pieprzyk przy ustach oczkiem w piórach pawi


Król Olch :

A pomyśleć sobie kiedy On ją lepił
Skoro z kości wywiódł powinna być twarda ?
Wojen przez nią zdrady intrygi przemyślnej


Pigmalion ze zniecierpliwieniem

Która na pościeli odnajduje kamyk
Wiele naniesionych tu słońca potokiem
Kolą w stopy uda zadziera jak konik

A plama jej żywa wypełnia fraktale
Po których krągłościach pola nie wyliczysz
Choć kusa koszulka rachunek upraszcza

Długo wyrzucając ci po oku brodzi
W rzęsach niedomkniętych lekko mości stopę
Przechodząc nad tobą niby szuka brodu ?

A są to sygnały zero jedynkowe


Król Olch

A gdy tak wywiódł z pojętniejszej sfery ?
Z materii miększej sposobiącej wiedzę ?


Pigmalion

Przy której lampka koścista kańciasta
A gładki wazon fajansową sierścią


Król Olch

Myślałem o słuchu zapętlasz się Jerzy


Pigmalion

Chwytając promień niby skrząc się włosiem
Słońce wcześniej ogień językami z pieca
Pełga po kropli co w ustach dmuchacza
Dechem stwarza w świecie nim zastygnie kształtem

I z kształtu wywodząc z sierści inkrustacje
Niemal doskonałe przy mgnieniach pośladów
Znowu kształt swój tracą mażą się i kapią
Wazon. Nocna lampka. Od regałów gałki


Król Olch

Jeśliby tak Ewuś wygniótł z muszli usznej
Bardziej plastycznej co tu kryć ponętnej
O ileż czarownej wtedy pożądając
O ileż pocieszniej mnożąc dzikie wojny ( śmiech )

Pigmalion z przestroga w glosie

Która na płacz wnuka rzuca gęś z talerzem !


Król Olch

Któryś się zagubił w słowach i miłostkach
Językiem zawinął w jeszcze ciepły budyń
Syty przesłodzony zastygł z nim w ględzeniu

Czy wypada kochać w określonym wieku ?
Czy pożądanie również jest uczuciem ?
Nie masz sił pożądać czym wtedy Kochanie ?



Pigmalion zbijając czarnego laufra

Skrobie śmierć o progi ? To jedyny szaniec


Król Olch

Proszę ! Cytadela ! Może ździebko chili !
Przecież się wykupisz Śmierci za łapówkę
Spójrz na linie pionków. A co dalej z dzbankiem ?
Nadgarstkiem z fajansu ? Dalej woziwodo !


Pigmalion

Gdy przed lustrem stoi i niepewnie ikrę
Ciepłą guzka szuka przepuszcza przez palce
Potem uśmiechniętą tarmosi ręcznikiem
Dobre w nich szpileczki i taka jej wodę ...


Król Olch

Ale mi przenosić pod sam wierzch po brzegi !

Pigmalion

Skaczącą z iskierką po wierzchu mięsistą
Opuszkami ponieść brzegiem krople ronić


Król Olch

W końcu jednak ronić ?

Pigmalion

Gdy iskrę uroni mierząc w nas spojrzeniem

Król Olch : A Siaty pękate za nią w przejściach ciasnych ?

Pigmalion:

Na to płatki gładząc w skupieniu jej zdradzić
Imiona właściwe co niegdyś jedwabiom
Nadano bzu kiściom o kwitnieniu pierwszym

Król Olch :

Dłonie platonicznie łącząc z Sauvignonem
A gdzież brzeg puenty dźwięczącej o kielich ?

Pigmalion:

Skrajem niech będzie sukni jej ulotnej
Sypkiej nad kolanem z wiatrem myszkującej

Król Olch : A wietrzyk jaskółka kołującą wokół ?
Pigmalion: Co tu i ówdzie skrzydełkiem zdziera ?

Król Olch : A pąsowe szepty chwyta sukni skrajem
Pigmalion: Palcami chcącymi poskramiać na udach ?
Król Olch : A kiedy z kluczem w drzwiach otwartych stanie ?

Pigmalion: Śmiejąc się przygarnie mężczyznę i dziecko
Król Olch : W piersi rumiane czy w szczytne przesłanie ?

Pigmalion: Jeszcze tu jesteś ? Mało ci sztyletów ?

Król Olch :

Fajans stal co bebłem chodzi po fajansie
Niby w szkle sierść stroszy a w listki zastyga
Miałem propozycje choć antyczną nieco

Obierasz formę kim ci się pojawię ?
Może się rajtarem stawię w długich butach

Pigmalion

Zabieram ci wieżę

Król Olch

Ze skrzypiącej skóry co lubią kobity


Pigmalion

Chcesz zrobić interes ? ( śmiech ) To już jesteś tyci !






... same problemy choć strofa nie traci płynności ...


>
08:01 / 04.08.2012
link
komentarz (0)
****




Sławomir Różyc. Kroniki portowe. II Kolchida
Komentarz z dziennika okrętowego. Sponsor



Ledwie się oddalił wolno wzdłuż lamperii
popiskując kółkiem szczęk kubków po mleku
pewnie się mijały w drodze z prześcieradłem
Lusia ze śladami dżemu na talerzach


Smakował z porzeczek ? I pościel zmieniają
grzechoczą świergotem na przyjazd Elżbiety
poszwy na poduszkę kontynenty śnieżne
na którymś przecież odnajdzie Michała


Czemu nie przyjeżdża ? Trzymanie za dłonie
choć wspomniał mi Wilczur ze środków Michała
leczy się pod ścianą nasz bezdomny Ciemko
Warto być zazdrosny o ten ciepły dotyk ?


Odkrywam siebie szeleszcząc Wyborczą
kupuję bieliznę Michał swoją pierze







X. Poradnik zielarski.



Czy jeszcze pamiętasz wieczorne osiołki
o ciepłych grzbietach cierpliwych opuszkach
ostrożnie po zboczach kopytka stawiały
ramion nie raniąc namiętnym paznokciem


Niemym po poletkach przeciągały pyskiem
aż kropla potu słonawym nawisem
jaką nabrzmiewałaś im na obojczykach
potem z niej po skórze litery pisały


... Nie ma dla nas ścieżek nie ma dla nas fałdki
w przełęczach podbrzusza gdzie pulsujesz Etno
gdzieśmy nie stąpali w żarze lawy lepko
my co tak niewiele zapach kobiet białych


poznaliśmy wcześniej osiołki żonate
w omdleniach jaśminu budzimy się rano ...


Mówiłaś czego w złoceniach arniki
z gorzkości kadzideł brakuje ci w smaku ?


Soczystość pączków niby palce drwali
z rzazu sialiśmy trociny zakosem


... Skąd Iris rankiem petunie w pościeli ?
Kto pod biodra ścielił głodny amarylis ?
Twojego pokarmu byliśmy ciekawi
żaden się nie rozbiegł po innej kobiecie


Choć z czasem leciwi a przecież łakomi
aż usta obrzękły pomiędzy owcami
aż palce drwala na piersiach struchlały
wyczuwając drżenia niczym górscy ludzie


Palec każdy dłonie do oczu przykładał
daleko w stu słońcach wciąż parujesz Góro


A brzeg wulkanu zasłały przylaszczki
Czy tam śni róża pod płaszczami kalii ?
Czy płatek peoni membraną łechtaczki ?


Biel między szeptami miał różowić zapach
gładź skóry na udzie zaś w klubach fitnessu
miała się układać zwarcie i podłużnie
chłonąc kalorie i ścieśniać cie w kroczu


Śmiałem się Osiołki ! Palce ! Górscy drwale !
Skoro ciągle młoda cóż możemy stracić ?


Nauczyłem ciebie oswajać pośladki
do sprężystych mięśni nowszych samochodów
ruszają z westchnieniem a droższe od żyraf
piszczą pod palcami skórą tapicerek


Bo jestem małym strachliwym człowiekiem
a taki oddycha twoimi ustami
Muszę cię stąd zabrać chronić przed urazem
bo też twoje ciało to moje ostatnie





Komentarz z dziennika okrętowego. Gwiazda Izydy.



Dom z kresek tajemnych architekt lubelska
na gwieździe rozsiała w krąg alchemii wietrznych
w dłoniach z snu klejona makieta pojętnie
spoczęła na gwieździe na kamieniach rzecznych


bo kamienie jasne rosną w nurtach ciemnych
a czas w tęgość skorup obleka im dusze
moce ich odwieczne z pierwszej żony knuciem
skorpiony jej klątwy zatrzymują w ziemi


za której guldeny coś znaczę w Lekarstwie
słowo tej umarłej jak z ciemności lancet


przez kamień drogę wycięło wykrotem
I oto marzenie że pod sam wierzch sześcienny
chciałem wypełnić Nowej z rzeczy pięknych
wśród lalek w końcu sam jestem przedmiotem ?





... zawsze znajdzie się dobre rozwiązanie, wystarczy przeczekać,
jednak w tym małpim gaju jakim jest życie, już tam inne małpy
dbają, aby zabrakło nam czasu ...



>
18:49 / 23.07.2012
link
komentarz (0)
*




Sławomir Różyc. Kroniki portowe. II. Kolchida.


Komentarz z dziennika okrętowego. Ela karowa.


pasł bezruch złudzenie światłem elektrycznym
rysy w wieczór długi w twarde kruki chyże
cień dłoni przejmował czarnymi dziobami
kolejny pasjans już Michał wykłada


czas minionych królów nazwał po imieniu
który z nich nas przetrwa w swym płaszczu sobolim
kruszec ich korony z mosiądzu ulany
choć nadal dworakom mowy brzęczą złotem


damy barw nie tracą pośród nich karowa
bo też wiotką z talii rozkładając ciepło
zaciekawiał siostry one zaś listownie
sprawiły wizytę siląc niespodziankę


radził doktor Wilczur składając stetoskop
- Trzeba mu odmiany w te dni najtrudniejsze





VII. Dama karowa po morzu tęskniąca




połacią szeroko jakiej sukni plisy
wzbierają po wodzie czuprynami sinej
mocy co nimi w górę by usta otworzyć
nie zdążą przed inne i szepty ich spodem


prze połać bryzgi czując bielą stromy
po dłoniach z falą masztem żagiel chromy
zeszkli się po wodzie wyniesie z szeptami
tako wyraźnie zmarszczek w oczach sploty


każda powtarza Gdzie mój słodki jasny ?
Ten w dłonie silne znów pochwyci biodra
Ten lgnął pod plisy gdy falowałyśmy
nad jabłko masztu na wspólny początek







VIII. Nocne rozmowy z Królem Olch.


Poukładać życie układać w szufladzie
skąd tyle paprochów pióro okulary
ktoś bez wyobraźni przyniósł kalendarzyk
Piórem na papierze nazwij wreszcie sprawy
Często tak robimy z dziesięciu powodów
- U ciebie się mnożą nagle do dwunastu
Wiesz skoro podglądasz płaczę mniej niż inni
Dziwnie obsceniczne Stacje Twojej Męki


Ale Michał Anioł nie będzie cie słuchał
- Nie ważne czy słucha a ważne dlaczego ?
Bo Panią Snu jesteś jansenistko z kosą
Michał cie rozpoznał w starym manuskrypcie
Ale on wygląda po czterdziestce z lupą

powoli materializująca się zjawa wyraźnie wzburzona
kpinami z Michała Anioła

Sam żonę obwiniasz a milczysz o Pierwszej


Pozwól że zapytam : A masz ty sumienie ?
Panem Złudy jestem w wymiarze niemieckim





IX. Cenzura szpitalna.


cała prawdę o nas przez szpitalną pralnię
cierpliwie w parze w obrotach wirników
tłumok bezeceństw wątków nieudanych
proszkiem skwapliwie prześledzi cenzura

nowelka Stacha tego od marskości
któremu kobieta w spodniach od piżamy
skracała gumę często czarną nitkę
troskliwie na supeł okrętkę ściągając

przebieramy Ciemko i znajduję wątek
kiedyś Heli Stacha odgryziony zębem
że skorzystają z cudownych uzdrowień
na razie czekają na wodę z Fatimy

słowa na okrętkę z nitek kontrabandę
rozciągam pamięć na wychudłe biodra







.. tabor rusza :)))



>
09:16 / 23.07.2012
link
komentarz (0)
*


Sławomir Różyc. List do Mamy.



Przeżyłem ból prawie cne życie do końca
a skrobie tęsknota napiera przez żagiel
szeptałem jak trawa którą poznasz stopą
a ściele się rankiem wilgotna z oddechem



Smakowałem prawdy maluśkie i duże
dalej patrzę w oczy zuchwałe i puste
cośmy je wynieśli potem nam na wargach
zabrakło siły powiedzieć próżniacze



Śniłaś mi się Polsko Mamo w krasnych łanach
co złotem pociągniesz i pęknie skowronek
widać pierś za małą i serce za małe
miałem by słowami Cię wyśnić do końca



Śniłaś mi się bliska brat bratu ustami
w słońce patrząc śniłem by zgrzeszyć nadzieją



23 lipiec 2012.


.
19:00 / 21.07.2012
link
komentarz (0)
****



Sławomir Różyc. Kroniki portowe
II. Kolchida. V. Ooo Papusza ...



Powiedzcie mi skrzypce po sprężystych trawach
do dłoni przyległe z lipowej gałęzi

iskrą utoczone żeby za taborem
z bazylik za sercem cienko pośpieszały

w noc uniesione jako Rom zadziera
aby smykiem w chmurach wiatry poprzypinać

jest krew są oczy warzywa w kociołku
za tobą biegnące łydko wśród wrzosowisk

bo za tym smykiem po wierzchu jest szelest
jabłoniami miększy ten z zieleń modrzewia

a myszki pod spodem wciąż pyszczki smuklejsze
krzywo smykiem ciągniesz to o ranku siwe

Oj ! drylujcie struny k nam w śliwach wysoko
może ktoś ich czeka o ciszy niewolnej
daj oddech po piersi struchlałej przez okno

przez jęzor płomieni z sykiem żeglowanie
przez stopy bose w popiele tamburyn

umierał lekce wątle podzwaniały
jeszcze raz po strunach podbródek chowając
po kołnierzu blado jego narzeczona

i Śmierć nie pragnie być sama za kosą
wysoko tkliwie przez szczygła gardziele
niech się to nam księga w atłasach otworzy

kiedy już nie dla nas marzenia w reklamach
acz wiosenny napar wprost z szklanki wysoko
aby kroplą wódki mogiły wyszczerbić

niech one potem wciąż migając obok
szepczą imiona po butlach świeczkami
że pamiętał w tęczach kotylionem tabor

po mnie Przyrzeczona stoi sutkiem krzycząc bladym
przy tobie dziewczęta o nietkniętych piersiach
sypiąc je po piasku płaczące tańczyły

jak wyśpiewać imię twoje na rozstajach
kiedyś syty wołał tłuszcz zlizywał z wargi
komu rozdać dobroć kiedy życie krótkie

Pędziłoś wplecione bzami przez paciorki
przez mleczy rozety jako Cie wysłowić
Kim jesteś ? nie słyszę a w ostatnią wiosnę ...

zostaną po nas te knowali dzwonki
Śpiewaj póki możesz śpiewaj bracie Głośniej !
Imina spisane w onych w romskich skrzypcach






VI. Dwudziesty koncert fortepianowy


Stroić nam trzeba brzeg bolesnej nuty
w kłosach ze złota co sypie się w rany
co dźwiękiem w piersi i skórę otworzą
otwarty palcami j Mozart w zimną ścianę
cichutkie skrzypce nutki jak fasolki
turlane po skorce jeszcze się otworzą
pnączami lekko prosto po klawiszach
i będziesz jaskrem i będziesz sumieniem

to będzie trudne dźwięcz im
znają prawdę





>
00:18 / 21.07.2012
link
komentarz (0)
****








Sławomir Różyc. Kroniki Portowe II. Kolchida.
II. Studium palety barw Jacopo Tintoretta.



o wpół do pierwszej gęstnieje firmament
dotyka nas z okna długie światła z jezdni
rześko im po deszczu ścigają ostrzami
srebrząc po ścianach smuklej nocy rzęsy

a jeśli z którąś w pociemniałej szybie
splecie ramiona ponad granat włosów
Noc wyczekująca pantofelkiem zgrabnym
na wczesne skrzypiec takty wśród saraband

ruszy bezszelestnie lekko z nią na piersi
czuję suniesz nocy pod dłonią Jacopo
malowana w czerniach jak on by pociągnął
wyniosła w fiszbinach reflektorów lśniąca

wyciągnąć ręce byś z krążeniem ciepło
wzeszła mi po dłoniach infantko Cornaro
miękko cie doczekać w słońcu nieco w atłas
otuloną w szmatki wśród cytrusów z Cypru

o wpół do pierwszej bywam mniej ułański
bez notebooka giełdy w piżamie na spusty
zasłuchany w ciszę jak księżyc bez siodła
jak siostra Lukrecja puszczona na popas

cicho z korytarza w przyciemnianych bielach
światła z aut jej kibić kreślą szpady szybko
cień piersi po łóżkach przepływa gondolą
z trzeszczeniem wioseł zapach włosów za nią

czy znajdzie fiolet w poobiednich oczach
czy pisk przywoławczo nie przechodzi w dotyk
pośród nieruchomych węgierek na łóżkach
nie domknie dzisiaj powieki palcami

jeśli rzeczywistość okolić spojrzeniem
gdzie dzieci rankiem z chusteczką na głowie
spieszą z łopatkami krzepione przez babcie
masywniejszy zamek od innych zbudować

my jak jastrzębie na tej z żywych planet
zmierzchem jak ręczniki nie zebrane z plaży
głośni pod księżycem w optyce oszczędnej
na ile jej starczy zza okiennej ramy

dalej nad swym Cyprem ponad gorzkim morzem
wcześniej zaradniejsi choć bezradni z czasem
dalej nad rozsądek w czerninach oddechu
bo księżyc nad nami wyżej tapla fiolet

umrzesz jeśli życia nie pochwycisz w szpony
sztywne z towarzystw zlecą się anioły
zawrócą sprzed redy zgodnie z pogróżkami
abyś smakował dobrodziejstwo polis

zmilkniesz mi ubędziesz w groszku bez ogonka
który porzuciłem w trwodze pod łopatką
o tym nasze baśnie zagrzebane w piasku
kto pod sierpem nocy wyschniętą jaszczurką

wczoraj mi szeptały nasenne panienki
odkładane z spodka co dzień pod poduszkę
w skafandrach perłowych powlekane krągło
o jakimś wyborze – me damy w lateksie

bo kto czytać będzie i czy z geometrii
polubi okręgi wykreślać w przyszłości
słowem może cyrklem wyznaczając przestrzeń
o tym Czarnym kącie zwykle milczy okrąg

maczkiem ci to skrobię o życiu z dystansem
jaki wobec siebie ma osoba światła
abyś po upadku jeszcze wierzył w słowa
jak stroiłem dąsy gdy inni upadli

źle mi tu i obco moja przedsiębiorczość
nie potrafi tupnąć szpitalnej pańszczyźnie
szczypie siostrę Sylwię odmawiam kompotu
z nudów wymyśliłem badania gastryczne






III. Nocne rozmowy z Królem Olch.


Czas po korytarzach wodzi nas na wózkach
aluminiowych sennych mija z wdziękiem
Kim jesteś ? - pyta - Przestałem odczuwać
Jakbym drzwi zamykał jakbym życia więcej
- Podkradał Ciszy ?
Wygodnie. Od środka

- Co robi Michał ? Słyszę skrzyp ołówka
Rysuje twarze
On mnie nie dopuszcza

Rozwiesza twarze bez nakrycia głowy
jakie zasiedlały na tej sali łóżka
Usta mówiące nozdrza rozświetlone
cieniem w tych bielach na kości jarzmowej

- Szkicuje profilem ? Nie kryguj się ze mną !

Bo jesteś Ciszą w czepku z jakimś paskiem ?
Kinkietem Nie wchodzić nad salą przeszczepów
Michał wtedy mówi Ktoś będzie szczęśliwcem
A ja nieszczęściem ciała bez osoby

Światłem powiedziałeś co to za sakwojaż ?
- Słońcem promyczkiem jednym z waszych dawców






IV. Kaplica szpitalna.



Jednym z piękniejszych jest nasz Bóg szpitalny
chociaż z bólem uszu w tych ciągłych przeciągach
w kapciach nazbyt cienkich na awarie w windzie
kiedy ona rusza to skrzeczą demony


mówią o Nim umarł bo kocha rybaków
mówimy poczeka bo niezły z religii


w mszalnej szafce księdza w ciszy z laminatu
przy białym obrusie w Piśmie jakby mniejszym
w miękkich okładkach gdzież mu do premiera
ten sumienia zbawia humorem z kreskówek


Ojciec nam światełkiem z peronu Pod Cierniem
a tam pulpit krzesła prawie jak w przedszkolu
swoje trudne dzieci w trudny elementarz
aby znać Początek prowadzi przez koniec







>
19:09 / 02.07.2012
link
komentarz (8)
****


mowa jest srebrem


życie tak naprawdę nie uczy nas niczego. Na początku dorośli składają słodko usta w dzióbki i składają słowa
w szczebiot dla idiotów. Ci nigdy nie lubili dzieci i za młodu pośród nich byli odtrącani


potem w młodzieńczej beztrosce wielu stara się nas przekonać jacy to jesteśmy niedoświadczeni. Niemoralni i źle
wychowani. Tych wcześniej czy później łapiemy na kłamstwie i drobnych szwindlach



czas dorosłej tężyzny mija szybko i jest do uzgodnienia za szerokim rodzinnym stołem, co w w życiu nam się powiodło,
co będzie przypominane jako nasza odwaga, uczciwość czy osiągniecie. Być może jest to okres najdotkliwszy,
kiedy cwaniactwo stada zawsze stawiane jest wyżej ponad czystej miary talent


na koniec zaś zmierzchanie, pozbawione godności, rażące brakiem solidarności wśród rówieśników, rażące publiczną
przygana na wszelki dalszy rozwój, niezależność czy seks


czasem wydaje się, że osiągnęliśmy dzisiaj jakiś techniczny przełom, że nie grozi nam przemoc, ciemnota czy znieczulica.
A tak naprawdę cofamy się do średniowiecza. Innymi słowy globalizacja ....


>
19:08 / 21.06.2012
link
komentarz (5)

Sławomir Różyc. Kroniki portowe.
I. Kryzys wieku średniego. I. Ciało.


W połowie sierpnia opuściłem ciało
ten łokieć Jutlandii skraje cieśnin ciasnych
już przy swoich zamszach w palcach na straganach
rozwlekli wierzchnie brodaci magowie

Czy wytrzymałe czy solidny brezent
czy gdzieś nie puszczają stare overlocki
- Czemu wy pod wieczór kiedy chętnych nie ma
przychodzicie w lombard kiedy lichy geszeft ?

Czy ja powiedziałem, że sentymentalizm
to wasze bieganie w snach pod sztandarami ?
Ja tylko ustalam czy kolana sprawne
w jakiej pryzów klasie pokrowiec zastawny
Potwierdzić czytelnie plecy. Ręce. Oczy

Umysł niestabilny - tak mówimy sobie
Pigmalion pod oknem przy drzwiach Michał Anioł
każdy ma przezwisko na szpitalnej sali
Byty astralne bez karty choroby

Obok Michał grafik wodnymi farbami
akuszer akwarel z ckliwym workiem sinym
bałagan wystawia pośród pozytywek
serce nakręcone nie tak dawno w Mławie
w odcieniach wątroby co nie słucha klucza

Już jemu tam Melchior dociągnie wierzeje
bramy niedomkniętej o gdzieś w chmurach klocek
poruszy sprężyny przy nowej zastawce
i się śmieje Michał - Laski może geja

A mag w adamaszkach z utrefioną brodą
wschodnimi zwyczajem mądrze obcych słucha
przekłada w dłoniach próżność obyczaje

Wczoraj srogo brewi jeźdźcy Tamerlana
dziś od Shacletona na małych konikach
czas przymarzł do szyby w szpitalnej oazie
może skrzydło bramy trafiło na klocek ?

Zna tysiąc dialektów tysiąc bioder hożych
co nam przed zaśnięciem tańczą po powiekach
A oczy przesłania gdy puszcza fastryga
kiedy przywiązują nazwisko do stopy

Nogami do przodu On na wiecznych nogach
pośród kóz karawan szuka po majdanie
kiedy w miękkie wdepnie brzeg płaszcza unosi
co też na straganach znajdzie na wymianę

Jest tutaj przez ścianę wielki bazar Persów
za oknem już późny listopad się śnieży
pod brodę spowici stare larwy w kokon
którym siostra Lusia poduszki strzepuje

Trzy miesiące razem - tak sobie dumamy
Tu gdzie czas drętwieje w wężykach kroplówek
I jest doktór Wilczur zmawia anakondy
wcześniej czy później zatańczą nam w żyłach

... niebawem niebawem w grudniową zawieję
wyruszą Persowie przez noc z tobołami
w śnieżnych pelerynach bo już sen nas morzy

... smukli Maurowie w piaskach na wielbłądach
białe kawki w słońcu z serc katarynkami
wyruszą Magowie w ciżmach i w koronach
w jukach ciche prośby Mam dzieci mam żonę

... wyrusza Magowie ledwie gwiazdka mała
w pelerynach śnieżnych Kogoś obdarować ...



Komentarz z dziennika okrętowego. Popiersie Pigmaliona.

Dzień skwarny z sierpniowych zwierał Usta suszem
Wierzby w woniach złocąc już żeglują z Rutą
z łąki płatki niosąc Wietrzyk nie przymuszał
kiedy Kolor zmienią kiedy Liście zrzucą

tam do kostki Bauma do Szachownic barwnych
z Marmuru za bramą z sztuki kamieniarskiej
z Granitu w szorstkości sunie Pan z zaradnych
od kiedy szczęśliwym sponsorem w Lekarstwie

na włoskiej Podeszwie bez szkieł zalecanych
przez co drobne zmarszczki o zmierzchania zaćmie
Świat jego udziałem - kąśliwie mniemamy
spojrzy po Zatoce z powieki łaskawszej

o Fałdki na skórze przypadkiem życzliwe
a że dziś milczący marszczy niecierpliwe



i ani kroku w tył nie zrobię, mój Tamaryszku ...


15:59 / 22.05.2012
link
komentarz (7)
***

Adnotacja do akt osobistych

dzisiaj o Czasie. Ale kiedy zaczyna się pisać o czasie minionym, upływającym, jakoś pisać się nie chce


trzy lata minęły ledwie, a znalazłem się w osobnej epoce, w równoległym świecie, i gdyby istniał zapis
współrzędnych, wracając przez portale czasoprzestrzenne, na swoje miejsce bym nie trafił, bo Ten który
istniał, już nie istnieje


czasem czynisz coś, co według powszechnie uznanej miary przynosi wszystkim zaszczyt i pożytek, chciałem napisać
wiersze pełne słońca i nadziei, ale byłem innym potrzebny takim jak byłem dotychczas


cichy, mały człowiek z swoim skromnym i może przegranym życiem,
tak pewien swojej życiowej przegranej,
że powinien zaprzepaścić jedyny dar jaki otrzymał


stało się jednak inaczej, dopełniłem umówionej przed trzema laty miary z jedynym przyjacielem jakiego w życiu
posiadałem, i śmiesznym by było dziś przypomnieć mu o tym, o czym on już nie pamięta


trzeba będzie po powrocie to swoje Ja jakoś na nowo urządzić, z pewnością się uda skoro potrafię dotrzymać
terminu sam sobie


i jest w moim dzisiejszym zapisie przestroga, uważajcie kiedy ktoś poznaje was bliżej, bo poznaje was Jeden Raz.
Nieważne, że jako najbliżsi spędzają z wami większość życia


zapisują wasze akta w głowach jeden jedyny raz, a kiedy pragniecie coś w swoim życiu zmienić na lepsze, kaleczą


śmieszne to wszystko, bo takie właśnie jest to prawdziwe życie, naprędce odgrywany średniowieczny teatrzyk
topornymi lalkami na jarmarku między straganem kapusty, a ścinaniem głowy jakiemuś miejscowemu
Czarnemu Rafałowi


i słuchają maluczcy. Usta mają otwarte
16:41 / 07.05.2012
link
komentarz (2)
*****




Sławomir Różyc. Mauretańskie wieże


wieczór jej niebiesko pomieszkuje w oczach
matowe w nich czerwie wzorem na wolce
migają brokatem smukłe w siwym dymie
śpiew wonnych Maurów turbany wydłuża


wiele w niej w onyksie zatopionych wieżyc
tarasów do tańca gdzie piszczałka pełza
już z dłoni niewiernych wyplata kotylion
gdzie służba w liberiach pełna złotych zębów


w otwartym oknie wieczór czas zakrzywia
pustą ulicę w blasku herbacianym
ona za firanką nasłuchuje ciałem
najlżejsze muśnięcie skacze po niej strachem


spojrzeniem w siateczce przez jedwabie tiule
misterne zaklęcia czynione w doniczkach
z niebiesiech wieczoru jej po głodny granat
jaki spija czerwień w jeszcze ciepłych ustach


jeśli był nim fakir nie poznasz imienia
ten żongler piłeczek podrzuca wytchnienie
i zrobi coś z oknem na gęstość ogrodów
i ptaki powierzy nieobecnym drzewom


zajrzy bezszelestnie on w czapeczce z fezem
i w oczach skostniałych rżący śmiech zapali
w pomiętym sreberku ledwie szczypta biała
a on coraz częściej stuka o futryny


ale dzisiaj muszę trudny tydzień mamo
prosiłam towar jakiś lżejszy w klubie
nikt się nie dowie tak dobrze zarabiam
palce mi skaczą jak świerszcze w ognisku


słyszę jak powoli rosną w piersiach wieże
aż któraś onyksem mi oddech przebije
długie dzioby cieni tańczących w ogrodzie
i usta w liberiach błyskają żelazem


w tym miejscu najtrudniej ale chwilę tylko
siateczki już siwym spowijają dymem
znów za oknem śmiesznie rodzina z plakatu
jak trzy welonki porusza ustami


3 mają 2012.




... bohaterka mojego Tamaryszka jest narkomanką niestety ...

a ja muszę wrócić do realu i upomnieć się o swoje, bo tylko tam załatwia się niektóre sprawy ..


.
04:47 / 25.04.2012
link
komentarz (2)
****

Sławomir Różyc. Zaćma ( nie wiadomo która centuria, ale w poemacie Tamaryszka z pewnością )



przyszła kobieta w ćmie sięgała wody
siwym długim włosem białym od poczęcia
w zimnej chudej wodzie co dzień białe dłonie

i pieśń przerwana jak po niemowlęciu
nuciła tak jakby czekała na Panią
a mówią tam przejdziesz masz błękitne oczy

kiedy ona chabrem swego dziecka miała
płynęła po rzece w niej gałki perłowe
a za nią kosmyk siwy płynął jak za ciałem





15:39 / 06.04.2012
link
komentarz (20)
****


Sławomir Różyc. Księga Błękitnego Tamaryszka
( z życzeniami Wielkanocnymi )

Czajka. XXVI Centuria. Fuga do księżyca

czwartego dnia lilie kto w dłoń uniósł z wody
o ciemne to serc wykrawanie
czwartego nam usta ciążyły słońcami
na ustach po chustach czerwone
a wiły się woda tak zimna w kolanach
padali Romowie w zdziwieniu
nurzali dłoń w wodzie przejrzystszej im noże
nęcili ostrzami po toni

czwartego dnia lilie kto w dłoń uniósł z wody
o ciemne to serc wykrawanie
kapiące i ciężkie po oczach cynowych
do czerwonych jagód na wargach
czekała tam długo o palcach z akacji
gdzie woda nie czuje kolana
to księżyc nam zgęstniał nad woda tak zimną
na chustach poznaczył nam róże

był bardziej srebrzysty i czekał nas z blachy
kto księżyc zmącił ten przebiegł po wodzie
zastawił twarz młodą gdzieś w lustrach jeziora
kto lilie unosił nie wrócił nad wodę
kto w ustach miał róże to w oczach miał cynę
strzelały kasztany strzelały czerwone
a z sukni akacją nam byłaś

czwartego dnia lilie kto w dłoń uniósł z wody
o ciemne to serc wykrawanie
to schnąca na brzegu o udach rozstawnych
a w biodrach dźwięczała gitara
o zmarszczkach na wodzie romskimi ostrzami
o liliach wyrywanych z wody

był bardziej srebrzysty i czekał nas z blachy
kto księżyc zmącił ten przebiegł po wodzie
a miałaś na siebie łokcie obdrapane
pod korą nam byłaś to w sutkach czerwonych
jak w wiosnę jałówki prowadzane nożem
z łzą jedną choć dalej patrzące nam w oczy

czwartego dnia lilie kto w dłoń uniósł z wody
o ciemne to serc wykrawanie
kiedyśmy cie sercem rąbali na szczapy
wysoko nad wodą stał płomień czerwony
z duchami przodków rzucana w ognisko
i serca wysoko nas w kształcie bolały
by ziemie zagarnąć różami

był bardziej srebrzysty i czekał nas z blachy
kto księżyc zmącił ten przebiegł po wodzie
a każdy ci dawał najtwardsze kasztany
w najdzikszej męskości siekiery migały
czerwone na ustach nosiłaś jagody
to księżyc nam zgęstniał to gubiłaś bucik

a księżyc na chustach stał z ogniem u wody
a księżyc na ustach podpalił cie Różo


zawsze chciałem dać Wam co we mnie najlepsze.. Wiecie jak to jest, starasz się, a inni nie chcą nawet o tym słyszeć

byłem tym kto brał sobie do serca wasze tu pisane słowa. Czy pomyśleliście kiedyś co czuł Leonidas w dniu
w który dotarł do was ze swoim czynem ?

bo będzie docierał do waszych wnuków prawnuków i dalej. O tym dniu kiedy ważył hełm w dłoni i pomyślał, że to
ostatnie ptaki tego ranka


ogarnął niebo. Wspomniał dzieciństwo i swoja Grecję przecież nie najwspanialszą. I was, tak was,
to siwe powtarza. Nigdy nie wątpcie w siebie nim Leonidas założy hełm na twarz

On was wybrał. I ofiarował to, co w nim stanowiło udaną wartość, tak ja fugę, co nie przeminie.
A jeśli jestem w tym pisaniu niedojrzałym dzieckiem, wybaczcie. Ktoś w was wierzy po prostu,
a dalej to już pogodnej Wielkanocy


13:18 / 22.03.2012
link
komentarz (22)
****






Satori


z konturów ciemnej wiosennej Wiatracznej
pośród straganów długich pustych płaszczyzn
zjawili się nagle i było ich czterech
deszcz o tym pisał kroplami po płaszczach

o czym tam jeszcze strużkami z kaptura
deszcz z drobnych kropel plątał warkoczyki
i co dziewczynie zdradziły latarnie
kiedy ją mijało samurajów czterech

akurat tutaj kiedy noc powraca
do swoich mokrych zimowych nawyków
kiedy marcowy na wiatr kołnierz stawiasz
wiosna nadchodzi w jedwabnych kimonach

sushi Wiośnie trzeba wchodzi do Satori
na stoliku składa swe deszczowe miecze
gdzie samurajom jak góra właściciel
poda w miseczkach ciepło ostrą sake

potem w skupieniu odłożą pałeczki
nie pytaj czemu wiosna na Wiatracznej
niteczką czerni skreśli wprawną ręką
pośród kwiecia wiśni szeleszczący motyl




otóż i wiersz złożony w jednym z kapitanacie portów gdzie jeszcze chętnie przyjmują korsarzy.
I tak starym zwyczajem zdobimy ściany jednej z restauracji na warszawskiej Pradze gdzie
podejmują poetę przyjaźnie, otaczają troską



nowi przyjaciele, restauratorzy, można powiedzieć w egzotyczne strony menu trafiam bo restauracja
jest Sushi ale ma też salę z potrawami kuchni toskańskiej.
A skoro sam restaurator zamieszczonym tu wierszem oczarowany, tedy przychylność znajduje
i honorowany będzie mój list kaperski pośród klimatów japońskich i włoskich


tym też się pocieszam bo na wiosnę tak jakoś wyszło, i trzeba się pocieszać czymś więcej niż sama wiosna ...

11:44 / 02.03.2012
link
komentarz (12)
***

załamka.





lubi Kubuś obrazy El Greco. Strzeliste święte wznoszące się pod surowe niebo jak wieże z kości słoniowej.
Lubi spojrzeć na świat z podobnej perspektywy. Choć już pociągające swym pięknem porównanie
Wieża z kości słoniowej nie jest dziś tak jednoznaczne
politycznie


zbliża się wiosna, okres bałamutny i skłaniający nas do popełnienia nowych lekkomyślności. Wyjmiemy
z szaf dawne zimowe wspomnienia świetnie się zapowiadających Sylwestrów i Świąt wraz zaciągniętymi lekkomyślnie
kredytami aby sobie tych Świąt nie popsuć, ubrać się godnie w coś i nareszcie w te święta wyglądać.
Wyjmiemy na sznur do przewietrzenia, a wszystkie rozczarowania w kąt, bo czasem tak ich wiele, że się nie mieszczą
w koszu do przepierki



nie możemy niestety naszych karnawałowych marzeń wyrzucić na śmietnik. Naszych oczu szklących,
esemesów od sympatii dalej na czarno piszących się w naszych głowach. Naszych dłoni nie podjętych
do wspólnego tańca. Nie potrafimy wierząc, że dziewczyny nadal będą kołysać się strzeliście
jak trzciny w podmuchach wieczornego majowego wiatru nad jeziorem. Coraz cieplejszego, one,
coraz bardziej wysmukłe Madonny z obrazów El Greca



znowu nadejdzie maj i cieszące się wzięciem, wszelkiego rodzaju nauczycielki wywołujące nas do poprawki.
One rozkołysane odwieczne trzciny i my urzeczeni w tym kołysaniu ich biodrami, prawie już słychać śpiew,
świerszcze


i jak tu się bronic jeśli ta Wiosna przeciw nam ...





21:00 / 07.02.2012
link
komentarz (39)
*****





Sławomir Różyc. Acta



nie myśl do późnej nocy. Nie zadawaj życiu zbyt wielu pytań
życie zbyt samotnie wyglądało z bramy aby wiedzieć o najprostszych sprawach
zna jedynie marki przejeżdżających samochodów
to i tak sporo jak na te ceny. Na tę telewizję

podobno mówimy za wiele
lepiej wypełnij usta dojrzewającymi jeszcze ciepłymi w słońcu czereśniami
Idź

zanim zaczną cię dotykać tłustymi palcami. Wejdą do nosa w krocze
sprawdzą każdą metkę.
Idź


jeszcze zdążysz. Dotykaj i daj się dotknąć z własnej woli
Kochaj

tego ci nie wybaczą





23:40 / 22.01.2012
link
komentarz (27)
*****




kod leonarda da vinci.




kiedyś Kubuś odwiedził swojego serdecznego kolegę w szpitalu. Chyba każdy w życiu widział taki
obrazek : Facet z nogą na drucie. Ale znajomy Witold miał jeszcze obje ręce unieruchomione



przyznam się, że Kubuś nie pomyślał. Ot pośpiech i jeszcze młodość mu przypadła na ten czas.
Myślał, zawsze coś ktoś przynosi. Pomarańcze, słodycze czy domowe wypieki. Ale u Witka nikt się nie pokazał, on zaś trafił
do tego szpitala po kilku latach powtórnie i niebawem umarł



od tamtego czasu Kubuś skrywał w sobie przekonanie, że ludzie jakimś podświadomym instynktem zostawiają wczesnych
umarlaków samych sobie. I nie zmieniło tego podejrzenia lawinowe wymieranie dawnych znajomych z podstawówki.
Narastało i nastało w Kubusiowej głowie przeświadczenie, że byli raczej uczestnikami jakieś ponurej tajemnicy
Kodu Leonardo Da Vici niż ofiarami jakiego świństwa trującego środowisko czy niesportowego trybu życia



a może i ten sposób myślenia zaszczepił Kubusiowi drugi i jedynie trzeźwy psychicznie mieszkaniec tej szpitalnej sali,
pewien oficer po rozległej przycince raka jelit. A że szpital był wojskowy, znając szczególne poczucie humoru w wojsku,
koledzy kapitana przynieśli w foliowej torebce fragment tego, co zamierzało kapitana zjeść. Od tego czasu
kapitan zaprzysięgało się przed wszystkimi, że zaatakował go rekina na Adriatyku



nasz oficer miał sprośnie ludowe podejście do kobiet. Można powiedzieć, że je prowokował swoja lubieżnością.
Wkrótce dowiedzieliśmy się, co znaczy pojęcie Przenoszonego wieku u siostry Kamili. Wystarczyło nacisnąć dzwonek
przywoływacz, a sam dzwonek odrzucić na podłogę. Siostra Kamilka była okrąglutka miała tak z czterdzieści kilka wiosen
i zdumiewająco krótki fartuszek. Pochyliła się po przywoływacz, zaś kapitan powiedział : Czarne. Kamilka spoglądając
z wyrzutem na Kubusia odpowiedziała : Sam mogłeś podnieś zboku



aby było Kubusiowi bardziej idiotycznie i w kompletnej ciszy jakieś trzy minuty, zanim Kamilka nie przyniosła niespodziewanie
z dyżurki cytrynę, dodając : Trochę mi spadła i mogła się obić



I tak Kubuś z Witkiem zyskał pod żytnią cytrynę i przydziałowy tran w buteleczce wraz z łyżką. Naturalnie kapitan mógł jedynie
patrzeć. Zresztą w następnym roku wypadł z łodzi na poligonie. Coś go pociągnęło na dno. Zapewne rekin



*
11:42 / 16.01.2012
link
komentarz (65)
****




przebieżki.




najpierw określamy pobieżnie nasz dystans wpisu. Będziemy czekać w skupieniu
na strzał startera, od pierwszego susa skupieni nad coraz wyraźniejszą linią mety.
Jakąś wstążkę do przerwania. Kilka słów na temat rozłożenia sił na dystansie





a może szesnastego stycznia w poniedziałek lepiej poprzestać na lekkiej rannej
czy to wieczornej przebieżce, jak kto woli, wtedy i komentarze pogodniejsze,
wydaje się jakbyśmy pewien dystans pokonywali zmieniającą się grupą





ale gdzie biegniemy , i czy z pożytkiem zrzucając mętne wielodniowe myśli, a może
z przyzwyczajenia mijamy truchtem ławeczki w parku, zrzucając napięcie mięśni




szesnasty jest wystarczającym powodem aby określić, czy czekają nam przebieżki,
a może odbierające dech, ostre sprinty z dołków startowych.
Dobrze było by określić, gdzie i po co, zamierzamy pobiec,
bo każdy mam zapewnione starty w sezonie jesiennym




dzisiaj natomiast możemy pokrótce ocenić z kim zachowamy kontakt na trasie.
Pewne znajomości, tu czy w realu, potem przestaną się liczyć. Szepcze mi o tym
wieloletnie doświadczenie biegaczy, anie potrzeba jasnowidzenia czy autyzm moralisty








*
11:03 / 05.01.2012
link
komentarz (73)
***



Sławomir Różyc - ballada o Janiele i błękitnej rosie



... widziałem Onego w bardzo starej księdze
gdzie papier zna oddech jest ręcznie robiony

o róży pisali zatrzymanej w lodzie
jak się konie wstrzymuje
albo Sprawiedliwość


konie z saniami pędzące w przerębel
by stać się śpiącą i błękitną różą


by oczy bawić obrazem farbami
alegoriami z liści w marginesach

na ręcznych stronach gdzie świetlisty anioł
wraz z cnotą słońce dzierży i dostatek

słońce ma oczy uśmiech z ręki dziecka
kreślony niepewnie w owalu jak dukat

brzegiem w zakazach łacińskie litery
podniebne Oko zamykają kołem

pręży się anioł ze strony na stronę
podbródek wznosi nad najwyższe jodły

na lewej piersi znika z wolna róża
wrasta kolcami o jasnym świtaniu

a w lewej ręce ten łabędzi Janioł
dźwiga głód wszelki i ułomność człeczą

trzyma ją mocno to za plecy chowa
musi być bieda aby się czytało

i grzech na czarno nazwany grzechem
jak to ucieleśnił tu zakonnik skryba

widziałem różę na piersi anioła
jak ciebie widzę znów cichszą co wieczór
jak zerkasz w księgę pachnącą papierem
tam Janioł w górę szybszy niźli wieża

wznosząc się wzrokiem sroższym się wydaje
aż piersi żywe snadź w słońcu zakryjesz


nóż leci z dłoni i chleb się nie kraje
kosmyk figlarny truchleje ci, przeto


mnie w oczy patrzył i mówię ci, łanio
za kirys miałem jam wolę człowieczą


sucharem straszył pstre grzechy nawlekał
z pierza się chrzęstem wznosił jako świeca


i smutkiem mączny toż przy każdej jutrzni
z czerni kapturów wadzili mu bracia
co na straży tuczą senaty i landy


jak ich unikał. Jak markotniał w sadzie
nie zapisano. O tej okowitce


o tym jak przyszedł doń chudy listopad
o kostur wsparty ten pierwszego śniegu


zdjąłem z gałęzi wszak lotne nieboże
igrały mu w włosach skry drobiazgi rosy


widziałem różę w księdze nazbyt starej
gdzie papier ciepły ręcznie jest przędzony


na zadniej stronie nim księgę odłożysz
jest ślad po saniach co w lód het pędziły


wpadły w przerębel gdzie nie ma już wody
a jeno róża w cnych perełkach rosy ...






coś ładnego na początek Roku i oby był pomyślny ...



>
12:03 / 29.12.2011
link
komentarz (66)
***





zrzutka na szampana


ogarnęliśmy z Kubusiem nasze zapisiory w jeden kolorowy karton i wyrzuciliśmy do śmieci.
Nawet kalendarz z tymi kilkoma jeszcze dniami starego roku tam wylądował. A ile wspomnień
było i sentymentów rzewnych


teraz się ukrywamy przed pisemkami oficjalnymi w trójkę wraz z Panem Józefem K. który się
ukrywa od jakiegoś roku przed następującą entropią powszechną. I trzeba powiedzieć,
że żywotności zaczerpniętej z tej podzielności jaźni starczyło nam ledwie na 11 miesięcy


nie będzie to noworoczne smędzenie. A wtrącam to w życzenia bowiem dla nas wszystkich
tutaj był to rok wyjątkowo trudny. Trudny i urodzajny, bo wszystko na co pracowaliście dzisiaj
przyniesie potem owoce. Jak było ciężko widać po wpisach i malejących komentarzach


ale był to rok usamodzielniania się. Rok przemieszczania z miejsca do miejsca. Zadomowiania się
w mieszkaniach na miarę własnych środków i możliwości. Wreszcie był czas, kiedy ktoś wasze
uczucia powinien brać sobie do serca, i odwzajemniać. A jeśli komuś się naprawdę powiodło,
to nie na miarę tego co zamierzał, a przeszkadzał nam w tym powszechny marazm


życzę Wam w przyszłym 2012 nie brania sobie do serca, a przyjmowania ze śmiechem tego,
co się niebawem zacznie przetaczać obok nas. Dopiero zobaczycie jak potrafią zmieniać poglądy
osoby z zasadami i wszelkiego sortu moraliści


unikajcie zobowiązań i osób które zapewniają jak to wiele robią w waszej sprawie. Jeśli na coś
musicie się zdecydować, to pamiętajcie kredyty szczególnie te niematerialne, które
zaciągnęliście, są świadczeniem wzajemnym, i teraz druga strona nie śpi i duma, co jest w was
jeszcze wartościowego, aby to zaproponować tym, którzy im dają podwyżki


i Lubmy się nadal ! bo dopiero czeka nas ubaw po pachy, wasz sin :*




>
10:17 / 27.12.2011
link
komentarz (4)
***




Sławomir Różyc - śpiew czyża. Zapatrzenie


moje zapatrzenie, ten jeden z wymiarów
biały karton przy oknie z gmatwaniną kresek
każda biegająca
każda z rys pociągła
mój profil przy tobie
przy innej kobiecie

kobiety idące na drucie zazdrości
czuły przy tobie malejące piersi
czyża żałowały, co beztrosko skrzydła
malował
żeby śpiewać wyżej
i wyżej śpiewał
aż do zagłodzenia

tobie kolory półkule i pełnie
z nich ulepiona
stojąca przed lustrem
z rudym warkoczem jak oskórowany
zając
skaczący przez ostatnia pętlę

tam cię chwytam za włosy
tam chce jeszcze wrócić
moje zapatrzenie czepia za księżyce
każdy zeschłym strąkiem
krzyczę cię trucizno
i spadam z tym krzykiem

bo noc najczarniejsza
jest to noc bezbarwna
gdzie zazdrosne kobiety
poschły w barwnych skrzydłach
moje zapatrzenie
gdzie czyż śpiewa sutkiem





11:44 / 26.12.2011
link
komentarz (1)
********



dobre dni




wracałem z pracy. Przysnąłem. W drodze do domu zobaczyłem uliczkę gdzie
skręcałem podczas dobrych dni. To jest dostatnia uliczka która biedzie
mówi się Dobranoc.
Są takie w Polsce i zazwyczaj powstają na zaprzeczenie i w tej
Nędzy Ostatniej.Wżniłem się tutaj, gdzie sąsiad sąsiadowi patrzył
prosto w oczy,



wżniłem się pośród ludność osiadłą, zanim wybrańcy komuny nie zaczęli
wykupować i stawiać tu domków na potwierdzenie swojego skłamanego
szlachectwa. Dziwne to słowo i pozornie dziwne to rozumowanie. Ale nie dziwne
jest obecnie, że większość firm trzymają w swoich rękach, traktując nas jak
chłopów feudalnych



i to jest proces społeczny. Wręcz historyczny zapisany u Balzaka, i jeśli ktoś cierpi
w pracy, to cierpi jak balzakowska kuzynka Biedka. I nie ma tu winnych.
Tak w Polsce ze społeczeństwa przemysłowego przechodzimy w postęp.
Czyli w Erę Elektroniczą i dla tego stalownie upadają, bo netem
i reklamą można dojść, gdzie taniej Taniej, co nie znaczy solidniej,
i w ten krótki okres przeobrażeń zachwieje się wszystko
Ostatecznie upadnie wzrost ambicji niegdyś rozpisany pośród ludzi
dobrych i prostych , ów narybek na odświeżenie patrzenia i myśli,
to co powinniśmy przyjąć naturalnie i przyjmowane
było dotychczas dyskretnie, jutro napiętnujemy, bo ...


nie można cofnąć zegara Historii do feudalizmu, w której ich ojcowie tkwią po uszy.
I tu serial Dom zalecam. Dziwny to podział epoki, ale coraz bardziej widoczny.
Dawni komuniści, i to co wykształcili oddając władzę, starannie układające
w uśmiech twarze powszechnej pogardy i ucisku wobec innych


Bowiem komuniści mieli jeszcze jakoś dobrą wizję polskości. Ale zdrada w wizjach
własnych ideałów postępem nigdy nie będzie.


wtedy polskość gomułkowska czy gierkowska była obok reklam Haloween,
pomyślcie powtarzając dialogi z Seksmisji czy z Misia, że coś potrafili.
a dziś zżynają z trzeciorzędnych filmów wyróżniając się wulgarnością
lub kupują brazylijskie scenariusze w których realia pasują jak papier
ścierny do czego nie powiem



szedłem dziś tą ulicą i nie myślałem o Was. Myślałem o świecie który dzień
zaczyna od od potrząsania kubkiem i wyrzuceniem kościanych kostek
o pozornych wartościach


szedłem dziś ulica Dobrych dni. To polska ulica. Nie wiem czy mam pisać dalej.
Możemy wejść w federację europejską. To samo powie wam Michnik jedyny
intelekt samodzielny jaki się ostał. Możecie go lubić lub nie, przemian to nie
zatrzyma. Piszę to na Nlog pierwszym polskim portalu społecznościowym,
gdzie wyrażacie siebie, piszę pośród innych, ja poeta, a widźcie co pisze,
i potraficie ocenić, w dupie z tym, dobrze czy źle, tu zawsze motylki chwalone
są za motylki, a dobrą prozę się czyta. Władacie polskim językiem nie gorzej
ode mnie, dlatego tu jestem, i nie dlatego że lubię wyzwania. W polskim
języku suwerennie w tym pokoleniu, waszym pokoleniu, zamykamy język polski.
To m nie znaczy, że nie będzie trwał nadal. Wchodzimy w wieżę Babel.
I to od was zależy, co wprowadzicie z naszego języka do wspólnej składni Babel


jesteście elitą. Pisząc nawet o szminkach i straconych okazjach, jesteście,
ja to umiem ocenić



bo tu wszystko zależne jest od Was, czy uwierzycie, o czym nie myślałem,
brodząc w Sieci, że spotkam pokolenie tak wymagające, myślące, Was,
których moje pokolenie uczy pokłonu i dezercji
nasze pokolenia bez własnego śladu w historii, nasze - Przemilczane
i w imię czego to było ? Zamiany wartburga na passata ?



dziś jest Drugi Dzień Świat nie przypadkowo to piszę. Bo nawet niewierzący
jest państwowo twórczy. bądź europejsko twórczy, kiedy byłem młody
śpiewała Janis Joplin, jaki to był śpiew, jaki przełom nie wymieniając innych
zespołów, dziś wy czynicie przełom albo śpicie ....


dziś Wy dwudziestoletni stajecie przed wyzwaniem któremu nie sprostaliśmy



10:04 / 23.12.2011
link
komentarz (6)
***




dłubanie w śledziu pod pierzynką





podobno życie lidzkie można pomieścić w przestrzeni między kciukiem a wskazującym palcem.
Akurat tyle wystarczyło mitycznym Parkami aby wpleść naszą obecność w gobeliny
rzeczywistości. Nie przejmowały się zbytnio naszymi uzdolnieniami. Realiami wydarzeń
czy naszą urodą. Sprowadzały do jednego ruchu palcami, Lachesis z wyczuciem ciągnęła
wełnę delikatnie zwierając palce.


była może z nich nam najbliższa. Do iluż przedsięwzięć dużych i małych podchodziliśmy
w minionym roku z podobnym przejęciem ? Raczej to bierna funkcja. Większa inwencja
twórczą popisywała się Kloto wyplatając ludzkie losy. Przeznaczenie. A może po prostu
równie tępo nas wyplatała ze sznurka według szufladek choleryk bądź flegmatyk.
Moherek lub Palikotek. Erotoman gawędziarz, a przy nim Chciałabym a boję się,
co w melanżu kończy się nieopisana ilością piw ... gadaniem. Gadaniem


gadaniem


Atropos podcinała przędze kozikiem. Ona jedna może wiedziała dlaczego i czemu
to służy. Dla kogoś to w pierwszy dzień świat pijany kierowca na pasach. Bo przecież
musi istnieć jakaś przyczyny skoro co druga ofiara to pieszy. Który chcąc nie chcąc,
idzie za głosem postępu cywilizacyjnego, o ile wcześniej nie zapadnie na raka za przyczyna
kłębów smolnych z rury wydechowej


i pomyśleć, chciałem wyśnić choinkę, a przyśniły mi się Mojry. Skoro jednak nie wiemy
ma ile ma starczy takie czy inne wzruszanie i jak długo potrwa to nasze ...
gem i meczbol, to ja wam podpowiem weźcie tej życzliwej atmosfery przy wigilijnym
stole jak najwięcej. Bądźcie ckliwi i sentymentalni i zupełnie głusi na wcześniejsze
urazy i niechęci. Dzisiaj wszyscy zamożni cwaniacy tak czynią. I tego wam życzę ...


Bądźcie choć tej jeden dzień w roku, Egoistami na zapas !




19:01 / 11.12.2011
link
komentarz (13)
******




Sławomir Różyc. Nie ma Ofelii w ogrodzie




nie wchodź do mego ogrodu
bo w moim ogrodzie buszują orzechy i świerk
róża przez sen potrafi nadgryźć palce kolcem
i tylko świerszcze pragną usidlić odwieczerz




wydzwaniają odwieczne zaklęcia ostrogą
Pani świerszczy prowadzi w dusznej trawie o takt
w czyjej dłoni tamburyn ? wypogadza się słońce
choć tu czarne trójkąty miało cisnąć i perz




to pląsanie zbiegające się zewsząd ostrogi
aż ściśnięte z pąsem w grządkach georginie
proszą tykowate słoneczniki sąsiada :
Wyślijcie kosmiczny telegram do Aldebarana -



...sstworzymy tu dom ciepły orzechy i świerk ...




a róża trucicielka ? przez nią nie przychodzisz
brakuje płaczu dzieci kołowania pszczół
wytnę czuby trawiaste Pani z tamburynem
... nagle cisza o jeden ruch kosiarką ręczną



stoję drapię się w gardło jak hodowca drobiu
trzeba będzie w kusej trawie umieścić tabliczkę :


Tu leży z prawdziwej miłości przecięta
Karenina z Aldebarana








czasami trafiają się takie wiersze które nigdzie nie można dopasować. Leżą miesiącami w szufladzie
i czekają na jakaś obszerniejszą publikacje. Zaś ten, jeden z cyklu wierszy o Annie Karenin,
okazał się tak ciekawy, że mój tłumacz z Uniwersytetu Humboldta trafiając nań przypadkiem,
natychmiast dokonał tłumaczenia na język angielski





ma on tez delikatna choć wielopoziomową kompozycję odwołuje się do : Dzieła Lwa Tołstoja,
do przypadków miłości nieszczęśliwej, do przeżyć osobistych w jakimś stopniu, i do spojrzenia
dosłownie kosmicznego snując założenie , że właśnie stamtąd pochodzą społeczności koników
polnych np. ..




czyli wiersz niełatwy , a gdzie sobie obcują najlepiej trudne dla czytelników wiersze ?




właśnie na nlogu. A tak przy okazji - Skąd nas naprawdę tutaj przywiało ?




*


13:51 / 29.11.2011
link
komentarz (8)
***



Jagodzianka z leśnym nadzieniem.




dzisiaj będzie o tym, żeby Kubusia nie wybielać zanadto. Ma On i swoje wady, choćby uprzejmość.
Być uprzejmym w stolicy, to być osobnikiem powszechnie pożądanym, z tą drobna różnicą,
że głoszona wszem i wobec publicznie, święta cecha uprzejmości, spotyka się natychmiast
w ciasnych wianuszkach naszych najlepszych kolegów i koleżanek z pukaniem w czoło.
Westchnieniem o niepoczytalnej naiwności. Albo przeuroczym motylkiem zafrasowanych
i ściągniętych brew u koleżanek




dlatego Kubusie uprzejmi, w oczy chwaleni, nie doczekawszy się nagrody czy zachęty
muszą nagradzać się sami. A że człowiek uprzejmy, wyrozumiałym musi być i ustępliwym,
na drodze nagród i awansów, jego maleńkie upominki dla siebie
nie powinny gorszyć innych. Nie powinny być tez wyszukane i wykwintne. Bo jak wykwintnym
może być Kubuś, który nigdy do awansów swoich pretensji przez uprzejmość nie zgłasza ?




i tak latem nasz Kubuś raczył się czymś niewyszukanym. Pewnego dnia dopatrzył się
na stojącej tablicy przed sklepem, pewnej promocji skreślonej kredą białą , gdzie pod Szynka
z z nogą od Nowaka po 22,99 za kilogram, widniało

Jagodzianki zawsze świeże

a następnego dnia nawet : z nadzieniem originalnie leśnym ...



nabył sobie Kubuś jedna z nich i wracając przez małą galerie handlową
już miał ukąsić
czule, a tu jedna ze starszych kobiet w parze po drodze pyta, gdzie tu jest salon
z aparatami słuchowymi ? Opowiedział więc wyraźnie, że przez ruchome drzwi
na lewo, co wydawało się wysoce niedosłyszalne, i w dalszej kolejności donośniej
o tym, że wystarczy w lewo po ścianie trafić. Że to łatwe, co już wzburzyło koleżankę
pani od aparatów słuchowych. A że w żadnym stopniu, nie uważał panie za stare,
wtrącił przerywnik o dobrym winie, które naciąga z wiekiem



i owszem sekretne marzenie tej drugiej, kryjące się pod postacią papierosów
elektrycznych, których teraz salon dzieląc tajemnice zobowiązał się wskazać,
a widząc zanik współprac między koleżankami, gzie na protest pierwszej



ale to nie na lewo Genia jak pan krzyczał – Genia odpowiada - Najpierw te cygaretki,
a potem trafimy, bo to po ścianie ..



nasz Kubuś usiłował się zmyć. I pewnie by się udało, gdyby nie czujność
pewnego starszego pana szukającego z strapiona miną Gabinetu Nowy Wzrok,
a przecież Kubuś taki uprzejmy, ten pan to sam zauważył



i tak zamiast ukąsić kęsa Kubuś, umieścił pana na schodach ruchomych, jego
wątpliwości rozwiał opisowo – Wie pan, ja tam nigdy nie byłem w środku,
ale jak po patrzę przez szybę na dziewczyny z recepcji, to już mi się wzrok poprawia ..



a że w stolicy dzieje się wszystko jak w transie, przejęła niespodziewanie pana
wspomniana recepcjonistka w białym kostiumie medycznym, rzucając w stronę Kubusia
czy raczej nad jego głową :

Zupełnie nie ma ochroniarza żeby kierunek wskazać



odetchnął głęboko Kubuś i odwracając się od schodów ruchomych już zamierzał
ukąsić jagodziankę, a tu spotyka jadowite oko ochroniarza wraz z pouczeniem

tu się nie kruszy bułkami, tu nie ma gołębi



wrócił Kubuś za swoje biurko. A że jagodzianki mu się odechciało szeroko otworzył okno,
a potem korzystając z wahnięcie kamery złowił papieros sąsiada, jagodziankę mu kładąc
za wymiennik, i tak chyłkiem, świadom dziesiątków czujników przeciwpożarowych
na korytarzach wymknął się na patio



możecie sobie nie wierzyć, ale nadciągnęła od strony słońca. Pachniała mlekiem,
i drobne ptaki były tym razem głośniejsze od przejeżdżających samochodów.
Miała ciemne, rozwiane włosy, nosek zadarty, z tych piegowatych, o którym piszą
niestanienie poeci, a widocznie dlatego, ze nie staje się ich udziałem



nic wcześniej, ani potem nie działo się szybciej, czasami życie po prostu
składa się z samej uprzejmości. Chwytania w locie jak liść ciepłej drżącej
dłoni. Zamykania innym przeszklonej widy przed nosem. I nikt nie pyta skąd ten
nagły trucht. Skąd zrozumienie między dwojgiem



było by się udało. Właśnie otwierał jej drzwi od LuxMedu, kiedy puściła bączka.
Nie był głośny, może odrobinę przeciągły. Trwał i trwał, zupełnie bezwonny.
Po raz pierwszy w swoim uprzejmym życiu nie wiedział jak się zachować,
kiedy spłynęła purpurą



i wtedy wracając po prostu wmówił sobie, że jeśli po powrocie zastanie
jagodziankę na biurku kolegi, to ja zje. Nie będzie żadnych wymian czy darowanek.
Sięgnie po dwa, a może trzy eLeMy i zaczeka na patio




nie wierzcie ludziom uprzejmym. Bo nie wiadomo jak rogate serce w bije.
Ich uczucia są gwałtowne i wyrafinowane. O czym się z pewnością z czasem
przekona zadowolony zajścia sprawca. Całkowicie nie świadom, jak nasz
Kubuś zawsze w czwartek wybiera jagodziankę. Potem składają czujnie
na biurku kolegi, i dopełniając rytuału sięgnie po dwa papierosy do pary.




a potem jest tylko Ona. Zawsze n od strony słońca. Zupełnie jak wtedy
z coraz bardziej rysującym się pod sukienka brzuszkiem. Stąd gaziki





*
19:08 / 21.11.2011
link
komentarz (9)
***



Sławomir Różyc - pieśń o obcinaniu paznokci




już samego rana gubimy się w sobie
właśnie twój uśmiech odławiam w durszlaku



na szybkach serwantki w tacce na owoce
gdzie widać zarys i jędrność spojrzenia



ale najbardziej kapiącą z kąpieli
w skąpych majteczkach z piętą na fotelu
z włosami w strączkach nurzaną w grejpfrutach



będziesz figlarną kiedy ucho do mnie
zamigocze różem przez rude pasemka



słońcu przez okno gorzką czekoladą
bo nie nadąża z piersi kołysaniem



zaraz wychylisz nakrapiany nosek
klatka po klatce słońce twe odbicie



tam cię wysoko na mil sześć tysięcy
rozwiesi ptactwu niebieskiemu w chmury



może się zdarzyć gdy rozchylisz uda
skrzydłem błogiego doświadczając kształtu



od bieli majtek namokłych w kąpieli
będą nam spadać kolejno z przestworzy







... spoglądam na pieśń mojego zakochania tak niedawno, i tak mi dziwnie ...

tak mi smutno




*
20:11 / 17.11.2011
link
komentarz (11)
***





Co robisz jeśli kobieta podczas randki patrzy ci usilnie w oczy ?



nie tracę pewności siebie

usiłuję przełamać jej spojrzenie

po prostu się gubię

z uśmiechem proszę ją o zaprzestanie

zamawiam kolejne piwo






w ten sposób rozpocząłem badanie innego znacznie większego portalu


zobaczymy jaka pomyślną wiedza zasilę Nlog ...




*


11:27 / 12.11.2011
link
komentarz (0)
***



Miarą naszych powinności wobec Ojczyzny nie jest, abyśmy mówili o Polsce donośnie i w takt
najpiękniej maszerujących orkiestr wojskowych, a obowiązki które dla Niej ponosić chcemy.



I to właśnie ciężar równo dźwiganych obowiązków pozwala mieć nadzieje, że przyszłe pokolenia
zechcą pamiętać wysiłek z jakim znosiliśmy ciężar poniesionych wyrzeczeń, a nie przepych
raźnie maszerujących orkiestr wojskowych.


Sławomir Różyc





23:07 / 05.11.2011
link
komentarz (14)
***



Sławomir Różyc - pieśń o krynolinie



w słońcu to utonie o tych pomidorach
wspominasz rano kiedy palcom kształtu



przy kawie białej wokół filiżanki
znajdują ciepło, a łakną, jędrności



i dalej smukłe bezwiednie sięgają
do śliw w koszyku w ciemnych krynolinach



do śliw w falbanach o miękkich pośladkach
granatem z krynolin maluję źrenice



stając na palcach z desek chybotliwych
powierzam cię włosiem tej nieczułej ścianie



zawijam rzęsę bo nad krynoliną
rzęsa jak pliszka tknięta ciepłem palca



z gniazda trwożliwe trzepocząc skrzydłami
z pędzla na ścianę złotą kroplę strącę



pod ciemną rzęsą wygląda jak Słońce





a dziś leciutko bo imieninki ...



*
20:10 / 28.10.2011
link
komentarz (12)
*****





prostota chryzantemy.



w Dzień Zaduszny nie będę się spieszyć. Odnajdę urodę drzew w ich najnowszej
kreacji. Poznam po kształcie i znaczeniu liter tych, co zawsze tam czekają
obok. Powierzę pamięci ptaka, który z emocji na świeczkami treli i wyczynia
na brzegu pomników radosne harce. Chryzantemy z świeczkami zaczną mi pachnieć
na przemian




najpierw odwiedzę groby gdzie pośpiech nadal ma znaczenie. Do grobów
najdalszych. Gdzie tym razem nie poprawiłem imion flamastrem. Dobrze wiem
kto tam czeka. Przez te lata pamięć kurczy ich do Filona i Pastereczki.
Jakbym ich wyjmował w skupieniu z kredensu. Stawiał na płycie malutkich.
Zapalał knoty na głowie




potem rozminę się z bliskimi na innych cmentarzach. Będę miał czas porównać
skupienie na mijanych nieznajomych mi twarzach. Czy zachowuje się odpowiednio ?
Czy już ciszej nie umie wnieść tam swoje życie z sobą ?




jeszcze wierszyk odpowiedni. Podobno poeci mają ulubione miejsca. Określone
pory roku. Powielane przedmioty liryczne. Słowa, które szczególnie upodobały
sobie rocznice czy dni

Dzień Zaduszny to moje święto. Byłem przecież dobrze zapowiadającym
się twórca poezji czarnej. Być może jedynie wtedy odwiedzam incognito
swoje żyzne ziemie ...








Sławomir Różyc

Kronika towarzyska. Kolejne zejście kobiety w mieście nocy




nie słyszą trąbek. Nikt nie kontroluje
nie leży ołówek na sznurku przy liście
tęczówki w głąb których schodzili cierpieniem
we mgle przetaczane w misteriach ligniny
ktoś tam zagląda. Zamigotał światłem



... ktoś usłyszał saksofon bo płacze i woła
już odchodzimy ktoś w dłoniach trze liście
na kapeluszu chrzan i winogrona ...



nie chcemy wiedzieć. Stoimy przy stole
końcami palców znajdujemy dłonie
będziemy wirować z aromatem świecy
co nas wysmukla co do góry niesie
co klucz owija w srebro po cukierkach



... już ziemia dla nas zielona i łatwa
wiruje najwyżej ten co bał się bólu
przy kapeluszu piórem kuropatwa ...




ten zaś jest o chwili umierania ...





*
22:56 / 19.10.2011
link
komentarz (4)
****




Sławomir Różyc - pieśń świerszcza



wieczór nad jeziorem przestał mówić do nas
ostatnio widziałem w rogach szafy stali
białe kołnierzyki strosząc z dawnych epok
takimi widzę ich w mankietach białych



wczesnoprzemysłowych gdy redagowano
pierwszych ludzików z rękopisów Prusa
z szlachecka zawziętych i z chimerą w oku
z dawna współcześni niewidoczną laską



pilą nas rankiem w domku nad jeziorem
brew marszczą surowo znów stuka dewizka
zapodziewasz się w lustrze jeszcze usta kącikiem
spóźniona kołysze się w milczeniu przystań



włosy rozczesujesz z powrotów służbowych
to stopę w kostce masujesz po pasku
a cienie ludzików po lustrze z wieczora
bo każdy dzisiaj swych ludzików stwarza



i jest ciebie tyle ten wylicza kwiaty
płaszcz rzucony przez poręcz bo jest ciebie tyle
jeszcze ten w torebce imię adresata
że cie nie starcza tutaj do herbaty



ale pod prysznicem z wodą się śmiejecie
trochę się dziwię odkładając szpilki
potem z gorsetem bawię się w dansingi
być może on ważką bywa ażurowy



powiem, że ostrożnie do ucha przykładam
jak kiedyś w trawie przykładałem świerszcze
jak cię uczyłem na strączkach akacji
gwizdać przeciągle pomyliłem kroki ....



bo ten w torebce ten od melodyjek
jeśli w tej drobinie przyłożonej do ust
nie czujesz pierwiosnków od zeszłych roztopów
to i tak w pościeli mam z nimi batalię



znowu zapomniałaś naszyjnik zdjąć do snu
na rzęsach skrzydełka paltocików kładą
taką cię zatrzymam z kolanem pod brodą
za dnia spóźnioną z nimi w sen uciekasz








odnalazła się trzecia późniejsza wersja tej pieśni ...




*

09:46 / 13.10.2011
link
komentarz (2)
****








Morfologia.




nie do wytrzymania ten Kubuś po prostu. Nie denerwuje się kolejkami , co za tym idzie, nie wygłasza
uwag mimowolnych w przestrzeń do wiadomych uszu. Nie szuka zatem natarczywie przyszłych współuczestników
protestu i w asystentkach od zbierania tacek moczowych bacznym męskim zainteresowania nie skąpi




na prztykania pani Patrycji po założeniu igły na korpus strzykawki jakby to miało być całkiem efektowne
wypróżnienie domięśniowe tłoka, a nie zassanie gotowy jest mdleć na życzenie. Jest to pewien subtelny bonus
sióstr zabiegowych, ten subtelny trzepot męskiego mlecznego męskiego tyłeczka, to błyskanie
w którym się upewnia Patsy



Czy wtedy pan też nie chowa ? Stosuje równe oddechy informuje Kubuś. I jest coś głęboko obraźliwego
w tym zachowaniu, niepolskiego w kraju, gdzie wszyscy w każdej sytuacji starają się zachować
tak bardzo nie polsko. Że aż Patsy, do której według nieznanemu Kubusiowi klucza skojarzeń,
pasowało bo zarumienione Karolinko, postanawia regulaminu wbrew przymknąć drzwi zabiegowego,
przykładowo nie dosłysząc bowiem pełna niepokoju zauważa, ze mimo wzajemnych starań żyła
zarasta czasem



I proszę nie protestować panie Kubusiu bo zarasta nie widział pan czasem co się dzieje w pomarańczach ...



i tutaj następuje energiczne stukanie pani moczowej. Patsy z takim rumieńcem otwiera drzwi że przez
nieuwagę zahacza o wystający gwozdek łączący bliźniaczą trzymankę bolcem w jedno, jest to zdarzenie
krwawe, gdzie Kubuś zachowując trzeźwość umysłu z gumą zaciśnięta tamuje tamponikiem pobrań
krwawienie obok palca wskazującego, i właśnie wtedy ten w białym, kimkolwiek jest ten
Panie Zbyszku jak pan może ... się pojawia ze swoim. No pani Patrycja znowuż ...


ale te zabiegowe pobrania morfologiczne to trudne i złożone czynności. Choć następuje pewne głęboko
rysujące się zrozumienie bo nie wiadomo jakby było ze sprawnością tego zabandażowanego palucha,
a i sama Patsy się na Kubusiu oparła, a od pewnego wieku kobiety oddają ciepło i jednocześnie ...


a mówiłam panu .. Ci, że zarastają ? A jak to się sprawdza Patsy.

Kubusiu, bez krojenia to nic na tym świecie nie można sprawdzić. Tym bardziej pomarańczy ...






Sławomir Różyc - dwunasty sonet




to ja z miasta konia prowadzę o świcie
koń mój czarny mocny aby miasto białe
po ściegach foliowym zgrzane ideałem
przeciw sobie nogi rozstawiało w życie



po życie jęczmieniu pawie pióropusze
marzyły się wcześniej a o świcie sznurem
krupy z martwej głowy lepiąc garniturem
gdybyż to oracze rozbłyśli kontuszem



a czy nam uśmiech po przystankach hasa
ale szepczą jakby szukają wśród osób
tyle lat się wlecze Ten w miejsce Judasza
że Słowo czy balsam dziś na porost włosów ?



Że nam maści morwy koń czarny w poranek
ścieram słomą czerwień. Oto miasto białe



24 sierpnia 1989.



*
11:28 / 06.10.2011
link
komentarz (2)
*****




prześwietralnie




trudno się zebrać w sobie i napisać jeśli przez nieuwagę włączymy sobie naszą
Ulubioną stację radiową



oczywiście dzień miał być pogodny i omieszkaliśmy kupić gazetę, zresztą ogłoszeń
tam o pracy mało, a i te pojawiające się dla tych już chyba resztka woli
zapierający się przed wizja grzebania po śmietnikach, takie nam tam oferują zarobki



rankiem zaglądamy z Kubusiem na badania kontrolne. Wiadomym powszechnie, że od dawna
nikt się naszym samopoczuciem a już zdrowiem
w pracy nie przejmuje, i Kubuś fatalista
to jak najbardziej rozumie. Ostatecznie jeden z wybitnych francuskich filozofów
niegdyś stworzył pojęcie o tym, ze król francuski tak długo będzie lekceważył i poniżał
lud w swej szarej masie, jak długo jego możnowładcy będą mieli nadmiar rąk do pracy,
ale jednak badania kontrolne wykonać trzeba



zasiadł więc Kubuś w poczekalni na pobranie krwi w klinice prywatnej bo jak powszechnie
wiadome takie chętnie garną się do dzieł medycznie
prostych, można powiedzieć wyjmują je
z zestawu, pozostawiając te zawile, ryzykowne, a już na pewno bardziej kosztowne publicznym,
finansowo niedożywionym placówkom publicznym, zasiadł aby odnowić znajomości



jakoś tak się stało, ze z wiekiem gdzie tak od trzydziestki dawnych rówieśników możemy
spotkać najczęściej przy morfologi bo już takie prześwietlenie jest zbyt na chybcika
i co tu dużo ukrywać wbrew przyjętej obecnie poprawności politycznej




dlaczego bowiem nie ma prześwietleń koedukacyjnych choć w zakładach pracy coraz częściej
propagowane są koedukacyjne toalety dla pracowników ? Zobaczyć tak siebie nawzajem
po latach i przełknąć te swoje wałeczki sadełka albo ich brak, już nie wiadomo co gorsze ?



i powiem wam nie ma w tych słowach żadnych zdrożnych myśli, bo jak wiadomo, komuna
czy kapitalizm w prześwietralniach drżysz, tam ziąb na okrągło



niebawem powrócimy do Kubusiowych rozważań bo właśnie wołają na nakłucie ..






Sławomir Różyc - bluszcz




opuszcza mnie anioł z wolna w tym milczeniu
pełnie warg zakreśla jędrności ciekawy
muszki prawie żywe wyzwala spod kredki



co była mi światłem
innym będzie nadal



zamykam oczy nie smutniej obłoku
abyś poniósł lekko Małą w smukłych taliach
spojrzenia zbyt kruche są i łatwopalne



szeleszczą jesienią
skazanym na słowa



snuje biel staniczków niewidzianych dotąd
szepcze przez telefon drugi miesiąc chyba
co Ją z brzmienia ważek układałem do snu



będzie czyimś Nie nudź !
poidelkiem chociaż







*
12:40 / 30.09.2011
link
komentarz (2)
******



Sławomir Różyc - Kryzys wieku średniego. Sztych konturowy





I. ciało.




w połowie lata porzuciłem ciało
talon skóry wyciągniętej ku brzegom
gładkiej dotykalności



ziarenek piasku
które dotychczas przesypywałem przez palce
aż się poczęły wyokrąglać
z połyskiem
przeciągłych odżywek gęstych
i skapujących ci
między piersi






II. kreacje




hallo ....
ten starszy pan w kapeluszu
zwykle słuchany przez innych



moje gestykulacje
w białej szafy lustrze
bo biel nieskazitelne skrywa obietnice



to jeszcze czasem jestem Ja
niezastąpiony w tym odbiciu
skupiający na sobie
szpiczaste rzęsy lokalnych dziennikarek




to one wabią marszandów w apaszkach
kiedy biegniesz dbając o trwałość sukni
wtedy jeszcze nie szczędzisz policzka

zrobisz to jeszcze raz osobiscie
niech trzeszczą kolejno papierowe pocałunki
zagłębiając się paznokciami w moje ramie








III. po północy




o pierwszej nad ranem bywam u siebie
bez krawatów w koszulach pomiętych
wreszcie zasłuchany w ciszę jak rumak
bez siodła albo siostra oddziałowa



kiedy w jej oczach nie ma fioletu
tego przeczucia i tego smutku
tych nieruchomych śliwek na łóżkach
na których domyka palcami powieki





IV. mały człowiek




nie ma takiej doliny, nie znam znamienia
na twoim podbrzuszu
abym ich nie przywołał, śpiewnie
znając zapach balsamu



nauczyłem cie przyzwyczajać
do sprężystych tapicerek
samochodów
kosztujących nas coraz drożej



jestem małym strachliwym człowiekiem
oddychającym twoimi ustami



muszę cię stąd zabrać
uchronić przed urazami



bo też jest to ciało nasze ostatnie
żadne dotknięcie już się nie powtórzy







V. ekg




istotne, nie zagubić rytmu kreseczki skaczącej po monitorze
nie wypaść z nutką po za skalę
to ja mówiłem Każde słowo będzie namaszczone pomiędzy nami
prostotą. I wiolinowy klucz na początku



za wcześnie na oczko od ostatniego pierścionka
jeśli ma znikać pod dywanem bezdźwięcznie
palców nie starcza daleko do jego odbicia pod etażerką
pompując oddech z ciemnego kąta



najważniejsze
nie zrywać się na dźwięk dzwonka
nie podrzucać w dłoniach słuchawki



Nie podrzucaj !
bo to jest puls na drucie
niech parzy





VI. odgadywanie ciała




ciało moje porzucone zakrada się do łazienki
dyskretnie rozsuwa kabinę
stara się, bardzo się stara, odszukać
twoich wypukłości
w obłych kształtach wanny



ciało rozmawia z płochością
twojej koszulki
wystającej rąbkiem
z kosza na bieliznę



ciało rozumie zabłąkane myśli
biegnące wzorzyście, a czasem złotą nitką
wtopioną
w zielonkowatość salamankowych glazur



uwierzcie, taki odcień istnieje
bo ona go znała
sprawdziła
ciepłymi palcami





VII. zatracenie



połyskujące krany należą do ciała
do odbicia w lustrze



kiedy dotykam podłużnych pędzelków
przykładam do policzka miękkim włosiem



zmuszam starego strachliwego człowieka
aby pochwycił ścięgna, ścisnął aortę
którymi kierował tym beztroskim ciałem



które miało wstawać, wzdychać
wabić znajomych



jedynie tych
o wysmukłych cieniach w świetle



o promykach
jakie nie ważą się tu zajrzeć



o ile nie przywołasz, mówiąc
Zobacz ! Słońce



Zobacz ! Błękit, piersi mojej



a przecież rozsypały się tutaj
już dawno



pośród kryształowych flakonów
w opuszczonym lustrze







VIII. vendetta





teraz już będę chodził boso
po książkach niby po wydmach
przesypując stronice między palcami
nie przycinając paznokci



wreszcie się rozmówimy z makaronem mącznym
długim i nawijanym wytrwale na widelec



stąd
aż do świetlistej fontanny w Florencji
niech niech szyją z piany wyprawia przeróżne dziwy
z czasem gładka



okażmy
nabrzmiały szacunek wysoko sklepionym pośladkom
w Genui



mozolnie
niech się na nas wypina ciemniejszy już Neapol
bądźmy antyczni po lekko żylaste już Palermo




a potem jeszcze mleczne
wspinające się na bose palce
do granic
jodłowania w Piemoncie



przez cały półwysep
ten długi
skapujący makaron









IX. normalizacja poglądów




jutro po kogoś zadzwonić
musi tutaj posprzątać
bezosobowo
i najlepiej w gumowych rękawiczkach



wystarczy spojrzeć
na rozwieszony w łazience stanik
jak na rozstrzelanie



jak na biały krzyk przez ulice
po jakieś zapomnianej rewolucji



niech pani Genia się krząta
ze wszystkich zapomnianych bułek
robi te kotlety podniebne



geste
jak jej kok z grzebieniem
niech siwe dni wrócą



niech się wmaszerują jej modlitewniki
piskliwie bolejące na czystością ciała
w załamywaniu rąk nas odnajdą



w bieli pożerania
odparują zwłoki naszych prześcieradeł
kolejno przeciągane przez krochmale
magla



powrócą pelargonie do czyśćca
z ich gmatwaniny w oknach usłyszysz
Odejdź



I oto wskrzeszone będą gołąbki w garnku
i niech jak dawniej ktoś
pierdzi w kuchni









X. pan Cabernet




to pociągły pan Cabernet
przekonał człowieka o dogodnościach wanny



z jego purpurowego smokingu zostało może
trzy czwarte



ale nie wspomniał
o naszych odwiedzinach u Strawińskiego



był gościnny
unosił się w powietrzu
jak jedynie on składa zaklęcia
dusząco i dostojnie



przeszklił źrenice
pootwierał kurki
czasem potrafi otwierać tętnice


lato 2009.





.. mniej cukru ...



*



07:59 / 21.09.2011
link
komentarz (14)
******




Sławomir Różyc - pieśń o końcach świata


łyżka na stole. Drewniana. Z podejściem
do wielu przypraw zgrabna i szczypiąca
w wielu językach w protokołach garnków
dyplomatyczna czerwień cynamonu
z szarfą przez piersi



a przecie wiadomo
jak te kurczaki łatwo tracą głowy
łyżka na stole. Długa, do mieszania
przyrząd żeglowny. Do stawiania fali



Obok zaś bajka, barwna, nie naiwna
po stronie fają kłębi się parowiec
przez okno niebo, a za ściana dudni
daleko daleko ...



niewidoczny pociąg



Ale myśl pewna
w podłużnych przeczuciach
jakie nic nie wiedząc nosisz za kołnierzem



i nagle zimą kiedy zapomniałeś
z podatkiem żywicznym kominkowy retor
z płomykiem do ciebie, z mową po polanach



szpilkami draśnie. Gdy pryskają iskry



Że się sypały miękkie chyba mokre
niewyczuwalne spiskowały sobie
kiedy piszczałaś i chlupocząc w błocie
nieomal do stawu zjechałaś na tyłach



za nic nam była ciemność i świetliki
i choć się dzisiaj przekąśnie wspomina
szyby zajęczały we mnie cienkim krzykiem
a tam gdzie stałaś



cienie ćmy chwytałem



Niemiłą bywa szpilka w tym teatrze
sucha jak ości wędrowna sośnina
jakby się nagle strop z trzaskiem załamał
podłogi szukała lana noga z brązu



Nie bardzo gruchnęło na tej naszej scenie
to chyba premiera ? Bo widziałem z boku
w jasnościach z ekranu, słupkiem stałaś, trusio
trochę ciebie tutaj, a kapkę w Kairze



Jak dowodzą księgi. Skry
kosmiczne znaki
fizyka się jawi ludziom nieświadomym



może zboczyły tnąc w powietrzu ptaka
w szklanym okienku zjawiska astralne



Jeśli z lambrekinu z jasnych zasłon w oknie
za kocem odtwarzał ktoś jarmarczną lipę
łyżka była księciem. Parowiec po niebie
kłębił się gdzie Jutro



Gdzie z śmiechu pożytek



Gdy kobieta milczy takie myszy szare
plecaczek na ramię – daaalej ! - na przechadzkę
i kot w naftalinie miejsce w dalszej szafie
pająk gubi wątki w ciemnym kacie strychu



Fasola trzaska jak złamany patyk
a że ją sypie nie trafiając w sagan
kobieta zawiesza tamten koniec świata



a w tym zwyczajnym
gdy do niego idzie

jest taka kształtna
gdy nie myśli wcale



spod szafki fasole na kolanach płasko
jak to kobieta gdzieś się zaokrągla



przejdźmy zatem obok, aby nie rozpraszać
dosadną figurą o kształtach dosadnych
na kartkach małych nasze końce świata
alkohol na wino raz pozamieniała



wtedy też błysło z brzegu się odbiłem
wierzgając nogami tyle sierpni lecę
a dzisiaj ... paaac ! na brzeg
koperta z rachunkiem



spotkanie z dentystą
w ubiegły wtorek
o czym zapomniałem



przy drobnej fasoli dudnieniach w Kairze
jeżeli się dowie ...
to już końców Koniec



*
22:02 / 16.09.2011
link
komentarz (0)
*******

Sławomir Różyc - Ballada o Warszawsko - Wiedeńskiej Drodze Żelaznej




przed wyjściem pan Pavel schowa filiżankę
ma służbowe miejsce, od dawna w rodzinie
ze skrzydeł otwartych spogląda na gości
ostatnia z balkonu, lśniąca, Monarchini



w symetriach na półce, Jej chwila pośrodku
w cichym skrzypie drzwiczek Jej Kredens Majony
motyw owocowy najpierw Bramą Prawą



modrzew żłobiony w agrest przy zameczku
i walca z zawiasów dobywamy Lewą
Lśni nam opiekuńczo z Najwyższej Serwety



lance Jej noży błysną z ociekacza
Gwardie widelców prężą się pod sznurek
szerokich łyżek przy nich halabardy



pan Utrzymanka z szklanką od Bawarki
lustrując garnizon pobłyskują sobie
po blacie zerkają, w słoiki po Dżemie
Czy wszystkie z szacunkiem zrzuciły nakrętki ?



Na parapecie z oknem na ogródek
gdzie wazon masztem stoi w przydymionym
szkle. Smudze światła. W patosach fioletu



co smukłość w strugach zasklepił, wytopem
jakie dał im demiurg, swym oddechem, dmuchacz
Aż wszystkim pieprzniczkom wiadomym się stało
Jej Cesarskim Mościom - wazon poświęcony



Nad wazonem oset wysuszone skronie
dumnie unosi nad stronami świata
od pierwszego sztychu. Tu, w pocztowców domu
od pierwszej cegły. W kredensie : Dynastia



na urodziny referenta Franta
co istniał kiedyś w wysyłek okienku
paczka tu nadeszła z odmętów Mocarstwa
na dowód uznania, Cyt, z samego Wiednia
otóż i szata CK Filiżanki :



O tej szyi w ecru, im czasem się zdarza
mgiełkami różu muskać po jaśminie
z kołnierza sukni smutnawej szafirem
jak gryf do góry wznosi mandolina



tak ona dźwięcznie strzępiący się łabędź
ze śmiechem w bieli rozmazana w pędzie
pomiędzy zmierzchem, a słońca wskrzeszeniem
gdzie w kwitnieniu wiśni płatki pąsowieją



obok tej szyi zaciśnięte piąstki
jak dwa klejnoty czasem dwie muszelki
połyskiem polewy miękką magią ecru
młodzieńca z panną łączyły ze spodkiem



kawaler czeka na huśtawki sznury
nad kapeluszem wilga spod listowia
ogon ma taki w skromności nadmiernej
pantoflem wilgi prawie sięga panna



zdaje się w niebo ją wyrzucą sznury
przez ogon wilgi. W Księżyc. Przez listowie
w białych pończoszkach ponętne kolanka
jeszcze jaśniały pod palcami ojca



stawiane ostrożnie tak uszko przy uszku
żadne nie zdradziło dotąd tajemnicy
W domu listonosza gdzie się zawsze sprawdza
Czy z dna filiżanki nie powstanie, Siwy
Żniwiarz od tarota z telegramem w dłoni



tu depcząc ogon, własny, świat się zacznie
tu złoży cienie świata z porcelany



tutaj waza z jabłkami na stole okrągłym
zawsze pośrodku z winem porzeczkowym
wieczorem zasiądzie do kart Czarna Blanka
o brwiach tak kruczych jak kocie amory



Ale to przed zmrokiem, mówi się : Dopiero
przed wyjściem spojrzeć na ścienne zegary
Czy się nie spóźniają ? Stukają miarowo



Czy plisy firanek, gładkie, krochmalone
uroczyście muskane jak czoło w pacierzu
jedna zachodzi na drugą jak w Biblii ?



I lufcik uchylić, bo przecież sobota
dziś tęskno mierzy mundur na wieszaku
i w spodniach jasnych wychodzi na obchód



Już na schódach stoi, to ledwie trzy kroki
Blanka, co zimą jest przy skórze śniadej



Blanki dłoń wymownie na piersi obfitej
- Ten świat powoli na bure psy schodzi !
aż taksówkarz Vaclav przytrzaskuje palce



maską przytrzaskuje i pieką od Skody
w trójkę zerkają wokoło podejrzanie
na starym peronie na ławce migoczą
pomiędzy wróblami Istoty Astralne



Czy tam siedzi Tenor od figur strzelistych ?
zna, co nieznane, truchleje batuta
bo kiedy zacznie śpiewać nad glinianką



Czas w dłoń pochwyci, i imię wyjawi ...
Belcanto, położy nad urwiskiem wierzby
On cichy. Zwyczajny. I na Paschę śpiewa



Słowa układa na kształt burt Sternika
przed nami zakryte są, nie do żeglugi
Chcesz je pamiętać w tej życia drobinie ?



Dzisiaj przejazdem na tej małej stacji
na kolanie zaznacza wyrazy w krzyżowce



Wysoka jest Blanka, ale wąska w talii
ciekawie paseczkiem Ją cisnąć w fartuszek
Dołem zaś kształtna jak lalki z St. Tropez



Włosy ma proste w usta słońce chwyta
oczy senne jak donna. Albo jak Francesca
co w sercu ma lutnie z wyspy Alcyny



Czasem w remizie grają stare filmy
pasowałby Blance kapelusz z ogrodem
i ręce długie w rękawiczkach czarnych
choć blaty w sklepie naprawiała gwoździem



w oddechu mięta, i włosy samopas
za ucho wiły aureole ciemne
tych włosów imbiry, aż palce przytrzasnął
z bólu nie skakał. By Pavel nie widział



Bo dzisiaj sobota z porzeczkowym winem
i co się stanie, kiedy filiżanka
pęknie ostatnia, sama, bez przyczyny
Kiedy przypadkiem przejezdny stąd zejdzie



Na starym peronie jak to z kart wynika
siedzi Anioł Karel i szpera w krzyżówkach
niby zna języki, i szczęście, sam nie jest
przy nim Adrian wykwintny, o włosach
miedzianych ...



taki, co w opresji dla duszy niewieściej
o oczach ciemnych jak razowe bochny
aż w dusze uwiera koronkowy stanik
a zęby ma białe jak z waz Bernadotte



Ich trudno rozróżnić. Bo są, i Ich nie ma
oko do nich ciągnie, ktoś przebiegnie drogę
i słyszysz nagle, choć ciągle tam siedzą



- To żelazko z sznurem, zadzwonić do kogoś
Albo kran zakręcić i wyciągnąć z gniazdka

Bo nadal to robią z pamięcią spoistą
mijamy ławeczkę. Na niej, Przezroczyści



Smukły, miedziany, z wysokim anielskim
Jak duszyczce szepnie. Jak mu ślepia błysną !



Marokańskie, ciemne, dwa krążki na blasze
bo próżniaków słucha ta płochość niewieścia



Ona w lustro tak patrzy, że lat nie przybywa
I oczy anielskie jej czekoladowe ...
Bo palce ma po to, aby nimi pisać



trochę marzeniami i kremem po torcie
pod rzęsą Anioła : Kocham Marokański ...
pośpieszne : Dotknij - opieszałym wargom
potem już zlizać Anioła, do szczętu ...



Być z Nim w upadku, a drugiemu figa
Drugiemu, potrzebne hasło do krzyżówki
Powtarza głośno : Niezbędny w drukarni
Papier - ostrożnie podpowiada Blanka



Już zna persony z barwnych kartoników
Czy słowo jest znakiem ? Mogli by przynajmniej
udawać zajętych, chodzić z umywalką
piwo pić pod sklepem, mieć torby na paskach
A w torbach ? Wiadomo. Krany i uszczelki



Bo czasem Ich widać i nie chroni mgiełka
metafizycznym nam się jawią błędem
a było tak miło w trójkę za tym stołem
pomyśleć czasem : Kto z nich kocha bardziej ?



Vaclav, romantyczny, milczący jak Gabin
bo świat się zatrzymał w półcieniach stylowych
Pavel tu z piwnicy w czarno białej bajce
a wino jego zaróżowia uda



Jest może dziwnie, ale nie markotnie
bo czerwiec powtarza nam niebiańskie słówka
zwyczajny Karel z metką Armaniego



Miedziany ?
w lnianym i rozwianym wdzianku
Patrzą po stacji



Cóż, mała mieścina
po jednym torze wygwizduje pocztę
raz rankiem staje tu lokomotywa
a kiedyś była tu ekipa z młotkiem



opukiwała czy brzęczały czesko
niewykluczone, że z zamorskiej stali
bo najważniejsze, Być, i czuć jak Hrabal
na szyje naciągać tej wiosny podwiązki



cichnąć wieczorem
ścieląc przez stół pluszem
wcześniej ustalili na Gromadzkiej Radzie
przez szybko złączone w aklamacji palce



Płyty peronowe. Spomiędzy płyt trawkę
wyskubać Uniom, co dla Niej cesarskie



I peron z niewielkim mebelkiem na klockach
do akt przepływa, czarnym dachem z papy
choć swoją zielenią wieczorem się zdaje
bardziej rzeczywisty, dzisiaj, ten stół u Pavla



Bo świat pluszowym otoczony morzem
widziany był kiedyś kręgiem na rycinach
był światem płaskim, i Słońce tańczyło
aż Je z głębiny raz Pyszczek pochwycił



Tam Świat się nie zmieniał. Nasz raczej się zjada
niech Księżyc uważa na swe srebrne cyrkle
bo jeśli ocean pod powierzchnią pełen
płetw i gardzieli



dalej nie wiadomo
ile smug w czasie przyoblekły karty
w widmie kruszyna kurzu czasem pęka



od niej w kolorach ciemnieją figury
jak wiśnia w czerwcu zachodzi rumieńcem
wyjmujesz ją z pudełka jeszcze na egipsko



a już jesienią w szatach palisander
kurz je przyczernia choć pestka pamięta
gdy z wody w górę sięgnął ją Lewiatan



Wszak imion jeszcze nie nadano rybom
Być może do sieci trafiały bezkształtne ?
mówiliśmy Duże. Zębiaste. Rozwarte



ma oczy Blanka. I w późniejszej Erze
mówiła : Wróciła, ta nadęta flądra
Pojawia się imię. Zamążpójście tamtej



pełen złych wspomnień, dla Pavla, antyczny
ten stół, co okrągłym bywa czasem w pluszu
gdzie drżącą dłonią przelewa kieliszki



w morze zielone
krzyczą strasznie hydry
cienie kart po ścianach jak pterodaktyle



Jak to się skończy – skrzeczą tak bez związku
Czy z kart tarota, z alchemii Księżyca
Człowiekowi wolno wiedzieć od początku ?



Gdy anioł na ławce czeka nieświadomy
i jemu trudno na stacyjce tyciej
świerknąć z duszyczką
odchrząknął Miedziany :



- Bo widzisz Młody, tutaj u fryzjera
My sobie porsche, u Kamili, kaprys !
ona z tych łączek, prawie, z tej koniczyny
a mąż jej Dyrektor



... obecnie być Wdową ...
to po deszczu puszczać papierowe łódki
Na drogim papierze dyskursywne słowa
i papier tak szybko od tej wody mięknie



Że się rozpuszcza i znikać potrafi
nieraz flotylla skropiona perfumą



I może dlatego
tak jej jabłkami powiało przez okno



Jeszcze te stawy
Tatarak po drodze
A tam w wisiorze w ważek seledynie
Słońce bose stopy przypomniało w wodzie



Siwo Cie widzę choć spotkałem kilku
co szare lotki nosili poprzecznie
A przecież tobie powierzam : Aniele !
Że białe, łagodnie, zatrzymałem skrzydło



Jak jej tłumaczyć kiedy w oczy patrzy
Czas jej tłumaczyć, kiedy czasu nie ma ?
Czy u fryzjera spotka ją coś złego ?
Wkrótce sama sprawdzi.
Usiądzie pod kloszem ...



Lubił wędrować Vaclav w przeszłość z kartą
żadna się nie starła, i żadna nie pękła
wołany z ciemności ciepłem wokół lampy
tej latarenki ze statku bądź baszty



przenośnej, w przeszkleniu wężowym migotem
jakim się czochrało złotem po tych oknach
tam miejsca szukało wśród srebrnej gawiedzi
przenośna gwiazdka w swoich trajektoriach



Łudziła wiedzą, o czyimś odejściu
Oni mieli pewność. A Anioł nie wiedział
że tu dusze pękają razem z filiżanką



- Dla mnie sam lakier to po prostu koszmar
siada na płucach, a niedługo Pascha
Ty przy duszach robisz ? Czy kręcisz w opłatkach ?



- Pisarza zdać chciałem. Cofnęli papiery
Tutaj słyszałem jest brama Bezcłowa



Pudło z tworzyw wtórnych. Małe
szeleszczące. W deseń tłoczone
Krojem na makowiec
Pisarz pod ławką w powłoce doczesnej



- Mówisz cofnęli ? O, i polskie znaki
- Był błąd w papierach. Wiem, od niedyskretnych
On grzebał. Czy jego grzebali w lustracji



- Długo tak czeka ?
- A z tydzień okrągły. W piątek telefon
Radzą : Czeski Ekspres



- Odkąd współpracują z ziemską windykacją
Ojciec się wścieknie jak wróci na Paschę
- U nas w Brukseli mówią z tym powrotem ...



- Bramy w Brukseli są trzeciego stopnia ...
To chyba normalne – cichy szelest wdzianka
- Wspomnę dyskretnie. Kłopoty w Procjonie



- Nie byłem raczej dobry z geografii
( o tak szeleści niemodny Armani )
- A on tam leży. Rośnie jak pieczarka



- Jeśli mam zaradzić ...
- Adrian ! To przesyłka
- A mnie to lata ! Pokaż go zwyczajnie



Zdumiewające, jak w dłoniach aniołów
niezgrabnym maleństwem potrafi być człowiek
Jak duszę z paszportem ( w załączniku ciało )
oni w spojrzeniu gną na długość łokcia



I mgła się cofa jak fala od brzegu
I wróble wzdychają : W pudełku .., Puchatek ?
Twarz biała jak sporysz przesypany mąką
- A jaka dla Ciebie w użytku ta Dusza ?

- Samotna raczej. I ciągłe coś drapał
Ja się na tym nie znam
( Bądź żeby mnie nie zwiódł )



poprzez pokrywę sypie nań Miedziany
- To anielski proszek ?
Nie, drogi Karelu. Mały eksperyment
To próbka odżywki



- Na parę godzin To wygładza zmarszczki
Możesz już zakryć. Wiesz, mizernie wyszło
Pisał. I pisał. A miał mu kto pomóc ?



- Ze czterech związkowców rwało tam w ministry
Czas przeobrażeń, kiedy władza z ludu
- Z obcymi jej bliżej ?
- I za twarz ulicę



Cisza na stacji. Późne popołudnie
- A moją, Karel. Stuknęło pod kloszem



- Stara instalacja, przebicie i dymek
Trzepotanie komór raczej nie bolało
Wiedziałeś ?
Ja babskiej uczepiony kiecki
Potem czarny gawron porwie ją wysoko


Pobieli się chwilę jak blankiet z pudelkiem
kredowym anonsem z adresem fundacji
- Lubiła sukienki
żeglowała w spodniach
- Tyle, że ten gawron, jak bielizna w czerni


- Do końca dzieliła racje impotentów ?
Że piersi oblekać jej w kolory chłodne
Wysmuklające - Gawron by ją cieszył
W bokserkach przy niej
- Kominiarz w żałobie



Bo się zatęskniło przez topole duszy
Leciało. Leciało
i do nieba chyba



Gęgało po drodze, o życiu. Zmartwieniach
Na wagach uchylnych gdzieś tam
nie zaszkodzi :
Oj ubogo, Piotrze, było nam - zakwilić



i anioł zwrotnice
szukając palcami ( przekłada stronice
znajduje Nedveda zdjęcie kolorowe )
A jeśli szynę nam w ciemność przełoży ?
Jak nietoperze na wieczność rozwiesi



A tu Słońce wyżej
aż świerzbi przez pierze
w proporce skrzydeł robactwo się wplata
powietrznym brzęcząc w słońcu aparatem



dla aniołów novum
gdzieś za pięć dwunasta
od tych czereśni za torem zdziczałych
cale bataliony lśniących muszek ciągną



A skrzydłem nie ruszysz. Bo ratusz się zwali
Czyli znaki palcami i magnezją strzelać



Przyspiesza listonosz od peronu burza
błyskają pioruny i sinieje niebo



Błękitny Ekspres spóźniony o kwadrans
- On przez nią spóźnia
Ułomna technika !
Trudno jej wykrzesać iskrę litościwą



gdzieś z chmur podniebni kontrolerzy lotu
składy wstrzymują by nie stracić gęsi



Kolor ustalić z palcami na ustach
postanawia Blanka z sklepu warzywnego
bo romantycznie jej było co wieczór
siedzieć nad tarotem i w cieniach obrusa
uda wachlować po winie Pavelka



i obu naraz kolanem w kolano
niech się prostują. Kamili wybaczyć



Zamierzchłe to czasy gdy dziewczynie samej
nocą nie wolno było liczyć wędek



Bo zwiodła Pavla szepcząc po kąpieli
a On nieparadny zapewne się wstydzi



Jak im się zdarza w debiucie z dziewczyną
spadać bezkształtnym, białym
brzuchem żaby



Przebacz Kamilo, Ty gawronie czarny
Nieś ją wysoko ! A skrzydłem nie zaczep



o łunę Słońca
O zmierzchania szablę



O prostym sercu Blanka w dłonie klaszcze
a łuna jak to w dzieciństwie z skakanką
przez niebo bryzgła



za lasem się ściga
ze ślizgaczami na łyżwach po stawie



aż się z ławeczki Anioły zerwały
wielce bojaźliwi Wyższą Interwencją



- Spokojnie tam ! Cisza !
Niech żaden nie śpiewa



bo trakcje zerwie
Bądź remizę zdmuchnie
I jeszcze o tym zaczną pisać w Pradze



Lepiej niech wróble o tym zaćwierkają
W swoich kolejarskich mundurkach wieczornych




W roku 1839 utworzono Towarzystwo Akcyjne Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej,
z ambitnym zamierzeniem połączenia droga żelazną Warszawy z Wiedniem.

i tak ówczesne marzenie dotarło szynami aż do Sosnowca. Pozostał nam
stylowy dworzec Wileński projektu Henryka Marconiego

i cóż tu dodać więcej, otóż i serce miłe Czeskiej Suity zakończenie jeśli zaś
o sama Drogę Żelazna chodzi

a cóż Kosiarzowi traw przeszkodzi takie marzenie podtrzymać, i choć z tego
wynikło metafizyczne przedsięwzięcie, to jednak całkiem sprawnie już
w Czechach jesteśmy i miejmy nadzieje do uśmiechu skłaniamy, jak niegdyś
kiedy ludzie z radością i podziwem patrzyli na pędzące ciuchcie

kiedyś ludzie mieli marzenia, dziś mają jogurt. Stańcie po stronie marzeń,
kochani ...


na koniec jeszcze jedna ciekawa historia. Niebywale utalentowana i piękna
Francesca Caccini, zwana la Cecchina skomponowała na dworze florenckim
i zadedykowała przebywającemu tam polskiemu królewiczowi
Władysławowi Wazie operę.

W roku 1628 Stanisław Serafin Jagodyński przetłumaczył libretto i wydał
w Krakowie pod tytułem Wybawienie Ruggiera z Wyspy Alcyny.

była to pierwsza opera wystawiana na ziemiach polskich




*
08:20 / 12.09.2011
link
komentarz (2)
*****


Sławomir Różyc. Listy do Ivana Blatny. X. O moście Karola madrygał podróżny





tej ciszy dalekiej ....



O senność głęboka
odetchnie leniwie to formując piersi
obie stawiając cieple babki z piasku
a każda
z wolna gubiąc zapach mleczny



budzi się
z osobna i rozkwita sutkiem
twardnieje ciekawa tym powiewem rześkim
jaki po nich chlusta z otwartego okna
aby siedząc lepiła, ciepłe
w nogach łóżka



I jaki mi jej plecy czując w wybudzeniach
po kruchym zmaganiu długą szyję jawi
tam słonce wczorajsze w piegach
przedpołudnia
w rumianej skórce, skwierczy
nie dochodząc



ale już wstaje



O senności czuła
zawadza o słońce jej świtania skrzydło
sypią się ciężko lotkami po barkach
włosy to jeszcze czy pióra bocianie
na smukłych udach Najczerniejsza
z ciemnych



jeszcze mi przemknie pośladkiem wysokim
tym aromatem o kobiecych kwaskach
w nocnych zwilżeniach i już siąpi woda
nakrętkę z szamponu po łazience gonisz
i gołej stopy rozróżniam plaskanie



Wczoraj składałem w kartonie starannie
księgi pokutne i breloki krwawe
ten Śpiewnik nocą, co dzwoni o szable
tule troskliwie do piersi na schodach



i czuje cienie cofają się w ścianach
z westchnieniem ulgi żegnają się z nami
kiedy nareszcie nikt w plecy nie mierzy
na spust nie składa pośliniony palec



na strychu w pudle morza południowe
do snu kołyszą powstańczą dwururkę
obok Kościuszko zarys reform chłopskich
częstując bananem, kreśli, Piłsudskiemu



I już mi wolno zobaczyć cie w kuchni
gdzie się rozkładasz
wonią perfum kłamiesz
w biodrach jak księgą, ciepła
do pisania



jeszcze młot stuka
jeszcze krzeszą iskry
kosy prostują w kożuszkach
w sukmanach



one bez szczerby schowane za szafę
bo tam z wysoka przez szybki poddasza
w plasach jaskółek, oko
Komendanta



dzisiaj przy blacie na desce rzodkiewkę
szczypiorek z chrzęstem z noża do twarożku
jak długie ryby na twoich pośladkach
jak księżyc z bratem pod kształtnym dołeczkiem



w zmowie to było
przed słońcem ślepiącym
gdzieś pod materią przez szklane odbicie
jeśli się ruszysz w dłoń skoczą jak pstrągi
z drgającej toni
to życie pochwycę



Przecież czytałem już z nie jednej księgi
i piersi lewej miękkość w palcach warzę
jako sól warzy w kulistościach potem
i tam pod spodem na skórze wilgotnej :
Z wszystkich ludzi bardziej szanuj siebie



Jedni ci mówią, że nic nie potrafisz
nie umiesz pojąć i płaca za ciebie



Ale do takich niepotrzebnych
biednych
lgną wciąż obecni
siebie przeglądając

Już nóż odkładasz
gdzie za dłoń powiodę
kolistym cieniem drzewa rodzimego
od pnia odpada już gawiedź nadgniła
nie musisz czekać
Ono korą wzejdzie



Może na łące tym pijanym świerszczem
w trawie splecionej poprzez słońca łozy
drżącym powietrzem o burty łupinę
w masztach z łopianu łódką płyniemy



po rzece dobrej gdzieś szukając chłodu
chwili ciemności sunący pod przęsłem
a tam na moście i prawdziwym świecie
naród trwa dobry. A dobry ?
To mały



Wszystko, co przetrwa, musi przetrwać małym
Powiedzmy, w tęsknotach tych samolocików
Bo jeśli morze jest jedynie stawem
To serce przecież, od brzegu do brzegu



Ogromne buty, czy butów dostatek ?
I słowa proste, co w dostojne zdania
Już nas widzicie ?
wskazują palcami
i my jak dzieci
te uśmiechy znamy



po dobrej rzece
wolno, Czasu nurtem
z nimi świadomi drogi nam dalekiej
my po Wełtawie
na tej małej łódce



Słońce się mieni i błyska strzelbami
A to żołnierzyki do nas salutują





.... uważam ten wiersz jako niezmiernie istotny dla dalszej mojej twórczości ....




^




13:49 / 29.08.2011
link
komentarz (0)
*****


Sławomir Różyc. Listy do Ivana Blatny. IX. O pieśni kwietniowej na wysokich fiordach




w dalekich stoczniach odkłada dłuto cieśla
zawsze pokornie zwiera palce na brzegach kołyski
i usta dalekie ma od zbyt pospiesznych słów



nikt nie zna brzegu gdzie zmierzać będzie łódź
nie znają mgieł krawcy choć pierwsi są w domu wesela
nie zna kronikarz zatrzymujący nas na komunijnych zdjęciach



kimże będziesz beztroski młodzieńcze
O maryjne białe kokardy do piersi przypięte
ile współczucia dla ciebie znajdą inni wędrowcy
jak dalece od krzywdy znajdzie się twoja dłoń



kto z tobą zatańczy dziewczynko w śnieżnych rękawiczkach
co tak ukradkiem koronki pierwszej sukni przygładzasz
a ten wianek, czy to jedynie dorastanie, do tej weselnej
nigdy nie dośnionej do końca



niecierpliwicie się
kiedy to dzwonami obwieszczą rejs kapitanowie w portach
i jak zawsze nieświadomi odrzucą cumy rodzice
wołają z nabrzeży jak nie słuchać syren morskich



ciągłe tam stoją coraz mniejsi spleceni za ręce
tacy słabi w zapewnieniu nam szlaków pomyślnych



nic nie jest wybrane dla nas na początku
tym większy jest strach przed żeglugą pośród przyjaciół naszych
jednemu żagiel napina trzepot mewy, aby o poranku
zawsze być dla innych niedosięgłym kształtem na niebie



skrzydłami białymi w tej jedynej księdze
gdzie oni pisać będą



po które przypływem sięgnie ocean litościwie
Jak on nas dobrze zna



a my cisi, a my obaw pełni
czy wieść o imionach naszych rozpisanych na burtach
życzliwie wróci do rodzimych portów



a jeśli na omen zmieniać będą kurs strudzeni rybacy
widząc nas na horyzoncie



jedynie wieczorem niesie się po ocenach pieśń
o spokojnych brzegach



o powrotach
kiedy zgodnie dźwięczą czysto nasze obrączki wrzucane w kryształ
przed snem



o dłoniach
które cie wiernie przygarną szorstką marynarską kurtką



bo z takiej tkaniny skrojone są dni
i tego pośród wiatrów szuka jedynie żagiel samotny



temu na głodne fale rzucają wieńce wdowy wystrzępione
wysoko w niebo na wysokich fiordach



o to jedynie się lękaj mój uśmiechający się niepewnie chłopcze
o to dbaj strapiona dziś stratą oczka w odpustowym pierścionku
moja jasna, zawsze koronkowa dziewczynko



nim na nieznanych brzegach zatrzyma się twoja pusta łódź




... miałem odwagę wybrać własną drogę. Sprawdzić czy potrafię coś więcej
niż magia ładnie składanych słów

nigdy nie myślałem o tym aby zawrócić choć z dnia na dzień poznawałem
ile wyrzeczeń to kosztuje, również dziś


nie żałowałem siebie. I nie obwiniałem nikogo wybrałem



po cichu pragnąłem pojawiać się w pełni ukształtowany. Dojrzały.
Od zawsze powinniśmy poznawać tylko utwory w pełni skończone.
Dziwne to uczucie zbliżać się do swojego marzenia,
widzieć się,
niejako z zewnątrz i wiedzieć,że ten czas nadszedł.
że wypełniła się
forma. Misa. Odlew



dotarłem w to miejsce radosny. Tyle, że późno, ale taka była miara
na wypełnienie odlewu. Być może nigdy nie spotkam tych którym
te wiersze przypadną do serca, nie spojrzymy sobie w oczy i nie powiem,
że największym sekretem tej poezji jest zachowanie nadziei. Nieco smutnawego
uśmiechu. Z każdym słowem więcej we mnie ładu i zrozumienia dla innych


jestem minstrelem ze starej szkoły poetyckiej i mam nadzieje, że nie ostatnim.
Opowiadam ładnie skrojone historie, łącze w nich rzeczywistość w jedno,
i nie czynie rabatek na lirykę i pieśń zaangażowana.
Nie dzielę swojej pieśni
na cicho skrywane ambicje. Śpiewam o miłości, bo to jedyne o czym poecie
warto śpiewać ....


dziś jest to pieśń morska, rzadko spotykana w naszej poezji tematyka, i nie ważne
doprawdy, kto to napisał, tylko tej wiatr najważniejszy ..
13:36 / 29.08.2011
link
komentarz (0)
*****


Sławomir Różyc. Listy do Ivana Blatny.VIII. pieśń o miłości i żółtych domkach obłędu




owdowiała ciemność już pomilkły głosy
choć dalej skrzypi sam się kręci kierat
trudno uwierzyć tak bez strachu chodzić
dalej dni strącać przez przepaści skraje


stanęli nad łóżku - Wróćmy do fioletów
w niedowierzaniu jednoczą się z dzieckiem
to dobrzy lekarze, sączy się z nich słodycz
z jaką ujmujemy godności najmłodszym


zbywając szczebiotem zbyt trudne pytania
to byt formalin, białym wiankiem wokół
byt rezydentów gorliwych w budowie
aż dzień podobny stanie się strzykawce


jak policjant pieszego na czerwonym świetle
I kto tam zięby karmił ? Dereń skrętnolistny
w szemrzących listkach w fioletu siateczkach
Jesteś przekonany ? A widział pan dereń ?


bo drzewo wierzy korzeniami w ziemi
nie ma wyboru, bo ojczyzny nie ma
a musi wierzyć, ścieląc liście temu
co spod kamieni za korzenie chwyta


trwa ziemia tłusta, po tej, tamtej stronie
mgłami pasiona na kości bydlęcej
o jej wędrowcach przesiewając śrutę
dłubią w wosku z formalin służby uczelniane


czy było o czym, patrzy to zwierzęco
bo kłamią o tej Pannie, co się nie uśmiecha
i w barwach sztandaru swe dzieci otwiera
zamiast słowa Moje, krzyczy Rewolucja


w obłędzie Jano w bagiennych oparach
brodę w wodorostach ma sino zieloną
w załomach płaszcza cicho podzwaniają
wzorem dorosłych szydzące języki


bo kitel biały treścią pogranicza
tabletki wrzuca w rozwrzeszczane gardła
sądem się staje Schizofrenia. Kalia
i w czasie przeszłym : Co mieliśmy począć ?


gdyby sumieniu biały zastrzyk zadać
o jak różowo musował by Paryż
w berecie jemu po Moskwie się włóczyć
a tam każdy uśmiech tak, w czapkę wyłapać ...

na ziemiach obłędu, zdrada jest czerwona
o maści biblijnej, boś unikał zboru
zasłonka powiewa tam w brneńskich okienkach
każdy domek złoty, każdy opuszczony


i tam gdzie spadasz, gdzie już nic nie wiąże
że nie trzeba milczeć, przeszyć skrzydłem ciemność
myśl o Jakiejś uroczej, miękkiej, tam rozsądek
ostatnim ziarnkiem prawdy myśleć nie pozwala




*
13:32 / 29.08.2011
link
komentarz (0)
*****




Sławomir Różyc - Listy do Ivana Blatny. VII. pieśń o Claybury Hospital




z wyspy wiosennej na skrzydeł manewry
ledwie sześć kroków od drzwi do błękitu
gdzie ptasie piski na rozstajach milkły
i piersią pustą z wysoka z wysoka



powstańcie oczy powieki zetlałe
brunatne płaszcze rozchwiane na strychach
rękawy zgodne w zaciekach poddaszy
w nieobecnościach im dłoniom zadanym
dotykają twarzy i figur na sercu
w sukniach pąsowych w menuetach czarnych



białe zobaczyć w niedomkniętym oknie
czerwca doczekać w strąku niedojrzałym
bujać się na wietrze potem chyba pęknąć
a świt tymczasem



świt po śpiących wróblach
o różanych ponoć palcami trzy po trzy
puchate łebki ugniata
być może



staranie folią w księżyce cynowe
nie budząc ze złudzeń
owija ze spania



a szepty dziwne szeleszczące słowa
znane jedynie plemionom najstarszym
wspartym o kije i słońca tysiączne
trzeba zawrócić gdzie koczują w piasku



on na to za biedny i rozkłada skrzydła
długie dostojne siwo w toni sinej
jak gromnicę w niebo pierwszym piórem trąca
iskrą po iglicy ten Pałac Radziecki

słyszcie rozgwar, ówczesne zachwyty
to zwyczajne, ludzkie, wielu wciąż to słyszy
nie jednego zwiedzie z wstających w szarówkach
roztrącając gwiazdy zgrzebnością cyrkonii



niepewne o świcie jest myśli składanie
choćbyś siedział długo w swej błogo durności
aż łeb poleci



choćbyś spisał ślady
tych w bankach witanych, dzisiaj
czołobitnie



przez ciebie witanych, nisko
gubernialnie



od ich majętności oddzielny stalą
wąskoustą strażą szwajcarskim rejestrem
wręczając kluczyk zapytać się zdarzy
czy tylko ich jaźnie ściśnięte w chusteczce ?



i ponownie w lustrze poznać kształt istoty
jednej z rozumnych wśród galaktyk wielu
jaką z węgla w supeł związano w kijankę
bądź na nieszczęście za dotknięciem Boga
bo człowiek mściwy, bo człowiek zbyt dobry



Musiałeś widzieć w angielskiej klinice
palcami plazmę ścigałeś po ścianach
kleistym o szybę seledynem życia
z swych prapoczątków ameby stukały



O oczach czarnych ogonach plamistych
o czym pisały czeskie tajne służby
im nie ufając odnalazłeś przejście
aby samemu tu wrócić fraktalem ?



i z brzmieniem innym, i o innej składni
u pierwszych ludzi nie tych człekokształtnych
znam twoje kolory, w słowie i w obrazach
w dźwiękach oddane, i milczenie w pauzach



nieraz kijem badałem ich grunt, i znaczenie
na brzegach, spokój, wzdłuż brzegu
pluśnięcia



mam To w dłoni często, ciepłe, i jest dźwiękiem
niknie w bezkresie swoich grubych włosów
długie i pieszczące prawie ośmiornica
po dłoni to idzie, to idzie po ręce
ale nigdy palce nie nikną bezwiednie
choć cofnąć może nie raz o pół wieku



jeszcze mnie tutaj cielesność kobiety
symetrią w lustrze jej odbicia trzyma
tamtym poruszeniem w ślinie
i w spojrzeniach



ciążąca piersią prawie że wywrotna
jej jędrność z wzoru odejmą krwawienia
do której uciekam i bez której zginę
wstrzymany na chwilę w czarnych menuetach
od niej oddarty



Stworzony przez podział







... tutaj dotykam obłędu bezpośrednio ...




*



13:12 / 29.08.2011
link
komentarz (0)
*****




Sławomir Różyc. Listy do Ivana Blatny. VI. pieśń o gobelinach wodnych






jeśli ma się wydarzyć odbiciem jest ledwie
skrawkiem gobelinu na drzemiącej wodzie
im bardziej rozumne z obrazem twej twarzy
tym deszczyk przesieje bardziej przez tatarak
a smutki nocne na miedzianych blachach
srebrny w nich rogalik, a niezapisane



zacznijmy od oczu, na tafli błyszczącej
jak bardzo chcesz widzieć swój nos, uśmiech
usta



a martwy świerszczyk przepływając obok
niesiony wiatrem o miękkie podbrzusze
złożone łapki jak wuja w szpitalu



świerszcz dla innego, to tonące biuro
a mlecz zawistny w swej żółci księgowych
bo jeśli z rumiankiem, źdźbłem trawy złożony
w księdze drewnieje, ty księgę otworzysz
mlecz ci być może światłem lunaparku
iskrami śmiechu na Diabelskim Młynie



pod szklistym lustrem wiruje kurzawa
miliardy istnień rozjątrzonych w mule
nieprzeniknione



czasem błyśnie okoń
szepczesz : To miłość, a to wkrótce matka
żegna cie do końca kusym drgnieniem palca



mgławica losów czy kartotek w biurze
i rower wodny kiedy kręci śrubą
wojną się zdaje rewolucji kręgiem
dnia nie ustalisz w korzeniach ukwiałów
tam wzrok nie sięga, skąd na nas się patrzy



ten
co jest biegły na stronach księżyca
i strony przekłada w szelestach cynk foli
wpierw jaką się kładzie aniołom na twarzy
nim kredą w plecy świecą z bocznej nawy



ze strony srebrzystej do wody przyłożyć
sam przejście otworzy księżycowy nożyk
potem się warstwy rozchylą oczami



Getto warszawskie
cichy jęk Katarów
w popiół sypiące się ręce Pompei



wystarczy chwila
dłoń zbyt długo w wodzie
aby tam zostać i lwy morskie liczyć
czy płeć rozpoznać płetwali nad głową
Czy czarne oczy Anioła za Czasem









studium obłędu

*

16:40 / 23.08.2011
link
komentarz (0)
*****





***



Sławomir Różyc. Listy do Ivana Blatny. V. List o tym jak klon mąkę mielił



w tym lesie wysoko przeczą słońcu klony
i mech ustąpił ścieżkom wydeptanym
wokół leszczyny znaczą szlak jedwabny
z gałęzi przez kruki uznani pisarze



i co ich nagle skrzypieniem z altany
zrywa od stolika gdzie moreli polik
w meszkach przechodzi ze złoceń
w pomarańcz



gdzie zamierzchła władza ogródków działkowych
sprawdzała ogóry z koprem
małosolne



czy między nimi
w słoiczków kunsztownych
farbek nie ubyło czasem spod nakrętki



błękitów dyskretnie, więcej
i pogody
gdy się kwiecień na wierzbach w śpiewie kosa łamał



ktoś zamki oliwił i klucze od furtek
pętelką na klamce wieszał zgubione



a drozd niespodzianie przerósł siebie w maju
niby nieprzytomnie ktoś malował płoty
nie obdrapane sztachetki sąsiada



ale pisarskie. Na wojskową zieleń
Zieleń to zieleń. I jakby nie spojrzeć
Kto je malował. Malował zbyt Grubo



Na słowo pisane czuła była władza
i choć żaglowców nie było w butelkach
dzwoniąc o kieliszek łączyła się w skrusze



ach, ileż projektów
nowel niespisanych
słuchał z przejęciem baczny informator



miedziana tabliczka na drzwiach do mieszkania
przez cały tramwaj witał ludzi pióra



I jak się te kulki z łożysk posypały
A nowa spółdzielnia ? Nie czyta, ponura



Jak wcześniej groził, tak już dziś nie grozi
Celulozą współczesną, zbiorem Apokalips



I wstaje Piśmiennik, a wokoło rżysko
kapelusz słomkowy mu cieniem zasłania
już twarz bezimienną



przez mostek nad śluzą
i kroczy wytrwały, przyzywany, lekko
by z gęstwy leszczyn. Zrozumieć



posłuchać
Za tymi klonami gdzie życie się miele
gdzie ciężarówkami Import miasto orze



kukułek słuchając wyobrażał sobie
że wodę przesiewa Pan Klon gałęziami



I wszystko dobrze
Wszystko jak być miało
gdzie koło młyńskie z błyskiem gaśnie w nurcie



jeśli oczy zamkniesz
wierzeje otworzą. Ile tam mąki !
Śmiechu powszedniego



Dziewczynki ćwierkają
w dłoniach baloniki
Aż strach uwierzyć



a już o tym piszą
Tęcza baloników wisi nad Grudziądzem
Jedynie tubylcy nie chcą sznurków sięgnąć



I czeka Nierób o oczach zawistnych
aż słońce farbki zaczerpnie z słoiczków
jak z pluskiem koła kolejno znikają



Bastardzi przemian ? Nikt się nie przyznaje
To było w Sierpniu. Nikt ich nie pamięta



*













20:46 / 17.08.2011
link
komentarz (0)
****

Sławomir Różyc - Listy do Ivana Blatny. IV. O dziecięcym pokoju w pokoju szpitalnym


czy ciebie kiedyś chroniło to widmo
w rojach się pojawia gdzie firana wierzga

w przeciągach
w gardzieli zapisków na skrawkach
świat przez wymiary spowił się w konfetti

a każdy się rusza
nóżką żuczków skrobie
tego nie strącać. Ustać. Chcesz być zdrowy

świat ożywiony w napowietrznej trąbach
rozkołysany w fizyce
w cyferkach

pomiędzy tańczące karteluszki, wyżej
jakie wokół siebie wzajemnie w orbitach
promieniem marcowym rozświetla, i wdziera

Się, tutaj szafranem, a tam był groszkowy
znów ściany dziecięcym obleka motywem
namawia do wizji

pacholęcych pragnień
na szpilkach ostrych motyle rozpostrzeć
gdzie miękkość w bieli, z kropkami w deseniach

czułe brneńskie chusty wierzchem na jarmarkach
miękko podawane, dostatecznie tęskno
bo chciały odlecieć

trzeba je przymierzać i związać skrzydłami
niech w głowy zapuszczą swe nogi motyle
spłaszczone z dzieciństwa barwami wspominał

ten uśmiech chłopki i kreskę przez oko
źrenicę przy brązie pęknięte naczynko
biedne naczynko bez potrzeby bite

niknące w mrugnięciach
widoczne w pisaniu
cienko czerwone jest do piekieł wejście

i jakie długie ten pokój dziecięcy
wyciąga ręce w tych lękach wybudzeń
że tam te główki nad niewieścim czołem
kosmate barwnym nastroszone puchem

aż bezcielesny z swej choroby człowiek
na kapcie patrzy
i jak to daleko

brzeg łóżka w bieli
i ziarnista ciemność
nie wraca do kształtu z osobnych molekuł

są dwa wymiary
Przeszły i Ruchomy
i suchość w gardle tuż po przebudzeniu

w której się cofasz, a nie powinieneś
szukając schronienia w dawnej maleńkości

aby za oknem
za pałacem z blachy
za halerz księżyca skrzydłami się schować

na żoninych głowach trzymają cie supły
choć sięga pokój choć jest w karteluszkach
maczkami wiersza w skrawkach zapisane

w chustce na zgodę – i pokój powtarza
złotego serca Anicka ma dużo






*



11:44 / 14.08.2011
link
komentarz (3)
*****



Sławomir Różyc - Listy do Ivana Blatný. III. List o semaforach



wierzysz jeszcze Ivanku w to nasze pisanie
w kawiarniany chrobot ołówkiem po kartce
bardziej mi musował nos za bachantkami
a wiosną na siodło wiatr za włosy wciągał



O żebyś ty widział po przedziałach muzy
jakie mnie w Komunie strugały jędrnością
o palce smukłe z papierosem Żeglarz
O zbrodnio ówczesna, palić bez ustnika



na wargach wilgotnych skrawkiem grzechu
tytoń
namiękł strofami i do rymu
Jajo



tłuczone twardo, na twardo, po blacie
tajemne moce o szyny piszczały
noc połykała za oknem
skorupki



podbiegały w piskach kasztany i wiązy
do szyb przedziału na maleńkich stacjach
czerwień się jawiła połyskując kopią
semaforem zbrojnym wzdłuż świateł nastawni



dalekie gwizdy zaćmą przez zagaje
z błyszczącej piersi ścierały chusteczką
w bieli półcieniami w ekranie przedziału
grudkami tuszu wciąż zdumione oczy



konduktor dyskretnie czasem w szybę stukał
aby przysłonić szczelniej tajemnice
jaką spod księżyca otwierała paproć
w lepkościach bioder na wytartym rypsie



Chrzęścił nam papier i tym szklanym kapslem
na drucianej dźwigni o butelki dzwonił
Spaliśmy wtuleni aby się nie wstydzić
Ach, jak te muzy potrafiły chrapać





.. chciałbym więcej podróżować nawet byle gdzie ...




09:40 / 04.08.2011
link
komentarz (2)
*****

Sławomir Różyc - Listy do Ivana Blatný. II. pieśń wirujących w słońcu



kiedy tańczę na palcach
wiatr pyta o nasze imiona


Jeszcze raz chłopcy ! woła
pomiędzy rozwartymi palcami derwisza
przepływają najcichsze ptaki z dzieciństwa


białe
w szelestach
i wolno obracające się wokół siebie
najsmuklejszy z nich klasyczny
Haloperidol antyczny


Hali Hali śpiewa pielęgniarz w ambulatorium
tam w szklanej szafce brodzi
niczym figurki z soli
na długich nogach
wycięty


zaraz w kryształkach nadejdzie
z pióropuszem fal
tryśnie


dawno
i daleko stąd słyszą te harce wędrowcy
zaśniesz


potem ich obraz coraz częściej pojawia się na rzece
tam dryfujemy jak kłody
kolejny obchód
wielu


mówią wielu
nas jeszcze wyrzuci na brzeg
rodzinie


kiedy kobieta zanurza czerpak
ich ogony wysokie
ich ogony zadarte


dumne ich dzioby gruchające do Niej
z szarości


Jesteś jak poranne lustro
Jesteś jak lilia przeciągająca się na rzęsach


twoja jasna szyja jak łodyga z dna
ciągle niesie mnie do powietrza


To ja Ibis
nogi moje czerwoną farbką drapiące szkło
wciąż czują powierzchnię
szepty nurtu


nikt nie rozumie pragnienia
nie poznaje ptaków zamorskich
znachorów snu


O długie gardła na gałęziach przepływające
pazury wbite
głód po podbrzuszu mierzy długości przemarszu
zanim jak wielbłąd chrapliwie wyrzucisz pysk na brzeg


w rozdeptany szlam
w rowki znaczone patykiem przez wydmy


do rzeki
przez ten mokry piasek na brzegach kresek już sypki


to nasze ścieżki
nasze marzenia nawijane na biały turban


nasze wędrówki przez pustynie
spowija nas samun w sterylnych rękach
Słońca podane na spodku
połknij


Oto tańczymy bracia moi
suknie nasze napina dziś światło
jesteśmy jak lampy o zmierzchu
jak długo jeszcze zapatrzeni w oczy poranka


fletem żarzy się w nas bielejący kamień
kęs po kęsie
głębiej spływają krople


dzieciom naszym nagle wyrastają wąsy
Co tam skrywasz kruszący się ojcze
Skało – mówią
Niemy kamieniu na dnie


błogosławiony pniu
nieświadomy dotknięcia na zakręcie rzeki
przez tysiące palców


wizyta po wizycie
Czy twoja dusza już puchowa, Papciu


Przekuta
jak sny dziewczyny grzechoczące muszelkami na rzemyku


Biała
jak wnętrza dłoni ciemnych upinających włosy wysoko
kiedy wiedzie nas bracia po swoich plecach wiatr wokół
jeszcze to pamiętam


jeszcze Ziemię określa miękkość piersi
we włosach gubią się ręce kobiet
jeszcze upinają tam kwiaty dla mnie


wkrótce poruszy uszami najstarszy z wielbłądów
ostatnia ścieżka


ptasie ślady przez wydmy
jeśli nie zmąci rzeki więcej czerpak


O dłoni miękka
bo tam jest potrzeba na dzień następny


małą fałdką zetrze nas woda jedwabnie
zatańczą młodzi za życie


za wody zmętniałej zmarszczkę
naszą, co się w słońcu zdrzemła


tylko mnie pamiętaj




... to jest po prostu ciekawa pieśń, i wrócę do tej tematyki niebawem ...




16:55 / 02.08.2011
link
komentarz (0)
****



Sławomir Różyc - Listy do Ivana Blatny. I. List o białym bzie




zrobiłem w mych progach ostatnie porządki
przy stole zmytym i przy szafach pustych
wierzchowce wolno puszczone na popas
wiesz, już nie słyszę sukien pani Wiosny



liche me pamiątki na białej serwecie
i skargi żadnej, choć czas ruszać w drogę
jeszcze ścian dotknąć, klucz przekręcić w zamku
ze mną, co lotne, bo kuferek pusty



ten różowy kamyk z piachów przy kapliczce
tam Syn umyty Boży na Wielkanoc
w osty spoglądał, ja tam zawsze stałem
kiedy skroń podpierał palcem utrąconym



bo wczoraj pękł kamyk



rozszedł się na dwoje
w sześćdziesiątym ósmym jeszcze grzał mi dłonie
mąkę ludzie, zapałki, w sklepach wykupili
ja w szkole na przerwie znaczyłem tablicę



prostym rzymskim krzyżem



przy klasy zachwycie
a potem nasza pani przyszła od historii
mnie tylko widziała z takim żywym bólem
że jej kredą rysuje zmierzchłe emblematy



że we mnie wierzy. Że mi ład pokaże
i stałem tam w kącie wciąż twarzą do ściany
słyszałem ich szepty



zawracały wróble
i takim gorzki w zaciśniętych wargach
z twarzyczką dziecka o oczach sędziwych



Pisać Ivanku, i tym smutnieć, o czym
nie słowem pisać, a sercem dotykać



nas zawsze mało, i puste strażnice
choć na dziedzińcach dumnie mierzą oręż
ja składam zięby bezbronne i małe



nie grzeszyliśmy - pustym słowem - Miłość
im włos nam srebrny, tym z przejętą miną
nikt nas nie czeka



a chłopcy
wracamy
aż nas zupełnie przemieni w kaczeńce



żeby choć chwile w dzwonkach fioletowych
kręciło w głowie pod halką zapachem
jaką na łące czupryny przykrywa
a potem w tupocie kuropatw strwożonych



na krople deszczu, co zagania w łany
gdzie nam schronienie
gdy nie ma świetlicy



sam Syn mi wskazał odłamanym palcem
w jednym przykazaniu dalej niewolnicze
i dusze pańskie. I kobiece brzemię



To jak nam śpiewać z pieczęcią na ustach ?
Jak dłonią sięgać i przekręcać gwiazdy
Temu śpiewaliśmy rozkładając skrzydła
Aby w deszcz lipcowy trafiać dziobem w miskę ?



Kępa bzu, co krzewi się w mojej dziedzinie
słowa słowiańskie dźwięczne, a nieśpiewne
te w kroplach naparstki bielą ros lepione
czy czuć potrafię twoje drgnienie czeskie ?



raszkę, co wzleci, i liści dyganie
w zieleni podłużnej z bielą jednocześnie
powiedz Ivanie, jak w rosie. W gałązkach



Kiedy bzem oczy nam białym przysłoni








waleczni o jakieś tam prawa




stawiając małą literkę pisaną nie zawsze mamy świadomość, że stawiamy ją w czasach,
w których przewodnia myślą jest nie zakładać niczego na przyszłość. Pozornie zmierzając dokądś,
pozornie mieć poglądy czyli powtarzać mniej lub bardziej składnie oświadczenia prezentera
z wiadomości telewizyjnych jednej ze stacji, przypuszczając może i trafnie, że przynajmniej oni,
prezenterzy wiedzą, kto jest źródłem takiego przeświadczenia o świecie




jako naród materia wspólna, czujemy się krzywdzeni i nieznośnie niedoinformowani przez kogoś.
Obalamy po drodze cale systemy moralne i religijne, stawiając w ich miejsce swoje własne
i kapryśne odpowiedniki, i oczekujemy akceptacji od Kogoś .



tylko Kto jest tym kimś kto ma pochwalić nasze wygodnictwo i moralna demolkę z jaką
niweczymy zastane normy ustanawiając jakieś wyziewy prawne naszego Zdaje mi się



oczywiście nie wolno mi winić innych nie powołując się na konkrety przykład. Ale właśnie
wróciłem ze spaceru i udam się na następny korzystając z przejściowej zmiany
pogody na Słoneczną.



Obecnie wszystko mamy przejściowe. Przechodząc z chodnika na pobliska wilanowska
łąkę pomyślałem o aktywnej walce w sprawie praw zwierząt. Toczymy ją powszechnie
w Internecie w gazetach i we wszystkich paralizatorach myśli społecznej jakimi są Telewizje




walczmy o Prawa zwierząt wraz szczęśliwymi posiadaczami psów z których nie jeden zostawia
odchody na mojej drodze, co z pewnością uderzy powrotnie w te ustawy czyniąc je
nielubianymi



ale taką obecnie mamy myśl przewodnia sczytywaną wieczorem z wdziękiem przez
prezenterów telewizyjnych. Czasem się zdaje, że zagubiliśmy się w tym na dobre.
Że te wszystkie Prawa Zwierząt mają ożywić wzajemna niechęć tych, co swymi psami
zostawiają odchody na drodze. Dla tych w odchodach brodzących



udaje się na spacer spytać o to Tego, u którego mimowolnie szukamy akceptacji.
Zastanawiam się , a jeśli się okaże,że ten Ktoś wcale nie wymyślił
Nas ani Zwierząt, co wtedy od Niego usłyszę ?




02:31 / 30.07.2011
link
komentarz (1)
*****


Sławomir Różyc - Sen o Arsinoe. X.Brama Kwitnących Jabłoni





dywan ci rozściele od samego progu
chrupnie miękko karmin po blaszkach peoni
abyś lekkość czuła gdy stopę zanurzysz
w tej kruchej szpilce na paseczki białe



przebudźmy kinkiety niech sypną po ścianach
niby obracany w czubkach palców diament
tym czystym światłem iskrzącym w sześcianach
tak jak kryształ błyska w długich skrzydłach ważek



w stąpaniu. W ciszy. W tej świątynnej misie
w chłodzie kulistych tam w mgłach pod kopulą
gdzie białe dłonie w dłoń kontredanserów
z lękiem niewieścim składa światła promień



ileż w tych progach już żupanów lśniących
trzewików smukłych ze stopnia na stopień
z mufek panieńskich w rękojeści szabli
tęsknice, końcem palców, lubo szepty wplotły



zawsze to będzie nam ten czub chłopięcy
zmienność kobieca co miękkim szafranem
w opak pisana o śmiechu dziewczęcym
a czasem spod rzęsy też fasolką szklaną



znaczą lata jasność, kreślą też półcienie
bo nigdy krzywdy i ciemności dosyć
niesiona sennie z pszczelich brzmień organów
tam pod kopułą zbłąkanych nakarmisz



być może cienie mgliste to sylwetki
i dzień nam każdy uboższy od rana
bliższe, bo tylko pod kopułą tańczą
i w oczy patrzą, nie po to by kłamać



to ostania lekcja nasza Arsinoe
to dar kobiecy, to Stacja Karmienia
włosem błękitnym spłynie przez witraże
w małym skrzydełku zaświecisz kryształem



nie trzeba maluczkich obierać z ich kłamstwa
nie trzeba stukać w pokrowiec po skrzypcach
a palce pod stułą znaleźć przed ołtarzem
tam ich przebudzić spod rzęsy fasolką



bo są jak rozgwiazdy mrugające sobie
są jak dyplomy nauk o dyplomach
i więcej życia w witrażach kolebie
niż na ich twarzach barwnych kosmetykiem



dlaczego zwlekam, drobin gdzie ich nie ma
szukam po dywanie i długich ław rzędem
w jasnym orzechu, jak to u nas, patrzę
jego najbliżsi, twoi. Capuletti



czy cie nie zwiedzie ten chór na organach
śpiewaczki w wrzosach tenor w białym fraku
a może je przybrać pysznym piórem strusim
czy akord na wejście nie będzie zbyt smutny ?



róże rozrzucone może przez kadzidło
powinny płynąć twe nagie ramiona
i pierś strwożona jak dobrze pamiętam
obok znamienia krnąbrny sutka śpioszek



niech On będzie jasny, i niech jego oczy
o innej barwie wiodą cie z Księżycem
niech ma odwagę rozmawiać z motylem
niech w jego jedwabiach składa przyrzeczenia



nas nie wypatruj spojrzeniem, nie szukaj
my w cieniu nawy gdzie anioł czuwamy
ludki z kasztana kruchy piesek z chleba
byliśmy po to byś siebie poznała



byliśmy z tego, co łatwo zapomnieć
i to się innym nie przydarzy wcale
cicho się wtulimy w gładki kark anioła
aby jego oczy wreszcie zmatowiały

ciepłe, smukłe palce złóż na męskiej dłoni
jak harfę, skrzydła, ma nad głową anioł
one w kształtach szklistych, piór podłużnych
struny



aniołów maszt śnieżny
co do mszy nie płaczą
choć lot swój łamią na twych ustach
Ave ...






08:53 / 23.07.2011
link
komentarz (0)
****


Sławomir Różyc - Sen o Arsinoe


IX. pieśń o morzach sargasowych



czy jeszcze skrywasz w sobie noc majową ?


czy zapomniałaś o tej wonnej porze
gdy wizgi miasta już cichną w oddali
w oknie otwartym przez skrawki chaosu
wrastając w cisze określamy kształty
stać się możemy na równi z ogrodem


z świerszczem o skrzypki w trącaniach bezwiednie
wieczór dopełniał swe sekretne dzieło
i bez w jaśnieniach w wilgotnych naparstkach
otwierał się do nas z wolna
marzycielsko


przez drzwi z ogrodu w samym płaszczu ledwie
przez bzy przemykał się twój bujny zapach
i bzy wilgotne zakryły cie falą
już stąpasz po plaży
z bzu pianą na piersiach


abym zobaczył w skrach miodowe oczy
księżyc w nich szpadą jęczące syropy
miesza
zapala na czole


boginko


Pogańska Pani na wysokiej szpilce


odebrać dziś muszę
w kąt torebkę rzucić
twoje stanowiska urzędowe moce


nokie. Master karty. Próbniki ciążowe
z kluczykiem Saaba małe, głośne szkiełka


czułe poodginać z ramion długie palce
w nich jego zapach
ostre kolce tarnin


usta przeciągnąć niebiesko
jagodą


a pan Przepastny, co ku szpadzie wiedzie
ugnie ci kolana
posrebrzy pośladki


do ciekłej magii w olejki różane
w pachy otwarte wonią majeranku


świecami
przepaść
odczyniona kręgiem


gdzie jeszcze wczoraj herold papierowy
w oczach Egiptem kreślił obietnice
i wrzucał zmięte złotka
po cukierkach


teraz ci sarnio ogromnieją oczy
czujesz jak skacze z sofy mój kot czarny
ruchoma kreska z sterczącym ogonem
majestatycznie trze się o brzeg szafy
mięśnie napina


pod sierścią brzęczące


płynie w w powietrzu i i lekko na szafie
w oczy ci patrząc liże miękko łapę
pomiędzy ostro sterczące pazury


Selim wie bardzo czekasz opowieści
gdzie Sargasowe chcesz przekroczyć morze
najpierw płaszcz powoli
skórkę z mandarynki


o wonny miękisz


o trącanie piersi


bo pamiętamy o tej krostce małej
borówce w różu maczanej z ramienia
ząbki zapuszczała jak zły kapelusznik
wczoraj swędziała
a dziś ?


popatrz ...
nie ma ?


już spokojniejszą pomiędzy morzami
powieść na sofę tam mamy kontynent
a płaszcz ?


spojrzeniem kręgi zataczamy
zataczaliśmy kiedy Ziemia płaska
Sargasowym płynęły żaglowce
od palca w ustach po wysoka palmę


płasko czy w bryle
znajdujemy niebo


na piaszczystym brzegu odnajdziemy muszle
nie bój się krabów, co biegają bokiem
one się zwijają tylko w kontredansach
zaraz im z muszli zagrają bolero


ono kołysze
bo morze w około
bo strasznie ci spieszno w morzu po kolana
a ja na twej piersi chce malować rybę
najpierw ją chwycę zlęknioną i ciężką


ciepła
ona będzie w żółto żywe paski
podłużne. Drgające w falującej wodzie
w bieli koralowców, błękit lśnień i granat


o maści tej ryby śpiewają żeglarze


drżąca jest jest cała
ścisnę ciepły pyszczek
patrząc ci w oczy
i wiesz dobrze, za co



stojąc po kolana w ciepłym saragasie
czujesz jak palma wyrasta z podbrzusza
o tym jak tężeje gęstnieje i pęka
na moich zamykasz znikające palce
teraz cie składam w fale zapomnienia


a twoje łydki nade mną skrzydłami
wzniesione przy bokach błękitnego wala
kiedy się fala wzniesie i popchnie głęboko
ty smukłym obcasem skalecz dla mnie błękit

krzyk niech przywoła ten żaglowiec biały
tam w dzwon uderzę na kolejną szklankę
a my w głębinach w te głodne ramiona
tonąc. Koziołkując. Zatopieni w sobie


Ziemia jest pionowa
jak żółwie z płetwami





... niektóre erotyki wydaja się być dla bardziej dorosłych



18:37 / 15.07.2011
link
komentarz (2)
******



Sławomir Różyc - Sen o Arsinoe. Czeska Suita


VIII. Brama Biedronki



to świt minstrelu, czepia się mgła w sadzie
jeśli masz śpiewać, niech prosty instrument
o strunach z wikliny i zielonych jeszcze
na lipowej ramie
skromny tam konik na łące zaklina



polny
bo w rumiankach brzęczeć będą harce
zaklęcia w mlecze, i rozety skrzypów



a śpiewać trzeba jak na skrzydłach bzygi
w tańcu nad kwiatem mażą senne kółka
a że ona tańczy, błyskacie na przemian
po kwiat sięgacie, a nie żądlą dłoni



jak topić w cukrze madrygału skórki
z pomarańczy lukrem zatrzymać w zdumieniu
usta złotowłosej, i ciemne na wietrze
jedwabne sztandary tych nocy bezgwiezdnych
gdy zapachem skóry majaczy i miga
o rudym runie, ta najdziksza jeszcze
myśli o jednym, z każdym drżeniem uda
byś dłoni ciepłej jej zamknął
biedronkę



ale dalej śpiewać, a jeśli dokucza
zdradza i kłamie
czy śpiewać pogodnie



a popatrz na nią, gdy klęka w ogródku
czy nożycami nie chwytasz jej w talii
z różą na wargach
z kępka płci wilgotną
kiedy twarz odwraca, i w oczach uważnych
ile razy księżyc, już tam pękł przez ciebie



kiedy staje na kamień o majowym sadzie
niech będzie czereśnia, młoda, niewysoka
w słońcu gałązkę w włosy delikatnie
i szczygieł - widzisz ? - do góry się wzbija
w tym jej zdumieniu, nasze Jeruzalem
co jest jak ręka nieporadna dziecka
kiedy się w trawie z kobietą siedziało
ty kotem będziesz - mówiło zwierzętom
i było jak klocek w prostej układance
zielone swym kształtem wpadało do środka
tyle mówiliśmy pocałunków tyle
że zostawały jak twaróg na brodzie



nie wszystko wolno powiedzieć poecie
i Michał Anioł w swych podniebnych freskach
palców nie zetknął, nie wspominał Dante
jak kłody spławiał, nurtem wiersza, Celan
spalone czaszki obrastają mięsem
nie wszystkie świtu czekają w jeziorze
ciągle któraś o serce jak o wrota tamy
uderza leniwie błąka się w szuwarach
wiedział Kieślowski z jakiego my kruszcu
znał cienie w półcieniach, słowa
do wytrychów



jeśli chcesz śpiewać, usiąść z nią na trawie
kochać, to unieść najwstydliwsze prawdy
niechaj czereśni w twoich oczach dosyć
niechaj na twej piersi zaśnie dziecko z getta
starzec bezdomny i brzoza strzaskana
wtedy ci piąstkę na policzku złoży
ciepłą, ostrożną, a na piąstce piegi
zielonym klockiem opadną do środka
jako na początku
na biedronce drzemią






Madrygał



w jakim języku o nas opowiada



to senne dziwadło z szafirowej ściany
jasnej w zmierzchaniu czy cieniem dwoistym
pośród obrazów czerń kształtów zatrzyma
w tej bezimiennej fotografii wspólnej



kot się zadumał czy błyszczącej węglem
o cieple sierści przyjdzie mi zapomnieć
na szafie sczeźnie jeśli z białych ramion
w dłoni twoje włosy owinę na powróz



niech się tam kotu załka za spojrzeniem
zadartym podbródkiem mknę już wzdłuż katedry
wolno układasz wargi w kropielnicę
lubisz ten przymus zwierania się w warkocz



cieniom się zdaje, że para wioślarzy
właśnie ci pszczoły wyczesuje z włosów
budzę te istotki w kasztanowych splotach
a obiecałaś wytchnienie skrzydełkom



to jest mówienie chwilą niepochwytną
w błyskach źrenicy przez bezbronności barków
to między piersi znaków nawilżanie
nim je w dłoniach zamknę jako święte gąbki



zanim mi migniesz łydką przez powietrze
radośnie piszcząc spadamy dwoje
o nogo grzeszna Stoffels w tym strumieniu
dołki w policzkach i koszula trzeszczy



koniec. Świecę zdmuchnąć. Nie nadsyłać listów
Gdzie woda łamie pocałunki szklane





... delikatne to moje kreślenie rzeczywistości, ale jednak ...





01:15 / 06.07.2011
link
komentarz (3)
***


Sławomir Różyc - Sen o Arsinoe

VII. pieśń o Amsterdamie



cicho najciszej zegar w smutku drapie
cienie rozwiesza o więdnących rysach
geste minuty wlecze końcem wiosła


wspólnie wystawia na stół filiżanki
kolorem dobiera niechcący do pary
czerwony tulipan w butli po Campari


a potem tęsknie kremowa sukienkę
na sofie układa tak formuje bufki
spóźniasz się zakładasz na nogę kolanko


jakbyś tam siedziała i słuchała lekcji
zraniona i głodna
życia w szumnych portach


... Dawno w słonecznikach przez okno na wzgórzu
gdzie lekko stopami śpiewnie grzałaś ścieżki
przez morza za nimi prą kaszubskie kutry
niektóre zbłąkane u wybrzeży greckich


niemą cierpliwość ma u siwych szyprów
ten krzyk jak igła na wzgórzach zielonych
i kształtów pewien niegdyś każdy przedmiot
bytu świadome tu szafy skrzypiały


jakby z przypływem puszczały korzenie
czy dziś za wodą ich magiczny żywot
jak im za kutrem ciągnąć pełne sieci
stamtąd na pokład pocałunki grząskie


czasem już martwe odrzucić do morza
gdzież te nasze z blatu w wiklinowym koszu
nie trafione w ucho przy tym maszcie z marchwi
wzajemnych dotykań zwilgotniałe gruchy



A jeśli przez burtę jako pryz cie schwyci
zazdrość się kreśli prosta brzydką kreska
Ona, żeglarz lipcowy baśń o Amsterdamie


że tam ci błysną na straganach złote
kraby płaszczami i o oczach w słupki
potem ją stroisz w marynarki białe


złotym lampasem, w kotwicę Jachtklubu
Ona o tym ci powie
potrze kielich palcem


zerwą się z krzykiem mewy na Rozewiu
drogi szukając do bajkowych drzwiczek
skrzydła zwierając kolejno. Kolejno


w bajce z fajansu w kokardzie we włosach
jest moc zaklęta gorzkie szklane pienia
już cie nie boli wcześniejsza natrętność


już wyleczyłem i pójdzie w niepamięć
jak dzień wczorajszy z zadartym paznokciem
nierzeczywisty dziś w szkołach pokornych


o tym już wiedzą matki od różańców
wieczorem parnym bieliznę zdzierając
bez tarczy w dłoni z książeczek śpiewanych
jak porter pamięć mroczy biodra księżyc


tam będziesz wątła. Kiedy dzwonki słyszysz
coraz dotkliwiej w szklanych długich nóżkach
sanie po śniegu
to koniki pędzą


to nagle w dłoni brzękają sandałki
nie o spacerach w cieniu piramidy
śpiewają kielichy
i głośno płaczą kraby w Amsterdamie


Jasne kamienice schodzą w toń nabrzeży
i milczysz wstydliwie zapatrzona w sztućce
kiedy ona, bankier mówi w stu zawodach
mogla być rzeźbiarką, śpiewaczką rockową


każda minuta miarką srebra w szklance
może nie wysadzi wprost z pokładu z rana
Ciebie, co tak miękko czujesz Fragonarda


zostawi liścik w pościeli jedwabnej
obie splecione nie potrafię przestać
Czarna. Brzydka. Kreska


Ich prawo zmyślać patrząc prosto w oczy
Ich prawo z kurzu lepić nowy Egipt
Twoje pamiętać, bo nikną z Epoką
w nicość rozwieje, i Mirrę, i Ludy


Bywa,
będziesz czekać dłoni na ramieniu
ściśniętej z troską


O mój Amsterdamie
stygnie w butelce do brzasku tulipan
nim kolcem wbitym się słońcem zestruga







13:26 / 24.06.2011
link
komentarz (0)
****

Sławomir Różyc - Sen o Arsinoe


VI. Oda do latarni morskiej




z trzaskiem gałązek przy kuchni sekretnie
płomieniem przez sierpnie do niebieskiej teki
o takich wzajemnie składanych wizytach
w miękkich okładkach często z niepokojem



nad czym pracuje, myślałaś, co składa
listkiem kruszeje w papeteriach blaknie
razem z atramentem, słowo, pocałunek
pamiętają wargi, czy to była litość ?



Czy jedynie róża ?
jaką obraca niewiadoma ręka
w jej księgach runicznych
nie dopisali adresu skrybowie



i w deseń ornatów ruszyły procesje
z każdym psalmem dalej, i z każdym kadzidłem
błądząc do Instancji, błądzeniu stawiamy
świątynie, bo listy wysyłane w ciemność



tak dotąd szukały twoje głodne myśli
znaczenia w tłumie, wyławiałaś z luster
ten szelest codzienny z jakim smukłe biodra
w pośladki krągłe kobietę przewlekły



tam chleb swój znosząc przy niebieskiej tece
od dawna czujemy, żyjemy w ciemnościach
wszystkiego na półkach nam w halach targowych
wszystkiego sięgniesz, tam, oprócz współczucia



na telebimach w rzęsach do kamery
bo przecież spojrzenie pierwsze można nabyć
Królestwa Niebieskie. Świeże. I z pokorą
Ślą udka pokoju na anielskich tackach



W sukniach wzorzystych śni wdzięk na wieszakach
Z książek kucharskich zaczerpniesz Intelekt
Dziś w czołach bez zmarszczek będą podniebienia !
I czemu daremnie sprzeczasz się przy kasie



Gdzie miłość na półkach ? Ja proszę o miłość
nie ma w koszyku. Miłość nie istnieje ?



Do zupy prostej na dębowym blacie
z bredzeń cie podnoszę do dotykań błogich
Z tych szeptanych kantów. Z giełdy i grzechotek
palcem powoli niech karczek poznaje



ciepły. Bez zgrubień. Bez kreskowych kodów
jeszcze kilka paseczków na bielonej skórze ?
my rzekomo wolni wygrażamy niebu
z całej swej duszy prosząc o Tyrana



Kiedy dłoń podajesz mały drżący duży
czy inne tak ciepło nadgarstek podchwycą ?
Kto skusi niepewną, gdy stopę na stole
ustawiasz letnią, grzeszna i ciekawa



Stojąca nade mną w jedwabiach trzy czwarte
gdzieś tam na plecach naszywane smoki
bo jedynie jedwab twej skóry dosłowny
i kształt formuje, i jaźń krągli w zapach



Bądź dzisiaj trudna. Bądź wymagająca
o rozkołysane nade mną, Bądź, w obie
Bez światła błękitną żyłkę na twym udzie
pamiętać, to kochać, miesiąc, tydzień



Wieczność



ten strupek mały drobny niepoważny
przy depilacji pulchny sromu płatek
w masie stugębnej jest mi bardziej ważny
od emerytur, których nie doczekam



Rozświetl nam ciemności, moja Arsinoe
płynę do ciebie Ognisko na skałach
powieki zamknięte kiedy dłoń wyciągam
i po co płakać ?



Już dosięgam piersi




... poetyzacja niełatwej przecież rzeczywistości postępuje ...







07:42 / 20.06.2011
link
komentarz (2)
***

Sławomir Różyc - Sen o Arsinoe

V. Oda do bawełny



niech nam się otworzy ten prostokąt jasny
coraz lżejszych stąpnięć z ciszy do ogrodu
ciepły promień po stopniach ściele się słomiany
tężejąc o ranku zaspanym naskórkiem



najpierw się przeciągasz przez przybój w pościeli
jak długie ciężaru czekające łodzie
od stóp, Arsinoe, aż po dłoni końce
w łuk, trójkącikiem, w biodra spracowane
nim na nocnej strunie pieśń pośladów domkniesz



a co tykaniem popycha minuty
nasza ciekawość, co zegary pasie
czy aniołów szuka kręcąc gałką w radiu
owocowy być musi, nasz obrus, i lniany

jeśli pytasz o mędrców wątpliwym dalece
aby czajnik trzeszczący w kaprysach plastycznych
tak mu boczki na ogniu, że obcasem stuka
kłębiąc parę w istoty, obłoki fryzował
sypał siwe peruki, talkiem, pod sufitem



jak ja czekam na ranne brzuszka przeciąganie
niedyskrecje koszulki spieszącej z odpływem
o chłopięce podróże po albumach palcem
o płci kojarzona w wannach z balonami



O, szczęśliwe lądy ballad bez majtkowych
opalone tunezje, gdzieś poniżej pępka
biję czołem przed tobą
Biała Europo !



choć bawełna powraca w przypływie przekornym
chociaż czajnik o kuchnie podkówkami dzwoni
słyszę cie w pozornym chrząstek napinaniu
po każde wilgotne, podłużne mrugniecie



i stąd mokre równanie, między wiśnią, a marchwią
tym moczonym o świcie pióropuszem z naci
aby cięta kroplami łydka z piskiem pierzchła
przez prostokąt tarasu aż do warzywnika

w tych koszulkach na biodrach splecionych rękawem
w tych różyczkach przez piersi jakie na pobudkę
kiedy z uda przechodzisz po mnie na kolano
gdzie się suple, zaciskam, w ciepłych woniach bawełny

i kto kogo prowadzi tutaj Ciemnowłosa
choć nie łatwo stopami brodzić w chłodnej trawie
gdy turkucie śnią jeszcze, a Ziemia karmiąca
budzi, w pliszki trącając, waszym wspólnym tętnem

nie zawróci po rosie patyczkiem przywoła
ten kształt jabłka kreślony, nieomylny spadający piachu
moc pisana kretami



i to są Jej gałęzie
Jej ofiarowanie
gdy w zieleni wiśnie w stygmatach rozwiesza



Czas znów gubi języki i rozwiewa narody
w sprośnych opowieściach kpiącej z nas Historii
ledwie kilka imion stawia w podręcznikach
aby mokrym palcem nie zaginać rogów



jędrna mgłami o brzasku musisz sięgnąć wiśni
poznać jej smak krwisty
piersi sok rezedy

niech dziecięca ciekawość znów nazywa rzeczy
grając w Pana jak niegdyś
kładłaś kartę na karcie

biorąc kosmyk za ucho, tłumaczyłaś misiom




cały poemat, to zupełnie zgrabnie opowiedziana historia ...


11:12 / 17.06.2011
link
komentarz (2)
*



codzienność można smakować podług potrzeby ducha. Będzie to dla jednych podkreślany dla ich osoby podziw, dla innych
cicha stabilizacja. Ale kiedy i skromność wzbogacimy różnorodnością przypraw, może ona być do spełnienia trudniejsza
niż budzący różne odczucia powszechny poklask




bo jeśli do powodzenia dopisana jest pewna sztuczność i poza oraz pogoń za powszechnie pożądanymi walorami,
jakimi są pieniądze, tak skromność na szyi miłości wszelkiej się wiesza
i uciążliwie pożąda wyłączności



ja swoją skromność ostatnio przyprawiam pracą. A wreszcie moja skromność żyć mi nie daje, zbyt zuchwała, może okazać się
niebawem pyszna, i czy wtedy skromnością się okaże ?



bowiem ostatnio staje się nierzeczywisty, tracę kontakt z światem, z życzliwymi mi znajomymi, i choć to kontakt często wirtualny,
to przecież jedyny jaki mam, dziś już pozwolę sobie napisać otwarcie.Bo zostało to na mojej skórze batem potwierdzone,
Jedyny, jaki udało mi jako tako ocalić, konsekwencja kary za to, że ośmieliłem się być poetą. Może to niezrozumiale się zdaje,
ale zrozumiałem jest, kiedy były szef ma kłopoty z twoja popularnością, bo z niczego powstaje strona internetowa,
na niej wiersze lubiane. A on przyjechał akurat kultowym samochodem amerykańskim, któryś tam raz, ale już go młodzi
trabanci przyzwyczaili, do zanurzania głowy w kiślu samozachwytu, komplementami



ale nie o tym, ostatecznie to jego złudzenia, to jego zdrada samego siebie, bo na początku, to jemu buzia się nie zamykała,
jakim on to jest szlachetnym idealistą. A nam pozostaje się zastanowić, jakie owoce może przynieść ta mordercza
praca, jaką sobie narzuciłem. Tempo niebywałe. Udanie spływa pieśń za pieśnią. Poemat za poematem. Dopiero niedawno przebudziłem się
z tego stanu w Krakowie



otóż z Krakowa ciepło zaproszono mnie do dużego projektu. Niecodzienna to propozycja i ponad podziałami.
Ale czyż ja w poemacie Stefania, ma oczy zielone, nie odwoływałem się do Ostatniej Chorągwi, tej królewskiej stającej
zawsze na wzgórzu. I Chorągiew Krakowska stanęła z odsieczą. A teraz ja na jej zawołanie jestem



niby tak powinno być, a stało się tak, że z serca poezji polskiej dobiegło to wezwanie. Ale jednoczymy się w potrzebie, mądrzejsi



i tak to sztukę napisałem o ciekawym tytule : Trzcinka, pocieszna drama w barwach Krajobrazu z miłosiernym Samarytaninem
w tle, Rembrandta Harmenszoon van Rijn, słowem wieczornym emocjom poddana . Ciekawiej bo zaraz powstała druga
pod znamiennym tytułem Korsarze



a teraz wracam pod namioty na nlogu. I tutaj jest pewne przeczucie. Już chciałem napisać każdy powinien jakaś małą
ojczyznę posiadać. Również wirtualną. Miejsce z którego ... uważajcie .. Aleksander czy Napoleon na podbój
wyrusza. Małą Macedonię czy Korsykę, swój mały nlog. Później z pewnością podkreśliłbym, że nie dorastam wielkością
do tych tyranów ..



chodzi o pewien fakt komunikacji masowej, czy już taki jest poziom edukacji, że ktoś znacznie mniejszy jako
przykład dla mnie odpowiedni nie może być wymieniony. Jakiś Artysta. Myśliciel, tylko dlatego, że pozostanie nieznany.
Nierozpoznany. Że nasza wiedza powszechna skurczyła się tak bardzo, że z braku znajomości kultury czy historii, za wymiennika
używamy nazwiska prezentera z programy Idol ?



14:24 / 10.05.2011
link
komentarz (6)
****



Sławomir Różyc - Sen o Arsinoe


IV. Oda do wiosennego kakao




Kuglarko, w twych oczach i wiosna wystarczy
upięta śpiesznie spacerem we włosach
niech słońce ich dotknie na wietrze strzelają
prostując się w błękit jak listki zielone


miękko, w zamyśleniu sięga cie kobieco
wiosna, gdy idziesz, wiosny bucik chętny
na jej pogoń, w obrysie, jej w barwach fermenty
to powietrze, ślesz biodrem, o nie pocierając


piersi nie ciąży jeszcze teraźniejszość rzeczy
Popatrz, piszę - Ta chwila - i już jest przeszłością
o nasze smutne w czasie ciała żeglowanie
do codziennych portów. Kształtem przemijając


ale we śnie błądzące twe krągłości kruche
czy do wiosny szepczą, skoro się odradza ?
wypięta przed lustrem, bo wciąż twardy sutek
a wiosna, co rok młodsza, siecze gałązkami


aż cmokają piersi, Ooo, biegłe w tej mowie
przez bzy różem mrugają w fioletowych deliach
goni, chce być pojmane, to podsuwa grzbiety
nam daleko, czy blisko, i jeszcze się śmieje


dokąd pędzisz turystko, dwa jaja w rondelku
przemijania dotkniemy na gładkich skorupkach
wiosna dzioba szukając wciąż wraca do kupra
ty bogata, tam treścią, już stukasz w wydmuszkę


wdzięczny rytm przez kurtynę, opuszkami, Światła !
jeszcze tchnie aromatem siwy warkocz z kubka
i figury lukruje, i pierwiosnek kładzie


wiosna, co piersią mleczną, wszystkie karty zbiera
przez bzy biegnie, w podskokach, dziecięco po drodze
wdziewasz ciała wilgotne. Mruczące. Za duże


podaj rękę dziewczynko, deszcz cie zapodzieje
w kretonowych sukienkach w paprociach i ważkach
kiedy we śnie żeglujesz bez kremu pod oczy


jeszcze zmarszczką nietknięta, jeszcze przed podróżą
do codziennych portów. Do kłamstw powtarzanych
Gdzie kwitnienie jedynym z pamiętanych grzechów








czasem tak bywa. Śle się wieści na lewo i prawo, aby podtrzymać nadzieję. Wreszcie
pojawia się czarny rycerz. W ciemnościach jego ziemie spowite. Takiej pieśni to minstrel.


można zapytać, jak to możliwe, skoro śpiewa tak pogodnie. Ale to ciepła ciemność


jak to możliwe, bo rozświetla tak Księżyc, że twarz wystawiacie na promienie Słońca.
A to znaki naniesione na pnie brzozy. Rozmawiałem z każdym świerszczem. Każda żabka
doczekała się mojego dotyku. Stąd jasność. Choć długo szukano minstrela. I przyszedł
z samej Ciemności. Nieraz spotykał drwinę i wykrzywione z niedowierzaniem usta


poezja nie rozdaje swoich darów pochopnie. Ile daje, tyle odbiera. Ale nie pyta skąd
przychodzą wybrańcy. I ciemność ciepłym jest światłem, musisz tylko wiedzieć.
Moją wiedzą jest wierzyć człowiekowi w dniach jego słabości. Pisać na pniach
drzew i mówić świerszczom jakim jest naprawdę. Każdy, i ten z wykrzywionymi
ironicznie ustami


moje rozmarzone nad cudem pierwszego wiosennego chabru dziewczynki z opadającym
ramiączkiem zbyt obszernej, pierwszej dorosłej sukienki, powiem, co dzisiaj nakreśliłem
na brzozach


... I zawsze was widzę w dniach kwitnienia - oto i całe sekretne zaklęcie. Proste,
bo takie pozostanie, niezmienne. Bo taka jest poezja, nawet i kiedy mnie zbraknie.
Bo to my mamy budzić sumienie w sercach beznamiętnych aniołów na strażnicach.
Minstrele. A czasem wśród nich i ten z Ciemności. Kiedy już zbrakło jasnych.

Kiedyś napisze wam pieśń o czarnej róży




23:07 / 24.04.2011
link
komentarz (2)
***


Oczko wodne.




najpierw Pogodnych Świat obecnym i nieobecnym, skoro pokonaliśmy
barierę wpisu, cieszmy się, bo wiosna zarzuca zielone szale
na usta




aromat i w oczach zaczynają puchnąć listki, choć kaczek nie widać
w okolicy oczek wodnych, czyżby zimą wymarzły. Pewnie gdzieś tam
sznurkiem maszerują sobie




czas przysiadania na parkowych ławkach w czasie powrotu z pracy,
potem już będzie czas dosiadania się do nas, zagadywania
o tym jak nam źle



a jak ma być. Inaczej ? Niemożliwe. Trzeba być zbyt samodzielnym.
Opróżnić szufladki z fiszkami znajomych. Przyglądać im się od początku
życzliwie





podczas powszedniej wymiany słownej w kolejce po coś tam, bo znów
stoimy po coś tam, w każdym urzędzie. Szybko znajdujemy w wypowiedzi
nieznajomego drażniący nas ton. To nie jest nawet rodzaj informacji.
Kod. To przemądrzały sposób budowania składni. To przechwalające się
sztubactwo z klasy siódmej. A potem w gabinecie dyrektora trzeba
będzie dużo, o wiele za dużo powiedzieć o innych, aby się z tego
wygrzebać




bo my na wiosnę nie myślimy o wiośnie, tylko o defilowaniu
niezgrabnie jak kaczki






18:38 / 10.04.2011
link
komentarz (2)
****


Sławomir Różyc - Sen o Arsinoe


III. pieśń o złoczyńcy, szalupie i piesku z chleba



Życie dziś tak boli - wołasz Arsinoe
dłonie wyciągasz i dlaczego życie
szuka palcami przez kuchnię ku brzegom
jedynie ustom zawierzy dotykiem

wyciągasz ramiona biegniesz nieskończenie
w fałdach twego płaszcza obce twarze sznurem
chwytają za łydki nie błyszczą kolana
jakbyś przez mrok w sieni już obojętniała

dalej rozpięta na gałęziach wierzby
zawisłaś niegdyś pod zawistnym okiem
jakim cie zachęcał spacerując wzrokiem
do tej wspinaczki nie mogąc posiadać

dłonie wyciągasz w tym deszczowym lecie
pod nimi strumyk w lane z słońca precle
unieść cie z pamięci na dnie kute noże
zanim między uda trafi czarną ręką

sycząc przez zęby : Powiedz, dobrze
Dobrze

Na cieplej szyi złóż zziębnięte palce
i niechaj spije sól lęków powszednich
żebym śmiech umiał dłonią po omacku
kłaść delikatnie jak dzisiaj posrebrza

rtęć pasmem śliny nadgryzione wargi
blade i wąskie przy włosów kasztanie
zaraz w łazience przez dłonie w jęknięciach
jak śmierć i wiosna, co bez butów biega

i okiem głodnym dzieląc ból z pragnieniem
powracasz do mnie ramiona wyrzucasz
jak one obie, do bosego syku
rzucasz się z płaczem

w wpław ostro przez trawę

Uderzaj mocniej - pochwycę nadgarstki
jak papużka z klatki drzesz się przez firanę
tęczy pulsującej zaprzeczając w skrzydłach
że ciebie uchroni filozofia wiatru

gdzie dzioby ostrzą pospolite wróble
a potem już czytam w zaciśniętych garstkach
to będzie prezes z ledwie holenderskim
ale dziś ma władzę. Tyleż śmielsze ręce

Oddychaj powoli, i proszę pod kocyk
Oto już ściągamy uniformy kuse
stopą skurczoną zechciej dłoń zachwycić
zobacz jak spadają te głupie dwie szpilki

jedynie ci szepnę : To zaklęte żaby
kiedy zasypiasz one tam na półkach
rajcują sobie, że nowy plasterek
jakiś różowy. I zbija ich klasę

Zaraz cie poskładam z poziomek na szafie
tam śni mój kot czarny
ktoś musi strzec magii

w piekarniku
zaś kurczak czeka majeranku
bo rwąc palcami zjemy choćby dietę

Wiem, jestem okropny. Inaczej nie umiem
Ulepimy pieska. Jeśli w pół mnie chwycisz

Piesek będzie z chleba. On łezki wypije
Dzisiaj zachorujesz. Nie musisz mnie puszczać

Teraz ci powiem zakrywając oczy
już nie poezją
słownym bawidełkiem

odwiecznie mali mosty gdzieś przez rzeki
rozwieszamy przecież
i w niebo pastelem

katedry strzeliste
że orlika krzykiem
w nich słońce klęka przed dostojną nawą

a jednak, co małe, urasta w człowieku
i spada w otchłań już kamień dojrzały

o tym ci mówię i dłonią dotykasz
które w albumach drzemią przemijając
złorzecząc od wieku umiera epoka
pragnąca logo nanieść na pudełka

to jedno potrafi
a my porzuceni ? A my bez opieki
przez nam podobnych ślepców rozrywani
nasłuchujemy. Gdzie spadną kamieniem
bo jeszcze w piersi kwili Michał Anioł

Poczekaj, słońce zepchniemy paluszkiem
widzisz jak łatwo ?
z dłonią w mojej dłoni
I zobacz księżyc. Domalujmy wąsy

Cukier rozsypiemy, i musisz mi pomóc
ziarnka pod palcami jak na plaży dzikiej
Pamiętasz szalupę ? Albo te muszelki
misterne wzory na naszych pośladkach

Zasnęłaś wtedy. Jak dzisiaj zasypiasz
i z twojej piersi znów srebrna na biodro
napinając linę
Gwiazdka bałamutna

muszę zapamiętać
z kocykiem pod brodą
I taką cie będę, co wieczór
nadgryzał



... zaczynam się gubić w tym życio pisaniu, sprawy codzienne, praca,
ale na maju ruszę do wydawnictw, już czas. Jestem gotów



16:48 / 06.04.2011
link
komentarz (0)
*****


Sławomir Różyc - Sen o Arsinoe


II. pieśń o rozbitku na brzegach najdalszych


człowiek maleńki na ten świat przychodzi
jako rybka ciepła po matczynym stawie
i nie wie czemu cisną nim przez śluzę
czy dobre ręce spłuczą z niego rzęsę


ten wiatr po świerkach, ta mewa skrzydlata
ma cie z kwilenia odwieść ku kołysce
drżenie jej głosu w draperiach komnaty
miękko pod głowę ci słało macicę


kiedyś zasypiał w tym morzu dla ciebie
co jak świat obecny, bo na żywej nitce
gdzie słońce wysusza, a ty soli łakniesz
kłamiąc, by dossać z pocałunków mokrych


jeśli mi szyję wargami otworzysz
mama tam we krwi, kochaneczko luba
o jej zatroskanie pocałunki swoje, waż
jeśli ci się zdaje przygarnąć rozbitka


bo jeszcze chropawo w kolanach omdlewasz
bez niewinności z poruszeń brzemiennych
skąd błogosławi, ciągle słyszy stopy
swojego rozbitka na brzegach najdalszych




...


17:02 / 31.03.2011
link
komentarz (6)
***


Sławomir Różyc - Sen o Arsinoe (Czeska Suita)


I. pieśń o Bramach Nilu


jak to się między nami stało, Arsinoe
nasz chleb razowy naszych dotknięć szmatki
rumianki codzienne spojrzeń po wazonach
rankiem kotwiczone

nożem

przed kolacją
skracane dyskretnie po kielich w łodygach
aby do piersi, bliżej

Chryzantemo

tuląc się w lekturach w swoim nieoddaniach
ten ból, tym drżeniem, po skórze wyrazić


ile to razy ja wypadłem z łodzi
co dzień stukając do twojego Memfis
ile o tym wiedząc w pościeli czekałaś
jak Sfinks przydrożny

z poduszką do twarzy

i było Słońce
obok Piramidy, to cieniem było, i nad głowa ibis
do miast tysięcznych wiatr, co mirrę splata
co cześć oddaje

miast zbliżać do siebie

tam na galerach twoich kolan jazy
kiedy skupiona rzymskie bazyliki
poznajesz, a w ustach palec, tak niechcący
topi się kształtny

w półksiężycach wargi

nagle rozumiem, mały i żeglowny
powracający, gdy bezwiednie, jazy
rozchyla, znacząc mułem i przypływem
o Nilu w nemes

moje papirusy

dziś Cie odnajdę w naszych Aleksandriach
na pustym targu na kuchennym stole
będziesz zeskrobywać znów oszczędnie masło
księżyc połkniemy

patrząc sobie w oczy

do Ciebie boso idę Arsinoe
po Tobie trawo do stawu przy łące
tam w ciszy nocy nade mną się zamkniesz
ciepłą wodą ciemną

i niech to Słowo
powie za nas
słowik




.. nie mogłem tego Wam, ani wa sobie odmówić. Jest to pierwsza część poematu Sen o Arsinoe
wchodzącego w tomik ( poematów raczej ) Czeska Suita


*
13:43 / 23.03.2011
link
komentarz (9)
*


wkrótce poniesie nas tajemnicza siła


nie potrafiłem sobie odmówić napisania o tym do Was. Starannie unikamy
spraw publicznych w zapisach naszych pamiętniczków tutaj. Nanosimy
emocje.Spontaniczność nas niesie. Ale tak właśnie wyobrażam sobie
widzenie mojej rzeczywistości kiedy powracam do zdarzeń z przeszłości.
Tutaj staram się, staramy się pozostać wierni sobie, w miarę poprawni
językowo, nieco tylko przyczesani w tym, co nas zajmuje


sprawy publiczne pozostawiamy instancjom propagandy państwowej.
Co jednak kiedy krzyczą do nas z szklanych okienek i z radiowych rozgłośni,
ze szpalt gazet, wydarzenia wymykające się ocenie. Kiedy chodzi
o coś bardziej istotnego niż sprawy publiczne ?


wbrew uciesze czarnowidzów wcale nie zapada nam się cywilizacja.
Ona się przeobraża na naszych oczach. I nie potrafią określić
przyczyny tych zmian medialne i prasowe koncerny. Giełdy,
banki światowe, mocarstwa czy Wspólnota Europejska


narody południowych wybrzeży morza Śródziemnego wyległy
na ulicę w probie określenia siebie jako społeczeństwo,
potwierdzenia czy relacje społeczne mają jeszcze jakąś przyszłość,
skoro nie chronią interesów większości. Niepokój o więzi
międzyludzkie jest tak rozbuchany, że sięgają do czynnego użycia
siły wobec wojskowych już teraz formacji państwa, zmuszając nas
do zastanowienia się nad słusznością konstrukcji państwa
funkcjonującego w naszej cywilizacyjnej świadomości w ogóle


jako alternatywa pomijany jest nawet islam. A przecież stanowi
on odwołanie do etycznego wymiaru i widzenia świata, tak jak
chrześcijaństwo było takim odwołaniem dla narodów Europy,
Stanów Zjednoczonych, Meksyku i narodów Ameryki Łacińskiej w XIX wieku.
I jest to jakieś dojrzewania przenoszące coraz skuteczniejsze
metody demontażu porządku narzucanego społeczeństwu przez władze
konstytucyjne. Zaczęło się od niemrawych prób w Grecji a teraz kładzie
kolejno rządy i interesy rządzących jak kostki domina. I media sobie
z tym u nas czy za Oceanem zupełnie nie radzą, tak jak nie radzą
sobie media obalanych reżimów, i nawet kompletnie straciły
na znaczeniu informacje telewizji Al Dżazira


piszę o tym, bo odczuwamy potrzebę pisania pamiętniczków
w necie, wybraliśmy sobie akurat Nloga. Piszecie, a więc czytacie,
publikacje z uniwersyteckich prac naukowych potwierdzają,
że ta archaiczna forma przyswajania wiedzy jest najbardziej
skuteczna w rozwoju osobowości. Nie trzeba oglądać telewizji
na okrągło aby wyrobić sobie pogląd, ze coś podskórnie
pulsuje i nikt nie kontroluje scenariusza. Bo takiego nie ma


piszę, bo czytam bez cukru. Czytam nashinsona. thevizaualizę, makao,
tralalala, cheshirecat, golddige, kru, dzem , cami ... różne osobowości.
Spojrzenia dojrzalsze i kpiące. Ale one wydaja mi się prawdziwsze niż
ramy świata wciśnięte i odświeżane nieustanie w tvn24


i wcale nie oczekuje potwierdzenia. Bo czujemy podobnie. A na ulice
tam wyległa miejscowa bez cukru z nashinsonem pod rękę, inni
zaś oglądają to przerażeni nie mogąc doczekać się instrukcji,
a najbardziej reklam


bo kiedy powrócą reklamy, ktoś za tamtych będzie myślał nareszcie

tajemnicza siła nas niesie ...




08:40 / 16.03.2011
link
komentarz (0)
** ** **




Sławomir Różyc - Stefania, ma oczy zielone



X. Ostatnia Chorągiew



Jest taki tabor

i są takie wozy
które za horyzont skrzypiącą obręczą
ogień na duktach młodym gasząc ziarnem
nie chcą spamiętać gdzie spadnie dorodne

Bo ono wzejdzie znając upór ręki
Dlaczego wschodzi kłosem wyszczerbionym ?
Rozrzucali w bruzdy choćby przy księżycu
błyskając w zasiewach niby mokrym pstrągiem

A dłoń w rozpaczy gdzieś po włosach błądzi
przecież z spichlerzy zna krzesane łany
po kształcie kłosa gorejąc palcami
pozna sczerniałe na polach dymiących

Jest taki tabor
złudzeniem karmiony
któremu przeczymy obcym w chłodnych słowach

widać płachty białe na drzemiącym niebie
od dziecka czujesz niebieskie czy modre
jak w arii świateł
szkiełkiem na popiele

Czy ocaleni czy skłamani w mowie
Czy bielą brzozy nam liczyć istnienia
Czy krwią zadławione dziś sąsiedzkie iskry
Czy wszystkie dzieci już matkom odjęte ?

O tym
wbrew nadziei z błękitem w błyskotkach
za Słońce się chowa gwiazda Hyperiona

mocarny on w chuci, w rozumach odległy
ale to z jego dziesięciny w lędźwiach
owe porządki wdzięczne mamy nad planetą

co dzień panna Luna o Słońce się omsknie
On w dalsze balkony zepchnięty publiki
i nie może pojąć

jak księżyc Luną bywając w romansach
na krużgankach staje
błyszczący ma rajer
srebrne pantalony

a owe pyszności
czym chlupocze stanik
różane w błyskach pożogi i komór

I o co spyta nas tytan stroskany
Czy z jego gliny tak szkliwo lepione ?

Są takie wozy
i bywa zbyt często

przez środek miasta konie namaszczone
konie błyszczące i chętne obłokom
bez chorągiewek

bez gapiów w szpalerach
bez kwiatów w lufach
Ucichły orkiestry

Tak im nieśpieszno
chociaż pod kopyta
kula esesmańska po bruku im dzwoni

suną powoli
a w ich warkoczykach
modlitwy na wietrze
plątane smyczkiem w koraliki długie

przeciągle jako im cygańską struną
dotykać wolno
zrozumieć w najwyższym
mowy bursztynie było nam Milczenie

Jest tabor zacny
oś skrzypi - toć jedzie - słychać jej przez bomby, w ciszy
tęskny lament

O Pierwszym na koźle mówią : Ten dla smaku
tnie klacze pełne w zadach jak kucharki
aż para idzie

czyni to dla pieprzu
ciepłe tam runo zarzucone płaszczem
że taką ma w domu pod futrem bobrowym

to tnie dla fantazji
pieszcząc w oku Białkę
z czuciem po zadach pełnych, kołysanych
by od podcinania nie uschła prawica

Drugi w kapeluszu, a usta ma kupca
środkiem taboru jego sine konie
dyszel strach zeżarł, ale na postojach,
tak sobie biedzą przy pełnych obrokach

Drogo tu panie. Drogo w tej Warszawie
A Panicz kutwa - co na deszcz ich wygnał
zamiast się układać i zasiąść do stołu
Odmówić nie mogły. Bo też mają dziatki

Ać, oko w Trzecim, po stawach lichota
tam lutym się ślizga w łapciach ciemnym lodem
Jak się w oku wzdrygnie, dziką kaczką zerwie
To myślą szybuje, bystro jako czajka

Ten fajkę pali. Marzy o golonce
Wiadomo o czym ?
Ciągle derkę skubie

Drugiemu przy wstrząsach lamentują drobne
A temu w ciżmach. W kabaczku czerwonym
Choć oko jastrzębie, dzwoneczki przy czapce

Kupiec borgi liczy. Śle bobrowe kółka
to z liściem bobkowym parkocze w kociołkach
skwar wszelkie stworzenie pozbawia ryzyka

zieleń na gałęziach senna osowiała
dopiero gdzie potok czerwieniąc przedwieczerz
słońce czoło chyli nie bacząc że w czerniach

nutą strzemiennego krzepiąc do zachodu
szczygły obertasa tną mu na bandurkach

Tak klamotem w drodze o klamoty waląc
pyłem na wargach od durnoty miękkiej
stajem na zagonie. Kupiec myje palce
Temu śnią się kupry ...

Słyszysz ?
Szłomem dzwonią na błazeńskiej czapce !

Co czynić ?
On widział płonąca Starówkę

Jak to na wojnie
Ciągną konie tabor
Trzy wozy z nami rzeczy czarnoleskiej

Choćbyś o kuprach gdy dzwonkami dźwięczy
palce obmywał
boś lękał się parchów

Stańczyk wyjdzie szukać w powstańczym majdanie
połączy w palcach sny w macierzy włókna

tej krwi
co do nas, z babim latem, lekko
o nic nie prosi

Jeno dotknąć rzęsy

Śpiewali minstrele o tym Hyperionie
że kiedy siostrę puknął w ciepłą szklankę
to ledwie jej echem jest nasze świtanie
kiedy się przeciągła i kosze wyniosła

Bo taki do niej rankiem nad świerczkami
promyk słoneczny podbiega z doliny
że białe przecież, a odcieniem krasne
miast prześcieradeł wywiesza obłoki

I to ci powiem Pośle na kasztelach
coś słowem sypał jak prochem po stole
Mowa nam dzisiaj parcianym wędzidłem
nie ulem piastowskim, nie kosem w zaranku

Szczęk oręża miarkuj, bo gorzkie agresty
jeśli za długo pomiędzy zębami

A bochen chrupiący kiedy pod kolanem
najdziesz ty ćwiku
w snopku wianek dziewki

Wtedy nam świtem w tej wiklinie z praniem
na niebo wzleci różnobarwnym sznurem
świergot tysięczny

małymi skrzydłami
bo w tym jest mocą plemię grododzierżne
że i sikorki dziobów nie chowają

Dlatego pamiętaj, że Armia Krajowa
i pieśniami mężna, i orężna śmiechem
jej kirem zwątpienia oczy farbowano

tedy nie wadziły taborowi, skrajem
czarne seniority z żarem na grzebieniach

we włosach - na Żytniej - przez suche poddasza
wzwyż dłonie stawiają w płomiennych figurach
ten skraj ich sukni, w dłoniach ognia szelest
zwabi partyturą biegłych kapelmistrzów

a oni niemieccy. Pękaci benzyną. Niech ktoś wybiegnie
przed ich cienkie rurki
miotaczami zmienią w krzyczące impresje

w surowe Memlingi i w kuliste hostie
pająk z dziobem długim na nogach bocianich
zdejmie plomby z zębów Ogniem Oczyszczenia

podobno się w oczach posypią z albumu
natenczas uśpione i bliskie nam twarze

miejsca znajome i z dzieciństwa znaki
pośród nich, niemądry
tam, cyrkowy namiot

Podobno niektórzy rodzą się ze szczęściem
czasem sino spięci matki pępowiną
Podobno przy nich układa się karta

dla nich zwoływane wozy białym płótnem
Podobno w niebo się starczy zapatrzyć

gdy w chmurze ptactwa
tabor przy namiotach
Ospale ciągną konie na południe

Jaki jest długi? I tańczyć podobno
Zaleczą nóżkę ?
Kto tańczy nie grzeszy

Podobno - kiedy łom dobrze podłożysz
Jest taki namiot - naprzyj Felicjanie

Grzechy niedobrze. Bo pędziłeś bimber
Bimber niedobrze. Bo ludzie w łapankach
Czasem ziemniaki przez mur głodnym Żydom
palce Stefania przeciska przez szparę

Strzał pojedynczy. Ostry na podwórzu
nie nasz. Nieważne
Nie nasz. Za wysoki


Jeszcze wytrzymajcie Chłopcy Radosława
już z piskiem uwalnia te drzwi od piwnicy

Na zewnątrz granaty - wpadają na siebie. Na zewnątrz skowyt
On - Do środka ! - krzyczy

Stefa nie puszcza i do piersi szepcze
jak o nietoperzach
Ale tam są dzieci

Do niego nagle z ciepłymi palcami
dotyka policzka i podnosi oczy
a że są szkliste, Feluś nie rozumie
czemu się odsuwa, i mówi : Przepraszam

Chce łom odebrać bezsilna i pyta :
Może pomożesz od środka zasunąć
Nagle łom puszcza, szepcze :
Muszę siku

on w drzwiach piwnicznych
w Fotoplastikonie
Migocze widmem z Doktora Mabuse

Pojedyncze strzały w ciszy dorzynania
tu jej psikanie słabe i nierówne
Już nie słomkowe
Nie skrzydełkiem pszczoły

I kiedy wróci
dotykanie szeptem :
Aż mie szczypało, to pewnie ze strachu.

Nie chciałam żeby, widzieli mnie
taką

A z drzwiami lekko
Nieoczekiwanie
I to się nazywa Podobno mieć Szczęście

Po schodach rozbitych
w odchodach i szmatach
mówi mu : Na Siennej

U siostry pierwszego
były takie schody. Jasne
Jak w pałacu

Wiem pani Stefanio
kolega tam sprzątał
poręcze w jesionie ścierał sokiem z kory

- Poręcze korą ?
- Żeby pociemniały


Może smak kory może kory zapach
uniósł się gorzkim wiechciem po tych kątach

im dwojgu na schodach
że oczy po ścianach
do szyku kwieciście. A górą plafony

Po ścianach pędy w oblamówkach srebrnych
delikatne kreski o prężnych łodygach

Marchew. Szmaragd. Lila w koszyczki zebrane
a z płatków spoziera słońce z końską grzywą
w banderiach weselnych w puzonach blaszanych
poci się pan młody. Piszczy panna młoda

Na wietrze świergocze, a promykiem mruga
ta niechcąca gwiazdka
co przed Gwiazdką szczodra

A tutaj w płatkach jak szpila w krawacie
Kto im tak dzień barwił zmieniał niespodzianie
widzieli oboje i on jej dłoń podał

widocznie Malarz, tak ich nie chciał
stracić

że na tych schodach wśród kurzu i smrodu
tak ich prowadził przez ruczaje
Bajki

Jemu doliną zieleń Veronese
z motywem nitki srebrnej w sokolikach
Stefa pod palcami po błyszczących łuskach
nareszcie jakby dotknęła tempery

choć jej zdaniem sokolik
błyskiem w tym motywie
Zieleń ?

- Malarzu ...
Drgnęła nitka złota

Feluś spojrzał wysoko i plafon otworzył
jeśli toń sufitu marszczył się w szafranach
wiedział o miękkościach o tej barwie znaków

Czuł
zegarek po Cześku
na guziku wiesza

Na łańcuszku srebrnym mota. Mota. mota
Że o nim pamięta
Że coś na ostatek

Jestem pijak, Stefanio – plafon się zatrzymał
- Widzisz, co się pojawia ?
- Stefanio. Planety ?

Naniesione starannie pastelową ręką. A w rogu jest napis

- Ratowałeś ludzi
- Chyba po łacinie ?
- Że nikt z ludzi nigdy nie dorośnie wojnie

a on za nią palcem błądził po orbitach

- To jest jakieś dziwne. I tak po łacinie ?
- Kogo zgasili, to gasł w twoich oczach

Opuścił głowę - Chciałem być pomocny
Aż w końcu wojna dorosła do ciebie

Jeszcze przed drzwiami. Schronieni za ścianą
wszystko wyraziste. Tynk. Szczerby. Futryna
Chciała zapiąć kołnierzyk. Tuż pod jego szyją

włosy poprawiła. Swoje
nieodświętnie

Uśmiechem ledwie
drgającym podbródkiem
Drewnianą barwą. Gdy braknie palety

są takie drgnienia na ustach kobiety
ten tylko pozna, co codzienny obrys
wbrew temu co widzi, kreśli pod powieką

czy gruba piękna ordynarna mądra
zwykle coś kruchego tam nosi pod piersią
jak magik zręcznie zakrywa chusteczką

wdziękiem to chroni wybiegiem ocala
kobieca dusza smukłe ptasie ciałko
jakie jej do piersi pod niebem okrutnym

u nas składa w sercu
paznokciami dzwoni
Najczystsza Panienka

Już ją prowadził. Uniósł dłoń bezsilną
Drugą dłoń uniosła, półprzytomnie
w górę

Że plamy gęste. Plamy wsiąkające
Odór, i rękę przestąpić, w tej wierze :
To ręka anioła. Z tryptyku są palce

A głowa zasnuta włosami na oczach
Z nad ołtarza tu spadła. Głowa
przestrzelona

Do bramy, Stefa – już sami w tryptyku
– Mam trzymać ręce ?

Powoli, na spacer - i ten strzał suchy.
Targło nim. Aż bekło

Ledwie schwyciła w kolanach się ugiął
w pasie niepewnie - Do bramy, proszę
i rękę przez szyję

- Nic nie poradzisz, jeszcze jestem ciężki
- Ja nie poradzę ?

Całe życie swoje - chwyciła żarliwiej - Czyniłam z was chłopów

- Wyrzucaj nogi jak do poloneza
- Nie krzycz. Widziałem. Raz przez okno. W szkole

do bramy ciemnej, alejki w Łazienkach, z tubki szybko brązy
i klomby groszkowe ...

Mogliśmy zdążyć, bo przelatywali - dziewczynka z piłką ...

- O czym ty mi mówisz ?
- Żeby nas z taboru dźwignęli do góry
- Bosakiem za kołnierz ? My z Woli. Marzyciel

a piłka się toczy bordo w gwiazdki małe. Trawę szybko znaczyć
bo w błoto. Buciki

płynny chrobot zamka, to już Władca Sznurków, Stefania :

Musisz to usłyszeć. Ja .., grzeszyłam trochę
Felicjan ( gorzko ) : Myślisz, co ja czuję ?

Chór : Tam, gdzie alejki, planeta się toczy. Czasem jest w gwiazdki.
Czasem polnym chabrem

Tam, gdzie fortepian, skrzydłem takt Etiudy
gdzie się w nas otwiera czasem namiot biały

Za dni stracone ...
Za słowa dla zasług ...

Felicjan : Stefa, zjedliśmy warszawskie gołębie





.. i oto zakończenie



08:42 / 10.03.2011
link
komentarz (0)
**



Sławomir Różyc - Stefania, ma oczy zielone


IX. Bawarski Rytuał Żałobny


między Bramami są ciche Strażnice
Nikt ich nie odwiedza i tęsknią na Stole
za ciepłem drewniane tęsknią za Dotykiem
znaczone gładkością w Spiralach Słojami
Miska i Głębią Druh Kubek drewniany

z nad Stołu się widzi nie tęskni do Świata
Anioł tu trwały o Bezkresie w Oczach
nie mrugnie Powieką i we Śnie znów zobaczysz
jego Twarz jasną o zbyt pięknych Rysach
aby znieść jej Widok przez Palce z ukosa

patrzysz Sen beztroski splata swoje Włosy
gdy Anioł zaśpiewa i potrąci Lutnię
Rozumy ci miesza do Bólu Palcami
taka to Pieśń czysta w Cierpieniu jej słucha
Jeleń co Wieńcem tu na Brzegu stoi

z Lasu na Skraju zwabiony Dźwiękami
a każda Zgłoska dźwięczy metalicznie
jakby w Kropli Słońcem rozrąbywać Rosę
tak się wprawia Anioł pierwszym Tonem Pieśni
jak szczerbił Nią niegdyś o Mury Jerycho

kiedy im przyjdzie po cichych Strażnicach
nawoływać się Śpiewem i rozrąbać Światy
te Worki Ścięgien błękitów Oddechów
te nasze czułe nieistotne Sprawy
i Dłoń im nie zadrży napełniwszy Kubek

by o Struny Lutni Śpiew nie był Chropawy
i o tym myśli o Twarzy bielonej
ten Anioł spod Lasu patrząc na jarmarczny
Świat Straganami przed Nim zawieszony
a wchodzi się tam po szczepionych Balach

z Krzykiem się wchodzi i nie zna Imienia
nie musi wiedzieć wiążąc Pępowinę
starannie oddziela od spokojnej Wody
na Zgiełk na Skrzypienie i w Widzeniach
Czerwień

Bezimiennego ten Świat Bezimienny
kusi odwiecznie
za Ramiona chwyta

nie uroni więcej i uwięzi we Krwi
niewinne Usta wraz z pierwszym Oddechem
napełni Sumieniem, a właściwie Lękiem
potem Kształt z dwóch Miar w jedno Ciało
w małe Wypukłości między Straganami

i śni Stefania Dzieciństwo, a Anioł
patrzy i w Garstkę Pestki Słonecznika
coś musi czynić przez tę Wieczność całą
przez jedno Życie, co starcza na Pestkę
ale zobaczył i wyciąga Szyję

widocznie Pora
widocznie Wiośnienie
dotyka Dziecko między Straganami
kobieco pachną Aniołowi w Sadzie
te w Pąk zamknięte

Skórki Dojrzewania

będzie najciekawsze zmienia Strunę Anioł
tam w Tle Straganów pojawić się musi
Jeździec wysoki i w Maściach fryzyjskich
powiedzie Tęsknoty na silnych Pęcinach
a Imię jego

Ten Świat i Udręka

a Imię jego
Przybądź Zapomnienie

co Dzień On nowy i o silnych Rękach
Kosę ściskał niegdyś i ma Płaszcz z Kapturem
ale dziś obnażył już spokojne Lico
na Płaszczu białym ma czarną Swastykę

Anioł o nim z swoimi mówi : Przebieraniec
a On się pyszni tym dwuręcznym Mieczem
jak nim zafurkocze to Liście świergoczą
jak nim zawinie to zaśwista Głowa
a jednak zostanie tym samym Księgowym

gdy w Słabości kobiecej rodzi się jej Koniec

nie znosi Śmierci beznamiętny Anioł
po cichu wstydliwie plecie Dzieciom Wianek
gdy z rojeń sennych taką wyprowadzi
nagą powabną w Jej Pierwszym Krwawieniu
kiedy pachnie jak Bochen i kwili z Niej Życie

kiedy Dłonie ma ciepłe i ufne w Dotyku
On : Przy smukłych Sosnach jaka jest kanciasta
przy Pniach wysokich : Jak staje pokracznie
wtedy Anioł ukradkiem z Rumianków ten Wianek
przepuszcza Śmierć Bramą. I wychodzi głupio

odkłada Pestki zawstydzony Anioł
sam nie chce słyszeć Krzyku Ludzi z Beczek
zapeklowanych po Rampach toczonych
chwyta za Ramie
Zmartwychwstań Stefanio

o tym wie czasem Sen koczuje w tobie
o Karku prostym Sen już zbiera Chrusty
i linią Barków w Kobiecie zakreśla
a po ich Piersiach sypie Ryżem drobnym

najpierw po Wargach z daleka gdzieś z Boru
w Lisach wyprawnych sam Mistrz Ceremonii
aż się nam widzi do odległych Kątów
wcale nie stoi i krzywe do siebie
przez Linie Barków nie zaciągasz Ostrze

A wstajesz w Oczach od razu z Chorągwią
zieloną taką z tej Przędzy mogilnej
i tam mój Grafie gdzie Słońce Słomką
wytnie z Granitu Ciebie przed Katedrą

zgrabny w Figurach wznosiłeś Ołtarze
w letnich Kołnierzach przystojnie Ci było
przystrzygać Uśmiech tak jak w Dłoniach Uzdę
miękką z jagnięcych Skór Rękawiczką

Wierzchowca nosi a Ty nieruchomo
potrafisz patrzeć przez miodne Minuty
błękitne w nich Stawy połyskają błogo
zdają się skapnąć nam krzepiącą Nutą

gdy Palcem zimnym w Piersi te Obawy
Początek z Końcem wiążesz na Pętelkę
błyskasz Monoklem i czernią na Klapie
zrobisz To ładnie, i zrobisz To szybko

Słońca nie złamiesz z nad Pasieki brzęcząc
staranny w Cegłach w Poziomach dokładny
czerwonym Murem przez Wykusze, Okna
Rojem nam w Przestrzeń

już w takiej Składni nie zwiedzie nas Majster
może Junkrem w Siodle jest z pomorskich Landów
gdzie Słońce, w Słońcu, mądrym w Oczach wiesza
na Piersiach Dłonie, Ciszą, długo po Mszy

O ten, co w Lisach, On wie o nas więcej
i w Śnie podbiera te Kobiece Chrusty
Szkielety rymuje jak Kostki z Kurczaka
w Dzień ciemny sutą od Słońca Godziną

szepcze Jej w Drzemce zawile pomnaża
już czuje Stefania, sprząta, nie nadąża
że tam jej Kurczaka głaszczą Upierzenie
Dotyk i Rilke w Kołnierzu jak Wazon

a z Liści wyżej, żółknąc, Tulipany
Dziobami skrobiąc ich Cienie na Ścianie
w tajnych czytaniach przeplatała Strofy
dobroć szwabskiej Cegły pośród Słowackiego

dowieść Monolitu, Kto tak pięknie pisze
gorzej - Kto odczyta - nie może trwać długo
w Odwecie, w Pysze, nie wypatrzyć Kary

zna Nurt odwieczny, każda, piękna Mowa
i w Dni od Chrustu zbierane na Piersiach
wstaje Stefania pod Fidiasza Ręką
Grona jej Chłodem, powoli, podkreśla

po Udach stąpa, a Soplem głęboko
jako Bezimienny Szyszak z Przyłbicą
a Ona się spieszy, Co jej z Rąk wypadło
nie pamięta nawet, Tą ciemną Godziną

i kiedy biegnie zaraz po Wybuchu
potyka się. Gubi. Pantofel się skrzywił
patrzy. I klęka. Dotyka Czesława

a w Łonie czuje jakby swoje Dziecko
On - tutaj leżąc - przestało się ruszać
jak te Zegary, Trzynastą Godzinę

biją i ledwie
spóźniając się trochę
do Lat bezzębnych
z małymi Ryjkami

co Krew upiją, tym jednym
Wspomnieniem

gdzie na jego Szyi Palcami znajduje
jeszcze ciepłą Bozię
zaplecioną w Krzyżyk

a drugą Pięścią bez Pamięci wali
krzycząc do Rilke : Kurwa mać ! Dlaczego ?

I to - Dlaczego ? - Junkrze w Siodle Lisim
do końca potnie

twoje liczne Armie







w ikonografii niemieckiej Śmierć jest mężczyzną, zaś Bawarski Rytuał
Żałobny jest moim orężnym starciem z poezją niemiecką na jej obszarze
kulturowym
I tak do rodzinnego dramatu z przeszłości, dokładam osobisty kryzys
twórczy, przed którym we własnej świadomości uciekałem całe życie

będąc małym dzieckiem chorowałem bardzo ciężko. Wtedy zacząłem
pisać wiersze. To było moje okno na świat. Moja jedyna nadzieja

tam byłem normalnym chłopcem. Jeśli kiedykolwiek byłem chłopcem.
Jeśli kiedykolwiek patrzyłem na świat oczami dziecka. W IV klasie
poznałem poezję Jana Kochanowskiego, ale potrzeba samokształcenia
sprawiła,
że spojrzenia na poetycki świat nauczyłem się od największego
poety niemieckiego

dziś czas się zatrzymał. Dziś w bardzo osobistej wymianie
sztychów
z jednym z największych poetów niemieckich, potrafię określić siebie

Nie jestem poetą pokonanego języka. I gdyby kosztowało mnie
to znacznie więcej niż kosztuję obecnie, powiem wam jedno : Warto było

wreszcie dotknąłem mojej dziecięcej nadziei. Tyle lat, a ona nadal żywa





19:43 / 02.03.2011
link
komentarz (7)
*



Sławomir Różyc - Stefania, ma oczy zielone



VIII. Opowieści najstarszych kobiet


Homo Sovieticus


Dniu, co Jej skąpisz
mój dniu w wodewilach

jeszcze nie znalazłem o zmierzchu wystawy
tam się spotkamy tam kołnierz postawię
znów prawdę mówimy tylko nieznajomym

tak chciałem dorosnąć w zniewolonym kraju
i materii dotknąć i wysoko w górę
palcami określić pierzastość substancji

nie wiedziałem jeszcze do czyjego nieba
z skrzypieniem huśtawki nam równie daleko
były nam marzenia jak w bezy cukierni

ale biec się chciało i w drzwiach pawilonu
ciężkich jak w twierdzy piskliwych zawiasach
bo tam się w złudzeniach szukało nagrody

Gdzie pisali : słodkie
Mówiliśmy : słodkie

męstwem nadziewani w kluchach niedomówień
ta nasza słodycz z mąki pod językiem
jak żeglujące nad głową kotlety

te nasze w mące obłoki mielone
dzieci chcą wierzyć chcą sięgnąć palcami
i czerwień sukienna nam barwiła dłonie

Dziś rzekomo nieważne, dziś starasz się wmówić
jogurcików powszechne w szczęściu
Wniebowzięcie

byś dźwigał w milczeniu, smakował
Narodzie

tą ofiarowaną z azjatycka
Wolność ?

Dniu, co do Niej tęsknisz
a skrywasz spojrzenie

Czy każdemu mosiądz kładł sen na powieki ?
Czy noc godniejsza od poranków pustych

Czyśmy tej nocy słyszeli pacierze
bezgłośne wargi matek przed zaśnięciem

Czy taką bajkę dam ci dziś z wystawy ?
Ciuchcie za szybą. Osiołki. Pacynki
Ciężko z ciuchcią walczyć pod unijną flagą

Czy ja ciebie zwodzę ?
Czy sam siebie zwodzę

Czy w szafie nam sztandar wciąż idzie
czerwony ?

I coraz trudniej ci posłuch utrzymać
w snach ascetycznych i w pierzu miast słowa

Masz jakieś wspomnienia z tej rodzinnej strony
gdzie do matki bliżej pościelą składaną

szorstką na łokieć. Na długość krochmalu
Kryjesz się urzędach i zasądzasz smutek

Nikniesz bez wstydu i nadal kaleczysz
pamięć topielczo w obrazkach
w bełkocie

aż się rozwieją gdzieś satelitarne
słowa ułomne na kartę
w impulsach

Szept przebłagalny po gwiazdach, daleko
dla tego miasta
tego pokolenia

dla tych poetów porzuconych w pyle
czas pisać pacierze
czas ich alfabetu

i nieba sięgnąć i wysoko w górę
niech nas poprowadzą hen pięty dziecięce

z tamtych huśtawek
ku Polsce

Kreonie ...



Lauda.

Opowiadali o nim w ciasnych kręgach przy ogniskach

mówili,
im płomień wyższy,
to i nie wyciągnie maszkara pazurów z ciemności

a On,
pojętny
strzeliste nasze płomienie i lęki poznawał pilnie

zakradał się do nas przy styczniowych kuchniach
kiedy się o takich z ckliwości, opowiada chętnie

i o tym,
że wystarczy nam w jedno ciemność odegnać

i o tym,
że Mima, siostra przyrodnia w sakwach snu
marzenia nasze poranne przekłada liśćmi blekotu

a przecież tak niestrudzenie wyglądamy przednówka
wystarczy krąg zacieśnić i mieć na patyku własną rybę

Jedynie one wiedziały jak gorzki potrafi być mlecz
po ościach czytają Mima kobiety najstarsze

widziały
jak przełykał najwyższy płomień z ogniska

choć zawsze spóźniony,
poznał już druk i medycynę
i każdą naszą zabawkę na wspak w dłoniach obróci

do każdego marzenia doda swój szych

w imieniu przymilnych
powoła się na policje i konwencje

i jeszcze westchniemy nie raz
do naszych marzeń,
z których dźwignęli porcelanowe baszty

Wiedzą najstarsze kobiety z mówionych ksiąg,
z pisanych

nim atrament obeschnie, wirtuoza
już łechcze poklask

zaufaj kobietom najstarszym,
kiedy rozpalają kuchnie gazetą najświeższą

w ich oczach znajdziesz,
że w bezstronności nie jest mądry
ten

co krzyczy wcześniej powiedziane,
i pośród innych w plecy wrasta

a ten,
który skromności wytknie
jeśli pstrokate krawaty przymierza

pozna,
kiedy uczciwości podstawią, sześciokonną karocę

aż w końcu się skusi,
i pójdą za nią wykształceni i piękni

ci, co nie jedzą mięsa,
ci, co mają piękne zęby
i kochają zwierzęta

już w ich duszach słomianych,
zapomina się nagle
zadbać wcześniej o ludzi

One wiedzą o tym,
nic nie umknie spojrzeniu wyblakłych oczu

widziały, w jakie liście przyprawne zawija karpie
siostra snu

a jeśli czas nieznośnie napina ich krosna
usłyszą
Mima w powietrzu

po cieple słów,
nie zwiedzie ich piękno czy akcent
żeś martwy

znają Tą kuchnie, wszystko po omacku
i tyle razy oparzone palce

zagłębiły się w sekretach nieba,
w kroplach deszczu na wietrze
w zapachu ziemi, i kiedy liść spada najmniejszy,
zdaje się

niepotrzebny

z wiekiem sadzą po kominach piszą. Warstwą na warstwie

Całość stworzono na parę,
chodzić w tym niewygodnie

Najpierw,
wolną wolę otrzymał człowiek. Z niej czerpie władza
szaleństwo, mędrzec tłumaczy jej strach, aby w samotności starczyło
na świece, krawcowi światła, poszyć nauce nowe ubranka

zmienia je niecierpliwie, i poprawia szkiełka, im bliżej
tym bardziej nie wie, gdzie placki na słońcu smaży, skromny
Darczyńca

i jeśli ujmiesz dzisiaj zgrabnie ogon i płetwy
dalej przed swoim Słońcem uciekać będzie Księżyc
i ziemia w sadzie ciągle odnawia z błękitem przymierze
majową ulewą

mieliby uczeni doktorzy, szukając w kruszynach maciupkich, być
tak,
bardzo samotni ?

miałby swoim ogromem nieczuły być Kosmos ?

i człowiek w jego lodowatej czerni, przekrzykiwać strach
strachem innych, w bólu tak strasznym, aż się samemu, sobie
wyda logiczny ?

Posłuchaj,
inny ład się mieści w oczach starych kobiet

kiedy stały przy kuchni, w sadzie z każdą wiosną
wielobarwny koliber zawsze łączył się z kwiatem wiśni

Kobieta, i przy jej piersi drzemiące dziecko
to za nią Mim na szczudłach przebiega ulice

pod rękę z siostrą Pychą tańczą o bruk walce
ze szczudeł w okna pluje rozżarzonym gwoździem
i w bólu, strach swój topią zbiry von dem Bacha

z Wolną wolą zwycięscy przed pustym Kosmosem ?

wiedzą stare kobiety, nie ma nic bez pary
wiedzą, i współczują

jest maleńka drobinka, co ożywia większą
Wagnerowskie kukły wrzeszczą w głowie Boga

dlatego masz jeszcze na patyku
Rybę





Z Wikipedii

Homo sovieticus – wg Tischnera – to zniewolony przez system komunistyczny
klient komunizmu – żywił się towarami, jakie komunizm mu oferował.
Trzy wartości były dla niego szczególnie ważne: praca, udział we władzy,
poczucie własnej godności.

Zawdzięczając je komunizmowi, homo sovieticus uzależnił się
od komunizmu, co jednak nie znaczy, by w pewnym momencie nie przyczynił
się do jego obalenia. Gdy komunizm przestał zaspokajać jego nadzieje
i potrzeby, homo sovieticus wziął udział w buncie.

Przyczynił się w mniejszym lub większym stopniu do tego, że miejsce
komunistów zajęli inni ludzie - zwolennicy Kapitalizmu.

Ale oto powstał paradoks. Homo sovieticus wymaga teraz od nowych «kapitalistów»,
by zaspokajali te potrzeby, których nie zdołali zaspokoić komuniści.
Jest on jak niewolnik, który po wyzwoleniu z jednej niewoli czym prędzej
szuka sobie drugiej.

Homo sovieticus postkomunistyczna forma «ucieczki od wolności», którą kiedyś
opisał Erich Fromm (Tischner, 1992)





22:03 / 24.02.2011
link
komentarz (12)
**



Sławomir Różyc - Stefania, ma oczy zielone



VII. Najprostsze czynności



melodia z jaką najprostsze czynności
w paznokcie chwycą raz przerwane wątki
przewlekać potrafi fiolety powietrzem

potem z ciekawością głodnego kurczęcia
bo w sen zapadło na dnie jasnej studni
w sałacie soczystej podłużne dotyka

nasionka ciszy,
w szczypiorze podłużnym
w snach o bazarze tutaj się nie mówi
o przedmiotach ostrych

gdzie twarze różane połyskliwe oczy
tutaj gazeta rozmawia z włoszczyzną
w tak nieprzystojnie zwyczajnych wyrazach

patrzy się, przekłada
w palcach bujnie
natkę

Wiesz,
kiedy tu pada
pada wodą suchą

po kręgu piasek z parasola siurka
trącony słońcem błyska najpierw kwarcem

potem to już sznureczki, kapią
kryształowe

bo one w męskiej brokule mózgowej
suche, i sucho wymawiasz
zielone

u niej tam parasol. U ciebie zwrotnice
U niej ze skrytek orzechy laskowe
toczą przed sobą figlarne wiewiórki

zielone kryształki
a spadają ...
bujne

a kropla w krople, prosta
i druciana

budzi ją ze snu
bez szarpań za ramie

sen jej ma oczy otwarte do rana
sienie jej drzemki maluje jagoda
słodka pod halką rozumie żurawie

jedna z nim duszą kiedy do odlotu
sen w klin zwołuje pierzastą husarię

z wami bezpiecznie
ale w skrzydła dmucha
i sen jest takim upadłym lataczem

czasem i jemu jagoda z błękitów
ziębnąc w fioletach
toczy się pod kredens

jeszcze jej nieco ocalić na rzęsach
o tym nikt nie wie ?

O tym się nie mówi – igła mocniej w palcach
Fiolet nie strojny w tych wojnach chłopięcych

Igła - bo fala z łagodnym wzdrygnięciem
z bezmiaru skrzypiec w tiulach kawy perskiej
na brzeg wyrzuca

a tam już kolana
na nich koszula porwana odłamkiem

dalej,
gdzie okna w ścianach kamienicy
w ten świat chłopięcy

w kwadraty i romby
wszystko tam jest płaskie
ma wzór i przekątną

dzisiaj nie wylicza zupy cotangensów
zdobyczny jęczmień Czesio z magazynów

Od Haberbuscha – stara się nie myśleć
jak to z daleka nosić niebezpiecznie

w oczach jej szukał chyba obietnicy
najprostsze czynności są jak igła w ręce
aromatem perskim

One są jak kreska
kiedy jest lśniąca to jest zwykle ciepła

Niech będzie kreska – i śmieje się z siebie
A taka lubi szukać się po ciemku

słyszycie bolero ?
Indyjska księżniczka spina trzcinką słonia

Bądźmy poważne - skrobiąc to w dzienniku
Ta druga - dzisiaj – Kreską innej rangi
z doktorem ostatnio nie było najlepiej

od lat troskliwe – Witam - kapeluszem
aby potem wtrącić to słówko okrągłe

jakie to bezpieczne. Proste
jest jak wielka dynia. Gdy kładł jej na dłonie
jak pachnące słońce

żółte, i ogromne. A taki bezradny ...
I niech tym się zajmie ...

aż sobie dała klapsa przez pośladek

Doktór to przyjaciel ! – a wciąż osowiały
Potracił chłopaków

Nie - kiedy mu dłonią usta zamykała
Wciąż widziała twarze

nie chciała znać nazwisk

Niezagrożona - to słowo jak pręcik
batutą bywa w sylwetce doktora
wchodził po schodach i wyjmował klucze
patrzył roztargniony, a po chwili ciepło

kiedy tak kroczy płynnie i sprężycie
czekamy, aż dyskurs podejmie batuta
bo ona w nim krąży i stać ich na więcej
niż o jego dłoni przestąpić kałuże

I tutaj doda – bo zapamiętała - kiedy ze szpitala
wracał zmęczony z twarzą bladą zmiętą
dalej w cierpliwościach był odprasowany
kiedy kompoty wtykała mu w wekach

nasza codzienność. Dać mu Niebo złote
złotówkę znaleźć. Niech rzuci kapeli
niechaj nie szuka. Niech już nie rozmienia
aby odnaleźć, w kimś, samego siebie

jak to napisać - Przeznaczony Ance
wyszła by chłopak nie trafił do Rzeszy
nikt nie pomyślał, że przedwczesnych tęsknot
w gnieździe piskorzym nie można uciszyć

Teraz on chudy – pamięta ramiona
opatrywała ranę po odłamku
najpierw ostrożnie wodą i gałgankiem
bo skóra na nim pachniała inaczej

To nie jest dobrze – drzwi nagle otworzyć
spojrzeć za siebie i nazwać przyczynę
kiedy po raz drugi nazwała się żoną
z nerwowym śmiechem. Wystawnie

Z rozpaczy ?

Nawet nie sposób wyjawić Czesiowi
Ciii - bo usłyszą, i w końcu się wyda
To oni, patrzą, dotykają wstydu
że chętna poznać Zapach i .. Budowę

trochę inaczej niż z romansu Prusa
bo tam mężczyźni romansują z sobą
doktór Tadeusz, poddał się, zrozumiał
bo – Gdzie jest rana. Musi być badanie

Rana na barku powstała z draśnięcia
Nie krwawi - gorzej gdyby patrzył w oczy
może dlatego, że jest piegowata ?
bark opalony. Piegi w czekoladkę

Jest poszarpana – nie pasują brzegi
reszta, bez znaczenia, ustalili wcześniej
dobry na krwawienie jest proszek do zębów
Tyle, że zostanie na tym barku blizna

potem wprawnym ruchem przykryła chusteczką
resztkami tetry - Żebyś nie był śmieszny
lekarz , bohater, z wypchanym ramieniem
zapinał koszule i tak sobie westchła

podała bluzę. Zszyty naramiennik
i o tym życiu, co z wątłą fastrygą
że bliznę na barku wolno nazwać innej
że czasem głupia. Czasem romantyczna

a teraz zasnął. Wyleczyli Stasia
jedną łyżką cukru. Jedną łyżką wina

przychodził leczyć w te dni przed jęczmieniem
a teraz z chudymi udami pod brodą
Jak konik polny – oj, niedobrze będzie

Jak ty kobiecie nie skaleczysz pamięć
Jej musisz zostawiać książę Piegowaty
ten ukradkowy pomidor na stole

i kto Ci zdradzi – Pewnie, że nie Anka
mnie to babka mówiła krojąc do rosołu
marchew. Pietruszkę. Że kochacie mocniej
co w chłopięcych wojnach ulega zniszczeniu

Mówiła, dłonie wycierając w fartuch
budują, żeby zatęsknić po stracie
a ten im zniszczy, kto Iglice w niebo
stawia zuchwalsze

albo te ...
Stadiony





Niebo złote Ci otworzę .., to tytuł wiersza Krzysztofa Kamila Baczyńskiego




15:45 / 17.02.2011
link
komentarz (12)
***



Sławomir Różyc - Stefania, ma oczy zielone


VI. Władca Sznurków





Dowiedź,
w jakim gwaszu jest kochać
bezpiecznie

dotykać brzasku wprost z malarskich tubek
wojny przetaczać dymami po niebie
i tam gdzie dotąd trwał ze skronią odkrytą

Sen, co począł Słowo. Sprawca Dekalogu

Ktoś określił constans, Ktoś zmienia Istotę
w coś dla Ogółu, w coś
zimne bądź żywe

Coś, skrywające oczy pod kapelusz

Odpowiedz,
warto wciąż sięgać do tubek ?

tyle kolorów, a nitka w nich szara
zawsze widoczna, uwspółcześniać słowa
jeśli wypatrzysz w gwiaździstych obręczach

Hanno,
szesnaście gwiazdek dla kobiety
złożone w tobie w woniach miłorzębu

niczym zupełnie Cieniowi spod hełmu
choćbyś zeń drwiła, papierowym kwitem

staniesz się – Biegnij ! - i wytrwaj dla siebie
zgięta wzdłuż Żytniej ruchoma sylwetko

kochać bezpiecznie
To - nic nie pamiętać

a słowo : Kocham
jest Bonifikatą

co w śpiewnych dzwonkach uwspółcześnia
kasa

A biegnąc Anko, szukasz gładkim czołem
pisku rzucanych o mury gołębi
w jakie się wprawiał swym dłutem strzeleckim

znany sztukator, prosto z Norymbergi
młodzieniec kształtny, tam w świetle pochodni
o twarzy wzorcowej jak maska pośmiertna

teraz za dymnika, patrzy
dziecie Śmierci

w blaszanym garnku i z lufą od Kruppa
po scenie szuka w odwiecznej tęsknocie

tyś Lalką, jemu
nieporadną w kracie
w tej zsuwającej się chuście na plecy

bo on inaczej na kolory patrzy
może to znaczyć pod jednym błękitem,
tą samą tęczą, i tym samym dźwiękiem

kiedy rozpisanym
Dla kogo. I po co ?

On
Władca Sznurków
w smukłych drgnieniach jętki

jedno nam słońce, znacząc kolorami
promienie bełta tym samym skrzydełkiem

jakim na palecie skrywam cię beżami
nad tobą, Hanno, stawiąc wyroki

My z Władcą Sznurków, zaledwie dzierżawcy
ale to jego głos przez pokolenia

z dniem dość metalu już zebrał na wargach
by w fresk po ścianie ołowianym groszkiem
zamykać Hannę, z popiołem na twarzy

jej bryłę studiują erkaemy przednie
w wyższościach Rubensa
szybkie dziurki cyrklem

z dziewczęcych bioder szydząc za plecami
i ciemne włosy obłupywał tynkiem

dalej z nad lufy chciał jej lekkość płoszyć
pięty lękliwe w tanecznym zapale
już jej ciężar pojął

daleko odbiegła
i gryzł zapałki, tak pragnął zapalić
aż Cień czcigodny, poruszał ustami

zaciskał żuchwy, a czasem się zdaje
że cień na dachu przerasta figurę
w coś czarnego wzbiera, co zaległo plackiem

i za Anką podąży w hiszpańskim morionie
długie ma buty, nad kolanem pludry
płaszcz matowy, ciemny
on skrywa personę

kodeksów nie trzeba
twarzy przed kamerą
czasem się zdarza, w tym
w innym narodzie

łatwo przebudzić w sercu syna śmierci
a potem jedną za dymnik tęsknotą
wyrwie się z cienia by szkicować Ankę

goni wpierw nieśmiało
lekkie susy sadzi

ale przez Leszno już miotał granaty
nogi jej wykręcał w wspinaczce przez gruzy
wielokroć gubiła się sanitariuszce

w jego tchnieniach rzeźbiarskich wciąż nadlatywały
owe rylce w miedzi, bitewne rydwany
nad barykadą przenosiły strzały

ruchome lufy w kapturach żelaznych
cienie,
co w pokoju, z pustki kątów strzygą

snem o złotym jaju,
z dnia na dzień, chętniejsze
wychynąć z skorupki włochatym odnóżem

Ćmo, o ciemnych włosach
tynkiem posiwiałych
do wdzięcznej główki trafi wreszcie słowo

w tych jajach bankierskich kaptury się pisklą
była tu władza ? Jakaś demokracja ?

szanowała godność ? Czy miejsce przy stole ?
bo z praw pajęczych porytych po ścianie
jeśli ci władza zagląda do majtek

to pacną Ankę
figurkę na gruzach


Zakołysało znów przed nią ulicą
pudełko kiosku zgniata po blejtramie
tu iskrą żądli, tam deską wystaje
... zaczyna władać sylwetką brzemiennej

jeszcze zrozpaczona
Ma na imię Anka
ale Cień widzi na okapach domów
Kica. Zastyga. Już zlewa się w smołę

Anka, z pomocną dłonią na ramieniu
i przez przebite na przestrzał piwnice
tam na tobołkach nanizać modlitwy

siebie określić, przez usta, w chaosie
jej za dowód starczy ten kawałek szmatki
wilgotną ściera, co nanoszą usta

w temacie : Jego zabrali na Pawiak
jeszcze nie dowierza
sprawdza dłonią ściany
kłócili się chyba

gdy jechał po prowiant

- Ja z Czesiem, Anka, też się ciągle kłócę
wielki naprawiacz z niego, barykady

To jest ciocia Stefa. Życzliwa i ciepła
z biało czerwoną opaską na piersi

nosi prasowaną. Przypiętą agrafką
Porządek zamilkł bądź szuka imienia

ona tu rządzi. Wcześniej neutralna
z opaską na piersi o nazwie : Fantazja

wszędzie drzwi otwarte
i cieniem po ścianie mignął Ance morion
piersi natychmiast dotknęła z przejęciem

pamięta, po cegle piwnic, On za nią popłynął
skupiony łakomie przyglądał się ludziom
ostrożnie dotykał nowych plemion z Żytniej

o twarzach jaśniejszych niż inkaskie szczepy
chociaż przed konsylium tamtym dowiedziono
że ich człowieczeństwo wywodzi się z śmiechu

- Powinnaś być blisko, tutaj
przy rodzinie
w porę między Morion wkracza ciocia Stefa

i z włosów wyjmuje spinki pojedynczo
włosy ma jasne. Potok tłusty, długi
Stasio się zatruł – starannie upina

- Wodą stojącą w pożarowej beczce
każde pasemko układa starannie
Oby nie tyfus – wciąż mówi przez grzywkę

potem się obraca, ostra jasnym łokciem, spływa palcami
prostująca bluzkę

i piersi obie przez chwile się puszą
pęcznieje materiał

a nagrzane kopce
trącały się trochę w dyskretnych szelestach
obrażone obie

( a Morion zjadliwie : )
Pomyliły miejsca


A czy ja po ciąży będę miała takie ?
będę ciekawsza – i cieszy konkretność

cieszy tym stołem, kurzem na ceracie
jaki się wdziera przy każdym wybuchu

łatwiej pamiętać tak nie pamiętając
patrzeć na ciotkę. Spytać o jedzenie
o piersiach. Miłe - Jeśli mi zostaną

Siedzi Anka potulnie na korytarz zerka
Ja chyba wariuję - cicho szepcze sobie
bo dlaczego Morion ? A nie pikielhauba ?

- A to pradawna bajka, niemyta panienko
szepcze w ucho Morion, i palcem po blacie
pośród szmatek na łaty kreśli obcą nazwę

Zasmuciło Ankę, bo ten nad ramieniem
dobry chrześcijanin farbami ją chronił

resztce chóru wmawiał staroświeckie racje
wraz z nią niepewnie, czyta
Kartagina

- Żałoba boli, a czas dalej sobie
wstawanie codzienne. Ich smutne paznokcie

- Wiadomo kogo tu nawiozą Ruski ?
a w drugiej izbie samotny powstaniec
rozkładał i czyścił sumiennie karabin

- Znam receptury. Będę ich nauczać
w drzwiach uchylonych ledwie widać ręce, ciepłe
muskularne

prawie słychać dotyk
Anka w własne dłonie ucieka z rumieńcem

to takie głupie. W jej stanie pomyśleć
- Mam kosztowności. Pójdziemy w rzemiosło
Że jej najbardziej brakuje tych pieszczot







Przewodniczek.


... ostrożnie dotykał nowych plemion z Żytniej

o twarzach jaśniejszych niż inkaskie szczepy
chociaż przed konsylium tamtym dowiedziono
że ich człowieczeństwo wywodzi się z śmiechu ...


mimo stanowczej postawy humanistów, hiszpańscy konkwistadorzy
stanowczo przeciwstawiali się uznaniu narodów Inków, Majów
i Azteków za ludy człowiecze. Starano im się znaleźć miejsce
w historii sacrum i w ten sposób uznając ich człowieczeństwo,
starano się przyznać prawo do posiadania duszy

wprawdzie już w roku 1493 bulla papieska Aleksandra VI nazywała
nawracać barbarzyńców, co potwierdził kilka lat później
papież Juliusz II, oświadczając, że Indianie również podchodzą
od Adama i Ewy. Potem jednoznacznie papież Paweł III w roku 1537
określił Indian ludźmi

jednak nawet stanowisko papieża nie rozwiązało tej spornej
kwestii, bo XIX wieku Darwin i jego uczniowie powrócili
do sporu, twierdząc, że niektórzy Indianie są z pewnością
elementem przechodnim między małpami a ludźmi. Jako dowód
podawali, że niektóre plemiona nie mają religii, posiadają
język szczątkowy i prowadzą tryb życia podobny do zwierząt.
Chodzi tutaj o brakujące ogniwo ewolucji między człowiekiem
a małpą, bez którego cala Darwinowska teoria jest błyskotliwą,
ale jednak naukową przechwałką, co do źródeł pochodzenia
człowieka

stąd już blisko do głoszonej urzędowo w Trzeciej Rzeszy Narodu
Niemieckiego teorii wyższości rasy aryjskiej, podług której
pozbawiano człowieczeństwa Żydów i Cyganów,
po nich zaś min. Słowian ...

Morion jest średniowiecznym hełmem muszkieterów i pikinierów
o charakterystycznym łódkowym kształcie jaki nosili hiszpańscy
konkwistadorzy





05:28 / 10.02.2011
link
komentarz (8)


Sławomir Różyc - Stefania, ma oczy zielone



V. Modlitwa o kawałek Szczęścia



był raz porządek. I było wytchnienie
pośród ręczników w szufladzie komody
dzień, który zmyślnie dzieliła na ćwiartki
by uśmiech donieść rankiem do wieczora

na aptekarskich odmierzała szalkach
i tak jej szczęście stało na zachodzie
na toaletce

z ślubnego obrazka
sprawdzało przepis, myślało :
Jak pomóc ?

nie zgubić kursu w czterech świata stronach
ciche w tych wodach przepływają nurty
namiętne szepty tej nocy lipcowej
spojrzenia wczoraj podpowiadał księżyc

małe stateczki
ustami po piersi

wtedy wierzyła
wszystko swoim kursem
zdąża do do portu

i że Pan żeglarzy
widział ją godnie z Czesławem pod rękę
na mszy porannej
z palcem w kropielnicy

będąc im dwojgu, sobie kapitanem
w swoich modlitwach, jakby słała listy
gdzie wśród skrzydlatych
Żaglomistrz w Organach

i gdyby zechciał w okrętowy dziennik
zerknąć
z dniem 1 sierpnia

Dzisiaj planowana zupa owocowa

i piórem skrobiąc gdzieś po marginesach
małe stateczki. Na żaglach
Niepokój

Był raz porządek, a taki zaleca
ruchliwym palcom bałamutne paski
wyciąć z gazety, a chciało się śpiewać
może ciepło nocy nie odeszło jeszcze

uchyliła okno, a ciepło się kłębi
Co rzecze Porządek ?
Ona rozpięta. Skupić się nie może

albo te reklamy. Było to na szafie
wykroje sukien w miesięcznikach więdły
paski kleimy – Czesławie - na wstrząsy

dotykała palcem i puszczały pędy
mieć taki kapelusz na ławce, gdzieś
w Saskim ..

ale druk nie śpi. W farbie czarny robak
grzebie się. Wieszczy. Rusza kolumnami
Pochodnią się staje

kiedy znasz już przeszłość
kiedy usłyszała - To suche klaśnięcie – zawisła w powietrzu

wystrzał z karabinu – to zawsze z daleka
i podejdzie bliżej

Zbyt dobrze je znała

a tam wzdłuż ściany zapał szarość zwodził
szukał Białopiórych po marsie na twarzy
wywijał mankiety powstańczej koszuli

tak z dłonią na piersi. Zamykając oczy
trwała długo jeszcze

i w niwecz Porządek runął w czterech stronach
małe stateczki w swych niemych pacierzach
wołały tylko :
Żeby się udało !

Tam gdzie nie ma porządku
najpierw jest Bieganie
bardzo bliski krewny Biegania po schodach

sztubackie w powabach
Wychylanie z okien
entuzjazm w podskokach makiet na strzelnicy

zaś u Czesława – Chce sztandar wywieść – jeszcze nie dotarło
że po oknach biją

nie zamknął komody, i dawna codzienność
którą porządek przypisywał rzeczom
a przy nich uczucia równoległym kursem

aby żeglowały namiętnie, niewinne
rzeczom zaszczepiła ze związków dożylnych
ból i nieszczęścia. Strącała ze skały

Ktoś tu już biegał. Nie zamknął komody
jej zapatrzenie zawiesiste, długie
przecież ją dźwignął z panny od receptur

i sięgnąć przed Nim nie mogła po masło

pił choć chorował, kiedy Hitler wkraczał
miała taką bluzkę z wysokim kołnierzem
rękawy długie

szczelnie zapinane

już ją wyrzuciła choć lubiła hafty
żeby już nie czuć
co robił rękami

mówiła o tym długo z Żaglomistrzem
żeby i dla niej był jeden Okupant

Jest gdzieś w dzienniku taki krótki zapis
że z bezimiennym : Bluzka była winna
nie znajdziesz haftów wśród zwiewnych zapachów
wieszak ci powie : Że będzie szczęśliwa

Tam gdzie drzemał spokój. Gdzie stały obrazki
na toaletce w ramkach za fortunę
musi być miejsce również dla Sztandaru

o który dbała. I tak być nie może
że ona za białe. A on za czerwone

jest mężem prawdziwym
chociaż się nie wprawia
i ciągle Felusia woła do naprawy

- Ja cię uczę rachunków !
Jest od niego starsza
I z każda kąpielą czeka na rozstępy

O, durna miłości !
puszczając białe z łzami wykrzyczała :
No, leć z tym patykiem ! Idź, i daj się zabić


Przecież potrafiła tę wojnę ogarnąć
Czesio jej nie burczał z rękami w kieszeniach
myślała - Patefon - włączyć uroczyście

Mazurka wysłuchiwać
stół obrusem zasłać
żeby zapachniało

jeszcze – pamiętać – szybkie placki z blachy
mąkę oszczędzać. Racuch ?
Z rabarbarem

Kryształy pożegnać
nazywać przedmioty

Że jej w tej godzinie
dłoni nie odmówi
Jej mała niezgraba
spleciony palcami

... sąsiadce przypomni Redutę Ordona
trzeszcząc w rowkach igłą
ta mosiężna tuba
Poprawniej niż Czesio

To się odezwało jak zwykle z daleka
za rogiem wachlarz otworzył z iskrami
niby to daleko inkrustacją pełgał

tąpnęło głucho w parter
może w ścianę
drgnieniem złowrogim pięło się do szczytu

i całe szczęście
brzęku szyb nie słychać

w tym nasłuchiwaniu poczuła się śmieszna
z tym sykiem na blasze
w tych kapciach robionych

dratwą przez Felka wieczorem ciągnionych

małe figurki
jeśli nie masz lupy
zielone świerszczyki machają skrzypkami

zgrabnie to idzie, póki przez ulice
biegnąc, i nagle pod skrzydło
coś grzęźnie w którymś

byś wiedział : Nie skrzypce
To są automaty

przystanęli chłopcy i zbiegli pod ścianę
stamtąd opel wypadł i grzmotnął w latarnię
ogień, co pęd dusił, i nagle liliowe
w zmowie z tapicerką rozczapierzył palce


Niemiec w swych raptownych przemowach do klamki
za uszy z sąsiadką Colombiny obie

krzyczał
krzyczał
matko

aż się wzdrygała refleksją, i wsparła pod boki
tam za tym rogiem wszystko zapisane
pakują pościel wczoraj prasowaną

O tym, że dla wojny pożywne klamoty
rożne cacka kruche i lakierowane

Wojna to referent w tanich zarękawkach
pisze w kolumienkach i rachuje zachwyt
przyszłej odbudowy do następnej Wojny

byle nie jej Singer z zdejmowanym blatem
cała reszta na dno z hiszpańska Armadą
i obie z Terenią nie patrzą po sobie

dopiąć niezbędne, nową maskę znaleźć
rzęsy latają, kiedy sil brakuje

a jeszcze Czesio tajemny, i groźny
- Co kilka strzałów robi z mężczyznami
Kiedy się w ramionach pojawiły kanty ?

usta już nie łase przesmyczka w zaklęciach
wczoraj na spacerze mierzwili kłos w trawie

gil gdzieś wysoko krzyknął nad wierzbiną
spadł obok martwy
echo powtarzało

w trosce o traw wiechcie w gałęziach wierzbowych
wzięli się za ręce wypatrując gniazda
tych łebków maleńkich, co głodne wśród liści

z oddechu na szyi, z szukań po gałązkach
raczej wychodziło, gdzie żółte
własnych chcieli stalówek
z tych dziobków otwartych

a teraz skreśla referent za rogiem
bucha dymem czarnym
coś różowe śmigło

Staś
co się plątał pod nogi powstańcom
łuk zatoczył zgrabny jak plecak w powietrzu

wierzgnął boleśnie na środku ulicy
patrzyli z okna jak stara się podnieść

podbiegł powstaniec pociągnął za kołnierz
a za nim wizgi kul kocimi łbami

gorzkie pod murem wykrzyczał przekleństwo
w twarz dzieciakowi, a ten
Wydoroślał

Chodź, wywiesimy ten nasz sztandar, razem
już nie wspominała, o oknach, zbyt kruche
tylko pokornie : Proszę ...
Noś choć krzyżyk





niech się dzieje opowieść



15:09 / 03.02.2011
link
komentarz (13)
***


Sławomir Różyc - Stefania, ma oczy zielone


IV. Muguet Du Bonheur N°44



poranek
melonik ma z szarego mydła
nie skrzypi po dachach w rozchodzonych butach

gdzie spojrzy
tam rondem sklepienia przeciera
w mydlinach skrzydła prostuje gołębiom

to wietrzyk porusza praniem na balkonie
na przemian Jaś z mydła niesie się z trzepotem
poranek po dachach trzeszcząc gołębiami

poranek
po pierwszych słonecznych lampasach
pionowo

dyskretnie zjeżdża nam do okien
tu wita stół okrągły, tam spóźniony zegar
ciekawy, kogo nie ma ?

co śpi pod serwetą ?
Po murze szczerby liczy
jeszcze niewidoczne

pęknięcia po bombach
Taaak
planuje sobie

kto wcześniej sprawdził tego geometrę
paluchem stawia przy nazwisku kropkę
a paluch lity

nocą w kirze maczał
za nic jemu jęki
trzask w chrząstkach łamanie

głucho stuka paluchem. I w dół, Obwieszczenia
obecność codzienną
pod każdym

kropkami
tłusty. Czarny. Szlaczek
Nim słońce na twarzy

Rdzy
już na wargach dobędzie następnej
O w jakim bolesnym zdziwieniu

nam potem
Gubić się, zachodzić, w złotych
słońca fałdach

Za wcześnie nam o tym
krucho wstając z wróblem
Świt na drobnych nóżkach

kałuży wygląda
a potem, już Oranżadowy, po drodze płaszcz gubi
ale i miętówki u Jasia bez płaszcza

pastelowe takie rozwiesza na drzewkach
zapewniam, Dzieciaki !
Cały jest w bąbelkach

Jaś zza rogu wygląda
w tych naszych zabawach
przyszło wam się toczyć z fajerką na drucie ?

gonić bez pamięci i dziury omijać
aż nagle buciorem jak kolos
wyrasta

a potem Monstrum
wali mocno w ucho
choć jedno, co widzisz, to klamrę
od pasa

Świt też się nauczył
jak przez dziury chodzić
z bramy wyglądać chytrze na ulice

bo taki tu mamy relikwiarz dorosłych
raz tylko mówimy i nie spowiadamy
tego naucza wiara przy trzepakach

do biblioteki pójdziesz, o ile podrośniesz
wpisową złotówkę znajdziesz w PPS ie
przed majowym świętem, tych
w szarych surdutach

pracują w gazowniach, i to im się liczy
że z pochodu zawsze pędzą bolszewika
w warzywnym złotówkę wraz z jabłek wysypem
u pana z warsztatu już musisz zamiatać

u pani Stefanii
to trzeba po syfon, i w oczy nie patrzeć
Ona nie ma dzieci

jeśliś w kombinacjach jest
zupełny gładysz
fertig

do Szmula, na ulice Niska
w czapce milczkiem, grzecznie
za Ten złoty, zapalisz szabatową świeczkę

bo warto pod rękę chodzić z Sienkiewiczem
nie tknie palcem Dąbrowskiej złodziej ani apasz

za ten złoty, godzien !

choć w krąg wiedzą to wolskie ulice
ilekroć się księżyc na świecie odwróci
gdzie indziej społeczny tonują niepokój

tu zawsze patrol Jasia, prosto
w mordę

Nie błyszczą klamry i Świt na dzielnicy
w szybach sklepowych spłaszcza
kapelusze

jasne czyni dłuższym, zatykając pióro
czapli, ta promieniem jest wyczarowywana

widząc ją i siebie
czy czapli odbicie
bo jest to poranne ze słońcem Jak się masz

czapla,
co nam tu czarownie
skrzydłem złotym spada
i miękko usta zakreśla Stefanii

pani już odeszła
do szyby następnej
czapla zaś promieniem
tępo dziobem wali

koniec z ptaśków czarem ?
Czy czarów początek ?

czaruje Stefania, świtu ku uciesze
kiedy już dniało, słońce patykami
złotymi, sprawdza nicponia w foremce

na wargach miękkich
i w szybach wystawnych

Abyś się przekręcił, łapał skórkę
Świcie

O wargach bezkrwistych
i barwą gumek z naszych papilotów
jak struny od skrzypiec, i jak one prężny

ni słówka nikomu ...
Obyś się rumienił

obyś nam w romansach koszuli do kostek
dziewczynom z Młynarskiej
jeszcze kapkę drzemał

Przecież sierpień idzie
już łamie pieczecie ...

Czy okna umyte ?
Dokręcone klamki ?

Czy dom nasz, po polsku
Gotów na zniszczenie ?

Jakim On zostanie
Takim zapamiętasz

Spojrzenia ulotne
Stefanie w jedwabiach
nasza cicha chwała
właścicielki aptek

Piękne
Strzeliste. Wprost z uda
z El Greco

to te miętówki
to Świtu bąbelki
a trzeba wam wiedzieć
niosło ją lekko, jak to ze mszy niesie

kiedy pod fryzurą świętobliwe torsy
znikają skokami koników szachowych
po tych szachownicach, gdzie zamysł kobiety
z ucha chwytliwego w projektach niebieskich

na zgiełk uliczny, nie wiadomo, kiedy
na szept przez okno
na spojrzenie szewca

stawia pantofel po tych spojrzeń tratwach
westchnieniem popłynie, to aż tratwy trzeszczą
ulica mięknie, chodnik się ugina

jedynie
w jej oczach czy tabernakulum
zamknęła właśnie ?

powstawiała laufry ?

kiedy ze mszy wraca
czy wszystko jest w zgodzie
i kluczyk na piersiach

O, pociekł właśnie, w kosztele pachnące
powiem : Wydatne
a dla szewca ? Żywe

One Żytnią niosą
nie senne falbanki

i tak wiosłuje stukiem po chodnikach
postrzegającą owym dzióbkiem pawim
jak się ukośnie

i w odbiciach miło
tu w piersi rozwiera
już zamyka w talię

a tam bez zamętu
tam nie znajdziesz cypla
i bez gorsetu, lekko
paskiem zastrugana

i w zaokrągloną ...
tu się szyba kończy

dlaczego szybo !
Koniec poematu ?

Zaokrąglona, wychodzi z mnożenia
zer dodawanych, spuszczanych w rozumie

W tej zaokrąglonej .., moment !

z równań darwinowskich ...
Poniżej paseczka, przechowuje
Ludzkość ?

Otóż,
jeśli idzie, nie będzie uczenie
bo świt mi dzisiaj jej dobył sekrety
wiadomo, nerw palców malarzem prowadzi

kiedy mozoląc się, włosiem, jędrnej
dotknie barwy

mizdrząc się jak kukła, mówi
Temat zgłębił
znacząc wypukłości po figowy listek

Wiedz,
pod owym listkiem
nie szeptał z kieszonką

i nie wiadomo jak rzeczy się skończą
sierpniowym wieczorem,
ale w tych odbiciach
kiedy nam jeszcze śpiewać było wolno

przez strach
co wypatruje nas z rogu ulicy
przez tuby szczekaczek malowane kółkiem

ryczące swoje
Der Sturmartilerie, dzwoniące bańkami
z nagła, nad głowami, pustymi
bez mleka

a my na tratwach
kołysząc się tkliwie
o biodrach Stefanii
śpiewajmy ?

Czyżykiem

Jedni przysięgali, na Lesznie
a drugim, Świt
śpiewał cienko, gdzieś na Karolkowej

on sobie frykant
skacząc doniczkami
dzwonkami fiołków na dracen palmiarnie

raz Kmicic wonny
sznurem parapetów

tam Stach mroczny apasz
kręcący praczkom oregano w głowie

nam śpiewa, długą frazą, kaczo
to raz w Monte Christo

tak lekko świerszcza, nożynami
brzdąknie

Taka dzielnica
ma swych własnych Janklów

i dnia pierwszego, w sierpniu
potem wrześniem
niebo się jasno otwiera harmonią

bo, co nam Jałta
i mieszczuch kształcony
podszywać będzie togą na czerwono

na Leszno Norwid chodził do gimnazjum
Jemu też zdarli pelerynę do krwi
przy nim trwać będziemy
jak niegdyś Sowiński

pewnie nie anioły
o ciętych uśmieszkach
na gołej piersi z rozwianą apaszką

nie my się gubimy
to Świt nam się sypie
biegnie za Stefanią w irysach
przez jezdnie

biegnie, nie patrzy, a Stefania w bramie
już w cienie miękko, jeszcze błyska łydką
złoconą, ze znamieniem w myszkę

a ta jej cupła
senna pod kolankiem

aż Świt z ciepełka zatrzymał się, wryty

a dzień
uderzał we Wolske klawisze

tutaj tramwaj dzwonił
bo motorniczego, nie wiedzieć czemu
zaswędziała pięta
i konik z piekarni
furgonem w skos łamiąc
Jasia, świt wyminął

och ! jak słońce skórką chleba zapachniało

Felicjan kiedyś, coś
na Matki Zielnej
... Jak bułka paryska ...
Stefy łydka w bramie

a jeśli ją schwycisz z jej łydką zaśpiewasz
jakbyś zwierał w garści chorągiew kościelną

tak Stefą za kostkę potrząsać w anioły
aż twarz odwracają serafini z śmiechem

bo czyż nam śmiertelnym użądlonym w słabość
na mszy przed bitwą nie wolno jest marzyć ?

marzenia
mieczyki, Stefa wstawia w wazon
i Świt tam się przeciąga
jak kot wśród apaszy

a tu - Łaaa ! - Świt na masce
gapiostwo rozpłaszczył
przez szybę feldfebel tępo na świt patrzy

a tam na pace od lewej, blaszani
dwójka, trójka. Czwórka, strzelec z Norymbergi
na kocim bruku twardo się kiwają
twarz w twarz, Lohengriny, też po po prawej stronie

rasowe profile z tych brabanckich talii
co krwi tak gęstej, że ekierką zmierzysz
ale coś im niepewnie jeździć dziś przez Leszno
gorąco, za kołnierz, w naszywkami z pikami
mucha bez szacunku włazi eksponatom

zaraz, z kalafiora ? tłusta Owocówka
kiwają się szmoki

ale zwolnili
przepuścili tramwaj
Świt, lekko z westchnieniem, czepił się poręczy

i coraz cwańszy
śmieje się ze stopniu
kiedy motorniczy na rozjazdach iskrzy

kiedy szyna piszczy, a wagon koleba
Stefania ostrożnie wygląda przez okno
bluzeczkę wietrzy

a ręcznikiem piersi
swobodnie w oknie na dzień zaróżowia


Na podwórku, ochryple, zwykle o tej porze
pewien druciarz z osełką powinien zjawić
rad wydzierać w zaśpiewie : Noże !
Ostrzę noże !


bo u nas najlepiej
noże ostrzyć po mszy

ten iskrownik wędrowny
wśród okien radosnych
studni cembrowanej
jak po szyi gęsiej

Gdzie marzeniem sięgnąć
skąd zapachem zupy
prędzej błękit znaleźć

i tak z podwórca wystrzelił nam
Skierką

ostatnią,
pogodna Żytniej widokówkę

Wolo, moja Wolo
Tyś z smołowych gontów

Tyś z skwerów,
gdzie trawa zadeptać się nie da

Gdzie proboszcz znać musi
ten katechizm śpiewny

Z gwizdów na palcach
Z gołębi pękatych

Garstko Wolskiej ziemi

jak Cie w dłoni unieść
jak Cie w dziąsła wcierać

Mowo Piastowska
Matko Lip
Dzwonnico

jak nam Cie zasłonić

nam, tak innym
szpetnym

i nieskładnym, w słowach
uderzać w Requiem ?

I to w nas boli

To, się w nas kołacze
po tramwaju dzwoni
i szarpie Jasiem z dłońmi na poręczach

coś tu nie pasuje
za mało młodych uwieszonych w przejściach
ale do siem siedzący pan Józef z Klemensem

że : Coś się wyszydli ... szeptali dziadkowie
skrobiąc po zarostach. Sobie pod rozwagę
innym oko perskie

bo wie o tym w bramie niedomyty grandziarz
że istnieje legenda o żółtych cytrynach

Że zielone nie pachną, i pestki nie czują
kiedy słońce się topi w tramwajowych szybach
i tasuje nagrzane błyski na zakrętach

już nie trzeba spaceru, jeśli kołysanie
kiedy sierpień upalny do kości łamliwej

młodość przywraca złotem na zakrętach
taką nieobecność czyta piszczel stara
będąc na zakrętach

Starocią i Pestką

Zaś aromat skórki poznasz po stukaniu
w tych poobiednich porach dla talerzy
dziś się nie moczą i nie obciekają
w zamian na dystynkcje głodne furażerki

z bramy powojem rozciągną się w zieleń
w równych odstępach przepływa konwalia
biały kołnierzyk z odrobiną perfum

długo oszczędzana
kropla wiosny w sierpniu





ciekawe, czy jest ktoś z Woli ?







08:12 / 27.01.2011
link
komentarz (12)
*****







Sławomir Różyc - Stefania, ma oczy zielone.






III. Księżyc nocy sierpniowej




Księżyc nocy sierpniowej. Protokół rozbieżności.



Korekty wprowadził. Eugeniusz Korbowy. Oficer Bezpieczeństwa.
Autor wyrazów. Podchorąży. Powstaniec.
Dopowiadacz. Felicjan. Dozorca.










A dokąd panny ?
Panny są w potrzebie

a dziś po bramach ściszone rozmowy
pan Feluś w stygnącą z wolna Okopową
ukradkiem. Ostrożnie. Od bramy do bramy
na szelest płaszczy zachował baczenie


Podchorąży.

O tym dziś szeptanie na klatkach schodowych
palec przy ustach


Eugeniusz Korbowy.

Na dłoniach uściski ?


Podchorąży.

Z palcem na ustach - znaczy - gdzieś jest anioł
może w tych skrzypieniach podeszwą za rogiem


Eugeniusz Korbowy.

Słyszymy właśnie pana Tadeusza ?


Podchorąży.

Czy za doktorem nie drobią, dziś wronio
cienie poufne, od drzewa do drzewa ?
I co w nich tam skrzypi
jaka pozytywka ?
Jaki to komtur, posłał ich z łapanką
usta oblizując
O oczach błękitnych


Eugeniusz Korbowy.

Lubią melodyjnie, lubią na trzy czwarte
razem z panem Straussem
schowane za drzewo ?


Podchorąży.

To ciemne światło, dzięki którym pustka
zamknięta w człowieku za niewinnym drzewem.
W kształt. Bywa płaszczem


Eugeniusz Korbowy.

Ze skóry bydlęcej ? - to chyba z tym płaszczem
było niepotrzebne. My Towarzyszu, też służbowo
w płaszczach


Podchorąży.

Pogodne szepty. W uchylonej bramie
na Okopowej


Eugeniusz Korbowy.

Miło mi słyszeć, ale wy akowcy
w tych butach z cholewą
czasem też po nocy, drobicie poufnie
od drzewa do drzewa


Podchorąży.

Ja poemat piszę !

tam, wstążki rozwiane
to się przydarza pierwszym kapeluszom
skromnym
słomkowym, co rankiem przed lustrem
ronda prostują, o dziewczęce palce
drżące
z bezwstydem, a przecież z nadzieją
przechodząc jezdnie, jedyne, nam niosą
dziewczęce złotka
gołębi gruchanie, i zrywa wstążkę, przez plac
Napoleona ..

Eugeniusz Korbowy.

On poemat pisze. A my rzeczywistość !


Podchorąży.

Tutaj w Warszawie ?

niesie, gdzie Drapacz, niesie, przez ulicę
marzenia dziewczęce i wdowie wołanie
w jednych
się oko Drapacza zamyka
w drugich otwiera, na szepty
i dotyk


Eugeniusz Korbowy.

Wpierw w Wilnie i Lwowie. Tam władza rozdaje
biorą z obawą, ale
zamiecione


Podchorąży.

Rzeczywistość mówisz. Na Syberię, wojaż ?
Najpierw jak Judasz całujecie w usta, tak po nowemu
rosyjskim zwyczajem

... wiatr podrzuca wstążkę, a ona w kwitnieniu
dziewczęcym spojrzeniem , ufnie, sasankami
bywa chabrowa

a czasem błękitna, tym koralem lśniącym, w nurt
z górskim strumieniem, jakim ci to miasto
w szczerbach i żałobie
czereśnią powstaje, z wiosną, w oczach dziewcząt

poznasz po placach, poznasz po imieniu
jak dumne pamiątki, wolno, nosić w sobie
gdy śnieg na brzegu, gdzie sasanka biała
zaprasowana starannie w chusteczkach
co zwykle z płatkiem, różu szminki
pierwszej

i pierwiosnkach śmiechu, nieść będzie
przez dymy

nieść będzie przez szkarłat



Eugeniusz Korbowy.

Mówią tam, Polaczki, dzieci Europy
Czekają całusków. Grzecznie. W poczekalniach

Zaszczyceni bardzo. Docenieni wreszcie. Mędrcy i prorocy
o misiowych oczkach

Podchorąży.

( zaplata ramiona przed sobą i usiłuje skupić uwagę widowni
na swojej osobie. Obaj wydaja się nadmiernie uroczyści )


Jest cichy zgrzyt bramy
po wargach wyraźnie
z trzepotem wypuścić te ptaki ciemności


Eugeniusz Korbowy.

Jeszcze raz zbłądziły gestapowskie sotnie ...


Podchorąży.

Będzie nas ratował w szpitalu powstańczym


Eugeniusz Korbowy.

A tym
co w ciemnościach, słuch szeleści widmem ?


Podchorąży.

Którym się przyśni. Którzy nigdy nie śpią ?

Im zapach skóry czy skrzek po gałęziach
skrzypi w pamięci skórzaną uprzężą


Eugeniusz Korbowy.

Choć przed chwilą gawron, już z płuc
upuszczony ?


Podchorąży.

Śpi gawron głodny w polu nie obsianym
skoro ziarno pamięta, to będzie w śnie szukał


Eugeniusz Korbowy.

Ładnie ci się kleją romantyczne smarki ...
Bo tam za kominem Fryc z mauzera mierzy


Podchorąży.

Masz oczy na miejscu i koty na dachu
ktoś sprawdza uważnie którędy chadzają
łatwiej wypatrzeć potem Gołębiarzy


Eugeniusz Korbowy.

Ale wam Darmozjad świeci nieuważnie
bo gdzie stoi Norblin ? Jego akwaforty


Podchorąży.

znów mylisz pojęcia
a mylisz tak lekko, maczając w Parnasach

Po srebrnym niebie kreślimy dymami
palcami łatwo znaleźć Haberbuscha


Eugeniusz Korbowy.

Na lewo Stawki, i gdzieś tam Ciepłownia
daleko, na mapie, kiedyś będzie nasze
Feliks Dzierżyński, zaś plac Napoleona ...

Górczewska. Żytnia. Robotnicza klasa ...


Podchorąży.

Gdzie gorzkie kule w pierś, dostał. Parasol

Dozorca.

( wychodzący w mroku bramy. Przez chwilę przygląda się z niedowierzaniem
widmowym sylwetkom )

Co mnie podkusiło ? - obwiniasz się Feluś
pić z tym Księżycem ledwie na trzy palce
ma głowę ladaco nie z tej okupacji


Eugeniusz Korbowy.

niby warszawski, w spojrzeniu zaś taki
jakby na okrągło gadał z Mickiewiczem

Panie cierpliwie czekają wygódki
a On okrągły ma z gazety czapkę
a on je cuka i wąsa podkręca

Ledwie spróbował, i już Napoleon
między nimi obecny. Wywija szpicrutą
Panek, srebrną smugą, w co ciekawsze kształty


Dozorca.

Ktoś mu przypomniał po jakich ulicach
szwenda się właśnie. I zarobił w jape


Podchorąży.

Przestańcie ! Proszę ...
Odleciał nad Getto


Eugeniusz Korbowy.

ja wam Feluś, wskażę :
Niech on tam nie lata ...

On dzisiaj miglanc. On okrągły nadal


Podchorąży.

Nie cięty. W sierpy, schowany w granacie


Eugeniusz Korbowy.

Ładnie z tym wierszem. Dostojnie. Z pawiami
Jeszcze tylko cymbałów w zaścianku brakuje

A wiesz ty z herbową spinką przy mankiecie
Że Wam się sierpem planeta nawraca ?

zatem Mocium Panie, mów chamowi wierszem
po kij nie sięgniesz, bo publika patrzy

Paluszki świerzbią ? Siekaj heksametrem !
Dopóki naród swój język, czytaty !



Podchorąży.

Nie możesz się zawrzeć ? Słoninki ukroić
Ogórka zwędkować, i przepić spirytem


Eugeniusz Korbowy.

Nas spiryt nie boli, was giermańskie tanki

Zajawkę poniał ? zdumiony Powstańcze
język się zmienia. A my, Awangarda !

My, mocno stoimy z tamtej strony Wisły
ciemnozielona ta matczyna rzeka

a naszego gęstą jako chleb razowy
z waszego błyszcząca syrenią szabelką

w jej jasne piersi zapatrzeni obaj
wciąż nie ma szczęścia, jak figury stoją

ale będzie komenda, to pójdą przeprawy


Podchorąży.
( bez przekonania )

Który sierpień łamiemy się tym samym słowem ?
Przeprawy. Przedmurze. Lotnicza osłona
nad matczyną rzekę zdążyć przed świtaniem

Eugeniusz Korbowy.
( z naciskiem )

Tym razem zapisz, w tych swoich kląskaniach
przeprawy żołnierskie, z orzełkiem
na czapce

ważne. Pamiętaj. Żeby ci nie wyszło
kilku Kelnerów, nocą
Śpiewających


Podchorąży.
( rozdrażniony )

zapiszę, Ubowiec
kopiowym ołówkiem
nożykiem obciętym z pocztowego sznurka


Eugeniusz Korbowy.
( cierpliwie )

wielka mi sztuczka pisać sasankami
arkusik nosić w otwartej kieszeni
my teraz skutecznie leczymy suchoty

młodzież nasza ciekawa, pójdzie zarządzenie
Kieszenie naszyć. Pisać poematy
że u nas Światło nie gaśnie w urzędach

Z sznurkiem, bez sznurka
u mnie mowa prosta

pewnie się wzdrygniesz, bo to u sąsiada, podpatrzona mowa
a my będziemy, jak oni czynili

znów pierwsi do chłopa, trafimy z ukazem


Podchorąży.
( zwężając oczy )

a to już ciekawe ...


Eugeniusz Korbowy.

Car, jaki by nie był

Czy Stalin na górze
na ręce patrzy
A na co ty, patrzysz ?

Ty ... na akselbanty


Podchorąży.


My, wy, figury. Tak, lubisz pouczać

Stawać w oczach z większym
kłaść się Jego cieniem

On Ci powiedział : Ruszacie planetą ?

Sierpień. Śnieg nie pada
I Gwiazdki nie widać

Puszkina lubię. Czasem Lermontowa
co oni w Wigilię mieli pod obrusem

Tak, jestem zdumiony ...
Gadająca Słomo


Eugeniusz Korbowy.
( ledwie kryjąc wzburzenie )


A ja ci powiem, co zrobię z księżycem
Ty do mnie z wycieczką, a nie znasz wycieczek

nad Gettem twój Księżyc, ten warszawski, fijoł
u mnie, zacznie otwierać, nocą parasolki

Pamiętną ruszy
z śmiechem karuzelę


Podchorąży.

Ty, kto ? Korbowy


Eugeniusz Korbowy.

Może partyzanty ? Może Walenrody ? Zapytaj księżyca


Podchorąży.

Taa partyzanty, ... z Lasu na Kabatach


Eugeniusz Korbowy.

Różnie nazywają, i nieustalone. Zabrakło odwagi
wszystkich partyzantów na głos, ponazywać

twoje jenerały w cylindrach, czy w czakach ?
chyba w ciekawości swej ludzkiej natury
pan koglem moglem karmiony poeta
raczył zapomnieć o swym poemacie ?

Czy zechcesz lirę swą cofnąć znad Gęsiej
nie kluczyć więcej już po naszym Getcie ?


Podchorąży.
( wyraźnie zadowolony zaciera ręce )


spokojnie, spójrz, i on spokojny dzisiaj
On obły jak balony z nad Pól Mokotowskich

A przecież z tych gruzów
gdzie wszystko śpi z krzykiem


Eugeniusz Korbowy.
( odstawia opróżniona szklankę. Krzywiąc się )

A gdyby z tych ruin wzrosło śnieguliczką ?


Podchorąży.
( przeciągając z zadowoleniem palcem po niebie )

W jej czystej kredzie bólem zatrzaśnięto
i jako perłę dowiedziono bólem


Eugeniusz Korbowy.

Perła was zostawi błądzących w ciemnościach ...


Podchorąży.
( deklamuje, bardziej już myśląc o poemacie )


Mądrość nam gorzką rozdzieli palcami
ten smutek co do nich, najpierw
z kulki białej

na bezchmurnej tablicy nam rozpisze kredą

Żółty niech Księżyc. Poznaczony sadzą
w tej z chmur koszulce nad kirkutem stanie


Eugeniusz Korbowy.
( naśladując podniosły ton Krzysztofa )

Zza chmur wam wyjdzie. Bystry
obrzezany


Podchorąży.
( powoli nie panując nad głosem )

Jak dawniej bywało, niech powstańcze wici
pod bramy obozu na Gęsiej, ciśnie
zapalone


Eugeniusz Korbowy.

szepcząc aj waje koronką o druty


Podchorąży.
( teraz już prawie biegnąc w stronę Korbowego )

Ach, ty głupi cepie ! Ciebie do Syjamu !
Tyle cierpienia. Słyszałeś o Auschwitz ?
Mieliśmy Żegotę

Dawidków odbijemy z batalionem Zośka !
A księżyc, jest srebrnym obolem powstańca

to dla nas księżyc


Eugeniusz Korbowy.

to dla was Mickiewicz ?

Podchorąży.

To jedynie księżyc !


Eugeniusz Korbowy.
( cofa się i wyciąga otwarte ręce pojednawczo )

Księżyca Ci szkoda ? Już więcej warta, ta, papierośnica
Ja w swojej służbie, już kilka, Księżyców widziałem

Sorki ! Przesadziłem. Katyń Nowotko Ribbentrop Mołotow
wszystkiemu zaprzeczę z wszystkiego się wyłgam
to pomówienia, małe przeoczenie

ale słowo, prywatnie, na Świętą Publikę !

to niestety prawda, i było tak niegdyś
Jeśli ty nie myślałeś, to już oni dbali
i Wawel wrogom we śnie, w oczach stawał

goryczą mu jedność

Handel. Pług. Poezja
u bram Wschodu stała

Co czczo wyrzuciłeś
oni przysposobią
i jako ikonę szczerozłotą w karczmie

może Ci i trudno
lecz bez ich sonetów


Podchorąży.

Z takim księżycem to krzyk się podniesie ?


Eugeniusz Korbowy.

Przecież muszą krzyczeć. To niewielki naród.
Ty byś nie krzyczał ? Za taka niezręczność
Po rękach Polaku, nie, po akselbantach

I rozpoznasz na wschodzie po owocach
Drzewa


Podchorąży.
( grozi zaciśnięta pięścią )

Jeśli to kłamstwo !


Eugeniusz Korbowy.
( wskazuje dłonią półkoliście widownię )

Jeśli to Publika !


Podchorąży.
( z satysfakcja )

naprawdę chcecie w kraju rządzić plotką ?


Eugeniusz Korbowy.

Twoje stanowisko ? Spiszemy protokół
nie patrz tak na mnie miniaturko Fausta


Podchorąży.




ludzie chcą wytchnienia i czekają plotek
plotka jest prosta, nie ciąży sumieniu
nie trzeba się uczyć, by zrozumieć plotkę
z plotką być równym pomiędzy większymi

plotkę z czyjąś plotką zmienić w pomówienie
jeśli chcesz zabrać, co należne tobie
być plotką lubianym, zawsze czyimś kosztem
wesołym, krzywdą, tak szczerze, po polsku

nie mów o mnie, wredny, i się nie oburzaj
sam będąc już plotką, powtórzyłem plotkę
kto wśród nas żyje, i chodził do szkoły
odbierał świadectwo z Historii, Tych plotek


Eugeniusz Korbowy.
( pauzując wypowiedź westchnieniem )

póki pamiętam
nie powtarzaj plotek
na froncie my przecież

A front jest przez piękną, twoją Europę

front,
co nas zjada, i ten co, rozdaje
wawrzyny prawdziwe

niestety zabija, musimy uważać
zbyteczna troska, panie Podchorąży

o tworzenie historii, nie panu się troszczyć

ja dotrzymam słowa, ja teraz frontowiec
i jak na razie, to dupy nam w głowie


Podchorąży.
( wyczerpany. Obaj patrzący na siebie z obawą )

... I byłby Żabczyńskim, tych nocy sierpniowych ...


Eugeniusz Korbowy.
( też jakoś niepewnie )

Sunącym shimmy w atrament świtania ...
Aktorem mówisz ? Dobre, dobre, dobre !



Podchorąży.

Ale się sam w sobie jak kosa obrócił


Eugeniusz Korbowy.
( znajdują współbrzmienie )

To na ciemnym niebie powszechne zjawisko


Podchorąży.

Będzie biegł, drogę srebrzył, nikt tak nie zna Getta
w tych dniach ostatnich, kiedy Wiek na scenie
twarz Ci szminkuje, małpio
potem Barbie

I po garderobach, gdzieś, sensu pozbawił
pohańbione słowa

co Śpiewne. Solidne. I Nasze
Co z oczu patrzy


Eugeniusz Korbowy.
( uśmiechając się zagadkowo )

Panta Rei, Dziadku
My mamy dla ciebie Manifest Lipcowy !


Podchorąży.

Daliśmy się podejść, co nam na ołtarze
i w jakiej pamięci, tak
łata na łacie

Daliśmy się potknąć i zdarzać wyrazom ...


( rozchodzą się bez pożegnania. Zamaszyście. Po chwili pojawia się dozorca
z klamkami na sznurku. Trąca czubkiem buta jakiś przedmiot między cegłami.
Blaszana papierośnice. Ogląda. Otwiera. Czyta głośno )


Dozorca.

Eugeniusz. Znaczy, Karbowy, od matki

( częstuje się papierosem, i patrząc w stronę widowni , jakby czytał
w powietrzu )


I kiedy za Wisłą, to Słońce, Słońc wstaje
a potem na biurko spłyną szyfrogramem ...


O dziwnych Księżyca ruchach na zachodzie.
W bliskich kontaktach jest z niejakim : Rilke
I ma pseudonim Ten gwiżdżący Dodek

czynnie przeszkadzał bojowcom na Gęsiej
Warcholskim krzykiem ( i filosemickie )
Oraz szczypał baby

Do wykorzystania. Przeszkadzał na Gęsiej
A w konsekwencji, nie zdążył na Pawiak

( odchodzi )

Kroczyliśmy dumnie miast stąpać pokornie
Czy będziemy Jedno ?
Kiedyś ?
W oku szczygła






bierzemy się za poważne wierszowanie. Ave !



*
08:19 / 21.01.2011
link
komentarz (15)
*****





Sławomir Różyc - Stefania, ma oczy zielone




II. Książę z Kadyksu





świt, co się powinien podkradać ze sprytem
zanim dnia dotrwał już się zapożyczał

w nitki schwycony jeszcze przed wieczorem
z lizakiem pod pachą, gdzieś pod semaforem
sapał leniwie z krawieckim żelazkiem

a owo, w działaniach raczej jest podzielne
spirali nie ma, to na kuchni stoi

na bluzę łakomie. Ogląda kołnierzyk
w dziewczęcej dłoni jak parowóz cielsko

spłaszcza powoli i w zaszewkach sapie
płachtą wilgotną w drodze do nastawni
guziki mija na kolejnych stacjach

zielonym czyni. Schludnym. Militarnym

ten łub z żelaza palcom niecierpliwym
i w ustach łatwiej niepokój przełykać
mrocznej za oknem, tak z nagła ulicy
przez lata bliskiej, a dziś Niewiadomej

dom nasz spokojny

z tą na kuchni duszą
złoconym kręgiem spod żarówki gołej
czasem nas w życiu najuboższe kąty

ostatnim
cieniem chronią w uroczyskach

dom nasz ogromny

był domem na nóżce
gdy się kamyki składało pod stołem
przed Babą Jagą w zaklęciach magicznych
z plaskaniem biegło do wspólnego łóżka

dom nasz maleńki

taboret ogromny
żeby się wody z kranu cichcem napić
on też zmaleje, bo trzeba się wdrapać
aby pierwsze buty otrzymać po siostrze

gdzie, młynek do pieprzu
gdzie czajnik pękaty
pryka

a parą sięga do firanek
jakby dni liczył plastrem na kolanach
ciasta wabiące przez lufcik na haczyk

dom nasz wygodny
a czasem tak, tęskny

kiedy dochodzisz tych praw niepojętych
skrywając wstydliwie, już
niewieście ziarno

jakie cie z pościeli wyniesie, kobieco
zdumieniem palców w szkarłacie
poranka

a życie sobie, i latorośl sobie
kiedy ta najmłodsza, drobinkę dziecinna
po taboretach na pawlacz się wije

obrazki ze snu, jeśli coś pamięta, to
kolory wylał z balii na podłogę
Krzycząc

na Wielkanoc
nie ma prania, ćmoki !

I w sieni, na gwoździu, znalazła pod balią
ten pasek karcący, ale chłopa
nie ma

jeśli dokładnie przyjrzeć się choince
kiedy zapalisz już właściwe świeczki
jakiego ci życie ulepi anioła ?

zna Szermierz marzenia

w złotej kryzie chodzi
i ma karnecik każdej młodej panny
przed mszą dodaje mazury i polki
ze słońcem staje, smukły z kozią brodą

może on, i Hiszpan, z górnego witraża
tak zgrabnie sięga tym szpady promieniem
przez wianek na głowie, ostrzem, iskrzy welon
że słońcem się staje, i kością słoniową

patrzą w kościele Świętego Wojciecha
a ty się martwisz, czy czego nie przeciął
gdy nareszcie szpadą twój welon prostował
ten Grand z Kadyksu, co w obrączkach igra

i kiedy cie muśnie twój mąż krochmalony
po jednym – ciepłą - by ręka nie drżała
to takie ciarki po plecach odchodzą
po ostrzu Granda. Gdzie ?

aż wstyd się przyznać

zanim się przebudzisz, poukładasz sobie
ten co z całej bajki całkiem nie na miejscu
ksiądz jak stójkowy ci dłonie przepasze
z całego marzenia ledwie Ci zostanie

by przed łóżkiem w zgodzie
stały wasze kapcie ?

z tych kwiatów wręczonych, matkę zapamiętasz
wreszcie się spowiada we łzach
z tajemnicy

w trzydziestym ósmym, na samym początku
poczuła ojca na szczycie rusztowań
kiedy leciał

leciał
mówiły sąsiadki
na drugim pietrze, od tego z gazowni

co mają pianino, coś kolnęło matkę
Antek bejc przez deski
a tam struna pękła

I o tym się szepcze dziś w domu na nóżce ?
za ścianą głośniej. A tu same baby

nitką przez ucho wlecze konspirację
matka. I babka. Potem siostry wokół
już nie wiadomo : Kto sanitariuszką ?

tutaj obrębić babci prześcieradło
powłoczkę doszyć z tej w drogę ostatnią
nie zawsze słowo odpowiada chwili

można powiedzieć, materiał
dwubarwny

a każda stara się schwycić
palcami





pozdro, i zaczynamy opowieść. Skoro przebrnęliśmy przez podniosłą, pierwszą bramę eposu,
życzyć należy wam i sobie, aby opowieść była ciekawa. Bogata. Dowcipna, a nawet lekka, pomimo
powstańczych realiów tamtych dramatycznych wydarzeń.

starałem się aby była czytelna, mimo ważkości przesłań, jakie się pojawiają. Sin


teraz najważniejszy jest czas




*


08:11 / 15.01.2011
link
komentarz (8)
*****





Sławomir Różyc - Stefania, ma oczy zielone




I. Elementarz polski




dzień już dogasa i cieniem na dłoniach
wieczór przemierzy zapomniane zmarszczki

zamarudzi trochę ?
bądź przez drobiazg błahy

gdzieś tam rozdmucha uśmiechu ogarek

dzień się dopala i trudno nie słyszeć
jak noc przed szafą płaszcze granatowe

mierzy błyszczące
gdy jej na śnieg z deszczem

o włosiu miękkim
gdy chroboczą żaby

o tym
że jej w głowie krzyże i ordery
a jakie ? pojmiesz odłamując sopel

w ustach bezwonny
i lutowym mrozem

bo takiej nocy zaznasz smak spiżowy

nim dzień odejdzie skrada się zmierzchanie
i popatrz ...

Słońce !
w krągłej geometrii

z kłębka się rozwija nam szkarłatnym szalem
po koronach klonów skapnie, gdzieś
w odmęty ?

na próżno odwlekać

Usiądź na kolana

świeczkę zapalimy w naszej kuchni małej
w jej smudze drgającej powierzę ci Słowa
jakich mnie uczyli o tej Ciemnej Nocy

To Miasto zawsze potrzebuje światła
precyzji skrzydeł w dźwięku
czasem w słowach

ważne byś umiał w drgnieniach słuchać cieni
gdy z drobnych ćwierkań swe dzienne okruszki
znosiły lekkim szmerem po gałęziach
swawoląc wreszcie ?

czy drepcząc lękliwie

wczoraj robotnicy
tutaj kładli asfalt

kiedy ucichły piskliwe kombajny
w otwartym oknie - Chopin - tak przypadkiem
muskał się ze smukłym palcem Zimermana

zwodził

kołował

i przysiadł z drozdami
przez smolny opar zapachniało lipą

widziałem
w skupieniu sztychówki wbijali
mazurek prostował ich z wolna do słońca

o tym ci mama zginając paluszki
mówi przed zaśnięciem i słuchacie z misiem
że pierwszy z imieniem
jest ci najważniejszy ...

... o Niej się nie mówi. A nosi na piersi

choć lustra zasłaniasz jak w szlacheckich dworach
aby nie patrzyły oczy w dzień pogrzebu
bo z taką miłością może cie zawołać ...

nic, tylko oczy szeroko otwieraj
i razem z rosą po majowym sadzie
pędź

abyś wzleciał stopą, piersią bosą
w słońcu upijać nektar przed pszczołami

to ci zostawiam. Pełnią sów hukanie
zapach rumianku
a krzyk czapli czasem

o tym
że wracasz patrząc na żurawie
gdzie matka w progu czeka włosem siwym

dłonią skroń ogarnie
i pająka z oczu, tobie
klęczącemu

dziecko
paproch wyjmie

choćbyś wracał z niczym

bo jej spojrzenie to są słoneczniki
kapiące ciepłem
na tej trudnej ziemi

do Polski trudnej, spod palca drugiego
wzlatuje skrzydłem w pracy
czy w pacierzu

aby był jasny. I nad chmury wzleciał
Gdzie myśl przejrzysta. A próżność daleka

sól rozsypaną zawsze z blatu zbieraj
nie czekaj kłótni. Nie ma zabobonu
jeśli ktoś za ciebie ręką spracowaną

na nowo poprawia, co ponoć zrobione

to, co dla dzieci śmiesznym obowiązkiem
dla soli z wodą jest zgubą forniru

słuchając innych, to zawdzięczasz sobie
że Polsce służysz. A nie Ona tobie

pod trzecim – Wisła - tej ziemi o barwie
co słowa układa
po zakolach pluskiem

i kiedy krzyczą, w złocie, czy w żelazie
będzie nasza siła. Szklane pawilony

stań na Żuławach, posłuchaj szuwarów
bo choć czytamy te same litery

lipą słowa tchnące
a dzwoniące świerszczem

zamrozem na szybach szeleszczą mazurki

posłyszysz, że z nurtem, rosą czy wieczorem
po łąkach syka, do nas, Dzwon Zygmunta

by marzeniom ojców i modlitwom matek
wiary dochować. To jest mową żywą

jak psota dziecięcia
jak gniazdo bocianie
co z wątłych uśmiechów

wiosnę nam wyplata

jeśli ci powiedzą ludzie z sytą twarzą
nie było potrzeby ginąć Nocą Ciemną
wspomnij śpiew drozdów
nie zaciskaj piąstek

nie zna słowa - Wolność ! - gwara niewolnika
by mniej bolało. Tak plecy układa

Jeśli ty upadniesz. Nie potakuj batu
Czy bat wycinał w kamieniu litery ?
odgarnij liście w dzień listopadowy
gdzie ziemia boli. Gdzie ojcowie leżą

Gdzie nasz Akropol w hejnałach urwanych
woła nas, co dzień
aby wyjść ze skorupy

Nie masz twardej skóry ?
To sięgaj po wiedzę

Chcesz wierzyć w Marzannę ?
Pisz. Komponuj. Maluj

jeśli nie złamiesz nahaja najeźdźcy
Ci z twoim imieniem czuwają za tęczą
czy z wstydem składają już w puste sylaby ?

Warszawa zawsze czeka twego światła
Komu ku drozdom wzrok z nadzieją unieść ?
byś z świecą w porę

stanął na rogatkach






i jest poemat mieszczący się w tematyce Powstania Warszawskiego. Tutaj będzie publikowany najpierw,
bo tutaj będzie bezpieczny. Składa się z dziesięciu części. Wielkie poetyckie wyzwanie. Pozdrawiam
wszystkich. Wierzę że jesteście ze mną.

tylko ostrożnie ..



*



09:25 / 31.12.2010
link
komentarz (21)

Słowem, jedno moje wielkie marudzenie noworoczne.


więcej czasu dla siebie w zdrowiu i olewce życzę Wszystkim !!! zasypuje nam właśnie przeszły rok. Dziwny,
w którym tak trudno mi określić siebie. Nie przypuszczałem, że tak bardzo można stracić Mieć, i tak bardzo
zaistnieć w tym swoim Być, bardziej z pewnością tego, co musi nastąpić, niż z nadziejami


przetrwałem i zacząłem zdobywać swoje, nic nowego jeśli rzeczywiście czyta się wasze logi, bo skoro u Was
podobnie, wypijmy dziś za to !!!




02:52 / 27.12.2010
link
komentarz (2)

**


List do królowej.



piszę do Ciebie świecą wigilijną
pisze do Ciebie, bo nie umiem płakać


i o tym Ci mówię, że przez chwilę sennie
kroczyły mi biodra piękniejsze od twoich


i uśmiech z tych rzadszych furkotał gdzieś przy mnie
dłońmi szyby dotknął, czy mrugniesz powieką
w jakim nam kobieta zostaje w obrazkach


uśmiech twój zza szyby przez zamrozu wrota
śpiewam, przystań widząc i trącam dla ciebie
co by nie drzemało po sercu paznokciem


wiem, samym uśmiechem nie zdołasz nas wstrzymać
choć po twoich ustach ja w mowie za światłem
echem tamtej lipy rozrywam ci piersi


jak mi to wystrugać, jak Cię dzisiaj składać
jak Tobie kraśniejąc w szczególik, niewiasto
drgnieniem wargi szczodrzej, o uśmieszek ledwie


gdy pod reją rojem złamane w swych pląsach
w bielach przez talerze odbicia kanciaste


po ich twarzach zacząć wiersz, świeczki jarzydłem
co napisać najpierwej ? Od jakiej jaskółki


na Twych pustych żaglach





pardon to nie pierwsza wklejka. Ale poemat o Powstaniu Warszawskim będzie Uno :)



11:56 / 22.12.2010
link
komentarz (19)


Wigilien post karten Kameraden


święta. Doigraliśmy się. Znowu na usadzą za stołem i wypchają kapucha. Grzecznie wysłuchamy z jej kredytami
w Alior Banku. Zrobimy niewyraźne minki nie bardzo wiedząc w którym okopie siedzi większość : J. Kaczyńskiego
czy Tuska ? Dościgną nas upojne Axe w zestawach trójkowych. Doigraliśmy się, bo tacy jesteśmy tutaj, prawdziwi,
uczuciowi i słodcy, moje Panie Nimfy dalekomorski i panowie Dziki. Jeśli ktoś na tym, dobrze wychodzi, to jedynie
Ci zawierający w ubiegłym roku stałe związki, bo tez żelazko z regulatorem zawsze się przyda.
A przy okazji, Szczęścia !!! raz jeszcze


święta. A raz jeszcze cudem ocalony, życzę wam ... Pozostańcie tacy jacy jesteście, a wtedy nas stąd nie zdmuchnie.
Życzę Wam jak i sobie, bądźmy nadal Autentyczni ...



nigdy też nie składałem tutaj deklaracji związanej z Bożym Narodzeniem. Skąd mi taka myśl do kiepeły przyszła ?
Otóż tłumaczyła mi pewna pani na jednym portalu do czego służy Dzieciątko Jezus. jaki jest Plan, i co tego
tłuścioszka w żłobie, w przyszłości czeka. Przyznam się zmroziło mnie trochę, bo tak sobie zakładałem, od
przyszłego roku być trochę lepszym śmiertelnikiem ...

odpowiedziałem, i choć moja odpowiedź została bez komentarza, przytoczę ja wam jako moja deklaracje sumienia,
wierzę bowiem, że mnie zrozumiecie, jako ta rodzina portalowa i niepoprawna, co cenię w was jako zaletę


„ ... droga Śnieguliczko, nie wpadajmy w ton rozprawy biblijno publicystycznej rodem z naszych kochanych telewizji
komercyjnych, pamiętam był czas, że zachwycali się naszym Papieżem na rowerze, widocznie w dzieciństwie
nie mieli roweru ...

Bóg nie jest ...przedsięwzięciem w rodzaju władzy demokratycznej, bo w przeciwieństwie do nich odpowiada za wszystko ...

potrafi powiedzieć pięć słów i wszystko znika albo się pojawia. Jest małomowny i surowy. Z pośród przedsięwzięć Boga,
zawsze odpowiadał mi Jezus. Jezus nas kocha za friko, patrzy na nas przez palce i ile razy się pogubimy, zawsze
przebacza i grzecznie pyta : Wchodzisz w To ?

dlatego się pilnuje ostatnio. Ale cieszę się Upojna, że siedzimy w Tym razem. Wierz w Jezusa siostro, bo Jezus jest
nie do przejścia. Alleluja ! „

.. i tak naprawdę ten pogląd zapewni mi resztę dobrego samopoczucia pośród świątecznej sztampy i biadolenia
komu jest gorzej. Z życzeń praktycznych dodam .. Zdrowia, Wam i sobie życzę, bo kiedy człowiek czasem dźwiga głowę
po melanżu, to graniczy to czasem ... ze zmartwychwstaniem




16:22 / 11.12.2010
link
komentarz (20)
iskierkowanie.

Zacznijmy od zimy. Od związanych z nią uciążliwości. Kubuś obecnie pracuje w miejscu, gdzie jest kilka małych firm.
Świadczą one usługi osobom. Którym w naszych czasach przypadła nieco bardziej suto posmarowana pajda. Może nie
najciekawsze określenie naszych właścicieli III RP, ale lekkości ani zadowolenia po nich nie widać. Elegancje
posiadaczy podkreślona jest zaś w tele różnicą pomiędzy stylem ubierania się i noszenia ciuchów przez nich,
a pannę Jolę Rutowicz

i ma tam nową koleżankę, Iskierkę. Ale trudno się dziwić Kubusiowi, żeby zima nie pragnął mieć przy sobie tej
Iskierkowej wiosny najwięcej. A skoro jest pachnąca, niech też będzie najbliższa

ale zima ostatnio krępuje Iskierkę. Mówiła Kubusiowi w ostatni czwartek, będąc na wewnętrznym podwórcu, oboje na fajku


wiesz Kubusiu, dobija mnie to przebierania, nie wiem jak się odwracać


ostatnio schudłaś trzy kilosy, chociaż nie wiem do czego cię ta
rzekoma strategia zwalczania rewolwerów na biodrach może doprowadzić


weź ... - kiedy Iskierka mówi weź, mówi to w własnym kosmosie, an pokładzie własnego statku kosmicznego. Jest tam
panią kapitan smukła, o czarnych tlenionych włosach, z połyskiem. Mruży starannie dopracowane rzęsy i przypomina
Egipcjankę. Kleopatrę może, jeśli ta kiedykolwiek zwodziła zapachem norweskich balsamów
zatem na promie
kosmicznym kapitan Iskry, system podtrzymywania życia przestawiony jest na Dobry Nastrój. I jeśli Kubuś otwiera nagle
śluzę na niekończąca się galaktykę Rewolwery na biodrach, to niech uważa. Bo zimny kosmos niepamięci, może Kubusia
od Niuni, bezpowrotnie


.. widzisz Kubusiu jest tak przeraźliwie zimno i mama mnie dopilnowała. Muszę nosić teraz takie grubsze galotki za krocze.
Chyba się śmieją ze mnie, pokątnie


ale jakieś koronkowe, pewnie, Niut


oj przestań. Grube są, może nie gryzą, i co mam o nich ci powiedzieć. Nie potrafisz sobie wyobrazić majtek powszechnych ?


przekrzywia głowę, leniwie nawija włosy na palec. Włosy które prostowała wstając wcześniej


Jednak nie wyobrażasz sobie – mówi wyraźnie zawiedziona


Potrafię, tylko jesteś inna kiedy zakręcasz kosmyki w palcach. I pewnie wtedy wszystko cie drażni, a już na pewno
postrzeganie powszednich majtkach


Skąd wiesz ?


Chodzisz zapięta. Zamknięta na cztery spusty


Kubusiu jestem zapięta. bo wołaliśmy się na fajka, i jest okropnie zimno


Pod Futerkiem masz dekolt, wiesz ? I on zazwyczaj jest wyeksponowany


I mogę trzymać dłoń w twojej dłoni w te dni


Możemy porozmawiać o prezentach z pominięciem działów tekstylnych


i rzeczywiście chwyta Kubusia ciepło, delikatnie palcami za palce. Uśmiecha się figlarnie. I nie ze swoją
płynnością burzy palcami grzywkę. Dopiero przy gaszeniu niedopałków w jednorazowym kubeczku, kiedy zbliżają się
przez chwile skupieni do siebie. Szepcze : Kubusiu, ale ty naiwny jesteś



11:57 / 05.12.2010
link
komentarz (4)

**


Sławomir Różyc. Pieśń szumiących traw



nie pozwólmy śpiewać dziś lipcowym ptakom


w ten wieczór sumiasty
zanim wiatr posieje siwe ćmy po zmroku


a woda przebudzi
kołyszące się żaby Luciano na barowych stołkach


podaj mi dłoń bez troski o dzwonek przy kasie
troski o fryzjerkę jej salon wędrowny


mądry jest makaron i sam trafi do ust
po drodze ją czeka jeszcze jedna trwała


pójdź przepastna biodrem z wahaniem przez ciemność


z wahaniem przez ciemność kiedy puchacz biały
mknie przez piersi miękkie do twardych stalówek


kiedy stół przykrywasz nimi po obrusie
piszesz - dotknij fali


kołyszą się maszty
skąd przemytnik w odpływ sieć wyławia z redy


taką cie odkryje w pościeli porankiem
nim wietrzyk zdumiony w uchylonym oknie


pochwycony nagle przez wilgotne uda
dośni ciepłym skrzydłem agonalny trzepot


podaj dłoń
podaruj nas złaknionym trawom





19:27 / 02.12.2010
link
komentarz (8)


mówimy tym samym językiem. Na co dzień z radia nam pyszczą wspólnymi wartościami. W Tele
to nawet mamy autorytety moralne. A przecież nie tylko ja noszę maskę na co dzień. A dzisiaj
patrzę w lustrze, odstaje

a może się je nosi na mocy wzajemnego uzależnienia, my nosimy swoje, a korporacje swoje maski.
Nie przypadkowo pisze o korporacji. Od jakiś dwudziestu lat pracują nad nami, wykształcają poczucie
winy na poziomie dziewiętnastowiecznych panienek ze stancji, ktoś nas pozbawia honoru i pracy,
a my czujemy się porzuceni


a przecież to są pasożyty, chwilowo władający poziomem naszego życia i krzywiący pokrętnie nasza
przyzwoitość. U źródła jest niby jakiś założyciel jakaś Gęba na ścianę w ozdobnych ramkach. Potem
połyka ich rekin albo inny trochę większy Leviatan. Nic od tej chwili do nich nie należy. Za nic nie ponoszą
odpowiedzialności. Marnotrawią tylko nasze nadzieje i lojalność


w tym kierunku zmierzam. Tak wygląda ich maska. Zachodni kapitalizm w którym bezczelnym bankierom
trzeba dawać darowizny z naszych oszczędności i podatków. Ostoja przyzwoitość. Opoka uczciwości
dryfująca wzorcami do swojego zdechłego już krewniaka, jakim był Komunizm


i dzisiaj zdjąłem z twarzy maskę Pana Józefa K. Dobrze mi służył ten bohater Procesu i Zamku. I powiem,
to była kreacja z wszech miar artystyczna, zbyt subtelna dla rewizorów którzy ja wzięli pod ocenę.
Na razie nie wkładam żadnej. Ostra i szczera znaczona dwiema lekkimi bruzdami twarz. Zauważyłem,
że w chwilach roztargnienia wszyscy mamy właśnie takie


mężczyznom dodaje to charakteru. Kobietom zmysłowości. A już na pewno kiedy mówią
z lekką chrypką po melanżu




12:49 / 26.11.2010
link
komentarz (20)


akrobatyka kuchenna


wiersze jest zawsze wyrazem jakiegoś utajonego marzenia. Ale potrafią też leżakować latami
w ciemnościach i dojrzewać jak wyborne wino. Łatwiej utrzymać jest jednak to wytrawne,
trudniej zaś utrzymać musujące wina deserowe. Istnieje widać nieznana nam bliżej
reguła duszy, czyniąca nasze powszednie smutki nasze smutki i melancholie bardziej
aktualnymi, podczas gdy wczorajsze nasze zwycięstwa i radości blakną


chłodno dzisiaj choć pogodnie. Czy to nie wystarczający powód uwolnić jedną
z barwnych impresji minionego lata ? Dać jej poswawolić nim następnym majem
napłynie następna ...







Sławomir Różyc - szkic do kuchennego walca Szczęśliwe zakończenie lata


zatańczę w ogrodzie może tej jesieni
na palcach w przestrzeni z apaszką rozwianą
śmiech na niej poplącze światło i desenie

a nie zapomnij we włosach mieć różę

zroś kropelkami herbaciane płatki
to będzie łatwe w naszej jasnej kuchni

a ja dla ciebie z garnkami zatańczę
z łyżką wazową
gdy na głowie durszlak

za mną korowodem giętkie parmezany

za mną pani Mięta
co pod rękę z Szałwią
wonne oko robi do świeżego Kopru

potem serpentyną dżemy z rabarbaru
w pękatych słojach ogórki kiszone

i schab ze śliwką w ostatniej koszuli
tej przezroczystej w akcent majeranku

gdyby miał stopy

uwierz podryguje
ty mu tej jesieni ofiaruj Morelę

zaślubiny przyprawisz z lekka Babim latem
wyplotę im sprytne obrączki z szczypiorku
brzęczy o tym robot nie do końca sprawny

i huczy zmywarka z zmienioną uszczelką

o tym
że jesienią śmiejesz się jak dziecko
w ostatnie słońce pobiegniemy boso

nad rzeką różę przewiążę apaszką
może ktoś wyłowi

i komuś pomoże





wiem, nie można znikać i pojawiać się bezkarnie. Szczególnie w sieci, gdzie zaufanie buduje się tak mozolnie
i z takimi nadziejami. Miałem marzenie i stało się realne. Rzeczywistość z układów i ustępstw, życia bezmyślnego
i pogodnego, po prostu wycielą mnie, poetę. Bardzo bolesny to proces. Straciłem nieomal wszystko. Bliskich, przyjaciół,
rodzinę, prace i stabilizacje, wreszcie ukochana kobietę


zostały mi słowa i to miejsce na waszym kontynencie. Tutaj znalazłem przyjaciół. Stworzyłem miasto nocy
dzięki ich przyjaźni i bezinteresowności. Powstała druga strona Sara oratorioum. Dziś udanie wracam z Facebooka
bowiem jestem poeta bez biografii. Jestem artysta który ufa, ze tworzenie to akt mistyczny. A takiemu kłodą
u nogi jedynie pozycje. Plecy. Czy życzliwość urzędników kultury. Jedynym powodem poza naturalnym głodem twórcy
są inni uczestnicy tego tworzenia


swoista symbioza. Ja poeta bez biografii wróciłem do was którzy stanowicie moja biografie. Do osób jakie
z odwaga, wdziękiem i talentem słowami tutaj starają się przyczesać zakradający się w ich dusze chaos życia
codziennego. I to nie ja wam mówię miłe słowa aby was pozyskać. Zbyt dobrze znacie swoja wartość


pozdrawiam was moja kształtująca się Biografio. I mam nadzieje być barwnym zakątkiem waszej. Myślę, że jest
szansa, aby nadal była ona autentycznie taka, do jakiej wzdychali pewni krańcowo ubezwłasnowolnieni
ludzie w firmie, w której pracowałem do niedawna. Aby była zajebista













14:34 / 23.11.2010
link
komentarz (6)


Urządzenie ( się )


nie chce się zastanawiać nad dzisiejszym moim zasiedzeniem w domu. Ale przyjemnie
jest się obudzić rano i wyrzucać sobie : Zaspałem. Mam prawo, bo odpracowałem
wczoraj swoja pajdkę, a w tej chwili należy poświecić najbliższe godziny kontemplacjom,
czemu najistotniejszemu ofiarować czas zasiedzeń moich prywatnych, aby nic nie robić



z pewnością nie należy psztykać urządzenia telewizor. Zrobiłem coś więcej,
wyłączyłem urządzenie przed chwilką. Zostawili mi je włączone domownicy
nieocenieni, abym uczestniczył w misjach tworzenia czegoś właśnie samorządowego
w Białymstoku, abym był czynniejszy, może żebym poszukał pracy, przez która unikając
zasiedzeń prywatnych, odnajdę się w pasjach, w integracyjnych sushi, i ustalę pełne
wartości relacje


ale ja ostatnio coraz bardziej nie wierzę w urządzenie telewizor. Bo to jest urządzenie.
A przebywający tam Gadacze nieustanni, nie przeczuwają, że już się stali urządzenia częścią


i jest tak jakby siedzieli w pralce. Wrzucali na wysokiej temperaturze jak leci, a tam wiruje się,
i wiruje, farbuje. Zachodzi i zacieka. Czyli raz jeszcze, i wyjmują później jakieś szare i jakby
brunatne. Ogólnie się na to mówi różowe. Albo przekręcając : Nebeskie. Miejscami zielonkawe


dlatego mają charakteryzatorów. Fluidy, żele i przeciw odblaskowe pudry pokrywają
ich ciała. A ty chłopcze naiwny pstrykasz to urządzenie. Przez chwilę nawet ładnie
wygląda i pachnie ci wspólną tajemnicą, to Gówno

bo dobrze znasz te relacje i płyniesz z wesołym prądem. Na pewno nie toniesz










15:37 / 20.11.2010
link
komentarz (8)


Sławomir Różyc - Ballada o żurawiu wieżowym


rozkręcili
poukładali na wielkich ciężarówkach
i wywieźli mój ukochany biały dźwig
bez uprzedzenia

to było w czwartek

a dzisiaj na dywanie siedzę
wszędzie twoje uśmiechnięte zdjęcia
porozrzucane i robione ukradkiem
oboje nie mamy gdzie się podziać
w te spadające na nas weekendy

nad wina lampką
nauczyłam się dla ciebie malować usta
a rano aktówkę ramionami obejmuję tak
że coś się w tobie przeciąga i unosi brew
w tej windzie

ale najbardziej

wieczorami byłeś obecny
światła miasta rzucały twój cień po ścianach
mocne żebra i i prawdomówne kąty ramion
tak – powiedziałam sobie – On jest tym dźwigiem
dyskretnym

tak pragnę
abyś zawsze zaglądał przez okno
kiedy o siódmej wybiegam z kąpieli
spóźniona
i bez potrzeby gubię ręcznik przed lustrem

ty

który za moim oknem ze szwedzkiej stali jesteś
i jeśli się nauczyłam sztuki z opadającym ramiączkiem
jeśli na początku kariery przebudziłam się
w moim pierwszym apartamencie
z myślą

zaraz tutaj ktoś wejdzie
i wydrze się
Dlaczego nie sprzątam ?

nie musisz wcale zaprzeczać
mój chłopcze w żółtym kasku
że świat nie zbałamuci już upartych kobiet
a tam na stole leży projekt Jodłowe Wzgórza
możesz sobie być wysportowany i rozpięty

możesz drwić
z życzliwości okazywanej mi przez miejscową société
ale kiedy na Jodłowe Wzgórza zwołuje ptaki
to szminka jedynie podkreśla
warg mych zapach

nie wolno

zimnym metalem wypełniać usta
bo jeśli kobieta pośród drzew na urwisku staje
to wiatr wplata w jej włosy odwieczne słowa matek
i nie dla siebie znaczy zielone zbocze w powietrzu
ciepłym palcem

nie dla siebie znosi
te wszystkie sztuczki
z łamiącym się ramiączkiem

nikt się nie dowie
jak bardzo mi stwardniały sutki
kiedy zaglądałeś tutaj ostatni raz
mój cieniu w światłach przejeżdżających aut
wysmukły

potem

rozkręcili cię śrubka po śrubce
poukładali na wielkich ciężarówkach
i wywieźli mój ukochany biały dźwig
jak ich prosiłam
byli taktowni

nagle jestem mniejsza o cień
o żółty kask w słońcu

wiesz
nakarmię teraz na Jodłowych Wzgórzach sikorki

powiem im :
Że nas chciałeś

to było w zeszły czwartek

dziś już nic
nie zasłania mojego okna





w morden, przetrwałem masakre ...



***



13:12 / 25.06.2010
link
komentarz (4)

skorupiaki



słoneczna plaża palmy i bałamutny kawałek błękitnego nieba, tak piękny, że aż boli.
Mimami zaś niezgrabne skorupiaki przebierające szybko nogami, maleństwa szkaradne
w swoich godowych tańcach, w krokach tanga, zawsze bokiem, prawie że dostojnie


potem pojawia się pan w skórzanych rękawicach farbowanych na pomarańcz. Świetnie to się komponuje
na zdjęciach : skorupiaki w jego mandarynkowych dłoniach. Nagle dociera do nas, że plaża, ten beztroski
słoneczny piasek i niezgrabni tancerze, to część przemyślanej całości


zawsze się tak dzieje zawsze z nasza miłością, z naszymi po nocy snutymi pragnieniami, kiedy
zasypiając ze złocistym piaskiem pod powiekami, słyszymy głos syreni, tej jednej ...


tej błyszczącej nagą piersią na skale, łuskami ...


potem to wszystko ląduje w garnku. Na sitach. Na parze. Skwierczymy. Szepczemy drugiemu w sicie
jak nas okrutnie boli. Jak się rumienimy. Dochodzimy wypomadowani w aromatach jedynie właściwych
przypraw


jak nas układają po tym solarium na talerz życia, wsadzając w dzioba jakieś brokuły.
Potem już tylko zobojętniałych stawiają między kielichami o długiej nóżce,
a wypolerowanym widelcem z dyskretnymi inicjałami restauracji wyskrobanymi na trzonku


będziemy jeść – tak mówią. Jakbyśmy uczestniczyli w tym rytuale wszyscy. Uwierzycie w to,
tak lżej

i tylko tego nieba. Tego cholernie błękitnego nieba, żal ...





14:56 / 18.06.2010
link
komentarz (6)
codzienność autobusowa

luty.




w codziennej sprawie ledwie się uchwyciłem lewą ręką oparcia. Autobus hamował. Nie słyszałem pisku opon. Nieuchronnie
zjeżdżałem dłonią po szybie, zbyt gładkiej, aby nie zamknąć w końcu pomiędzy ramionami wystraszonej kobiety, powtarzającej
przez komórkę Ericsson, swoje : Ale tato ...



... tak ogólnie to jest obłędny facet. Pełen pasji - słuchałem jej z przejęciem. Przed chwilą z rekami wokół niej, balansujący
ponad skutkami hamowania pojazdu. Oczy w oczy piwne. W ich połysk. Lśniący różowy język . Zapach niesprecyzowanie
migdałowy, intensywny. Przejęty, z dłonią na piersi, już siedzący naprzeciw niej. Pochylający się w geście przeprosin.
Z nieśmiałym uśmiechem szukający zrozumienia w jej spojrzeniu



ale już wyciąga dłoń. Macha, że nie szkodzi. A może ona właśnie szuka oparcia, przemieszczając się na siedzenie
obok mnie. Może powinienem schwycić jej dłoń dla pewności, kiedy autobus skręca gwałtownie w Puławską ?



.. nie lubię jeżdżąc z plecami do kierunku jazdy – oświadcza. Sprawdza kciukiem klawisze. Stwierdza wobec
siebie – proszę i wyłączył się. Może i dobrze ...



.. widzisz – szepcze mocując się z torebką przesuwana na padołek dla wygody. Trąca mnie włosiem futrzanego
kołnierza. Syntetyczny jest, a przecież elektryzuje



... doskonale wie, ze muszę mieć nowa torebkę na ten wyjazd, na konferencje. Kupił dwie.. Czerwone, wyobraź
sobie. Popatrz uważnie na mnie – patrzę - Czy to w ogóle pasuje. Czerwień ? Do mojej oliwkowej cery, właśnie ?

oglądam uważnie gładka. Tuż nad prawym kącikiem pobłyskujących ust znajduje ruchliwy pieprzyk. Małą fałdkę od uroczego
uśmiechania się, choćby do mnie. Chce powiedzieć , że każda dopatruje się oliwkowej, nie zdążę ...



... kurcze, Do Aśki miałam zajrzeć. Wysiadam - jeszcze się pochyla, migdałowo - A ty wpadnij do nas



i tak nie znając jej, znałem. W jej wersji należało jeszcze przed wyjściem, zamknąć dla mnie dłoń trzykrotnie w piąstkę ...




dziś myślę, co w tym takiego było szczególnego. Pół życia spadło mi potem z pieca na łeb. Ostatnie chwile beztroski.
Ostatnie nieliczenie się, że kiedyś zabraknie na fajki. Czyżby zawiodły mnie znaki. Dziś przypominam sobie.
To był zadarty paznokieć kiedy pospiesznie zdejmowała rękawiczkę. Sięgała po komórkę. Łagodny grymas na jej
harmonijnej twarzy. Potem ułamała dyskretnie. Czy w życiu wcześniej wszystko wydaje się takie proste ? Wystarczy
ułamać zadarty paznokieć . Czy ja go ułamię. Ile tak naprawdę będą kosztować moje marzenia. ? Ile kosztuje wolność ?









14:39 / 12.06.2010
link
komentarz (15)
tabor mój nocą po niebie wędrujący

styczeń.



zaczął się nam ten Nowy Rok ospale, nie powiem. Z sąsiadami oglądaliśmy feerie fajerwerków,
pozdrawiając się szczerze, co już zaczyna bywać przypadkiem szczególnym w naszym europejskim
domku dla lalek, taka enklawa serdeczności



potem we trzech degustowaliśmy wyborną nalewkę z porzeczki, o smaku miękkim, aromatycznie
i doskonale wpływającej na humor. Ktoś nas zawołał. Patrzymy, a tu nieboraczek Nowy Roczek
w śniegu leży zziębnięty. Pewnie przysnął i wypadł z sanek jak go do Polski wieźli


mówimy do niego po angielsku, oczami przewraca. Mówimy po francusku. Uśmiecha się figlarnie.
Po rosyjsku nie mówiliśmy, po co od razu straszyć nieboraka


skostniały był. To go natarliśmy śniegiem. I do doma bierzemy. Sąsiad Christian szklanice
nalewki do ust mu przykłada, bo jest piastowskie zalecenie lekarskie. Chciałem coś
powiedzieć, że jak masowałem na piersiach Roczka, to mi się jakiś inny wydawał. Nie to,
żeby była tam wypukłość wielka, ale żeby go tą Porzeczką ...


no i proszę zakrztusiło to się całkiem nie po męsku. A teraz nakarmione i przyczesane siedzi
przede mną. Koszulę czerwoną w kratę z Massachusetts założyło, po zawiniętych rękawach się
głaszcze


a patrzy tak za mną, gdzie nie pójdę, że już wiadomo, ja tej koszuli nie odzyskam. A jak to
z tym Nową Roczką będzie ?


powiem wam : Ciekawiej





21:48 / 16.01.2010
link
komentarz (19)

dalej nie wiem, co dzieje się w moich snach. A przecież podzielam pogląd Edwarda Stachury
o trzech niebezpieczeństwach. Nie musiałem się bać dzieciństwa, byłem chromym, i śmiertelnie
przerażonym dzieckiem. Zagrożony kalectwem nie miałem specjalnego wpływu, co inni określając
jako słusznie dla mnie, powiążą na supełki w mojej mającej powstać dopiero osobowości. Bo
jeśli własnym uporem stanąłem na nogach mocno, i musiałem udowadniać pięścią , że już nie
jestem niepełnosprawny. Że nie warto mną pyrgać. To w dupie z dzieciństwem



zagrożenie drugie : Sen. Śpię tyle, żeby nie mieć worów pod oczami. Żeby cera nie zeschła się
na pergamin. Śpię te trzy godziny czasem z zaciśniętymi pięściami, żeby się nie obudzić przedwcześnie.
Moje sny, o dziwo są jak katedry

jasne. Są smukłe i kolorowe jak minarety w słońcu. I pełne są od dźwięcznego kobiecego śmiechu .
Są pulsujące jak w tym śmiechu ich piersi. Buty są tam jedynie z obcasem. Chusteczki z monogramami.
I nawet butelka piwa ma taki ucieszny i wilgotny od piany kształt


naturalnie potrafię przywołać męski sen. Kiedy śpię na lewym boku tłuką mnie w gębę. Kiedy przewracam
się na prawy, ja tłukę. Kiedy śpię na wznak, wszyscy tłuka się po gębach bez wytchnienia. Jeżeli
tak to wygląda, to w dupie z męskim snem


usiłowałem wytłumaczyć sobie sen na rożne sposoby. Najwłaściwszym ostatnio wydał mi się pogląd,
że każda materialna rzecz składa się z atomów związanych energią elektronów. I tak kremowa
miseczka z Ikei jest tym samym , co wiszący na ścianie trójkątny kinkiet z zamkniętym mlecznym
kloszem. To tylko ta sama materia atomowa związana energią. Jedna i druga rzecz pewnie ma swój
własny wzór matematyczny, którego nie znamy, a gdyby, nie umielibyśmy tej wiedzy zastosować. I tak
śpiąc osłabiamy naszą energie i przechodzimy na wzór katedr i minaretów. Reszta to kształt
przybrany na zasadzie prostych działań z geometrii fraktali



może właśnie w ten sposób pojawi się trzecie zagrożenie Stachury. Nadejdzie zmierzch.
Za wcześnie. Nieubłaganie. Może za rok, a może teraz, z palcami na klawiaturze. Poczuje dłoń na
ramieniu. Zobaczę Panią Snu o ognistych włosach. Oczy będzie miała zielone. Zapieczętuje mi usta
ostatnim zamieniającym na lód pocałunkiem.


dalej będzie jak w popsutym telewizorze. Jasna plamka na środku ekranu. Potem przejście na wzory
innego świata. A jeśli nastąpi jasność, i w tej jasności, znowu powtórzy się wszystko
z dzieciństwa ? Choćby przy najpiękniejszych snach o minaretach, to w dupie z taką geometrią
fraktali











21:13 / 08.01.2010
link
komentarz (27)


gorset


każda bajka wiedzie nas do swojego zakończenia. Dlatego właśnie lubimy z nimi obcować.
Posiadają swoje postacie dobre i złe. Zarysowane wyraźnym konturem po brzegach

w bajkach się za dużo nie myśli. Woła z nich do nas czyjaś niedola, krzywda
i niesprawiedliwość. Którą dzięki uporowi ktoś w bajce naprawi, i szczęśliwi będą dobrzy.
I z pyszna będą się mieli źli

znamy bajkę o Kopciuszku. Znamy też literacką bajkę o Grekach, którzy zbudowali
konia, żeby spalić czyjeś miasto. Kiedy przebywasz wśród ludzi na których ci zależy,
zawsze opowiadaj im bajkę, jaka dobrze znają

moja będzie o tych porządkach po Nowym Roku, o wyrzuconych choinkach. O przepastnie
pustych wreszcie szufladach biurka. Właśnie tam zawieruszył się mały kalendarz
z telefonami. Szary o wytartej miękkiej okładce, niewielkie literki, mieszczące się
w małym formacie. Uroda kalendarzy, gdzie po staranności pisma poznaje numery
przenoszone zawsze, i kreślone zamaszyście, niby cygańskim smykiem, nazwiska
domokrążców, których twarze tak trudno sobie przypomnieć

na samym początku Barbara i Robert. Z nim pracowałem, ją poznałem razem z nim
w autobusie. To nie była pozycja z tych wielkich miłości, jeśli już to instrukcja
kuchenki mikrofalowej. A jednak pasowali do siebie z tym okazywanym zaciekawieniem
czy czytałem Ptaśka. Czy podobał mi się ostatni film Jarmuscha. Czyli wszystko to,
co intelektualista według Gazety Wyborczej, powinien w danym dniu wiedzieć

rozmawialiśmy z Robertem tak do niej troszeczkę bokiem. Nie musiałem na nią patrzeć
po prostu ja znałem. Barbara mi ufała w ten przedziwny, jak się akceptuje nieznany
klon męża, jakim on czasem musiał bywać, kiedy na trunkowym Sylwestrze poświecił
więcej uwagi, w dusznym, ciasnym tańcu, na zatłoczonym parkiecie, jej kierowniczce Aldonie

kiedy powiedziała : Idziesz do nas, mam ciasto. Spojrzałem na nią z przeczuciem,
że będzie niebawem przy nadziei. Tak wyglądała, nieco się wypiętrzająca w niebieskim
paltociku, czy może kurtce na trzy czwarte,ale kolano rysujące się przez brąz sztruksowych
spodni, kształtne. Również drugie udo, wyżej dostępne spojrzeniu, smukłe

wyglądało, że Barbara zebrana przez to autobusowe siedzenie, gdzieś tak od pośladków
ku piersiom, jest kobietą na której śmielsze palce, zdolne są wygrywać szerokie
fortepianowe pasaże. Zaczynając w miejscu, gdzie u innych, moja rozmarzona dłoń,
omsknęła by się w przepaść, z wypukłości. Jednym słowem : Przepych

ale ona już o tym wiedziała wcześniej. I ja wiedziałem. Nie musiałem patrzeć.
Gdzieś to pojawiło się to jak wyspa w mojej świadomości. Tak jak jej ciasto. Jej pewność
o istnieniu jeszcze innej odmiany męża, tej bardziej smukłej. Niebieskookiej
i bez brody. Jaka niespodziewanie pojawia się ze światów równoległych

dlatego bez wahania przechodząc wzdłuż marketowych stoisk,on wygrzebał kawior, ja
cztery butelki wytrawnego mołdawskiego wina, o barwie przechodzącej z czerwieni
w róż. Ich nas zstępujących ze swych światów do niej. Zastępujących się wzajemnie.
Z innym uśmiechem czy spojrzeniem : Weźmiemy ?

jej przeszkadzało to najmniej. Byliśmy wzorem matematycznym. Funkcją. Która pojawiając
się przy niej, od dawna spełniła, niewiadomą równania.

potem nastąpiła iluminacja naszej galaktyki. Zależnie w którą z jej stron zwróciła oblicze.
Bo tam na północy, gdzie były pieniądze, asceza pieszczoty i akademickie zgrabne ruchy
dłonią, o zawsze wyprostowanych i złączonych palcach. A u mnie, ciepła bryza
południowych mórz, stąpanie gołą stopa po wydmach. A czasem też chodzenie
bez majtek. Skrywane naturalnie zielonym szlafroczkiem

otóż jaką była Beruber, nie dla niego, lecz dla mnie ? Wtedy, jeszcze przed stworzeniem
dziecka. Była inna. Ich rzeczowe rozmowy, ich kulturalne zadrażnienia się, bez brzydkich
wyrazów, z dbałością o składnie. I ja, od początku do końca metafizyczny, bo nie robi
się takich rzeczy przyjacielowi o jednym jadrze. Choć byłem potrzebny. A moje słowa
skakały po meblach. Śmiałe. Świadome swych zgrabnych grzbietów. Moje stawiające
sierść i bez składni. I zawsze jak jaszczurki zdolne , gdzie spojrzałem się wcisnąć.
Choćby za zatrzask sukni. Słowa zdolne przebudzić płód

a potem pojawił się bezglutenowy potomek Barbary. Robert zaczął powoli znikać markotny.
Żegnała mnie poprawiając jak zwykle szalik, ślizgając się ciepłymi palcami po mojej szyi,
stwierdzała, że : Mały jest u matki. Wierzyła, że jak kiedyś uśmiechem czy słowem,
zdołam przywołać to, po co nie umieli sięgnąć przez tyle lat

jeszcze niedawno wysuniętą stopa w kapciuszku potrafiła deptać bądź zadzierać brzeg
dywanu w przestrzeni moich rozstawionych nóg. Nie dotykając mnie wcale. Dotykała
spojrzeniem z piwnych do niebieskich. Rozwierała wargi. Na moje rozwarte

a potem patrzyła ze stopa wysunięta na ten brzeg dywanu. Włosy czarne lejące się
z ramion. Włosy zsuwające się na oczy. Ścierające ciepło i wilgoć warg

znałem te włosy. Odpowiadały zapachem na mój zapach wytrawny. Trzeba czasem
niestaranie domywać takie malutkie miejsce na karku. Aby poczuły twoja prawdziwa
woń. Aby się zachłysnęły tobą boleśnie i gorzko. Jak bardzo jesteś odmienny niż on

inaczej niż on. Czułem ją. Widziałem przez gruby sweter pod szyją. Przez zapięte szczelnie
pod szyja bluzeczki. Jej piersi napełniające się przy dziecku. Jej piersi tylko wtedy pachnące.
Wcześniej i później zwieszone płasko. Nigdy nie ciążące ciężko. Nie zaokrąglające
się na dole zgrabnie. W struchlałe sutki, co na nich zamykają się ząbki

wychodziłem, chwyciła mnie przez ramiona wpół. Było w tym trwaniu
tyle kruchej
kobiecej bezradności. Jej włosy pachniały piołunem; Pomyślałem, gdybym kupił jej
skórzany gorset ? Taki fantazyjnie sznurowany z przodu rzemykiem. Na kokardę.
Gdybym wciął ją w pasie. Zebrał jej muflonki w miseczki. Gdyby ją zobaczył na nowo jedynie w gorsecie

* tak często nękał nas nowymi pantoflami. Skórzanymi. Drogimi. Na obstalunek.
Bardzo w tym przypominał swojego ojca, kiedy tak chodził po pokoju i skrzypiał
nową skórą. Znosiło się skrzypienie - patrząc - na ten jego zachwyt. Bo jeśli płynąc
w gorsecie, by mu nową skórą skrzypła. Zrozumiałby jak bardzo chce do niego należeć ?

może by nie odchodził



***













04:28 / 31.12.2009
link
komentarz (36)

życzę wam tych wszystkim pechowych rzeczy, jakie się wymienia przy wyjątkowych okazjach

zatem : Pieniędzy, które należy bez zwłoki zainwestować w jakimś przedsięwzięciu,
a praktycznie w banku, który je roztrwoni, i w dodatku doprowadzi do ruiny , za niespłacane
kredyty, jakie weźmiesz w związku z niespodziewanym bankructwem twojego banku

Samochodu, którego nie można zaparkować nigdzie w dużym mieście

Dobrej, ciekawej Pracy, czyli tak około po 14 godzin dziennie

Kobiety, dla której będziesz musiał nauczyć się gotować, sprzątać prać, odwożąc
ją przy tym co do minuty na aerobik i do solarium


sobie zaś, szybkiej wizyty u chirurga, Niech mi wreszcie otworzy ta pusta głowę
i opróżni z tych wszystkich staniczków i majteczek, łącznie 187 rodzajów konfekcji
damskiej naliczyłem ostatnio we wpisach i mojej prozie luźnej

chociaż, kiedy zaczną wyjmować fikuśne stringi, i rozejdzie się wokół pyszny aromat,
kto wie jak to się może skończyć dla personelu medycznego po gipsiarzy włącznie,
bo ja przykładowo Go czując, chodzę po ścianach, drodzy Jubilaci 2010 ...












14:22 / 24.12.2009
link
komentarz (74)


dziś bez fajerwerków. Poczynając od rzeczy ważnych ...


... sytych i pogodnych Świąt panu zbirosowi i wszystkim uczestnikom opiekującym
się projektem nlog


... barwnych i rodzinnych Świąt wszystkim cierpliwie znoszącym moje wpisy, a już ich
czytelnikom, z wdzięcznością


... do Samotnych, wybaczcie. Nie udało się jeszcze w pełni sprawnie uruchomić mojej
strony : www.miastonocy.pl. , nie na wszystkich ulicach palą się światła ...


zawiniłem. Dziewczyny spełniały moje nieprzemyślane fantazje, aż strona bardziej
przypomina portal, a takie przedsięwzięcie nie daje się uruchomić jedynie, mocno
tego pragnąc


dodamy muzę. Mamy obiecane unikalne sesje muzyków, którzy na ten jeden raz zagrają
wspólnie. Będzie to szeroki wachlarz najprzeróżniejszych znanych
szaleństw muzycznych


w grafice już znajdziecie znakomitości rangi międzynarodowej


o tym , że należy wspierać ludzi nieśmiałych i uzdolnionych, trzeba wspierać
na tej stronie twórczość amatorską, czego symbolem jest ciacho ikonka na stronie
głównej, pamiętajcie zawsze przygarniemy do siebie wasze pierwsze pragnienie piękna ...


a jeśli wywodzicie z małych miejscowości, szczególnie


... czekają nas trudne dni, Samotni. Każdy z nas jednak nosi w sercu obraz
jakieś swojej spełnionej Wigilii. Pamiętajcie też, że ten dostawiony talerz może
pochodzić ze szczerej reki. Ostatecznie niebawem znowu będziemy niezbędni. A z każdym
rokiem będzie przybywać Nas coraz więcej. Jesteśmy produktem cywilizacji ...


nie zapomnijcie się uśmiechać w te dni do najbliższych, jednym z tych
waszych tajemniczych, rozmarzonych uśmiechów

Sławek. Świadomie Samotny







03:01 / 20.12.2009
link
komentarz (65)


Opowieść przedwigilijna



przystanek autobusowy jest miejscem gdzie gubimy nagle swoją przynależność. Jeszcze przed
chwilą nabywając buty zimowe w CCC, Józef czuł się żołnierzem korporacji. Wybrał ciemno
brązowe mokasyny za 149,90 zet. Jeszcze przy kasie powtarzał sobie, że należy oszczędnie,
nie należy szastać biletami NBP, bo trzeba zadbać o swoją morden, zanieść ją do chirurga,
prywatnie. Powierzyć pani kosmetyczce. Nakupić kremów i odżywek. Wcześniej upupić
u dentysty, niech sobie nie myśli, że może wyglądać na rozbrykaną. Zawadiacką fizys. Niech
wie , że jeden z szamponów koloryzujących będzie jej poświęcony. A, że to nie będzie już
jego twarz ? Ale kto może sobie pozwolić na taki luksus, mieć prawdziwą twarz w dzisiejszych
czasach ?



i tak spacerując po śniegu, ślisko. Wszerz i wzdłuż. Zrozumiał, że przemieszczam się do przynależności
domowej. Dobrosąsiedzkiej przynależności. Przynależności z Antyradio. Może nawet
imieninnowo rozrzewniającej jutro, jeśli solenizantka się odezwie. Jedynie na tym przystanku jest
Niczyj.



i kiedy pojazd się pojawił, natychmiast dostrzegł wyjątkowość tej chwili. Otóż on był zupełnie
ciemny w środku. Ciemna czeluść na raczej skąpo oświetlonym przystanku. Wsiadł Drzwi z piskiem
oddzieliły pana K. od niezdecydowanych. Uwierzyłem w numer linii 172. Zaufał swojemu
smukłemu ciału, i rzeczywiście prześlizgnął się przez ciemne sylwetki przy drzwiach. Znalazł
wolne miejsce, tuż przy oknie, twarzą do dwojga pasażerów naprzeciwko. Obok niego
pozostająca w cieniu wspólniczka. I z boku swobodne pole obserwacji, na rysującą
się w takimiż usadowieniu czwórkę.



pozostawił przyczynę zaćmy gdzieś za sobą. Pochwalił zapobiegliwość kierowcy, który w mocy
akumulatora upatrywał dodatkowego asa, na tej śliskiej, brejowatej jezdni. Oddał się bajkowości
zjawiska. Najpierw chłonął czarno szary obraz. Zarysy twarzy rozmywające się w cieniach,
to liźnięte światłem przejeżdżających samochodów z naprzeciwka. A kiedy pojawili się
na jednej z ulic głównych prześwietlił nas blask ulicznych lamp, ferie neonów. To wszystko
z trudnością wdzierało się do środka. Nie docierało głębiej, może na pół metra. Byli ciemnym
pudełkiem z geometrycznie rozmieszczonymi otworami przez które raziły ich
żółte, niebieskie
i czerwone lance światła. Bo one najwytrwalej nadgryzają ciemność



małe, czarne pudełko z robaczkami w środku. Ten pan kręcący się nieswojo to zapewne
Gucio. Obok okazała z ginącym różowym noskiem w policzkach, Pyza. Obok Piggy,
a zawdzięcza to operującej wokół nosa chusteczce. Jest jeszcze jedna uczestniczka
tej podróży do pętli. Na siedzeniach obok. O miłej twarzyczce blondynka zaczesująca się
w ścisły i upięty wyżej koński ogon. U kresu dopiero się okaże, 180 iluś tam centymetrową,
łanią. O sympatycznym buziaczku, nazwałem ją w duchu więc, Dżdżownica Magda



pozostał jeszcze Józef. Mrówka Z. Bo przecież dumny jest z mojego mrowiska. Ale na początku
walczył z sennością. Ciekawe, w dzień jakoś wszyscy się powstrzymujemy, ale w autobusie
przy wygaszonych światłach, każdy kto usiadł, zaraz zapadał w drzemkę. Pośród stojących
w bezwładnym kołysaniu też następowały nagłe wzdrygnięcia. Pyza ze skrzyżowanymi
rekami na piersiach, dłonie niknące gdzieś na biodrach. Pulchniutka buzia z mlecznym
podbródkiem. Pomniejszone polikami oczy. A przecież ładny zarys brwi ciemnieniących
w swych łukach uciekających od nasady nosa. Rzęsy długie, gęste, wywinięte do góry



badał Józef Pyzię spojrzeniem przez paltko. Jak to może wyglądać. Jak to się układa na niej,
zachodzi, jak to się oddycha. Kiedy nie jest takie zwarte i ściśnięte ramionami. Ile Pyzi spod
ramion spłynie na biodra ? I nagle, coś się zmieniło, coś błysnęło żywo.
Otworzyła oczy.
Trudno określić wielkość kobiecych oczu w mroku, jeśli głowa mości się głęboko w ramionach,
we śnie, a jeszcze wokół policzków stroszy się przypadkiem podwinięty za zagłówek kaptur.
Oczy były w ciemnych brązach. Nie, zdawało mi się, zamknięte



najspokojniej
przystąpił do oceny uda. Do wybornego kształtu rysującego się pod paltem. Ale przecież
musiał sprawdzić, musiał wrócić tą droga , jaką należy wybrać, kiedy kobieta nie wzbrania,
drogą przez środek , dla innego niech to będzie guzik czarny i błyszczący, rozpięty przez
nieuwagę, Józef to widzi inaczej. Józef inaczej czuje. I wcale nie jest łatwo wspiąć się płynnie
z spojrzeniem powyżej pępuszka.
Dalej pozdrowić prawą, a lewą pocałować. Zawsze całuje , bo pod nią jest serce. A potem
to już tylko Pyzi oczy błyszczące, jak przybój oceanu o sterczący dumnie fiord. Nie wiadomo
kto kogo pierwszy trącił stopa w kostce



ale Piggi nagle ożywiła się bardzo. Zmięła hasająca wokół nosa chusteczkę, położyła
niespodziewanie swoją ciepłą dłoń na wierzchu Józefa. Nie sądził, że jest taka gładka.
Że Piggy ma ten nosek kształtny , i nie więcej niż trzydzieści lat. Szepcze do
Pana K.
konfesjonalnie : Jak w Londynie w roku czterdziestym. Nie mogła tego wiedzieć. I akurat
w tym momencie, kiedy czubek damskiego kozaczka zawędrował gdzieś pod zgięcie
kolana. Zaciemnienie – dodaje Piggy. Odwraca się do Józefa. A kozaczek się zaplatał
gdzieś tam w józefowe sznurowadła. Tam musiała być jakaś klamerka

ale ta ciemność, ma swój urok, prawda – zachęca Pana K. Piggy. Drzemiący Gucio
odkleił się właśnie od szyby. Zapragnął sprawdzić godzinę na komórce. Niewielkie to światło,
ale zawsze światło. Ale wytrwali spokojnie. Narodził się między nimi sekret. Pewna tajemnica



otóż ten kozaczek trafił tu po przekątnej, pomiędzy Józefa, hakiem. Jeśli to była czarna,
wełniana rajstopka, sama łydka była nader szczupła. Być może to była gra cieni, kto zresztą
wie, jak się może nastroszyć paltko podbite futerkiem. Nie mogł się przyjrzeć, bo Piggy miała
oczy sarnie, i takie ufnie patrzące pod górę. A dżdżownica Magda osamotniona na tamtych
siedzeniach patrzyła na Pana K. na niebiesko, i szukała zrozumienia okiem na okrągło,
a jest to spojrzenie z tych , co dławią po przełyk



pomyślał sobie - to ci się śni. Musisz się obudzić. To jest jakiś koszmar. Fiński film o autobusie
z duchami. Ale buty mam. Paragon schowałem.



mówi Piggy – Moja babcia zawsze bała się bombowców. Zgodnie z etykietą damie nie
wolno w takiej chwili podsuwać trudnych nazw. I tak z tą myślą o Luftwaffe, zatrzymali się
na pętli Sadyba. I każdy się znalazł, i nie sypnął się ze swoja kwestią. Piggy pogładziła
Józefa po dłoni pierwsza. Gucio przekroczył przez nich zgrabnym wrzutem nogi.
Wstali blisko
siebie. Ciepli. Jakoś się Pyzia obróciła zgrabnie. Nie patrząc, a właściwie patrząc, jak Magda
wstaje, i wstaje wcale się nie kończąc, pamiętał trzymać stopę przy podłodze. Mocno.
Pociągnęła raz przez delikatność. Za drugim sznurowadło poszło



z uśmiechem przepuścił Magdę. Tak musiało być. Widać wcześniej zapisana już była
w gwiazdach ta kolejność. Piggy. Gucio. Pyzia. Dżdżownica Magda i mrówka Z. Tylko te
oczy Magdy z zapytaniem. Oczy szepczące : Muszę ci się dobrze przyjrzeć. Był za nią pół
metra, co przy spadkach w autobusach niskopodłogowych Ikarus, daje przewagę około
dziesięciu centymetrów. A i tak jej smukły młodzieńczy pyszczek zwieszał się nade Józefem.
Było mi niebiesko. I wcale nie krzyczał : I co ja poradzę, że nie urosłem. Mama dawała
twaróg, i nic nie pomogło



wracał dwa przystanki jeszcze w luźnym bucie. W poniedziałek Wigilia w pracy. Ciekawe,
co się wydarzy. A potem już bezpieczne święta. Tym razem to Józef się naje tych indyczych
udek ...

***


01:11 / 13.12.2009
link
komentarz (11)

***





Sławomir Różyc - romans o księżycu


wiele pokoi ma wrześniowy księżyc
w pierwszym po stołach stąpają gazele
majestatycznie w głębokich półmiskach
trącają prosie czerwonym kopytkiem

wypływa na taras nie czeka na salut
sznur manekinów o weneckich maskach
pełen szczebiotu dratwy zapętlonej
w perukach żagle hiszpańskiej armady

w palarni chłopcy od Makowskiego
przez słomki ciągną anyżowy likier
jakoś żółtawo klekoczą dziobami
kaprawo patrzą gdzie pokój ostatni

tam ściany bielone. Tam malutkie drzwiczki.
Tam manuskrypty oprawione w skórę.
Tutaj od zawsze pachnie żołędziami
szukam i widzę z szczudlastej drabiny

przyszedł biesiadny krzywo utrącony
szczerzy się do mnie jak cynowa łyżka
w fotelu gnuśny z twarzy pelerynę
by świecić w pełni. Strzepnął poszarpaną

chciałem zapytać : Szukam woluminu
mnie manekinem ? Czy ten profil z dziobem ?
Gdzieś słychać kroki. Po sobie roztrwonił
śmiech zawiesisty w szklance niedopitej







i ten do podusi. Dobranoc anioły ...



*****











20:29 / 12.12.2009
link
komentarz (5)

biblioteka. Zaciszne nawy ludzkiej samotności. Ostatnie miejsce, gdzie można spotkać miłość.
Czasem pojawia się jakaś para szepcząca, wtedy większość zerka ukradkiem, skonsternowana.
Zakochani są tutaj jak bic maki w zaślinionych serwetkach. Bo tutaj jest sacrum. Samotność
na nas się kładzie chłodem zakurzonych tomów. Bo tutaj odbywa się wielki dil. Tutaj przychodzą
po hasz zwany miłość. Po crak sensacji i beletrystykę. Tutaj znajduję pośród półek sinsemilli filozofii




pan K. należy do dobrych hurtowni. Oferują nowości. Biblioteka jest dziś zapisem do złej lub dobrej
hurtowni. Zależy kto komu chce pomóc. Czasem od wyobraźni dokonującego zakupy. Ale Józef
nie odbiera uzależnionym towaru od ust. Nie odbiera im życia w którym będą żyli z rozdziału na rozdział.
Nie odbiera im pracy w firmach, w powieściach, gdzie się nic nie robi. Ubierania się w kreacje
o których wartości nawet kobiece pisma nie wspominają. Gdzie kobieta będzie słuchać wyznań
skierowanych do niej. I traktować to sobie lekce. Kobieta rozpisana w literki, czy czytelniczka
literki zbierająca ?




i tutaj, i tam, gdzie młody manager sprawdza nową wyciągarkę w swojej terenówce,
a przecież musi się zakopać na bezdrożach w błocie, aby mu pospieszali z pomocą, późno
po północy, pasjonaci z Bydgoszczy, a może z jakiegoś Ełku.



i tutaj, i tam, nie potrafimy żyć pełna piersią , nieprzewidziani w jakimś scenariuszu.
A jeśli nam wyobraźni starcza dobieramy sobie w przymierzalniach bibliotecznych zamysł
nieprawdopodobnej historii, która w błocie utaplana, ciągnie się kurczy, i jest za ciasna nawet
dla nas.




ale już tak scenariusz skroili spece od reklamy. Wie o tym pani w okularach, to ona będzie nie zwracać
uwagi na pocałunki. Przeprowadzi się do biura managera i całą sobotę i niedzielę będą podziwiać
jej kształtna łydkę w windzie. Ilekroć zadzwoni jej telefon na stronie 101, sprawdzi adresata i wyłączy
komórkę. Potem ukradkiem na stronę 7, gdzie winda się się otwiera na zarysowane pod sukienka udo



i tak się zamieniamy skórami na kilka godzin. Choć może uprzejmość tej pani na rogatce miasta,
pozwoli temu panu w ciemnym kombinezonie zawezwać pomoc drogową, pomimo nowej
wyciągarki.



kierowcy w przepoconych drelichach radzą sobie na tej drodze, napierając na wóz twardym
kołem. Ale my nie szukamy prawdziwego życia. Scenariusza szukamy z serii Upokorzeń



bohaterem upokorzeń ma być nasze życie




***







19:43 / 10.12.2009
link
komentarz (15)
**

Sławomir Różyc. Dobranoc Cyrano


Tkliwsze serce sprawię zmierzchem mojej Pani
Usta w sukni skrywa czy biel stóp od rtęci
Którym w łusce szklany bardziej jest niż księżyc
Pantofelek w trawie kształtną bywa rtęcią


Sam w plotkach słyszałem, mówili, żeś piękna
W czym piękna, odpowiedz, oddechu czy kresce
Orbity pośladków w ręczniku na przemian
Firan nie zwiesiłam ? Właściwe w nich dołki ?


Kiedy stopą przyciągasz cienie w pilśniach trawy
Cienie łódek maleńkich tam czekają do wzięcia
Ja się gubię Cyrano ! Bo takt zmienił słowik ?
Wołaj kocham ! Jej, Kocham ! Spod każdej gałęzi


Kto oprócz nas dwojga, powiedział mi : Kocham ?
Wybacz pani, ja gadam w pustej głowie chłopca
Jak ci idzie ? Zawile, to głowa z przedziałkiem
Jej kapelusz piór głodny i pełen winogron


A co z chłopcem ? Niech spojrzę, powtarza coś z kartki
- Cóż, to tylko poezja, nic poniżej pępka
< Pocałunek Roksano, potem spać pójdziemy >
Pocałunek to sprawi ? - tak pomarańcz w piórach


Rozpłynęło się dwoje mokro spod powieki
A my w pustym parku, gdzieś pokraczni w ciszy
Powiem ci : Dobranoc, kochany gaduło
Echo mi odpowie : Czas spać, Rosynancie






nazwę Cię Lilia Con Amore. I będziesz miała w jej odcieniu skrzydła ...


***











19:40 / 07.12.2009
link
komentarz (16)


zniknął. Chodził swoimi ścieżkami

aż rozpłynął się pewnego dnia dyskretnie. Wcześniej znikał. Podczas budowy zachodził wstrząśnięty i szukał znajomych
kątów. Jeżył sierść, uciekał przed opiekunami, bo też nie myślał abstrakcyjnie. Gubił się mimo znajomych zapachów
pięciu ocalałych ścian, które zachłannie obwąchiwał

był jak większość ssaków istota terytorialną. Nie sądziłem, że może być tak przywiązany do rzeczy, szaf i parapetów,
na których przesiadywał

miał na imię Filon. Choć uparcie każdy przekręcał na Filemon. Może bym nie pamiętał ale miał paszport imienny
do Unii Europejskiej wcześnie ode mnie.
Biało czarny był odmiany polskie. Miał rodowód po matce czy ojcu,
raczej wątły i najsłabszy w micie, ale objęty certyfikatem Kliniki Adopcyjnej

przez pół roku dzwonili do mnie. Czy dostaje odpowiednie odżywki. Czy mu oko nie zaropiało. A jeśli chciałem
Filona pozbawić samczości, oni gotowi byli tanio i bezboleśnie, w ramach promocji trzy wizyty u psychologa zwierząt

nigdy nie usuwałem zwierzętom płci. Najpierw była Dunia. Wiódł się długi samczy ród kotów szarych. Pręgowanych.
Czarnych z białą łatą. Jakoś top się udało gdzieś rozdać. I kiedy z miotu pozostał jeden jedyny kot okazało się,
że to Masza

Filon nie trafił do nas przypadkiem. Miał do spełnienia misję. Potrzebny był kobiecie mocno już starszej,
aby się nim opiekować

kobieta odeszła. Cicho i bez skargi. Zabrakło jej jej. Zagubiony między rusztowaniami kot, zdziczał i schudł, bardziej
już przypominał deskę do krojenia warzyw, niż dostojne zwierzątko o błyszczącym futrze

a jednak dał się obłaskawić powtórnie, ponieważ był osobnikiem łasym na muzykę klasyczną. Przy Strawińskim mruczał.
Bizet strącał futrzarską kulę w czczy sen. Kiedy opera się kończyła stawiał ucha na sztorc i otwierał oko po przekątnej.
Wreszcie prężył się na wszystkich czterech kończynach jakby się domagał bisów

dzięki niemu coś wreszcie udało mi się zaśpiewać czysto. A jest to wyjątkowa trudna wokaliza. Słuchałem jej
z wiekową kobietą, która starała się mi zastąpić matkę. Tuż po pogrzebie wyszedłem z campingowej przyczepy,
gdzie nocowałem. Stanąłem pośród stawianych właśnie ścian, biegnąc wzrokiem w górę, z tej niezadaszonej pustce
po domu, spytałem niebo i spytałem gwiazdy : Gdzie teraz jesteś Marianno ?

z przyczepy płynęła aria Cania Leoncavallo z opery Pajace. Wróciłem smutny a Filon tam siedział. Wyprostowany,
zmarnowany kot. Nigdy nie przejawiał zainteresowania muzyką, kiedy słuchaliśmy ze stara kobietą. I wtedy zrozumiałem.
Że zwierzęta pamiętają i też tęsknią. Z początku cicho począłem śpiewać wraz z Stanisławem Gruszczyńskim, niskim,
matowym barytonem, arię Cania

ilekroć upadałem w życiu zawsze wstawałem z ta aria na ustach. Moja aria. Mój kot. Ostatni kot. Filon meloman.
Rozpłynął się. Znikł taktownie

bo żyję już tylko z wiersza na wiersz. Ostatni raz zaśpiewam ci Filonie arię Cania ...

.... Śmiej się pajacu, bo tłum oklaski da ...



***










00:25 / 06.12.2009
link
komentarz (17)
*


okropne jest tak przegrać zonę w karty. Moralnie niedopuszczalne. Kiedyś pracowałem z kimś, Takim ...



ale kiedy żona nas opuści dla bogatszego, żeglując z nim gdzieś na Baleary, czy dopuszczalne jest
ją winić, że zdąża do samorealizacji



ma przecież prawo oddychać. Żyć lepszym powietrzem paryskich wernisaży. Nie lękać się o opłaty
około pierwszego



nie będziemy golić pokutnie głowy z powodu niezrealizowanej żony. Bo goląc głowę
nie chcieliśmy przecież patriotycznym wzorem upodobnić się do generała Andersa.
Tak jak on skłaniając się ku ówczesnej modzie wśród wyższych wojskowych, upodabniał się
do greckich strategów



no właśnie. Do kogo usiłują się upodobnić młodzi z bogatych rodzin, goląc głowy i paradując
w czarnych podkoszulkach. Zwieńczeni opryskliwymi tatuażami w widocznych miejscach.
Pogardliwi wszystkim, i strzelający do siebie w kółko
farbą z plastikowych karabinów. Bo na służbę
w wojsku to już jaj zabrakło



wstaje rano i wszędzie dostrzegam takie niespójności. Można o czymś opowiedzieć ze zrozumieniem, i można nie zrozumieć


wyobraźcie sobie ja nawet nie kłamię. Nie muszę. Jestem prawdomówny. Jest tyle doktryn
i filozofów, po których każdy z nas co dzień może się podszyć





>



***







19:35 / 04.12.2009
link
komentarz (3)
>


ozdobnik w miejsce wpisu : Ile się naszukałyśmy tego forum ...


czego pragną kobiety ? ale dlaczego szeptem, zawracamy przecież najgorętsze prądy jaźni


pragnienia pierwotne. Kobiety .., każda ich rozbiegana cząstka, osobno pędzi na randkę. Potem sprawdzają ukradkiem
na przystankach czy majteczki przypadkiem nie trafiły do torebki



miłość, O czym szepcze miłość ? Kobiety pragną być pojmane ... ?



***






20:18 / 02.12.2009
link
komentarz (7)



skrzętnie zbieram słowa. Wsłuchuje się w ich współbrzmienie. Oglądam pod światło. W sobotę napiszę erotyk.
Albo w niedzielę. Może zacznę pisać już dzisiejszej nocy. Czy będzie miał rączą, przejrzystą konstrukcję ? Czy będę
malował jak w drodze do Flandrii ?

tym bardziej obce mi słowa niepotrzebne. Słowa dźwigające treść, ale nie zwiastujące. Wyciszyłem się bardzo.
Czy powinienem teraz dokonywać wpisu ? Kiedy każdy zmysł mam wyostrzony na pozór czyichś przemyśleń

takim się zdaje rozmowa, której byłem cichym uczestnikiem, rozmowa nic nie wnosząca swoją treścią. Swobodną,
a z przesadną swadą, dotykającą anatomii wzajemnej i kłębiącej się w namiętnych aktach Kamasutry.

istnieje pewna zależność między kobietami i mężczyznami zgłębiającymi ten temat. Dłonie mężczyzn tną powietrze
wyprostowane, proste wektory. Katy. Romby. Tam gdzie powinno być zaokrąglenie pośladków. Gruszkowatość piersi,
są wąskie bezlitośnie składane usta. Noga w białym zachwycie wyrzucona przed siebie, u nich raczej element
z Ikei chwycony pod kolano po łokieć.

one z piąstkami zaciśniętymi na widelcach. Usta rozchylone. Pewnie te piąstki tak im zostają we śnie. Tak trwają
z paznokciami kaleczącymi konchę dłoni. Wiedzą. Widziały. Nie zdradzi je byle rumieniec

w natłoku obrazów nikt nie wie, że Kamasutra odwołuje się do reinkarnacji. Że spełnienie mężczyzny jest przyspieszeniem
zejścia jego cielesnej powłoki. I jeśli hinduska Kasia ma partnera spełnić, stymuluje go do granic wytrzymałości,
by w owym spełnieniu uzyskał błogość transcendentalną. Hinduska przez swoje ciało rozmawia ciałem partnera ze stwórca
hinduskiego raju

tutaj raczej składamy Barbie. Zatracamy cały europejski dorobek intymny. Odtrącamy Platona razem z przepychem
orfickich misteriów. Odtrącamy Owidiusza, i tu mnie serce szczególnie boli, nie kontemplujemy zapachów dam.
Nie uświadamiamy im zacisza ich kształtów. Nie uczymy zaokrąglać warg w zdumieniu. Nie zachęcamy oddychać pełna
piersią tak, abyśmy się potykali na drodze równej. Aby ich rzęsy z każdej odległości łaskotały policzki

nie uczymy ,że kiedy im przyjdzie ochota upaść, to nieświadomie upadły już dawno od pierwszego spojrzenia wodzone,
a teraz przychodzi je spełnić, jak Hinduski spełniają partnerów, tak my otwieramy w nich siebie, do rajskiego wejścia

cóż tu więcej mówić, słuchałem milczący. Możliwe, że nie jestem znawca Kamasutry, moi koledzy składają lepiej
ciała kobiet jak klocki lego.

ale wierny naukom Owidiusza mam nadzieje, że po mnie żadna z dam, nie przesuwa czerwonego klocka z powrotem,
na właściwe miejsce. I wszystkie klocki są jednako różowe i ciepłe

a u nich ten czerwony klocuszek ciągłe nazywa się Clitoris. Inaczej, rywalka ...


i tak to jednym łacińskim słowem odstrzeliłem sobie większość komentarzy



***









17:29 / 29.11.2009
link
komentarz (22)


Sławomir Różyc - droga do Flandrii



rano przemierzyć stopą dębowa podłogę
trzeszczy choć po nocy dźwięczą w szparach świerszcze
odsłaniając firankę znajdę garnitury
seledyny wysmukłe strącające rosę


nie otwieram okna na parapet wykładam
chleb fasolę Senekę podróżne przyprawy
nóż o cygańskim ostrzu do boku przypaszę
za oknem wschodzi słońce. I tam czeka dziecko

dziecko ma długie rzęsy. Kiedy do mnie przyszło
paliłem szyszkami pod kuchnią i strzelały iskry
dziecko w fotel się skryło blisko popielnika
gdyby nie te rzęsy prawie niewidoczne


dziecko nie miało marzeń choć widziało trawę
oczy ostre błękitne bo widziały niebo
często na nie patrzyłem obierając ziemniaki
jak ołówkiem zgrabnie wymyśla przyjaciół

jak kredkami starannie nakłada kolory
jest tam wzgórze zielone. Są pszczoły. I jabłoń
wczoraj z szafy wyjąłem pudełko po butach
mam tam proce z dzieciństwa i swoje marzenia

... dziecko spało spokojnie
pokaże mu Flandrię



***









20:03 / 26.11.2009
link
komentarz (37)
widziałem twarz anioła. Powoli. Moje marzenie zamieszka na pograniczu Francji
Belgii i Holandii.
Adam ze swoim kolega nas przygarnął. Powiedział, że moje poetyckie miasto nocy będzie bezpieczne w Flamandii.
Obaj są Francuzami ale czuja się Flamandami. Od dłuższego czasu tłumaczyli mi historie, kulturę i obyczaje.
Katedra jeszcze nie ma flamandzkiego adresu. Ale za dużo ustaliliśmy nazw ulic, placów teatrów, nawet szpital,
teraz tylko pisać i na stronę internetową



nigdy nie mogłem dostrzec twarzy anioła. Zawsze mi umykała. Ale pisałem do jednej naszej dziewczyny, która
lubi moje wiersze, i je czasem ocenia, tak się zapatrzyłem na jej buzię, że jakoś wymknęło się podświadomie.
Tyle. Że to młodziutki anioł. Skromny. Milutki i taki dziewczęcy. Ale skoro poezja nie zna czasu , zobaczyłem
aniołka za lat piętnaście. I może ża te piętnaście lat anioł zrozumie ten wiersz i bardzo się wzruszy ...


dziękuje Ci aniele ...


Sac, Sacoche znaczy po francusku worek, woreczek. Powiedzmy worek tęsknoty jedna dziewczyna mi mówiła. Bo to ukłon
w stronę moich francuskich Flamandów




Sławomir Różyc - Cathedrale Tombe du Soleil a la Mer


mówią o niej w mieście
że jest szklana jak morze
że po nocach jest szklista

Sac - dzwonisz z katedry
sygnał biegnie po nawie
przez witraże czerwone
cienie goni księżyc

- ja tu siedzę na ławce z podniesionym kołnierzem
jest katedra po ścianach łacińskie napisy
- czekam mam we włosach kremową kokardę
w której ławce siedzisz ? za tobą organy ...

- chciałam ci powiedzieć ., że w drodze do domu
tabernakulum złoci twoje ciemne oczy
- poczekaj, przerywa, widziałam w łazience
światło świec pieści lakier brązowych paznokci

- widziałam w lustrze. Skąd wiesz, że brązowe ?
jest katedra, a w środku osiem białych kolumn
- stałam bardzo długo, i palce mi drżały
gdy odgarnę włosy jak twa szyja biała

- Sac, ona się pojawiła. Ciągle się powiększa
każda z kolumn wspiera z urokiem podbródek
- słuchaj, to nie poezja ! To jest pierwsza zmarszczka
zmarszczka ? A organy z podniesionym kołnierzem ..

- Sac, w takiej chwili zostawić mnie samą
pierwszy akord posłuchaj
- Sacoche .., ja się boję



***









21:07 / 25.11.2009
link
komentarz (30)



może powinienem o tym wcześniej napisać. Dzisiaj będzie o mężczyznach


sieć przypomina niekiedy kosmos. Kręcące się planety wokół Słońca. Allegro. Gazeta Wyborcza. Obłoki porno tuby.
Mgławica naszej klasy. I gdzieś tam na Drodze Mlecznej nlog. Czy dla innych pudelek.pl

wstrzeliwujemy się codziennie na taka orbitę. Krążymy ufni w panujące prawa grawitacji. Czasem ktoś nie trafi
w portal czasoprzestrzenny i nick znika w czarnym kosmosie. Spada bądź trafia do czasów równoległych. Z Małej Niedźwiedzicy
Onetu na portal Bez Tabu. Jak w każdym wszechświecie są gwiezdni wędrowcy. Jedni dla interesu. Inni chcieli by ten
wszechświat podbić. Ja należałem do wędrowców

kiedy się wybierze nowy układ słoneczny, do sentymentów zawraca cię poczta, i dogania szybko zgodnie
z teorią względności. Im mnie niewdzięcznika również dopadła. Skoro jednak czas swój spędzam pracowicie mogłem
liczyć, że przeprosiny moje okażą się skuteczne. Że słowa raz jeszcze będą trzepotami rzęs. A ostatecznie u istoty
tak zmyślnie naznaczonej kobiecością, zawsze przez pretensję przebije się radość, i ciekawości chętka

pomyślcie, garncarz Bóg ulepił Adama z czerwonej gliny. Ujął mu żebro i stworzył kobietę. Żebro nie jest
zbyt wyszukanym . Zawsze kiedy mozolnie się wspinam po białej szyi, wargami, znajduje ten ciepły płatek, chce głośno
krzyczeć, Boże ! Co by się z nami stało, gdybyś Ją stworzył z ucha ?


pierwsza znalazła mnie Artemis, panienka łowczyni femina trzeciej generacji, wróg poglądów zaciekły, a przecież
zawsze broniłem honoru jej kobiecości, co na tamtych portalach uznawane bywa za przypadłość, potem jedynie potupywałem
w oczekiwaniu na jej przybycie, kiedy jednym wpisem pozbawiała nick głowy zdejmując najpierw kanarka, mówię wam
przy niej piła 4, to zepsuta zabawka

ale kolaborowaliśmy ze sobą ukradkiem, niby na ziemiach czerni krzyczałem : Sparta pozdrawia Ateny ! Ale tak
trochę za nią podążałem, że zawsze czoło zatrzymywało się na czerwonym słupku z napisem : Przystanek. Artemis
jest moim kumplem. I kiedy pisze : ... choć tęskni za światem mężczyzn, do którego boi się aspirować ., będę musiał
rozejrzeć się po tutejszych mężczyznach i odpowiedzieć, dlaczego : Oni tu, a ja tam ?

po chwili odezwała się Smoczka. Chciało by się przypomnieć jak krzyczeliśmy na portalach : Krew i żelazo !
I wydawało nam się, że zmienimy świat, wciąż dla mnie jesteś jak oranżadka w torebce szczypiąca w języczek, jak można
pytać : Kto Ty w ogóle jesteś S... ? :))


pojawiłem się tutaj i rozstawiłem swoje skromne namioty. Z nikim nie zadarłem. Nikogo nie obraziłem Artemis.
Bywałem tutaj u piszących mężczyzn. Początkowo wydali mi się jak dokazujący chłopcy. Rozbrykani i niepoprawni.
Ale było coś jeszcze. Kiedy się zadomowiłem i zyskałem nieco popularności. Nie byli złośliwi ani zazdrośni. Mojemu nickowi
oszczędzili uszczypliwości.

może patrzyli z rozbawianiem. Może spod przymrużonych. Ale to nie są chłopcy, to dojrzali mężczyźni, którzy wiedzą,
że świat zaludniają ludzie mądrzy, i kręcący młyńce nicponia z bandurka. Doceńcie wreszcie swoich mężczyzn na nlogu.
To się nazywa Tolerancja. Od Niej aż ociekają publiczne media. Tylko wasi chłopcy z nlogu Ją mają we krwi. A media nie




***







21:23 / 21.11.2009
link
komentarz (45)
>




fizykoterapia





wydało się wówczas ... Oto nadchodzi czas powszechnego celebrowania, a my nie pozbawieni obaw
coraz częściej ulegając cichej stabilizacji przestaniemy narzekać wreszcie. Klocki zwyczajnie trafia
na swoje miejsce i jak w Smażalni narzekania będą cichsze w końcu umilkną. A my zawstydzeni naszą
niewiarą tym gorliwiej chwalić będziemy naznaczone nam przywileje. Jednym duże, drugim malutkie



gdyby Józef K. nie pytał dlaczego. Nie usiłował wierzyć że przyjęty system postępowania na co dzień
ma jakiś już nie tyle etyczny, a logiczny wymiar. Gdyby w porę zauważył ta skromną i powiększającą się
w coraz szersze pasmo, czarna kreskę, która miała oddzielić uprzywilejowanych i chwalących czyjeś
uprzywilejowanie pochlebców



gdyby potrafił żyć z pochlebstwo tak jak się tam do dziś żyje w Smażalni reklam coraz bardziej ulegając
logice zdarzeń rzeczywistych ...











Sławomir Różyc - In plaats van de blauwe regen



wczoraj przez sen prosiłaś o swoje wyzwolenie
widziałem fale na plaży wyrzuciły deski


pachniały solą imiona skrzydlatych tancerzy
nosiły wydętą pierzynę
białej galeony


twój płacz przypłynął nad ranem z nieznanego miasta
obmywał zboże imbirem w południowych prądach


w tym śnie o ramionach jasnych
jak powróz przez plecy


w tym śnie o włosach ciemnych
pachnących daktylem

niepokój ten obecny
kiedy spoglądasz przez okno


widziałem to
widziały portowe żurawie
spojrzenie twoje niechcący zapala w oknie świece


deski wyrzuca morze
a ty na nabrzeżu


pytasz skrzypiące żurawie
kto nie wrócił do portu



kiedy miesiąc nie wraca wykładasz pamiątki
w kartonie stoją na targu przechodniów ciekawe
kruche figurki nietrwałe na pólkach z książkami


drobne pierścionki cienko ściskające palec
krojące czas i przestrzeń sercem diamentowym


i pewnie wieczorem powiesz cicho nad albumem
... wiem, w latach kryzysu i po rewolucji
przywódcy budują stadiony. A czasem fontanny


czy już wtedy oboje będziemy śnić na jawie
choć uciekasz od krzyku ptactwa nad zatoką
bo kto patrzy uważniej : Co wyrzuci morze



dość masz dziobów otwartych i nienasyconych
sen cie znosi sekretnie w pobliże fontanny
na ławach z białego kamienia


jakie ma znaczenie faun co dmucha w muszle
kiedy gejzer syczy rozdwaja się w górze
słońcem ciebie dotyka czy złudę dziecięcą


znów niepewnie wyglądasz swoich nowych piersi
łydki z udami łączą dziewczęce kolana
do bulw podobne w lustrze


jeśli nie kościste


znowu masz kółko na ustach z czerwonej pomadki
znowu mówisz mi barwne imie nieprawdziwe


to tylko anioł niezręczny zostawił ci pieczęć na ustach
ci pierzaści panowie nie pojmują kobiet


dlatego na nabrzeżach gorzki zapach migdałów
i pod fontannę powracasz
i wracasz po młodość


bo czy ktoś wie
co dzieje się w sercach przywódców ?


kiedy boją się ludzi i budują fontanny


jeśli dokładnie się przyjrzeć
to ten czerwony krążek
anielskiej szminki na ustach


odbiera im mowę






Pozdrowienia !









22:06 / 19.11.2009
link
komentarz (35)



portugalska impresja



rano prezes zatrzymał Józefa w kuchni. Jeden z dwóch współwłaścicieli
firmy. Czarnowłosy niczym Argentyńczyk. Bardziej żywiołowy. Stanowczy.
Będąc dużo mniejszym od pana K. budzi respekt.

Samiec alfa przygląda się uważnie lewemu oku Józefa. Odstępuje dwa kroki.
Mówi, obserwując Józefa bacznie : Portugalczycy byli oczarowani panem ...

przychodzi chwila kiedy zdajesz się docierać do własnej tożsamości Józefie.
Byłeś ostrożny przez wiele lat. Ale poczciwy pan Józef K właśnie wymiękł.
Jeszcze się uśmiecha melancholijnie

Chyba mówi pan o jej żeńskiej części ? - ale jedynie zdolny jest potwierdzić
treść pozwu. Szef wybucha rwanym, demonicznym śmiechem. Młodzi pracownicy
nie trafiają szynką na starannie posmarowane masłem Łomża kanapki. Dzieje się coś
czego nie pojmują : Prezes prowokuje dobrodusznego dinozaura. Pan asystent od
spraw nieokreślonych bliżej, tymczasem stawia kubeczek na stalowym, długim blacie
tuż obok dużego zlewozmywaka. Sypie na wyczucie Kronung Jacobs Gold.
Zalewa wrzątkiem z czajnika. Starannie dobiera cztery nie utracone kosteczki
cukru w kształcie trefli ...

ale tuż obok pojawia się Halszka z sensowną szklaneczką w wisienki. Nie sposób
nie popatrzeć na Halszkę z gór. Halszkę ciemnowłosą, smukłą, w której oczach
szarych nieraz przepływa mgła znad turni. Niech tylko usiądzie kącikiem
na skórzanej sofie. Niech się zamyśli

dziś przez przez zwarte ciało kozicy przebiega jednak dreszcz. Po piegowatej
buzi rozpełza się rozbawienie, jątrzy już nieomal oczy, i szkli długie rzęsy

... Józefie, mnie same spojrzenia nie wystarczą. Ja sobie jeszcze lubię pogadać ...
zaczepnie wtrąca i przesuwa się za stojącego przy blacie stażystę, który
zdumiony patrzy na mnie. Czuje jej obecność nieomal na plecach. A jeszcze
szef tokuje : Całe przyjęcie wspominali , K

oo, Sophii, coś kwili pojednawczo w piersi. Ale asystent Józef K. odpowiada
Halszce szarmancko : Ależ ja lubię patrzeć jak Halszka mówi do mnie. Lubie
ten pojawiający się koniuszek języka niby u Beyonce. I teraz Halszka strzela
błyskającymi oczami. Pokazuje koniuszek w tej wycofywance już za ekspres do
kaw, a lodówkę, jak by to ucieczka między krzakami agrestu. Czyli - myśli K – cała
Górna Galeria wie. A szef niby się śmieje, ocenia ile wart jest basior, i czy mu
przypadkiem nie wydusi pisklaków

ach, to musiało kiedyś nastąpić. Uprzedzał Józefa jeden życzliwy komentator
wczoraj, że brak snu może odwadniać jawę. I jest to jak malowanie na jesionie.
Materiał pęka i w szparze pojawia się rzeczywisty błysk

pan K. zauważył Ją we wtorek. Ktoś miał przyjechać z Lizbony dopiąć
produkcję. Pierwsze ostrzeżenie przyznajmy, wychynęło z z zaciekawionego
oblicza Korsykanki Marcieline, gdzieś w połowie zeszłego tygodnia. Ale Francuzi
z natury są ciekawi i bezpośredni. Ona zaś wiotka , śniada, o udzie jak patyczek.
A Sophie jest dziewczęca. Nieduża o kruczych włosach i nosku w orzełka.
Usta wywinięte namiętnie oczy ciemne. Ciepłe. Niby wywar granatu jej zapach
niepokojący

zobaczyli się z Józefem od razu. Ona tym ułamkiem zwłoki w rozmowie,
przesłała spojrzenie, a kiedy mówi jej buzia nie jest jedynie okrągła i niewinna.
Jej wargi czynią się wymowne. Zachłanne. Jakby głębokousta, a a błona
wewnątrz ciemniejsza, wabiąca niewiadoma jaką obietnicą. Tak, że asystent
Józef K. zwyczajnie się zapomniał. Zrzucił sandałki. Włożył buty
i przyczesał
włosy woda zimną. Dodał kolońskiej. I krzyżowały się te spojrzenia
wzajemne szczodrobliwości do wczoraj wieczór. Bezkarne. Coraz bardziej
wymowne. Bowiem widzimy w sobie wzajemnie ostatnią nowa komórkę.
Film Tarantino o którym trzeba się utwierdzić również z tymi z Lizbony. Plastyk
widzimy nie kobiety. Zimowe opony

a kiedy tak stanęła przy ekspresie wzdłuż całej długości blatu patrzyli
na siebie z Józefem. Na kubki do kawy. Aż zaczęła drobić stópkami w miejscu. Zrozumiał.
Zatoczył okrąg lewą nogą po parkiecie.
Lewą dłoń oparł
na biodrze. Prawą wyprostował z opuszczona dłonią niby dziobem żurawia.
Czekałem. Nie liczył się czas. Czy ktoś nadejdzie. Zrozumiała. Stanęła wyprostowana
bokiem. Przysłoniła podbródek i usta wyprostowana dłonią niczym wachlarzem.

Opuścił dłoń na czoło. Zakreśliłem jej wczorajsza twarz na swojej. Potem
opuścił nieco czoło, aż jej dzisiejsze włosy opadną. Palce sunęły delikatnie
pod tymi włosami, a dochodząc przedziałka pochwycił je wyobraźnią,
między dłonią i kciukiem, odtrącał niesforne, jak Sophii to czyni

noc miał na palcach, kiedy znaczyłem powieki. Piwonie na wargach.
Kalię otworzył dłoń na piersi, odrzucił jak przeczytane strony na jaśniejący
dziś dekolt. Westchnęła głęboko. Potem paznokciem na kciuku przeciął
dolna wargę. Czekał. Krople krwi zebrała na chusteczkę. Powąchała
zachłannie i ze zrozumieniem czarnych oczu szepnęła : Flamenco ...

odwróciła się i drobiąc jak dziewczynka ratowała się projektem

pan K. nie wie, co z tego wyniknie. Nie wie jak bardzo zmieni się jego wizerunek
w firmie. Ona będzie pamiętać Warszawę z sentymentem. Nie jest dużym
i barczystym orłem. Nie jest pięknym i pewnym siebie sokołem. Jest małym
i płowym jastrzębiem, który czasem pragnie poderwać się nocą. Jednym
z ostatnich. Tym tańczącym ...


... i szlag trafił nadzieje na ambitny log, ostatecznie ...



***







23:06 / 17.11.2009
link
komentarz (19)



neofici i renegaci





kiedy pan K. szarpię ciężkie żelazne drzwi do carskiej fortecy , gdzie zatrudniony został niegdyś
w wytwórni pieczarek, wcale nie czuję się wolnym. Spełnionym. Ciekawym rześkiego,
jesiennego wieczoru szumiącego tutaj w koronach wysokich klonów.

zrozumiałe, Józef bywa ogłupiały w tej walce o odzyskanie higienicznego trybu życia.

Psychoanalityczka, pasjonatka raczej i dziewczyna A. sugerowała : Pompon ? Powinien
odzyskać rytm snu

w sobotę odzyskać swobody pan K. nie potrafi. Podobno to z uporu tkwiącego w nim samym.
Wczoraj zaplanował sobie bieganie. Spał około trzy i pół godziny, z czego półtorej, wytrwale
biegał. Dopiero się się napatrzył , co Józefa otacza w snach. Biało żółtawą mgłę mijał. Park
z gazowymi latarniami, gdzie pod ławkami, śpią mali ludzie z drewnianymi nosami. Ale
oni są przyjaźni. Ostatecznie należą do biegającego snu pana K.


twarz wyraźnie zarysowana przez błonę ściany poprosiła Józefa o przypalenie papierosa.
Razem obserwowali duża blado niebieską bańkę mknącą nad jezdnią. Przypominała sterowiec.
Nie przyjrzał się dokładnie pan K., musiał wyjmować z ust twarzy papierosa. Kiedy twarz
się zaciągnęła, to opowiadała raczej niestarannie. Ale Józef wiedział, że inni nie pamiętają
snów. To ich mechanizmy obronne. Nie wiedzieć, co się dzieje w snach

pan K. wszystko bardzo dokładnie zapisuję w głowie. Choćby nie chciał. I niesłychanie
trudno przejść przez sen Józefa niezauważonym. Bańka zaś pachniała rozwodnionym octem.
Świstała jak nieszczelny wentyl. Twarz powiedziała : Odwiedzili nas wreszcie
Zamilcz – powiedział Józef – jesteś moją podświadomością
Nie jestem, - odrzekła twarz - bo to jest twój sen biegający. Znikam

z za rogu wyszła ona . Była młoda w czarnych koronkach. Minęła Józefa wionąc
chłodem rozpaczy. Goździkami. Zdradziłam Cię – powiedziała – tak krótko cię znam, a już
zdążyłam zdradzić. Józef K. krzyczał za nią

Zaraz ! - krzyczał - Nie jestem żaden Chrystus, żeby mnie zdradzać. Nie pakuj mnie
w syndromy.
W żadnego Fromma nie pakuj - prosił - żadnego. Rozumiesz muszko ?
Zatrzymała się panna Diva w czarnych podzwaniających koronkach, bo czasem w snach
podkrada się jakieś słyszalne brzmienie
Nie Fromm, mój naiwny - odrzekła - I nie pośladki, które wysyłałam ci tyle razy.
Rozwichrzony samcze ...
pan Józef K. nie potrafił zobaczyć twarzy. Nie była to wina koronek. Dlaczego anioły
Józefa nie mają twarzy ?

Erich, to takie czyste brzmienie, Erich było jak wyszczerbiony kieliszek przyłożony do
kobiecej piersi ! - krzyczała w otchłań pustej ulicy. Ile było skargi w tym jej wołaniu. W dłoni
ściskała coś małego. Wstążkę. Figurkę. Może kawałek kolorowego papieru

zdradziła mnie – rozmyślał Józef idąc w mroku po mokrych liściach. - m Zrobiła to
z potrzeby serca. Teraz ma wyrzuty sumienia. Ale wkrótce jeszcze bardziej mnie
polubi. Stanę się dla niej bardziej zrozumiały. Takie są kobiety. Składają się z piersi
i pośladków. To już wiesz .., i jeszcze z duszy. Nie zapominaj Józefie o duszy. Dusza
kobiety przeciąga się na miękkiej lignince, łasa czułego słowa i dotyku

przez ten dotyk dusza, czasem zapodziewa się w sobie i biegnie za tobą z płaczem

bo kobieca dusza jest czarnych koronek dzwonieniem. Albo maleńką kokardka
wszytą w koronkowe majteczki ...

one zawsze mnie zdradzają, moje anioły – powiedział sobie pan K. A przez okna
restauracji widział przy spóźnionym obiedzie pracowników z trzech zaprzyjaźnionych
z pieczarkarnia firm. Nie wpadł na piwo. Oni tam ciągłe są - pomyślał

wszyscy śniący na jawie swój sen, siedzimy przy tym piwie. Mówimy głośno o wolności,
a prosimy, żeby ktoś się nami zajął. Nakazał. Miał gotową receptę. Głaskał po głowie.
A najlepiej założył kaganiec. Obrożę. Kreślił patykiem granice na piachu. Stąd
dotąd wolno

skamlemy

czeka nas poprawność polityczna. Społeczeństwo homoseksualne obojga płci.
A potem Szariat. Czy Józef będzie walczył ? Józef potrafi żyć wśród kobiet
zwolenniczek Patriarchatu. Nie oszukuj się Józefie. Znasz na wyrywki Clausewitza. Pokój
zawsze jest wojną prowadzoną odmiennymi środkami

musisz rozpoznać renegatki panie K. Będą je ścigać neofitki. Niczym rzucacze
nikotynowego nałogu bądź zwolenniczki diety Kwaśniewskiego, będą wytykać swoje
wcześniejsze przyjaciółki palcami. Bo to za mało rzucić petem o ziemię. Trzeba
być za to kochanym. Unoszonym na wyciągniętych rekach ponad tłumem

jeszcze feministki trzeciej generacji będą potrzebować pomocy. Musisz przestać
publikować wiersze Józefie. Kontrolować swoje wypowiedzi. Musisz przywrócić
rytm snu. Przecież światowego kryzysu nikt nie umie wytłumaczyć. Żaden
ekonomista. A noblista Tobin przewidział. Zrobili z niego w NBC czuba na cały
świat. Umarł jako czub. Wcześniej zabili Kennedych. I Martina Luthera Kinga. Chociaż
Martin Luther King i tak by zginął. Mówił do tłumów czysta poezja. Jak Jezus ...

dzisiaj będziesz grał w karty. W tym śnie. Zawsze potrafisz zainstalować tam dwie
rzeczy. Niech będzie stół i nocna lampka. Może dowiemy się jak mieszka

wiedziałeś o tym goląc się rano przed lustrem Józefie. Teraz jesteś po jego drugiej
stronie. Żadna Smażalnia ryb, żadne studio grafiki tam cie nie dosięgnie.
Żaden
przebierający się za swojaka motocyklistę ... Szef

kogoś czekają ciekawe czasy. Nas czekają naiwni.., bez wyjątków. Poznacie prawdę,
a prawda was wyzwoli – pamiętasz Józefie ? Powiedz najprostszą prawdę widzianą
przez wszystkich

... nawet bliscy znajomi nie podają już sobie ręki na powitanie ...



***








11:59 / 15.11.2009
link
komentarz (48)


Sławomir Różyc - zapach Błyszczyka z placu Astromerii przy Katedrze. Tempera



nanieść na palce jedwab cynamonu
wystarczy jeden, dwa, a może więcej
czerwone rurki w palcach strzelające
z twojego okna przykładać do piersi


trącać chropawo gęstniejące sutki
bawić się w ustach mozolnie się bawić
podłużnym wyrazem wymawiać z Sri Lanki
pochodzi drzewo i listki zielone


gdyby mieć kwiaty w kasztanowych włosach
a włosy rozpuścić w sennościach wieczoru
po kątach pokoju o połysku świecy
z zieleni wosku z wosku utoczonej


bo taką zdobył by wabić inaczej
taką ustawił taką ogniem krzesa
z półmroku wytnie ramiona i biodra
spojrzeniem wejdzie ostrzem wzdłuż podbrzusza


tam w szepcie Anno zabełta z imbirem
tam je uczesze z kwiatami we włosach
kosmyków szeptaniem i piżmem pachwiny
zębami natnie chwyci płatek łona
zedrze pasmami z ciebie wonną korę


cynamonowo będą śpiewać piersi
aż z biciem dzwonu palcami na wargach
zgaśnie we łkaniach i rubinem zalśni
palcami na wargach cynamonem ciepłym
byś wołała ... byś śniła o Więcej



***









21:32 / 14.11.2009
link
komentarz (17)


Tęsknoty otuliły mnie dzisiaj białym kożuszkiem. Nadzieje i smutki
trwalsze są od zimy. Pusto tu wokół. I gdybyśmy usiedli przy kuchni,
gdzie się szyszkami palili i osiką. Opowiedziałabyś może, czego
pragniesz po zimie. Sukienki wiosennej w z dekoltem obszernym
na placach. Zapaliłbym fajkę



albo żeby tak dla kaprysu pobyć na Majorce. A może powszednich
świerszczy słuchać na Mazowszu ?





20:39 / 12.11.2009
link
komentarz (38)
*


będzie dziś nietypowo ...



Ogłoszenie.



chętnie podejmę współprace z aniołem chętnym wesprzeć spracowanego
poetę swoim zapałem w dziedzinie uporządkowania mojej pracy
twórczej i marketingu.



wolontariusz winna być płci pięknej, pełnoletnia i bez odgraniczeń
wiekowych w przeciwna stronę, kreatywna. Z lepsza znajomością
podwieszania linków ode mnie. Mile widziane uzdolnienia.



w zamian oferujemy promocję jej uzdolnień. Współredagowanie
loga i logów równoległych. W dalszej kolejności uczestnictwo
w naszym drukowanym w przyszłości kłusownictwie poetyckim.
Udział w spędach artystycznych i stypach pt. wieczory autorskie
w charakterze sekretarza bądź asystentki. Funkcja może się pisać
w języku francuskim, angielskim bądź hiszpańskim



zapewniam ze swojej strony nietykalność osobowościową i cielesną




pełen nadziei sinuhe






wypada dziś dopowiedzieć Stukającego człowieka. W mojej
twórczości dopowiadam wątki z tomiku na tomik. Piszę całym
dorobkiem. Dopowiadam kolorem. Kształtem kamyka z dzieciństwa.
Spacerującym po skórze snem



pamiętam jak odchodziłem pełen nadziei w stronę mojego sadu,
zielonych wzgórz i miasta Nocy, które wznosiłem dla sobie
podobnych



nie wiem kiedy zacząłem opowieść przemieniać w baśń. Ale takich
was widzę pięknych i nieśmiertelnych, dokładnie świadom
naszych słabości. Dlatego nawet brzydota u mnie ma wymiar
antyczny. Oraz pyszną wyszywana złotem tunikę



trzeba to powiedzieć. Bo miasto Nocy zupełnie bez mojej
wiedzy puściło i tutaj pędy. Rośnie sobie i szepcze gdzieś
tam w ciemnym rogu pokoju za waszymi świecącymi po nocy
monitorami



to miasto ten sad ta kraina to Avalon. Tyle że dziwnie współczesny



a teraz dopowiedzmy o przeznaczeniu Kuby. Wierszem, co bardzo się
opierał baśni.
Po nim to właśnie zacząłem swoje myśli malować. Ten jeszcze
wyrzeźbiony został



Sławomir Różyc. Romans z stukającym człowiekiem



nie zgaszę światła nad stołem
zostawię kanapki
takie jak lubisz
z skorupką sałaty



potem w ciemnej łazience
ukryjesz się w kacie
razem z igłą błądzącą
okopconą łyżką



będziesz niosła do łóżka
swoje drobne piersi
tysiącem rozmazanych
płochliwych jaskółek



rano nic ci nie powiem
nie popatrzę w lustro
że pościel znaczona, znowu
treścią kobiety




*


22:38 / 10.11.2009
link
komentarz (44)
*




Przeznaczenie. Kiedyś miałem przyjaciela. Zakochał się. Pasowali
do siebie jak dwie połówki jabłka - tak to określał. Niewyszukanie



jego przeznaczenie. Kobieta. Często chełpimy się w ten sposób
jeśli się nam coś w życiu udaje. Wtedy wierzymy w przeznaczenie.
Ono nas wyróżnia. Błyszczy orłami zwycięstwa na czole



potem przestał używać słowa : Przeznaczenie. Publicznie stwierdził,
że przeznaczenie nie istnieje. W luźnej rozmowie u znajomych
przy winku. Wykrzyczał skromniutkiej dziewczynie, którą po raz
pierwszy widział na oczy, większość ją widziała pierwszy raz.
Ty mnie nie pierdol głupot o jakimś przeznaczeniu ! Potem trzasnął
drzwiami. Milczeliśmy tym dziwnym milczeniem ludzi, którzy
nie wiedzą o co chodzi. Ta mała się rozbeczała



widzę go czasem. Przebija się przez moje spojrzenie i wcale mnie
zauważa. Choć znam te ironiczne skrzywienie warg. Energiczny
sposób poruszania. Jego energetyczna obecność w mojej głowie.
Tak przez chwilę, jakby sprawdzał, czy wiem



że on ze swoim Przeznaczeniem jest nadal. Wiem Kuba. Wiem



sam nie wiem kiedy odszedłem ze świata poezji zaangażowanej
społecznie. Buntowniczej. Starzy znajomi mają mnie to za złe.
Mówią, że marnuję taki doskonały warsztat. Odsunęli się ode mnie

bo ja postanowiłem pisać o miłości. Uznałem, że tylko miłość
jest coś warta. Mówili mi : Podaj choć jeden racjonalny
powód. Nie chciałem powiedzieć. Ale wam powiem. Jest taki
rozbrajająco naiwny. Ten powód to zacierające się z wolna nazwisko.



nazywał się John Lennon, i mówił, że : do życia nie potrzeba
nam więcej nic prócz miłości




opowiem wam o przeznaczeniu Kuby. Smutna to baśń zamknięta
w małym cyklu. Jeśli was nie zrazi opublikuję jeszcze tej historii
dopowiedzenie, które powstało niedawno. Chciałbym darować sobie,
pamiętając wstrząśnięte twarze moich koleżanek z pracy po przeczytania,
ale obiecałem sobie kiedyś nie kłamać o miłości








Sławomir Różyc. Stukający człowiek




zaprosić w drzwi stukającego człowieka
niech uwierzy w dosłowność ścian
że schody nie są z płynnego szkła
poręcze nie popękają niczym łodygi
kiedy oprze dłoń na balustradzie
i przejmie dobroć drewna



trwać z człowiekiem cierpliwie
on umie stać i obie ręce wyciąga
ginący gatunek o niechwytnych palcach
kiedy przełamuje się chlebem ze sobą
kiedy sięga z westchnieniem po kiełbasę
po ser po jabłko do kieszeni
na drogę




jeśli wyłączysz stukającemu człowiekowi światło
będzie tu jaśniał jak końskie czaszki na obsianym polu
odganiający wrony
gatunek o niechwytnych palcach
pozbawiony nagle upierzenia
lotek puchu nawigacji
i ciepła



czekający na chybotliwy płomyk świecy
czekający, co dalej będzie się działo w twoim życiu
w twojej kuchni




przychodzić do stukającego człowieka z nożycami
do człowieka w wodzie mętnej do tali
trzeba coś mówić aby napocząć cięcie



znać język
kiedy spod włosów zajatrzą ślady po papierosach
poskręcana w biały sznur blizna na łopatce



sprawić, że
zielona mydelniczka odpłynie jeziorem czerniejącym
a zlepione włosy do worka



tam już spodnie koszula
rdzawo szare łożysko
określane bielizną



aż odpłynie jeziorem czerniejącym
aby szeptać nareszcie o jakiejś księżniczce
o głowie nacieranej naftą



głowie syczącej
bo stukający człowiek jeszcze nie zagojony
bo stukający człowiek okazał się kobietą



współczujemy sobie
że człowiek
zamknięty bywa kształtem



i należy zostawić maszynkę Mach 3
aby tam również
odkryła się ponownie






wręczyć bilet wręczyć jabłko
którego nie schowa ukradkiem do kieszeni



już rozumie. Jabłko jest bryłą
przenosi drzemiące życie



i nasze palce na jabłku
spotykają się niespodziewanie
na jakimś Karakorum. Pilicy



można zobaczyć zapętlające się ważki
przez lupki skrzydełek oglądać tatarak
wielobarwnie
przez żyłki mrugać
spierzchniętym słońcem



tyle można
a pociąg dźwiga powoli stukającego człowieka



ludzie o o ptasim wejrzeniu
kontrolują nas z nad swoich iPodów podróżnych



oni od dawna znają zakończenie





*

03:35 / 09.11.2009
link
komentarz (26)


szarpie nas obowiązek przez sen. Podrywa z pościeli i ciągnie do golenia
przed lustrem. Obowiązek nie Ciekawość. Możliwość naprawienia świata.
I to żeby ludzie zaczęli rozmawiać ze sobą. Wiele traktatów napisano
na ten temat


tylko nikt odchodząc od lustra nie pamięta już o przeznaczeniu. Czy wierzysz
jeszcze w przeznaczenie ?


czy przeznaczeniem są rozdawane za złotówkę komórki na jakimś Plusie ?


jakie jest twoje przeznaczenie istoto patrząca co dzień na mnie z lustra ?







Sławomir Różyc

Ogrodnik




ten w kapeluszu czarnym nie jest żadnym bardem
i nie cmoka tak czule spoglądając na żonę
nie splata rzewnych nutek szkapę ponaglając
nie czochra jej leniwie batem za uszami



ten pan kryjący spojrzenie pod szerokim rondem
jest raczej przepołowionym nad sadem zwierciadłem
tak sobie pobłyskując pomiędzy drzewami
bo gdzieś tam za agrestem uprawia marzenia



ale najsmutniejsze składa na furmance
w ciemności kruche szepty bardziej są dorodne
tnie srebrną siekierką pnącze rwące się do planet
żebraniem o bezwstydne piersi żadne nie dorośnie







*
04:39 / 08.11.2009
link
komentarz (55)



Sławomir Różyc -- Akt z zielonym wazonikiem



sen podkulił pięty
na twej płaskiej twarzy
amarant figlarny szeleści jak tafta
smukłe, i czarne porozstawiał laufry
na postnych wargach
połyskując cyrklem

coś tam wytycza
co się na sen składa
wilgotny oddech zabijanej foki
krótki przy rzęsach
zabłąkany trzepot
mokre plaskanie na stygnącej plaży

lub podłużne szyje sterczącego drobiu
ściśnięte w modlitwie
gardziel przy gardzieli
strach smakujące, długi
tykowaty
wytarty z pierzem w ciasnej egzystencji

kto nas wyśledzi na miękkiej pościeli
zgrabnie obraca przekątną monstrancji
pokłon,
co rozpala zuchwałość pokory
wegetariaństwo. I niebyt orgazmu






pewnych rzeczy się nie tłumaczy. Pewne rzeczy trzeba odszukać w sobie


***






22:04 / 06.11.2009
link
komentarz (78)


fraszka



zasiedla ten dom pan K., i zasiedla. Tacha kartony stare na poddasze. Jeden taki szczególnie
ciężki, zaklejony przed laty, ale potknął się na schodach Józef, i rozpękło. Posypały się pożółkłe
kartki z maszynopisami. Opowiadania, anioły jego młodzieńczych powieści. Jakie pisał dla
siebie, dla których kawał życia odkroił ...

na kolanach po nim brodzi, to równa arkusze, nigdy nie miał serca ich spalić z jemiołą
na wiosnę. A tu wypada mu taki staruśki zeszyt, zapisany drobnym, zielonym maczkiem.
Literki niewprawne, wyblakłe już i anemiczne

a tu cieniutki zeszycik ocalał. Z rymami. Przytulił Józef ten kajet do piersi. Myśli : A kiedy ja to
pisałem ? Dzieckiem ? Szkoda ich teraz upychać ponownie. Pomyślał .., podzielę się z kimś.
Ale kto
takie naiwniutkie wierszyki przyjmie

i przypomniał sobie o o Eliaszku. Bo fraszkę te napisał mając lat osiem, może dziewięć. Kiedy
to z K. było tak krucho, że jedynie fraszki mógł cichcem pisać. A jakby bardzo chcieć, to
mogłaby
Andziu, Eliaszka na tej fraszce poprawnej wymowy końcówek uczyć. Ale tak naprawdę, to
Józefowi szkoda, że raz na zawsze zapodzieje się, ta fraszka malutka



cztery wrony szpaczek hoży
wnet uknuły spisek nowy

nie uchowa szarak mlecza
gdy mu na kark skoczym z pieca

pianę wysiorbały chciwie
łapa w łapę w komitywie

wtem łasica – Straaasna sprawa !
Łaps po stole – rzecze żaba

głupie whrony i szpak młodzik
zgubił porter. Szpek gotowy !




następny jedynie dżemikowi może uda się wcisnąć. Ostatnio miała problemy w
dyskotece z protekcjonalnym traktowaniem jej przez grubasa. A wierszyk jest taki
naburmuszony feministycznie




Pleban manier uczył kurę tak :
moje proso, a twój kogut chwat

łyk plebani dziobnął gdakę w drzwiach :
księże jojki, na mej grzędzie Pax

kura z pieniem łbem o ścianę, zdrów !
biedna dupa, łyk z plebanem, Lud ?




ale ostatniego wierszyka nie uda się wcisnąć nikomu. Bo ostatni wierszyk brzydki jest.
A przecież tchnący taką skargą od tego cierpienia





w postronnym kopcu, zgadnij w czyjej słomie ?
wędrowna mysia pyrki sobie skrobie

nie znajdzie nas pocztomistrz, miękkostopa kicia
ani żaden Pan Jezus niezbędny do życia



***






21:54 / 04.11.2009
link
komentarz (60)
*




jutro małą uroczystość mam. Coś tam obchodzę. Wyszło, że na przyjęciu
będzie nas dwóch. Ja, co piszę. I ja, co za Piszącego, po grzbiecie
rózgi zbieram.



dwóch nas, a melanż taki pójdzie, że będziemy uszami parę upuszczać.
Bo od tych nowych barw, melanż zupełnie bezalkoholowy może być,
meskalina sama nam się w głowie wytwarza




można sprawdzić poniżej. Będziemy rozmawiać o starych miłościach
z kolonii, będziemy o nich śpiewać i łotrostwa ciekłe szeptać
do ucha. Zatracimy się w tym zupełnie, zalamparcimy tak,
że jutro nas nie ma



ale dzisiaj owszem. A że zawsze woleliśmy bardziej dawać
niż brać, dajemy wierszy o lubej naszej koleżance, Białorusince,
z pracy. Ach, to kobieta dla nas szczodra uśmiechem jest,
dlatego jej portret kreślimy surowo jak Rublow



miejmy nadzieję, że się Łaszce spodoba. Łasza to taka kuna
syberyjska o lśniącym futerku. Polka pewnie by się obraziła
ale dziewczyny ze wschodu, wiecie one pachną jabłkami. Dlatego
miejsce Łaszki o serduszku złotym i ogromnym jak kopuła
mińskiej cerkwy, w sadzie moim jest



i niech się jutro cieszy, niech drobną łapką zakrywa usta
urodziwe, że się Sława postarał, że go biesy na kijach w głąb
bagna nie ciągną



a jeśli moje znajome tutaj dziewczyny przeczytają i się spodoba,
wiedzcie również dla was to malowanie, musicie się podzielić
bom jeszcze chromy, ale się otrząsłem, bo co odyniec, to odyniec




Sławomir Różyc. Szkic o dziewczynie której mówię Łasza. Portret




najpierw słychać kroki. I pobrzękiwanie
drzwi niech skrzypią chrzęst klamki w futrynie
światło niech błyśnie starcze. Herbaciane
do szklanki niech luną strzeliste pędzelki



a ten ciepły najdłuższy z tylcem obgryzionym
co się włosiem nurza w czerwień ostrokrzewu
i już płatek zaznaczam bieli uzębienia
zakreślam słodycz pełnią dolnej wargi



a teraz palcem o barwie renety jej dołki
policzki naciągnąć napiąć piegiem
tropić skórę aż samo z siebie otworzy
jezioro. Oko. Krzyk anioła



a na dnie malachit



bo kiedy sięgam i gładzę za uchem
grudeczkę farby z zapachem korzennym
zawsze mnie zwodzi ucieka z włosami
w tym tańcu nadgarstków , o szyje łabędzie



a moje palce smutne są za duże
jej włosy ciążą już pszenicznym kłosem
szybko płytką dłonią ogarniam w ramionach
zanim nie pogna, radosna

po wrzosach



*
00:36 / 03.11.2009
link
komentarz (32)

na imię Jej ...



mali mówią, że nie ma butów dla nich i muszą kupować w dziecięcym. Duzi mówią, że nie ma, bo na
nich szewcy oszczędzają. Średnich przybywa co dzień więcej, niż zdążą wyprodukować butów
w fabrykach.

a jak jest z niebem ?

biedni mówią, że nawet nieba dla nich zabraknie. Bogaci mówią, że nie wszystko da się kupić za
pieniądze. Przeciętni mówią, że wszędzie jest inflacja, i co nie uzbierasz przepadnie, choć ktoś ciągle
bierze na tacę.

a czym my się najbardziej emocjonujemy drodzy bracia i siostry ? Otóż wciągamy na siebie nasze
sobotnie, obcisłe sukienki, żeby nie oddychać, zakładamy kurtki haftowane w buńczuczne
napisy, i niczym huzarzy majtający warkoczykami w szarży, wypatrujemy, czego ?

wypatrujemy barwy

on ma być barwy różowej. Przyjaznej jak skóra. Może pachnieć pomarańczem, co kojarzy
się z ciepłem. Świece są w kolorze zielonym, co znaczy spokój. Jej włosy są krucze, symbolizuje
to długowieczność, a tutaj wierność.

czasem dodajemy seledynową inteligencję, bo zawsze trąca ona nam chłodem. Dodajemy też
rzucona niebieską piłeczkę, kiedy nie potrafimy już ukryć podniecenia, a partner nas zachwyca

na koniec gasimy światło i zapalamy świece barwą miodowo - szkarłatną, co kojarzy się
z bezpieczeństwem, i skłania do pozostania na noc

po cóż ja to piszę ? Mam poważne kłopoty z postrzeganiem. Tracę powoli umiejętność pisania.
Muszę od nowa uczyć się barw i mowy. Bo choć nie wyruszam z wami nigdzie sobotniej nocy,
też marzyłem o tej Prawdziwej

bo zwykle nie wymawiamy jej imienia. Jej imię stało się banalne. Jej imię jest jak włosy
sprzedawczyni pod czepkiem na dziale mięsnym. Ale wpadliśmy na siebie. Było to
zaplanowane w jakieś dobrej albo złej bajce. Wiedzieliśmy o sobie, i złożyliśmy się zgodnie,
być może odwrotnie, jak mała srebrna łyżeczka z widelczykiem w platerze mojej babci

otóż Prawdziwa zna tylko dwie barwy. Czerwoną, jak pięść krwi tętniczej walącej
w podbrzusza jak w bęben. I jeszcze wodny błękit Cezanne, kiedy spojrzysz jej w oczy,
i wierzcie samymi spojrzeniami też można To osiągnąć, a wtedy z nieba spadają dzioby szyb
zaostrzone, i przez piersi wychodzą na wylot

potem jedno ucieka, jeśli obydwoje nie umarli wcześniej przez zapomnienie. Cała
sztuka polega, aby drugie wyczekiwało wiernie. A czekanie jest bezbarwne, aż wróci,

wtuli człowiekowi ciemną główkę w piersi, nic nie powie. Tylko będzie płakało, że to już. Że przeżyło,
nikt nikogo już więcej nie opuści. Że to jest szczęście, co nazywa się

... nuda

bo też taka jest ta Prawdziwa. Nie na słówka. Nie na esemesy. Nie na zapewnienia. I niezdecydowanie.
Nie na pocałunki. I to co zwykle nazywamy łóżkiem


... na pokaleczone od palców stóp podniebienie, jest
na krzyk wysoki jak katedra, i nawet we śnie
na długie wijące się na plecach tatuaże od paznokci
... końcu glukozą w pracy, też jest, kiedy zasłabniesz ...


dlatego nie wzywajcie Jej imienia nadaremnie. Lepiej zostać przy sobotnich obcisłych
sukienkach. Pomarańczach i włosach kruczych. Potem już miodowe płomyki świec i szczęście,
co w tym świecie nazywa się

żyli długo i szczęśliwie

a ja, który utraciłem poczucie kolorów, poczekam cierpliwie w pustce, co ma kolor bezbarwny.
Jeśli zawiedzie, będę pierwszym na tym portalu okazem zombie. A wtedy drodzy bracia
i siostry, w swoim miłosierdziu, dobijcie mnie kołkiem

bo w takim czekaniu już się nie jest człowiekiem ...


***


22:11 / 28.10.2009
link
komentarz (3)


Ksero.


niedawno Sonia poczęstowała pana K. ciasteczkami na dzień Chłopaka. Z pierwszymi
życzeniami zwróciła się do Józefa, a dzieląc ciasteczka jej rączka wdzięcznie pozostała
chwilkę na jego. I poczuł się nagle marynarzem, któremu nie dane wrócić do portu. Wojakiem,
któremu miłosiernie zezwala się na śmielsze całusy bądź uściski. Bo też K. na tej wojence się zapodzieje ...

przed kilkoma miesiącami Sonia skinęła na Na Józefa K. z pomieszczeń animatorów
wypieku, przejęta uchyliła pokrywę kserokopiarki, rozglądając się lękliwie.

Słuchaj K, ja się z tego nie wytłumaczę – szepnęła chrapliwie - to mój pierwszy dzień, tak mi zależało,
a ktoś mnie to podrzucił

dopiero Józef mógł zerknąć na przemycony arkusz ksero. Nie powiem, twarz mu się wypogodziła,
wszystko wyglądało na typową w naszej Bagietkowni wkrętkę.

apetyczną - choć Sonia była innego zdania.
to nie ja na tym jestem – zastrzegła stanowczo .
przecież widzę – przytaknął Józef K.
widzisz, ale inni powiedzą że takie rzeczy pierwszego dnia – już tak na pograniczu załamania nerwowego
Szefowi miałam odbić. Przestań się wgapiać. Znasz szefa tyle lat

może zaboleć – uprzedza taktownie pan K. W drzwiach pojawia się Szef. Zafrasowany dzisiaj i nieobecny.
Sonia nie tak rozpaczliwie jak się spodziewał Józef, ściska jego rękę w łokciu. Pomóż – prosi.
cicho – mówię. Ale powiesz mi skąd wiedziałeś ?

Szefie, właśnie, dlaczego my nie mamy kolorowej kserokopiarki ? - zagaduje K i ściska dłoń szefa.
Druga jego dłoń jakoś automatycznie zmierza do Sonii. Wcale nie patrzy w jej kierunku. A ona jak
zahipnotyzowana wręcza mu arkusz ksero. Szef spogląda.
Ooo - spogląda jeszcze raz. Mimowolnie , zwalnia merytoryczną odpowiedź na pytanie K.
Nie będzie szastać, są świetne skanery, drukar .., dobre ujęcie, czyje to ? - pyta konspiracyjnie.
Sonia spływająca rumieńcem kręci przecząco głową

nie ujęcie,a raczej klapniecie – teraz obaj z K. oglądają ksero na wyciągniętej dłoni szefa
– kogoś pełniejszego w biodrach.

dyskutowałbym, ale kiedy ? - w właścicielu musi się zawsze obudzić coś właścicielskiego. Czujnego.
Myślę, że późnym wieczorem – odpowiada pan Józef – i dajmy spokój z przepytywaniem ochroniarza

dlaczego ? - Szef przekrzywia głowę. K. idzie za jego przykładem. Widzisz Szefie tę równiutka
linię przedziałka ?
Powiem ci K, masz rację , w kolorze to co innego. Przedziałka mówisz ?

Sonia zupełnie wypadła im z kadru. Jednak staje za nimi na palcach, zafascynowana.
Ja wiem Szefie, że dyskretnie wywinięte wargi podsuwają zawoalowane obietnice, ale
proszę spojrzeć – K. zakreśla okrąg w powietrzu - przedziałek zakończony jest pulchnym
dołeczkiem. Właściciel potwierdza.
Proszę przyłożyć szerokość palca poniżej – obaj wykonują w myśli podobną geometrię. - Widzi tam
szef zaokrągloną wypukłość ? Nieznaczne rozwarcie ?
Józef znał szefa już tyle lat. Znam ta iskrę spod przymrużonych właśnie powiek - o czym on mówi Soniu ?

Sonia zaplotła właśnie ramiona na piersiach. Spogląda na pantofle. Chyba jej teraz trudno być taką
niepotrzebną. Taka niewinną mężatką. Ale przecież kobieta nie może być wszystkim jednocześnie.
Dziewicą czystą i ...

Mówię o łechtaczce Szefie. Tu się znajduje łechtaczka – K. dotyka tryumfalnie kserokopię palcem.

I co ma łechtaczka do rozmowy z ochroniarzem ? - Szef z trudem powstrzymuje uśmiech.
Sonia z rezygnacja poprawia fryzurę. Jest Uratowana, tylko ...

To że łechtaczka jest niewyrobiona i należy pewnie do jednej z niewinnych asystentek zakochanych
po uszy w tych fijołach z produkcji. A tamten, Szefie, każe jej klapnąć goło na ksero, i całe zamieszanie

w takim razie nic nie wiemy K. ? Soniu ? - Już chciała przysiąść za compem - nic nie wiesz K. ?

nie wiem Szefie. Nie patrzyłem jeszcze – niby tak odchodzą w miejscu. K. wysuwa do Sonii dyskretnie
podniesiony kciuk za plecami

nie patrzyłeś, mówisz. Ale ty ciągle patrzysz - rozważa głośno Szef, i z pewna pretensją -
One ci na to pozwalają K ?

Szef też może – Józef K. odgryza się kąśliwie.
Jak to sobie wyobrażasz K ? - ach jak ja ten Józef K. lubi lawirować na krawędziach

niedawno nagrodzono Sylwię premia motywacyjną. Kupiła sobie takie jedwabne wdzianko z mandaryńskimi
smokami. Czerwonozłoty haft. Widział Szef ? Otóż ! Trzeba takie rzeczy zauważać. Podkreślać. To się
nazywa integracja.

Trzymaj ! - szef wręcza K. arkusz ksero. Czuje się poważnie zajęty. Ale z humorem - I co K ? Nie patrzymy ?

Nie patrzymy Szefie.

czasami K. zerka sobie na kserokopię przed wyjściem z pracy. Mój Boże – wzdycha - że są jeszcze takie
niewyrobione na tym świecie. A przecież to jedynie nasza wina ...


***



10:35 / 25.10.2009
link
komentarz (26)



Wanilia

Michała Piroga widziano. Film kręcił. Stał taki zamyślony przed drzwiami do Pizzerii. Prawie,
że opuszczony. Spojrzeli po sobie z pan Józefem K. Inne gatunki ptaków. Piróg jednak zwrócił uwagę.
Spostrzegawczy. Żywy jak rtęć.

drobny i bezpośredni. Bardzo chciałby zrobić coś swojego. I nie chodzi tu o wrażenie czy pieniądze.
Michał chciałby się wyrazić. Ze swojej ośmio minutówki w Tv cieszył się niezmiernie. I nie należy się
dziwić. Puszczają materiały minuta dwadzieścia. Rzeczywiście przełom. A to w niedzielę. Dzisiaj.
Puszczą w Tvnu. I pan Józef K. musi to zobaczyć

chce się dowiedzieć, co się dzieje Pirogiem przed kamerami. I jakim cudem oni potrafią go tak
zniewieścieć. Michał rozmawiał z chłopakami, a Józef K. patrzył. Opowiadał o tańcu . Ma te
magiczne ruchy rąk. Biodra chodzą mu jak węże. Ale gejówki w tym nie ma. A na ekranach
Tv jest. Uważajcie na kamery.

uważajcie na to czarne szklane oko. Na to martwe oko kamery przenośnej, czy na statywie.
Mówię wam, wydobywa z was to, co jedynie przez krótka chwile się pojawia. Potem To składają
na stole montażowym, i z natchnionych wężowych ruchów biodrami, wyłazi jakiś taniec przy rurze
z doprawianymi cyckami z papieru

a pan K. nie lubi jak mu człowieka przed oczami przerabiają na kukłę. Dodajemy od siebie, że pan K.
gejów lubi. Lubię z nimi rozmawiać. Bo są lotni i bezinteresownie wiele Józefa nauczyli. A cała reszta ?

Oni wiedzą, że nasienie pana K. nie dla nich. Tak jak ich, nie dla pana Józefa. Poznają to po jednym
spojrzeniu i pan Józef zawsze czuł się wśród nich pewnie. Jak obcy szary jastrząb, wśród jastrzębi
o kanarkowym upierzeniu. Bo pan K. lubi zapach wanilii. I może dlatego ich lubi

nie znosi za to telewizji. Bo rozpierdala człowieka mentalnie. Z człowieka zostaje ledwie
kilka kanarkowych piórek ...


***






22:59 / 23.10.2009
link
komentarz (17)
*



Różyc Sławomir - czarny dąb




od dzieciństwa stare kobiety otaczały mnie kręgiem
stare kobiety siedziały na swoich solidnych krzesłach
taki dąb moczył się długo, a śpiewając czerniał
pojaśniała na nim któraś. Wiedziałem umarła



jedynie stare kobiety słuchały mnie uważnie
niby przekładając trudne gobelinowe wełny
ale każdy niecierpliwy list do ciebie
pąs przeplatał przez rozpierzchłe wargi



ty nadciągasz, stare kobiety wstają ociężale
dopijając skwapliwie porzeczkowej nalewki
ty na dno kieliszka zapuszczasz różowy języczek
będziesz starą kobietą, smakuj



nie pij mnie łapczywie







piątkowy wiersz. minął tydzień pełen przejmujących wyznań.
Od rzeźbiarza wziąłem dłuto. W lesie znalazłem flet, słowa
dojrzałe spadają od dawna, słowa klonów złote. Słowa nabiegłe
namiętną czerwienia, a dziś wyciosałem, a jakbym chciał
ustami przełamać żyletkę, bo o cierpienie przyszło mi przesłonić
skrwawionym prześcieradłem ...



spróbujmy, materiał : ale i ja upadły, majaczący w mroku,
mam nad sobą anioła. Wystarczy uwierzyć.

Wyciągnąć przed siebie ramiona. Ogrzej mnie ciepłym. A okryję
skrzydłami. Dziś raz jeszcze rozrzucimy ramiona i narastając
krzykiem przebijemy to niebo. A teraz spróbujmy stworzyć
czysciocha. Jeszcze tytuł. Tytuł. Tytuł, kurwa ...





Sławomir Różyc.Twarz anioła z Katedry



upadły ten co na gzymsach tej katedry stanął
wciąż pragnie wierzyć wyciąga ramion
ogrzej napełnij mnie słowem czy oddechem



zamknę cię w namiot czarnymi skrzydłami
prężnymi jak żagle wylękłe o zmierzchu
aż moją szyję odnajdziesz wargami



aż mój policzek otworzysz paznokciem
spod swojej skóry wyszarpiesz się z jękiem
posypie się z nieba nagle puch i manna




no i co rycerzu mnichu ? Celibat w dekiel wali. Raaatuuuj, naparsteczku ?





*
21:10 / 21.10.2009
link
komentarz (23)



Elton


czy pan Józef K. zna osoby gotowe poświecić swój wizerunek celem poprawienia jego samopoczucia ?
Odpowiedź : twierdząca.

Osobników takich, czy raczej trzymając się języka medycznego, obiekty takie dzielimy na dwie kategorie :
Wariaci i Ludzie z liściem na głowie

wariat jest obiektem bezinteresownym, w początkowej fazie często pragnie zwrócić na siebie uwagę.
Celem wariata jest emocjonalne podniesienie nastroju w pracy do poziomu : Jest mnie miło i zajebiście.
Wariaci rytualnie wykorzystani są przez szanowanych pracowników z najebanym ego. Dyspozycyjni
pracownicy z deklem nafajdanym ego aż po sam wierzch, przedstawiają wariatów pokątnie jako jednostki
niegodne awansu pracowniczego, i z powodów higieny psychicznej, do wypieprzenia na bruk.


pan K. osobiście zna młodego wariata, miewającego pomysły twórcze, które w pewnym oderwaniu
od rzeczywistości realizuje z niemałym kunsztem aktorskim. Wariat ten jest bezkonfliktowym i niebywale
uzdolnionym pracownikiem. Nosi okulary, dzięki którym nosi przezwisko : Elton.

Elton nie używa imienia ani nazwiska. Kiedy nadejdzie do niego służbowa przesyłka kurierem,
biegają zrozpaczone panie recepcjonistki, pop całej Kapslowni soków Kubuś, aż w administracji ustalą,
że to do : Eltona Johna.

Elton był ostatnio w spółdzielczym studiu fotograficznym Nakrętka 1, gdzie znalazł skórzany pejczyk,
kunsztownie wykonany i wiadomego przeznaczenia. Pejczyk był własnością gościnnie przebywającego
w Kapslowni reżysera.

Elton w swojej wyobraźni odtworzył domniemaną historię pejczyka. Jako stuprocentowy wariat zechciał
ją odtworzyć, uważając swoja kreację za wysoce humorystyczną. Podszedł do siedzącej na wózku
inwalidzkim koleżanki manager i z napięciem na twarzy, uderzając lekko pejczykiem o oparcie wózka
powtórzył chrapliwie : Powiedz, lubisz to dziwko ...

pani menager odchyliła się do tyłu i aż kładą brodę w okolicy obojczyka pośpiesznie zapytała : Co ci Elton ?

potem w samotności długo jeszcze śmiała się do siebie. Kręciła głową z niedowierzaniem. I zagłębiała palce w gęste
blond włosy z rozmysłem

pan K. dyskretnie wspomni o tym Eltonowi. Bo pogodni wariaci też potrzebują wsparcia. Pan Józef wie coś
o trym. Sam się wzoruje na wyższej kategorii wariata ekologicznego, zwanej : Człowiekiem z liściem na głowie

ale o tym może następnym razem .. lubisz to dziwko ...


***










22:25 / 19.10.2009
link
komentarz (25)



trzeba mieć marzenia. Trzeba czegoś chcieć. Albo zdać się na innych. Wierzyć w postęp techniczny

aż pewnego dnia nowy ekspres do kawy powie Ci : Śmierdzą ci nogi i nie wierzysz w Jezusa

nie wyrzeknę się marzeń. Zawsze będę szalonym chłopcem







10:26 / 17.10.2009
link
komentarz (41)



Gra w klasy


zadzwoniła żona fanatyka. Poznałem ja przez pewnego grafika i aktora spektakli alternatywnych.
Niby teatr gestu, pełen ruchów kanciastych, w przeciwieństwie do pantominy. Grafik w trakcie płomiennej
miłości do plastyczki, drugiej kolejno licząc żony, ja ufny znaleźć jakieś zdarzenie do samotnych przemyśleń
filozoficznych, co się kończyło raczej gwałtowną fizjologią po spożyciu kilku flaszek. Ale tak to już jest, kiedy się
trafia w malarskie kręgi, choć pija tam wykwitnie z cienkiego szkła lub kieliszków.

zrozumiałe, esteci wizualni. Gdzieś tam na orbicie, wracając zapewne ze Stodoły, przyciągnęliśmy fanatyka
do niej, jako ludzie gościnni i dziarscy, trochę ratując twarz z braku funduszy na wódkę, a trochę licząc
na aromaty kuchni Bej. Skończyło się tym, że grafik jest teraz przy żonie entej, ja dramatycznie unikam filozofii,
a Bej dzwoni do mnie w charakterze żony fanatyka, właśnie

dzwoni ponieważ byłem zapraszany, a się nie odzywam. AA - mówię - byłem zapraszany na grilla
przez Gutka, ale spójrz przez okno
Oczywiście razem z Bej wiemy w tej chwili, co znaczy zapraszać kogoś na grilla w połowie października.
Wpadnij na ciasto.

wpadałem dwukrotnie. Kiedy związek grafika wykrwawiał się gwałtownie. Grafik docierał spóźniony,
i też się wykrwawiał gwałtownie w zamkniętym kiblu. Fanatyk był jeszcze ambitnym pracownikiem naukowym,
płochliwie reagującym na odgłosy w łazience. Zamykającym się w pokoju nad niedokończonym właśnie
elaboratem, jakby to nie brzmiało, głupio

pozostawałem z Bej. Kobietą świadomą swoich rozkwitłej urody, o rzewnych madolinowych kształtach.
Poręczną w tańcu. W czarnym golfie, gdzie nad przyjazna buzią, wystrzelał niby z pąka, goździk krótkich,
lśniących, i sterczących wokół włosów.
Toteż zezowałem na nią znad ciasta. Fanatyk zaglądał. Ona błyskała taką przyganą na tego zeza.

... ściąga z namysłem lewą brewkę. Herbatki – mówi. Klaszcze w dłonie jak dziecko. Niewinne, nieznające swojej mocy paluszki - zrobimy sobie herbatki ...

grafik przed lustrem pewnie wyrzuca sobie : I ci ty zrobiłeś z siebie Darek ?
Ja krztuszę się w ciasto drożdżowe. Pachnące kęsy. Zaraz zasypię rodzynkami rozłożoną na ławie,
Grę w klasy ... Cortazara. Walczę, aby nie wyjść ostatniego kretyna. Bej herbatką tarasuje wejście
fanatykowi, żeby nie wiedział, co tu się mogło ukroić właśnie. Ale jego do elaboratu przepłasza głos Darka z łazienki

widzę Bej patrzy na mnie z namysłem. Dotyka dużego szklanego kota maści czarnej w szkle ozdobnym.
Głaszcze palcami. Mimowolne kółko wokół ucha, w jakimś zasłuchaniu. Klimat jak z Czechowa ..
A potem się odwraca tanecznie jak łyżwiarki otwierające się dygiem, szeroko wędrująca łyżwą w stronę
publiczności, i dalej z łyżwy czubka, w owacjach ruszają do boksu. To znaczy do kuchni ...

a ty żebyś był aniołem, w tym przypadku upadłym, musisz przegrać z milionami lat ewolucji. Z nudziarzem
Gutkiem wymachującym patykiem na mamuty. Bo ona jest kobietą wierną. Kocha miłością niezachwianą.
Mateczno opiekuńczą. Ooo .. biedny sinuhe żebrzący na piasku. Odtrącony z ogłupiałym przerodzeniem pełzającym w spazmach . Robaczku, nic z tego nie będzie ...

... a ty tam jesteś ? – otrzeźwia przez telefon. A ja na pustyni. Wyjaśniamy sobie kwestię brakujących
trzech kobiet. Bej twierdzi, że mam szansę w tej próbie z fanatykiem. Mam Biblijną Ewę. Lilith. I przekonuje mnie, że Adam mogła być kobietą, nawet.
Pytam – Jak to ?

... a co to dla Stwórcy podnieść patyczek w ziemi, zasklepić miejsce i wsadzić, niech sterczy ... - teoria Bej
wydaje się nęcąca. Aż wykrzykuję zdumiony : Uważasz, że Pan Bóg może być kobietą ? - rozważam dalej głośno – w takim wypadku ...

nie prowokuj mnie. I przyjdź na ciasto – słyszę jej melodyjny głos w słuchawce.
Dlaczego Bej ?
Patriarchat...
No dobrze, i co z tego wynika ? - pytam nieświadomie

... a wiesz, co ja przypadkiem trzymam w ręku ? - szepcze ciepło Powiedz ...

Nożyczki.



***







08:23 / 15.10.2009
link
komentarz (25)


**

Sławomir Różyc. Smak porzeczek.


Sad ma pewnie nas dosyć, drze paznokciem malina
Pan pomidor nie sprosta kulistościom ramion
Jako jesteś od szyi ku ostrym pośladkom
W drzewcach żeber rozpięta, niecierpliwa na ostrze


Pokarm wiosny, odmienność, nim o pierś twą rozpłata
Usta w łódkach to jeszcze przeciągane trzepotem
Czy ich ciepłem zabełtam przez otwarte okno
Czerwień twojej porzeczki, w głogu dialekt winny


Trudno zmyślać o wiośnie jak po mieszkach fasoli
O ten dotyk subtelny, kiedy biel w nas tężeje
Szepnij, pragniesz cichutko i opadać powoli
W lewo, w prawo, kołysać nietoperze na strychu




wiersz chociaż, bo burza nieomal porwała nam Sieć ...





00:39 / 11.10.2009
link
komentarz (48)
*



Mysz

mysz, co ze mną mieszka wypuściła się dziś po ulotki promocyjne
ze skrzynki pocztowej. Lubi sobie pogrypsać te bardziej wykwintne
jak Elle czy Ikea. Dotychczas czekała na mój powrót z pracy.
Kiedy to machinalnie opróżniałem tubę pod skrzynką, i zostawiałem
zazwyczaj na brzegu narożnika w kuchni.



Postanowiła się rozruszać, i tak rozkojarzona wybiegła przed furtkę,
że wprost pod koło pędzącego Ducati. Aż zmrużyłem oczy,
przeczuwając najgorsze, Mysz pomieszkuje u mnie już jakiś czas,
i nigdzie nie zostawia niedopitych kubków. Nie blokuje łazienki.
Nigdy jej nie widziałem uczepionej telefonu.



obyło się bez nieszczęścia. Ale żeby odrobinę skruchy. Obróciła się
na piętach za motocyklistą, i ...



- Spisek ! Skalkulowany na chłodno spisek firm samochodowych.
I smarują tym tchórzliwym
premierom, paskarze ! Prowadzicie z nami wojnę ? Codziennie
ginie więcej ludzi na drogach niż we wszystkich ... Afganistanach ...



- ... byle kogo sadzają za kierownicą, z samej teorii liczb
wynika, ilu niedowidzących siada za kółkiem. A co druga
ofiara wypadku to pieszy, i to wszystko w imię postępu.
Ja się pytam, jakiego postępu ? Jaki postęp ma pieszy, który
nigdy nie siada za kierownicą tych maszynek do mielenia
miecha.
Cywilizacja śmierci !



- Gdybym ja po pijaku rozbiła komuś głowę, odpowiedziała bym
za usiłowanie zabójstwa – zrobiło się niezręcznie. Biega
tam w kółko i pokrzykuje ...



mówię : Przestań mała, co ty świat przyszłaś naprawiać ?



obraziła się. Teraz tak myślę. Jak nic, obraziła. Jeszcze
na odchodne rzuciła przez ramie : Zabójcy dzieci
też dostają
mniejszą pajdę niż za dorosłego. Bo liczy się tylko ten Duży !



wymknęła się niby rozbiegać ten stres po łąkach. Ale ja wiem,
znajdzie sobie kogoś ciekawszego.Powiedzmy to sobie prosto w oczy,
czy ona dzisiaj nie okazała się bardziej twórcza ode mnie ?



aż serce się ściska kiedy patrzę na ten biały ser z Pułtuska,
co jej zostawiłem na talerzyku w kuchni, tak jak lubi. Puściłem,
Wish You Were Here – Rednex, zawsze przepadała za takimi
rzewnościami wyśpiewanymi cukierkowym głosem ...



dupa stary, nawet Mysz się na tobie poznała. I gdzie ja teraz
taką druga znajdę ?
Sprzątała po obiedzie. O pensje nie pytała. Siedziała cichutko
w norce. I jeszcze alterglobalistka






***








21:28 / 09.10.2009
link
komentarz (15)
*



Darwin



czasem najlepiej się ugryźć język. A powinienem. W czwartek
zdjąłem się z wieszaka zagnieciony jakiś. Przyduszony
jesiennymi
kurtkami. W gardło mnie wpadła kulka na mole. Przecież wysyłałem
sygnały dymne. Mrugałem lusterkami.


Dziewczyny pocieszały mnie w komentarzach. Bo ciepłe te dziewczyny
nasze, że za nimi w zimę można iść na bosaka. Źle mi było ?
Ale widząc na ulicy przyjaciela musiałem dziób otworzyć

zapomniałem, jak z fanatykami bywa. Że gdybyś wsadził go do wanny
z dziesiątką Japonek chętnych do masażu. Z jakuzzi
i gąbkami.
On wcześniej czy później wróci do rozmowy sprzed lat



podejmie ją ścisłe z tego miejsca, gdzie słusznie wykonałeś unik.
Gdzie udało się cudem ten unik wykonać. I trzeba się czasem
trzepnąć w czerep dziurawym kapciem, bo nie ma przyjaciół
wśród fanatyków. Jest tylko misja nawracania, której muszą
dokonać na tobie.



a mój znajomy, nudziarz systematyczny któregoś tam stopnia
naukowego, uważa : Że świat nasz Samo Powstały w sobie,
w najlepszym jest porządku. A ja nie mam pewności jak powstał
świat. Czy nagle wybuchł. Czy został poskładany jak puzzle.
Czy najpierw kura była. Czy przed kurą jajko.



jeśli już mam rozmawiać o poważnych sprawach, chcę to robić
pogodnie. Z humorem. Trochę się poprzekomarzać, ale też
dać
szansę, na pozostanie z honorem przy swoim zdaniu, mojemu polemiście.




bo jakby wyglądał świat, gdyby ludzie i zwierzęta mieli
jajcowate głowy jak większość intelektualistów. Jakby wyglądał
spacer w parku, gdyby trawa, liście i psie gówno na trawie,
były w kolorze lylowym ? Albo gdyby na tym świecie żyli sami
mężczyźni. I rozłaziliby się ochlapli. Niedomyci i z jajami
na wierzchu ?



a właśnie początek rasy ludzkiej wziął sobie Gutek za cel krucjaty
do przekonania mnie, biednego żuczka, o gutkowych racjach.
O Świetlanej przyszłości wynikającej z rozwoju Darwinowskiej
teorii ewolucji



i choć w kółko różańcowym nie jestem solistą, ani w bingo
u protestantów nie gram, to jednak ktoś musi stanąć po stronie
Pana Boga. Bo powiedzcie czy ta historia z Adam i Ewą. naturystami
w sadzie, nie jest romantyczna ? Do tego Wążżż szepczący,
i mamy klasyczny trójkąt



ale pieniacz był przygotowany chyba ze trzy lata nad tym myślał.
Wziął mnie na kobiety.



bo między facetami zawsze idzie o kobiety. A jeśli idzie
o kobiety, to jeden z facetów musi mieć rację. Bo kobieta racji
nie ma. Ona na to patrzy. I tak jest zawsze. O kobiety idzie,
nawet między gejami.



mówi do mnie : Dobrze, wiem, że masz odchyłki. Ostatecznie
od Ewy pochodzisz. Tak twierdzisz ? A chciałem zauważyć.
Ewa była jedna, czyli mamy kazirodczy problem



oprotestowałem naturalnie. Mówię : Pierwsza była Lilith - chociaż
tak po cichu nie wiem czy Lilith nie była wężem. A raczej
żmiją w tym wypadku. Żmiją nastawiającą Ewę do męża na plaży,
to znaczy na trawie. Ale to dwie zaledwie. A według
świeżo
potwierdzonych badań genetycznych pochodzimy od trzech matek.
I wtopa.



jednak wtrąciłem refleksyjnie : Mówisz z drzew zeszliśmy.
Z drzew zeszliśmy i wycięliśmy do pnia nadertali, ty potomku
jaskiniowego nazisty !



i wtedy coś w nim pękło, przeszedł na drugą stronę ulicy,
a ja schrzaniłem sobie ten jedyny dzień urlopu, który wziąłem
na załatwienie spraw z fanatykami ze Stoenu



***





11:29 / 08.10.2009
link
komentarz (13)

Sławomir Różyc. Śliwa.



Deszcz do niej przylegał może z nagłych błysków
Krople, popłoch liści niezdolnych rwać z strugi
Nabrzmieć z ciała w ciało, nim wiatr jej kolana
Ugnie na lanszafcie, miziać płeć wilgotną

Chcesz malować jędrność, napięcie jej skórek
Częściej sprawdzaj w oknie ciemnych śliw rysunek
Nim kształt kredy w liściach z kulistości w stożki
Pełne parskań piersi, rozerwiesz do pestek

Czasem barwy świadom wołasz środkiem lata
Pijany od maźnięć : Gdzie szczegół stworzenia
Gasisz światło białą z szyby ćmę poderwiesz
Pryśnie kreda z liści, znów ciemnieje ego


czerwiec 2009. Wólka Węglowa.




smutny wiersz na pogodę dżdżystą




Sławomir Różyc. Dotkliwa jesień moreli.


Słuchamy po liściach gdzie to płeć kocura
Skrzepły od niej w korze ślady pazurami
Strzała już zarosła, co powiesz o sercu ?
Jeśli to marzenie określił w nim własność


Pobądź do nas Piękna rtęcią spłukać granat
Dotknąć brzegu kiedy staw niebieski nowiem
A piersi po szczeblach burych płotów w smole
Śliwkowe z oddali w żółtych lampach obejść


Nadciągam Kociambrze, od stacji do stacji
Pusty uśmiech w oknach, hormony wysiadły
Kłócą się Wiaderko - kruszeją w nas grusze
Gdzieś nam w próchno kostek uciekają łydki


O tym plotkujemy, nie o nas, w gromadzie
Choć w krąg nie roztrwania już rumiane dzieci
Każda z nas cierpliwie za chlebem w spółdzielni
Nie chce byś wychodził nim zmięknie patyczek


marzec 2009. Wólka Węglowa.













i jeszcze jeden, smutno smutno smutno ....

22:35 / 06.10.2009
link
komentarz (14)



Amelka


odwiedzili mnie świadkowie Jehowy. Zawsze znajdowali u mnie chwile wytchnienia w swoich wędrówkach
misyjnych. Zresztą nie oni jedni. Mormonów też podejmowałem. Noszę nawet przy sobie obrazek od nich.
Babcia za życia mnie zobowiązała. Noszę Jezusa Króla.

moi Świadkowie chadzają parami. Wcześniej był to znakomity gawędziarz z synem. Obecnie dwie
młode kobiety. Amelia ciemna blondynka w beżowym płaszczyku, kołnierz szalowy brąz, ciemny, wełniany
z grubej włóczki dorabiany, przypuszczalnie ręcznie, takież wywinięte mankiety rękawów. Kieszenie z wypustkami.
Często ją widzę na mieście i zawsze biegnie do mnie, drobi na tych obcasikach trzy do pięciu centymetrów.

a to berecik jasny, a nosek zaczerwieniony. A to kapelusik zgrabny, ulotny, w tych swoich okularkach w cienkiej
oprawie. Dziobek wszędobylski, uśmiechnięty : Proszę pana, ach proszę pana, jak tam budowa, widziałam, cieszymy
się wraz z panem – i rękawiczki skórkowe ściąga, tam na palcu obrączka. Co potwierdza jedynie jej walory.
Czyli : oddanie, lojalność, gospodarność, zapał w pracy misyjnej. Bo też straszna konkurencja u nich. Kilka dziewcząt na jednego brata.

dzięki nim poznałem Biblię. Owszem, nawracali mnie, ale nie potrafiłem się wyrzec akurat tego, czego
oni się wyrzekli. Teraz już nie próbują. Powiedzmy, jestem w strefie bez wymiany ognia. Chociaż ludzie są obecnie
bardziej tolerancyjni. Ale nawracać trudniej.

otrzymałem książeczkę. Czy wiesz dlaczego na świecie jest tyle Zła ? Wiem. Brakuje nam miłości. Byłem jej
wdzięczny za te zaczepki na ulicy. I za te pończoszki na zgrabniej łydce. Obecnie to unikat. Pas do tego musi
być pewnie różowy. Taki z miękkimi marszczonymi gumkami na chromowe spinacze. Ale biegnie w tym
do autobusu, słońce wzdłuż pończoszek jak szpady świeci i wysmukla, bo to moja znajoma sarenka biegnie, lekutko.

i powiem wam, że i Tam, kobieta chce zawalczyć o siebie, i Pan Jezus ją kocha


***











22:34 / 05.10.2009
link
komentarz (29)


Kruk.

wyśniłem wierzchowca w czwartek. Mocny. Narowisty. Złowieszczy. Podobny zjawom ścigającym Frodo
Bagginsa na Władcy pierścieni. Tylko ten wyraźny. Samodzielny. Oczy bez tęczówek. Czarne . Bezdenne.
Jak u aniołów.

kiedyś pytałem zaprzyjaźnionych Romów. Oni noszą w sobie jeszcze stara wiarę. Mówili ostrożnie,
mówili wyraźnie i mówili mgliście. Powtarzali zmiana. Ciągłe wędrowanie. Coś o darze, którego nikt nie chce.

Powiedzieli, twój tabor pojedzie dalej niż nasze. Tam, gdzie błądzą nasze romskie tabory. Twój pojedzie prosto.
Ponad nimi. Gdzie się droga kończy. I zaczyna. Wierzę w znaki.

każdy w coś wierzy. Mój znajomy z Pomorza wierzy, że potrafi ocalić interes rodzinny. Ocalić nadzieje dla
zatrudnionych u niego ludzi. Jest z nimi 15 lat. Kiedyś na Wigilię napisał komuś w sieci, że wczoraj ktoś zapukał
do jego drzwi. A to Śmierć przyszła po jego żonę. Ale walczył. Był głuchy na pukanie. Mówi o niej,
że jest piękna. A ona jest Najbardziej kochana na świecie, i teraz da mu siłę, aby jego nadzieję ocalić.

znam bardzo starą kobietę. Już jej spieszno. Mówi : Kiedy się skończy to wszystko. Niech pan wpadnie wtedy
do mnie. Będę sobie siedziała ze wszystkimi moimi wnukami w raju. Bo teraz jestem sama. A oni się rozbiegli po świecie.

nie chcę ją wyprowadzać z błędu. Że jeśli zmartwychwstaniemy, to wszyscy w określonym wieku.
Ślepi zaczną widzieć. Niemi mówić, Umarli oblekać się w skórę. Wyobrażacie sobie jak wszyscy
będą wrzeszczeć ze strachu. Podczas zmartwychwstania.

ale będzie skandal.

tylko, że babć już nie będzie. Ale pomyślałem sobie, coś się zaradzi. Skoro już chce, podcharakteryzuję
ja trochę. Najwyżej znowu wyląduje w jakimś czyśćcu.

znam młodych sąsiadów, którzy wierzą już tylko w pory roku. Nie mają dzieci. Teoretycznie mogą.
Najpierw winien był on. Potem ona. Wreszcie się okazało, że substancja zasadowa wytwarzana
w macicy bardzo to utrudnia. Nie mają mentalnego problemu in vitro. Mają wiarę : Na wiosnę. Było coś cztery
tygodnie. A teraz : Zimą.

a mnie się wierzchowiec przyśnił. Nie pierwszy raz. Zawsze to poszerza moja wyobraźnię. Zmieniam otoczenie.
Znajomych. Czasem pracę. Rozwijam się. Uczę się nowych rzeczy. Czyli nie taki zły ten wierzchowiec. Byle do
nocy. W nocy jestem bezpieczny. Tak mam

tabor mam zawsze spakowany. Zbieram namioty. Zalewam wodą ogniska. Byle księżyc się pojawił jasny.
Bo ciężko całe życie wędrować samemu

czekam na znak. Wchodzę w piątek do magazynku, a tu światło wysiadło. Takie pulsowanie pod
powiekami. Krążki widzisz. Ale coś się koduje. Składa ze strzępów. Zobaczyłem kruka. Dużego. Dumnego.
Przechadzał się majestatycznie po regałach z nogi na nogę. Pan Kruk o popielatym i błyszczącym upierzeniu.
Wierze w znaki. Tylko, co znaczy popielaty kruk




***












23:31 / 02.10.2009
link
komentarz (34)



Różyc Sławomir - aria czereśni



kto jej grał dyskretnie strojony na czarno
kto w dzwon uderzał, ale nie na trąbie
i trzmielim odwłokom powierzał wibracje
Ona drewniejąca w suchy perz obuta

ale jej śpiewał o słońcu w prześwitach
o tych ścieżkach krętych prawie przez witraże
czuła się na koniec święta bizantyjsko
Katedrą o smutnym czole Justyniana

czuła się pęknięta spojona koroną
poświstem wiatru na skroniach cesarzy
nie taka pokraczna i zarobaczona
Kiedy ją wywlekli i rżnęli z rozmachem

on w fraku szpaczek i na chudych nóżkach
po ciasnej trawie zdeptane czereśnie
unosił w dziobie i w otchłań cylindra
wrzucał omdlałe wraz z okrycia strzępkiem

Zadzierał głowę, ale śpiewać nie mógł ...









23:28 / 01.10.2009
link
komentarz (13)



Banał

czasem usta dziewcząt nie składają się na podobieństwo czerwonej i słodkiej czereśni. Między ząbkami zgrzytają
fragmenty szyb wystawowych. Policzki wydyma ekierka. A jeśli wypluwają jakiś wyraz przed siebie, to są to
ćmy czarne i mroczne ostrokoły.

podobne historie zdarzają się także w naszej Wytwórni dżemów niedosłodzonych. Kiedy ucichną sprzeczki
o wystrój nowej nalepki na musie jabłkowym, pan Józef K. słyszy nosowe szepty koleżanek. Te, między tostem
z serem, a męskim wiarołomstwem

przychodzi czas na mężczyznę, że już nie rozpala do kolacji cynamonowych świec na trójramiennych
świecznikach. Nie tulgamy po Jej plecach opalonych i gładkich, kulek lodu, językiem.

nie trwamy przy kuchni w samym fartuszku zielonym, z pomidorkiem czy lokomotywką naszytą na kieszeni,
dając naszym gołym pośladkom baczenie. Aż pokreśleni dostatecznie, tam niebieskim i czerwonym flamastrem,
w kółko i krzyżyk, nie chwytamy w końcu tego naleśnika na brzeg płaskiej patelni. I stoimy tak bezradni
z tym ciastem na podłodze, że aż w Jej oczach widać pikujące gołębie

zarabiamy w to miejsce. Nabywamy metraż. Zapraszamy Jej koleżanki, komplementując przypadkiem.
Rozrzucamy po stołach katalogi wysyłkowe i piloty telewizji satelitarnej. Wreszcie mówimy mimochodem do jednej,
z jej koleżanek najlepszych, że może czas wybrać się wspólnie do fryzjera

i wtedy Jej się oczy zaszklą, jeszcze przez moment wahamy się nad naszą naiwna Isabel z biura. Która
wprost skacze pół metra nad lodowiskiem, widząc jakie dajemy fikoły. Bądź gębą po lodzie na tych łyżwach

ale najczęściej Isabel jest brzydsza. Jej dwóch gimnazjalnych synów się wałkoni. Podkrada fajki. Drobne, i trzeba
ciągle wymyślać korki z angielskiego. Hipoterapie oraz owczarki kaukaskie. Które i tak nas na płask ciągną
po chodniku, uczepionych smyczy

a i tak gnoje nakłamią tacie o klacie włochatej i pnącej się spod niedopiętej koszuli niby popielate boa.
A on już tam ma w bagażniku rozklekotanego Golfa na nas klucz francuski. Łyżkę do felg. Albo niekończące
się flaszki Lodowej, zupełnie oślepłej w zakamarkach twojej ( jego ) piwnicy wraz z zeschniętymi na węgiel
drzewny, śliwkami. Potem jeszcze dla niego materac dmuchać na tempa, i zachwycać się Ich ślubnymi zdjęciami ...

jemu na imię Stefan, a on szczęka w tym śmiechu do niego jak drzwiczki od kredensu. Czy pan K.
zasłyszał jeszcze jeden banał z Wytwórni dżemów niedosłodzonych ?

Nie. Faceci całe życie marzą o prostaczkach



***








00:03 / 01.10.2009
link
komentarz (17)

maja babcia była taktowna osobą. Niewiele mówiła o sobie. A przecież życiorys miała równie bogaty jak większość jej wojennego pokolenia. Ponieważ dzieckiem sam byłem milczkiem, moja babcia ośmielała mnie często, różnymi barwnymi historyjkami.

ale pośród opowiadanek, pojawiały się różne praktyczne porady. I tak : Co czynić podczas żałoby, aby ludzi nie gorszyć histerycznym wyglądem, a cery nie narażać na zbędne zmarszczki ?

należy z jajka oddzielić białko i pokryć nim cienko czoło. Okolice oczu. I usta. Dobrze wspomnianą czynność powtórzyć w chwilach już unormowanego życia, aby przekonać się przed lustrem, jakie mięśnie naszej twarzy podatne są na zużycie.

nadchodzi jesień , a wraz z nią wysyp powakacyjnych zawodów miłosnych. Długo myślałem jaką pomocą mogę służyć tym wszystkim bolejącym serduszkom

polecam wam dziewczyny : Wypróbujcie praktyczną poradę mojej babci.






23:57 / 29.09.2009
link
komentarz (18)



poważnie zagrożone zostało moje dziewictwo. Nie oglądam telewizji. Nikt między serialami nie ładuje mi podprogowo Małego Głoda. Benecol też nie przedłuży mojego życia o jakieś 97 lat.



w ekonomii zawsze ceniłem sobie opinie Jeamsa Tobina i nie ulegałem globalistom. Nie kupowałem 10 gadżetów bez których nie może się obejść nowoczesny men. A już szczególnie tatuowanych rękawów – pozycja nr 3 na liście.



stworzyłem sobie dziwny ale w pełni zaakceptowany przez innych świat. Az tu nagle złożyłem następujące przyrzeczenie nierozważnie. Rozumiem, że jestem poza zasięgiem. Jeżeli znajda coś
zbliżonego do iPoda : panelowy ekran dotykowy, mp3, kamerka ok 3mln pikseli, wchodzę w to.



minęło kilka miesięcy i podstępni Koreańczycy sklepali coś podobnego, i to się nadal zwie telefon komórkowy. Usiłuję przejść do porządku dziennego. Nie będę rozmawiał zbyt długo, bo mi z mózgu zrobi siekana kapustę. Nie włożę do kieszeni spodni, bo spowoduje niedomagania w najmniej pożądanym momencie.


jeszcze go nie mam a już ściągnąłem sobie rozbierane tapetki. A może by tak akty Maneta. Albo Balthus ? Zainstalowałem w tym celu Sea Monkey, w myśl jakieś tajemnej konspiracji. Nie dość, że od dawna jestem utajonym bigamistą używającym trzech przeglądarek, i należący do czterech bibliotek publicznych, to jeszcze próbuję uprzyjemnić sobie utratę cnoty. To powinno boleć.





czy ja już jestem Dziwkiem ?


23:46 / 28.09.2009
link
komentarz (19)
Em dzisiaj w pracy wspomniała o wizycie u masażysty. Może nawet u ortopedy. Niewysoka, miła dziewczyna o proporcjonalnych kształtach. Nie przegina się ryzykownie. Nie pnie ponad blat stołu na słupkach.

dużo się mówi ostatnio o ubocznych skutkach wysiadywania przy komputerze. Siłowniach. Solarium odwapniającym kości. Rozmawiałem przez chwilę z roztropnym ochroniarzem po pięćdziesiątce. Pogodnym. Rozczytanym. Co ważne : I zadowolonym z pracy.

powiedział : Kości, kości mają słabsze. Niby są wyżsi. Okazalsi, a na okrągło przeziębieni.

a może rośliny są słabsze i mniej pozyskujemy z nich składników mineralnych ?
19:45 / 27.09.2009
link
komentarz (10)




Afryka


tak by się chciało wyjechać gdzieś. Do Hiszpanii ? Bo ciągle o Kadyksie rozmawiają w Spółdzielni Hodowlanej.
A pan Józef chodzi i dogląda. Raczej mu tu Hiszpanią nie pachnie.
Albo czy jest coś ciekawego w Siennie – kazali panu K. wyzbierać te mniejsze - czyli być tam , bo tam nie byli.

Bo cóż ciekawego jest w Siennie ?

albo nad Amazonką zobaczyć węgorza elektrycznego – te mniejsze pieczarki pan Józef K. spakuje dla Tesco.

i Kilimandżaro, i te uśmiechnięte Murzynki, obnoszące swobodnie swoje nagie piersi. Jędrne i zuchwałe. Wezbrane
pokarmem. Piersi wieku średniego ciągnące do dołu sutkiem jak worek na wodę zawieszony na wielbłądzim łęku u Beduina.

czasem pan Józef obmiata jedynie grzybnie pędzlem. Wpatruje się jak w czarnej, tłustej ziemi pączkuje i narasta.
Niby białe jaja niewiadomego ptaka . A jak tam smok dorasta ..

i w końcu te wyschnięte i pomarszczone zobaczyć, schylić głowę przed piersiom Murzynek po raz ostatni,
nie klikać esemesów. Nie stroszyć się dulszczyzną. Że klikając coś, czy kogoś się, w Afryce uratowało.

teraz musi zakryć zapełnione skrzynki. W każdej był arkusz białego papieru. Najpierw płat po prawej. Starannie.
Gruby powlekany papier szeleści jak syntetyczna bielizna. I ten płat z lewej założyć od góry. Wsunąć od dołu jak bluzkę

bo to jest jedno wielkie kłamstwo posrane z tym UNESCO. Z tym przewodniczącym ONZ z trzeciego świata.
Żadna Poprawność polityczna. Żadna Globalizacja. Tylko Merkel sobie. Obama sobie. Putin sobie. I Mega Chińczyk.

A Afryki w tym spisie nie ma.

Afryka Umiera Pierwsza. Tak kiedyś zostanie napisane. A ja chciałbym znaleźć pieniądze i czas, i pokłonić się
dumnym piersiom Murzynek. Nie, Kadyks, nie Akropol, dla mnie, to siódmy cud świata ...

zniknął nam pan Józef K. z wózkiem za zakrętem korytarza. Któreś kółko mu piszczy. Trzeba będzie naoliwić.
I zapomniał dodać, że wszelkie czynności mają charakter żeński

jest mały słowniczek wyjątków



***







23:48 / 25.09.2009
link
komentarz (4)

**

Sławomir Różyc. Wiśnia.


Miałem koszulę z płótna żaglowego
dziewczynę stojącą w słońcu pełną wiśnią
sutek ciemny prawie kurz buddyjskiej wioski
której mleko łączy w pieczęć usta mnicha


U mnie krzyk trójkątny białych skrzydeł w oknach
wiatr przyzywał wiosną, tak mocne jest morze
sól, rtęć morskiej mewy, zwijała nad łokciem
stawia ryż na słodko, odstąpcie precz dorsze


Kamyczek w kolory, schodząc w rosy Gangi
boso, po rdzach świtem w roje szklanych muszek
i zziębnięta nieco o szacie kokosa, podaje miseczkę
żeś cokolwiek młody, zdaje ci się mnichem


Bo trzeba wam poczuć, wreszcie strąci z ramion
szorstki płacht koszuli, różowiąc pośladki ...
wracając do kuchni, wtrąca widz bezbarwnie
- Jak pozór złagodzi krzaczasty piżm wioski ?


Obie piersi dzieląc cynamonem wonnym
choć niewprawna wówczas, pali kadzidełka



czerwiec 2009. Wólka Węglową.








wiersz, ale też zawiniemy się w październikowe liście, będzie nam ciepło, będziemy ssać dziecinnie koraliki czerwonej jarzębiny, będziemy ...





00:43 / 25.09.2009
link
komentarz (4)



po nocy słyszę wyraźnie bijące serce. Przeczytałem pewien wpis na logu. Miałem w pracy dodać komentarz. Już o nim zapomniałem. A tu wyraźne dudnienie od strony brzóz po drugiej strony ulicy. A może dalej, w olchach ? I szelest arytmii. Ktoś właśnie czyta aby się odprężyć.

ale powoli robi się za późno. Już przycupnęli cicho po pawlaczach. Już kładą się cieniami po czyimś przedpokoju. Oceniają zużycie każdej pary twoich pantofelków. Asystentce lustro wydaje się pretensjonalne. Księgowa wraz z sekretarką zaplatały się w twojej szafie, wybebeszają obecnie każdą bluzeczkę metkami, ile masz tych o ogólnie znanym wydźwięku ?

przecież muszą cię jakoś ocenić. Skusić. Ile możesz sobie zażyczyć odrzucając w niebyt wieczorną lekturę. Ludzie korporacji nie znoszą kiedy się im odmawia. Natychmiast dostają świnki. Gardła im czerwienieją i puchną z oburzenia. Dostają grupowego ślinotoku w zaciszach gabinetów. Nikt tego nie widzi. Nikt o tym nie wie tylko rano sprzątaczce wydają się dziwne te mokre plamy na puszystym dywanie z Azerbejdżanu.

chce krzyczeć uważaj ! Dziewczyno .., Zatrudnią. Przedstawią. Wynagrodzą, żeby niebawem zwolnić. Bo nikt nie będzie naruszał spokojnych snów korporacji. Jej romansów z Kreatywna księgowością. Dzisiaj dotarli do ciebie.

pragną cię jako jednej z niewielu. Pożądliwie liżą językami twój cień po ścianach. Czemu nie chcesz ulec. Ty i Korporacja. Razem może wszczepilibyście nam identyfikacyjne czipy na karku. Bo o tym marzą najbardziej. I słyszę ich walące serce w kępach olch. Jestem tylko małym wariatem miejskim

ale ty usłyszysz je w aneksach do umowy. Siedzi tam i dziurkuje, drobnym maczkiem ...





00:09 / 24.09.2009
link
komentarz (5)



poranek. Słoneczny ranek. Po ra. Ale się nie chce. Nie stawimy się. Łukasz skrajem skweru nadciąga równolegle. Razem podążamy zielonym tunelem drzew. Malownicza jest nasza droga. Grzecznościową wymiana zdań. Jadę krócej. Ale to bardzo spokojna dzielnica. Owszem, Łukasz jest bardzo wrażliwy. Mówi cicho. Wyraźnie dobiera słowa.


gładkie jak rekwizyty zaczerpnięte z jakiegoś rytuału intymnego. Składamy ofiarę. Znamy się od trzech lat. Nie zwiedzie mnie ta miękkość. Nie w wiodącej firmie, gdzie niby miło, ale oddech konkurenta czujesz na karku. Często nieomal wilgotny.


ale nikt nikogo nie zauroczy swoją niewinnością. Wystarczy znaczące spojrzenie. Światem rządzi telewizja. Wiemy obaj. Telewizją rządzi Reklama.



pośród tej gonitwy wypracowaliśmy sobie serdeczne formułki. Mieszkasz ostatecznie w Centrum. Tak, minuta do metra. Ale ty masz spokojniejszą dzielnicę. Rzeczywiście. I dobrze, że ranek rozszczebiotany między gałęziami śpiewnymi utarczkami ptaków, o tej godzinie dziesiątej. Bo pogoda utrzyma się jeszcze kilka poranków. Nie zaprzeczam. Potem nadejdą deszcze. A potem – tym razem to ja wzdycham


dwa tysiące dwunasty – dopowiada Łukasz ze zrozumieniem. Przerabialiśmy temat w firmie. Przy śniadaniu. Przy lampce wina podczas obchodzenia czyichś urodzinowych inscenizacji. W trakcie firmowego grilla przy Heinekenie. W takich firmach do każdego tematu podchodzi się poważnie.Kompleksowo. I beznamiętnie jak w Oblivionie. Czy strzelankach. Wykluczyliśmy iluminatów. Obcych. Światowy spisek i topnienie Grenlandii. Po prostu dziwne kryzysy się nie zdarzają.


trzeba zadbać o dobrą łódkę - łagodnie zachęca Łukasz. Czyli Nubiru. Ale umiesz tym pływać ?
Przecież mieliśmy wycieczkę integracyjna na statku – utwierdza mnie stanowczo. Tak, barman potem się dziwił, że nie spotkał jeszcze wycieczki, która wyżłopałaby tyle gorzały. Bo barman profilaktycznie zabrał akurat więcej piwa.


ale wtedy popłynie także komputerek Łukaszu. 3D szlag trafi - jątrzę. I dobrze ! - ożywia się, odchodząc,
bo też trzeba nam do swoich boksów jak koniom - Krawcem zostanę ! A niby dlaczego butów nie miałbym ludziom robić ?


patrzę jeszcze chwile w ślad za nim. Światem rządzi..


a nam władcom świata, też się odechciewa powoli. A przecież taki obiecujący poranek. Po ra ...









23:58 / 22.09.2009
link
komentarz (5)
*





szachy. Kiedy ostatnio grałem w szachy ? Chwila miłej konwersacji
z kimś lubianym. Mężczyzną. Istotne.



iskierka świadomej rywalizacji. Zwierzenia spowolnione majestatem
przestawianych laufrów. Misterium spoglądania w oczy. Szukanie
zrozumienia czasem uległości.




zrozumiałem. Jak wielu z tych, co mnie w oczy patrzą, studiowało
swoje gesty przed lustrem





*







21:49 / 21.09.2009
link
komentarz (4)


czytam Niedole cnoty Donatien Alphonse Francois de Sade. Samo wartkość imion wpływa na wyobraźnię. Można spytać z skąd u mnie takie przy nazwisku markiza. Otóż nie.


znamy dzieła Voltaire. Jana Jakuba Rousseau. Wolnomyślicieli więzionych i skazywanych na wygnanie. Jednak ich dzieła nigdy nie były świadomie poszukiwane i niszczone. A przecież głosiły światopogląd sprzeczny z panującymi wówczas systemami społecznymi.


natomiast de Sade, no właśnie. Czym zawinił ten osobnik dwukrotnie skazany na śmierć. Skazany na wieloletnie więzienie i umieszczony w końcu w zakładzie dla obłąkanych. Oskarżany wielokrotnie przez prostytutki. Żebraczki. Więziony na mocy skargi teściowej. Jeszcze dzisiaj przeczytać można w Wikipedii, kiedy to zmarł jego lokaj, kiedy zmarła wierna pokojówka.
Skąd owa drobiazgowość poświęcona służbie pana markiza. Otóż zarówno lokaj, ani pokojówka wraz z reszta służby nigdy nie potwierdzili zarzutów stawianych ich pracodawcy, skłaniając się raczej do dziwacznego sposobu bycia naszego bohatera.



w 1781 umiera wielka miłość markiza Anna de Launay ( sic! Siostra żony markiza. Tutaj manifesty oskarżające męża raczej możemy zrozumieć. Wszak to była młodsza siostra ). W 1785 umiera lokaj Latour, rok później wierna pokojówka, Gothon. Cóż sugeruje wpis w Wiki, umarli. Milczeli. Nie można już z nich wydobyć prawdy. Zatwardzialcy.



do dziś ściga markiza zła sława. Przed wojna ukazało się prywatne wydanie Pornografu. Dziś wielkim staraniem trafił w moje ręce tom Niedole cnoty i Zbrodnie miłości. Jedyna pozycja jak dotąd nakładem Wydawnictwa Łódzkiego. Ale przynajmniej można mieć zaufanie do autorów przekładu : Jacka Trznadla i Jerzego Łojka.



spodziewam się epickiego traktatu filozoficznego. Nie od dziś wszelka władza, czy to kościelna, czy bolszewicka, pakuje nam brudne łapy w majtki, de Sade miał to nieszczęście będą prekursorem, zaś Zygmunta Freuda nikt nie więził, nie skazywał na śmierć, czy zamykał w zakładzie dla obłąkanych, Zygmunta Freuda , co najwyżej niektóre paniusie nazwały obleśnym świntuchem.



jak na razie czytam spowiedź dziewczyny cnotliwej, i skazanej na śmierć na podstawie oskarżenia o kradzież, przez lichwiarza u którego pracowała. Schemat jest nam znany, biedny czyli zły, przez tyle wieków cywilizacja niewiele posunęła się do przodu mentalnie. Biedny więc złodziej, jak uważają polscy współcześni kapitaliści. Złapany na kradzieży syn prezes zagrożony jest .., kleptomania. Sam byłem świadkiem takiego zajścia.



spowiedź dziewczyny czyta się lekko. Duża część powieści to płynny epicki dialog. Przypomina Voltaire z jego przypowiastkami z morałem. Ale też przypomina Diderota. W którą stronę podąży autor. Jaka tezę filozoficzna postawi w oparciu o mroczne, pierwotne instynkty, takie jak popęd, nocne zmazy, czy szybki numerek z pewną dozą brutalności.



szukam jak bardzo niebezpieczny do dziś jest de Sade. Jeśli trafię na ślad tej formuły, z pewnoscią postaram się przekazać jej zarys.



Jeżeli chodzi o jakieś fascynacje pożądaniem brudnym, bądźmy poważni, w byle Seksolatkach na półce Kolportera znajdę lepsze i z przenicowanymi rozkładówkami






15:51 / 20.09.2009
link
komentarz (7)

**


Sławomir Różyc. Jabłoń


Płeć wołała nas wiosną - Porzuć okno bezpieczne
Trawa w sadzie wilgotna, płeć zwieszała się w plastrach
Nie widziałem wyraźnie muszli w warkocz osnutej
Choć księżyca ubyło raptem o dwie ćwiartki


Księżyc w fraku cynowym na dwu końcach jak słowik
W płeć nas łowi na zapach, szepcze : Kocur twój Mirza
Chętnie zgłębi zawiłość płci szemrzącej spod liśćmi
Płeć nieśmiało z porzeczek : Prawda Solfernusie


Czuły w dłoniach jam garncarz łakomy na owal
Poszukałem nadmiaru wzdłuż wilgotnych pośladków
Kto tych kształtów okrągłych nie okiełzna na własność
Coś buczało w skrzydełkach, coś opadło nas rojem


Księżyc niósł się w ciemność drącym kocim spazmem
Biegłem, Wiosna ! krzyczałem, padałem wraz z żądłem
Płeć w krok za mną w pachwinach nastroszona wełną
Co się stało z księżycem ? Tego do dziś nie wiem



maj 2009. Wólka Węglowa.












wiersz znajomego zamieszczam. Gdzieś tam powstaje suwerenny poetycki świat, kraina nocy, z której przemycam tutaj kolejne kolejne obrazy. Po cichu mam nadzieje, że w pewnej chwili urzekną was te płótna, jako mnie urzekły. Miłe jest takie życie, tworzyć i szukać zrozumienia u innych.



moje życie to zarabianie na potrzeby. Moje życie to zjednywanie sobie życzliwości innych, bo przecież należy aby człowiek wrażliwy i kulturalny, spieszył ku innym z pomocą i serdecznością.



moje życie to pilnowanie rachunków i kont, bo nie lubię zalegać z niczym, nawet bez skasowanego biletu nie pojadę. Taki jestem akuratny, nudny z tą swoją przyjacielską pomocą przy kopaniu studni przyjacielowi, punktualny i na właściwym miejscu, że tylko mnie zostaje sięgnąć po wiersz znajomego, gdzie z utworu na utwór wszystko z wolna staje się magiczne. A ja , cóż, choć przez chwilę pomarzę, że wraz z nim jestem odrobinę szalony ...







22:26 / 18.09.2009
link
komentarz (7)


wracam z pracy. Pusto. Już się przewaliłem przez Centrum. I przez życiowe nitki dzielnicy. Ledwie kilka osób w autobusie. Słońce jaśniejsze. Jeszcze ciepło. Czytam. Lubię takie chwile. Kiedy świadomość takiej chwili powoli się przesącza. Siada obok. Oboje jesteśmy zadowoleni. Ona jeszcze w letniej sukience. Ja czytam świadom jej zniecierpliwienia. Bo ta moja świadomość nader wymowna bywa czasem. Się nie napawa chwilą. Nie odetchnie. Nie założy kolana na kolano błyskając koronkowymi majteczkami. Moja świadomość podlotkiem jest. Trzpiotem. I nigdy nie wydorośleje.



czytam. Ale co ja właściwie czytam. Brudnopis - Łukjenko. Nie wiem czy to świadomość tego ostatniego być może słońca. Czy pełne zaśpiewów rosyjskie zadumanie się udzieliło, że spytałem siebie : Kiedy ty ostatnio trutniu powiedziałeś Kocham ?



i nie kobiecie obejmując ją , a właściwie zawijając się wokół niej a ona w tobie, bo takie mówienie kocham, to szeptanie hormonalne. To już widzenie palcami, zgadywanie dotykiem świata, który powinien być ciepły. Który staje się skórą. Przystania dla żeglarza. A plaża dla rozbitka. I nikyt nam nie powie, że nie można być żeglarzem, i czasem rozbitkiem, jednocześnie.



samotnej matce z trudnym charakterem, i właśnie dlatego , że z trudnym, że z uciekającym spojrzeniem do kuchni, ociekającym w tysiące słów o złej administracji i cieknącym kranie, dlaczego nie powiedziałeś ? Bo matki nasze nie są przygotowane na takie słowo. Bo przyjaciele wysłuchują cierpliwie. Bo w pracy cię lubią i są uczynni.



czy to musi być jakaś wymiana towarowa. Promocja. Bilbordy. Żeby powiedzieć drugiemu To słowo. Czasem w pracy mijamy się na korytarzu, chwytam koleżankę delikatnie jak kruchy porcelanowy wazon pełen sekretnych zapachów, osaczającego zewsząd bukietu, płatki, te płatki w czoło całuje. Całuje serdecznie w policzek. One się śmieją. One od dawna wiedzą, musiałem, bo właśnie się duszę. Zapomniałem.

już nie układa mnie się to słowo w ustach tak jak niegdyś. Nie potrafię. Nie chcę. Nie czuję. Jeszcze potrafię mówić ustami. Jeszcze siedzę w tym autobusie zadumany. Nad tą książką. Obok moja świadomość o duszy podlotka, potrafiąca być tak wrażliwa na dotyk. Kolory i zapachy. Ona jedna rozumie, że zawsze chciałem umrzeć z miłości ...






21:38 / 17.09.2009
link
komentarz (7)



ooo, nie chciało mnie się wstawać rano. Bo czemu to ja sobie robię z ta pracą. Nie chciało mnie się golić. Spojrzałem na patere. Banany i gruszka. Nie jestem gruszką. Ale taki banan nie musi się golić do pracy. Zwyczajnie wisi aż go zerwie małpa.


ooo, dlaczego ja nie jestem małpą. Małpa nie musi się namydlać do pracy. Puszcza baki na jakieś gałęzi. I za friko obżera się Figami. Rozleniwiona jest tak, że nie zauważa węża. Niedobrze.


ooo, 8. 55. trzeba się bziuknąć pod pachami. Wracaj ! I jeszcze trzeba się bziuknać w miejsca dyskretne. Na szczęście furtka zamyka się na elektromagnes

ooo, znowu Claudia. Będzie teraz szła ok. Trzy minuty przede mną. Przemieszczała się wewnątrzpośadkowo z lewego na prawy. Zmysłowo. Kocio, zwalniając. To przyśpieszając kiedy się zbliżam. Na pewno się spóźnię


a faktycznie, czemu nie zostałem wężem. Żadna praca namawiać kobiety do różnych rzeczy.
Wreszcie rozmówiłbym się z Claudią. Jakie tam jabłko. A Adam w ogóle nie byłby nam potrzebny. Sami nazwalibyśmy te zwierzęta.



jestem nieco od niej starszy. Ale wąż im starszy tym lepszy. Lepiej kuusssi. Znowu zwalnia.
Ale waż dziewczyno często zrzuca skórę Jest wtedy taki śśświeeeżutkiii. ...



i spóźniłem się znowu








21:31 / 16.09.2009
link
komentarz (6)



wczoraj to miałem w zasięgu dłoni. Zapominasz. Spotykasz starego znajomego przypadkiem. Poznaje cie a unika. Kategoria. Znajomy, lecz w pewnym oddaleniu. Spotykasz ponownie, ale już z pewnym dystansem. A on uradowany. Pytasz. Pamiętasz miesiąc, czasem dzień. Zaprzecza. Czasami obraża się gdy mu wpierasz.



teraz jestem ostrożniejszy. Kiedyś przechodziłem do porządku dziennego. A spotykasz znajoma bądź znajomego, kiedy mają doła. Kiedy w ich życiu istotnie trwa jakaś zawierucha. Nie spytasz się nawet bowiem jest rozdrażniony , że mu wpierasz. Nie potrafi się przyznać. Zlekceważył cię. Nie chciał widzieć.



ale rozmawiałeś w tamtym miesiącu. O określonej godzinie. Tylko ospały był. Narzekał na gardło.
Mówił uniwersalnie jakoś, podtrzymywał rozmowę, ale tak z uprzejmości. Tak jak się uprzejmie rozmawia z nieznajomym w przychodni zdrowia. W kolejce. Nie patrzył w oczy. Abo patrzył nieobecnie. Albo pociągał noga. Albo garbił się nadmiernie. A mimo garbienia urósł.



kiedyś nie zwracałem uwagi. Mnie się też rzekomo zdarzało nie pamiętać. Też się ciskałem. Az jeden starszy pan mnie zwrócił uwagę. Mówiliśmy sobie zawsze Dzień dobry. Czasem się kogoś lubi i szanuje od razu. Przypomniałem sobie . Okoliczności. Schematy. I pomimo różnic w zachowaniu. Wyglądzie. Czy samopoczuciu ten Ja używał jakiegoś mnie znanego zdrobnienia. Przezwiska. Używał moich gestów.



dzwoniłem. Naprowadzałem ostrożnie. A teraz się spotkam z Łukaszem. Zacznę inaczej. Zacznę jak mnie starszy pan wytłumaczył. Od pojęcia Doppelganger.



ciekawe ile osób ma podobne skojarzenia. Może we dwóch z Łukaszem znajdziemy więcej powtarzających się prawidłowości







21:05 / 15.09.2009
link
komentarz (4)



w poprzek dnia. Tarantini. Jedno głośno wymawiana nazwisko przy śniadaniu. Udali się tam dość liczną ekipą. Od rana Bodziorno. Konkreto. Również dziewczyny o Żydówce z jedynie drgającym
kącikiem ust. Faceci o rozkminieniu dialogów. O inteligentnych Niemcach. Ciekawie buduje się zainteresowanie filmem słuchając strzępków rozmowy.



wniosek : trzeba się wybrać koniecznie. Dawno nie widziałem tak zbiorowego zachwytu.



nowa gazeta. Dziennik Gazeta Prawna. Fuzja po sprzedaniu udziałów przez Axla. Po przerzuceniu paru stron znajdujemy dziennikarzy nieco już wytartych. Plus ten Balcerowicz o kryzysie. Zapowiada się garnitur B Gazety Wyborczej.



wniosek : ciekawi mnie dalsza polityka wydawnicza radzącego sobie na rynku polskiego wydawcy.
Czy będzie dokupywał kolejne aplikacje jak Nero, że użyję podobnego sformułowania. Nadal działają fora obu pism. Red. Zawada z dziennika. Pl publikował kiedyś interesujący artykuł o polityce informacyjnej w niedalekiej przyszłości. O większym znaczeniu blogerów i społeczności typu np. Grono czy Nlog



wniosek 2. ciekawe gdzie trafia forumowicze z dziennika pl. Na takich portalach komentarze maja swoja specyfikę



a moja cyfrowa panienka zawiesiła skutecznie Firefox. Nie odpala. Nie da się odinstalować. Nie rusza z trybu awaryjnego. Przywracania systemu. Odpalenia z biosa w pierwszej poprawnej konfiguracji systemu. Podziubie na pożyczonym. A cyfrową panienkę odstawię. Niech cierpi. Niech nie wie co wypisuje. A miała mieć w slajdach buźkę Angeliny Jolie. A może wymyśle Salmę Hajek. Cindy Crawford z jej sylwetka. A gdyby zapożyczyć się u kilku aktorek ? Ciekawe, kto i co by mnie zaproponował. Scorupco ma śliczny lewy profilaktyka


dodatek na czarno : po Tarantino przyszła pora na smutek. Patrick Sweyze nie żyje. Przybiegła jedna z wiadomością i minorowo się zrobiło. Miał ciekawa role w psychologicznym Tigerze.









00:57 / 15.09.2009
link
komentarz (3)



nadal się zadręczam podkręcaniem compa. Kilka rad dla posiadaczy Visty



jeśli otrzymacie pakiet 60 dniowy wraz z systemem pocztowym . Zarejestrujcie kreatorem i niech się wyczerpie. Zostaną tzw. możliwości podstawowe. Kiedy się odinstaluje taki pakiet Vista szaleje. Szaleje jeśli grzebiesz w jej partycji. Masz lepszy program dubluj.



System Outlook nie musisz od nich kupować. Zastępujesz Thunderbirdem. Łatwy w konfiguracji i
przejmuje system. Działa na Firefox ie. Dobrze też chodzi Opera. IE od 7. Żadnego Chrome. Yahoo i Safari też chodzą bez zastrzeż. Dobre kopie zapasowe. Można je kompresować. Ostrożnie z czyszczeniem dysków. Defragmentator dobry, chodzi w tle. Media Player10 b.dobra z biblioteczką
i możliwością uzupełnienia widoczków z albumów . Nagrywanie muzyki łatwe. W basicu tylko CD wmv. Ładnie się składa. Przycina. Robi filmy na Movie Maker. Le Pain graficzny dobry ale demo..



warto dublować : Nagrywanie CDBurner free nie gorszy od Nero. Movie Makera z powodzeniem zastępuje Kate s Video Joniers łączy w całość wszelkie możliwe formaty i dokonuje konwersji z jednego w drugi.. Media Player ma obróbkę zdjęć. Niezłą. Można dołożyć FastStone Image bo ma uzupełniające opcje. Biurowy Microsft zastępuje Open Office i trzeba go zaczepić do szybkiego uruchamiania jak Tunderbird.. Do Media Playera dołożyć Vista Pack z kodekami czta tez napisy. Oczywiście do napisów i wszystkiego co dziwne Best Player. Do Dvd w zestawie mam InterVideo wystarczy. Można do łożyć KLM a. All Player z Vista się gryzie. W zapasie jest K – Lite Pack z Odtwarzaczem. Do rozpakowania dobry jest Zip. Warto zainstalować Wise Disk Cleaner, czyści błędy rejestru. Jest przejrzysty i podaje co można usnąć bezpiecznie.



centra medialne z Vista często się zawieszają. Komunikaty można skutecznie powstrzymać tylko trzeba pogrzebać w samouczku pomocy technicznej. Antyvir Symantec dobry ale spowalnia i muli.
Frre Avast i Nood działają świetnie. Dla pewności można się sprawdzić netowo u Kasperskiego wstawia rybkę ale nie usuwa. Fiński Sourcse czy jakoś tak wycina wszystkich szpiegów. Torrenty najlepiej u 1.77 i e mulle 48. są inne ale te lepiej zaszyfrowane.


i podstawa , Vista ma dobry system odzyskiwania. Trzeba zrobić kopie zapasową po sformatowaniu. Druga po zainstalowaniu komponentów. I nie ma co się bawić w wyłuskiwanie folderów po deinstalce programu trzeba przywracać.



Ikonki folderowe można wyłapać na art deviant później trzeba wrzucić na chama ręcznie do systemowych. Znowu odnaleźć folder i zmienić szukając ręcznie po obrazkach w spisie tych chamskich. Pokaz slajdów wzbogaca się wrzucając do pokazowych obrazów półnagą Angelinę Jole. Też na chama.



Mam nadzieje, że cos doczytacie dla siebie. Wybaczcie chaotyczny styl, ale już jestem dobity tymi instalkami. Aaa, bezpieczne instalatory dobre programy, instalki i programy z GPL ami. Wszystko skanować. Bezpieczne porniole dostaje się Juice acces tooblar. Już z wyszukiwarka. Estetyczne, wyszukiwarka z pewnością. Aż tyle, że wystarczy.



Vista strasznie wrzeszczy kiedy próbuje się ściągnąć filmiki z komóry Motoroli. Zresztą każdy sprzęt bez sterowników na płytce to dla Visty najeźdźca. SP1 ściągamy z pomocy technicznej strona Microsoft. Ale trzeba potwierdzić oryginalność programu. Później ułatwiają.







22:43 / 13.09.2009
link
komentarz (14)



sformatowałem dyski. Profilaktyka po zasysaniu z sieci mptrójek i tubek. Tyle, że mam Vistę.
Estetyczny pulpit. O wiele łatwiejszy dostęp do do moich dokumentów. Jest nieco szybszy. Ale trzeba wiele programów ładować ręcznie. Ten system ma trzy lata i nadal brakuje kompatybilności z wiodącymi aplikacjami w sieci.



na polskim rynku jedynie pismo PC Format na swoich CD z programami ma testera, lustrującego od ręki, czy dany program będzie funkcjonował, pomimo zapewnień na stronach w necie, że w Viście, jak najbardziej. Przed rokiem zaparłem się i testowałem każdy upatrzony program ręcznie. W końcu skonfigurowałem i rzeczywiście chodził jak burza.



ale dzisiaj ponownie mordęga. Miałem skopiowane w odpowiedniej kolejności instalatory do wprowadzenia, okazuje się www. Nie odpowiada. Albo mają mają rewelacyjnie nowsze, te się kiszkują, i należy przywracać system, bo Viście się nie zostawia przeoczonych folderów. Zaraz system Cie upomina. Próbuje sam naprawić. Wyrzucasz system. Wraca oknem. Informuje jakie to będzie miało skutki . Kopiesz system w dupe. Niby go wyrzuciłeś ze wszystkich pasków, a on cię informuje , że właśnie znalazł rozwiązanie, i podmienia np. sterowniki.



kiedyś podmienił mnie w ramach samonaprawy sterowniki z programu demo, po trzech miechach wypadł napęd, ani go przywrócić. Kopii zapasowej nie chciało mnie się wykonać. Płytka instalacyjna gdzieś się zawieruszyła. Musiałem nim ruszyć z biosa. Cykoria, bo miałem niejasne przeczucia teoretyczne, jak to może wyglądać.



a teraz dziugam paluszkiem na pożyczonym, a morduje się z nim, powiem wam, przez te numery z samonaprawami. Przez rozliczne komunikaty, zaczynam podejrzewać, że może się stać Sztuczna Inteligencją. Znaczy, Ona się może stać.



mój comp nosi bowiem piękne imię, równie pięknej, antycznej kobiety. I musi to być wstrząsające przeżycie dla kogoś postronnego, kiedy słyszy mój głośny krzyk : I znowu mnie to zrobiłaś ! A potem czułe godzenie, z moim bolesnym : Dlaczego ?





21:29 / 12.09.2009
link
komentarz (8)



czasem usłyszymy przypadkiem rozmowę przy kasie w sklepie. Innym razem jest to beznamiętny komunikat w radiu. Fragment niegdyś przeczytanej książki. I nosimy to latami w sobie, nie dzieląc się z nikim choć tkwi w nas jak drzazga.



nie jesteś duszą towarzystwa. Nie musimy nikogo zagadywać w pracy, tak, żeby nas głos był słyszalny. Nasza opinia najważniejsza. Nie musimy być nosicielem sensacji. Albo przekazywać najnowsze plotki i domniemania.



jesteśmy. A jednak coś nas jątrzy od środka. Dotyka obszarów najwrażliwszych. Nosiłem te kilka zdań w sobie długo. Doczytałem się ich kiedyś. Nie ma wśród nas wybrańców. Nie planowałem o tym mówić. Może miałem wyjątkowo zły tydzień. Może naczytałem się psychodelicznych snów jednego z Nlogu. Albo poraził mój biedny umysł opis zbrodni dokonanej na Ormianach, którą właśnie zamieszcza zi0, a zapewniam, pisać potrafi. Jest tu też ktoś, kto cierpi, i ma poważne kłopoty aby zdobyć dla siebie środki przeciwbólowe, a ja .nie potrafię pokrzepić właściwym słowem



otóż kiedyś czytałem fragmencik z życia poety. Poeta nazywał się Kazimierz Ratoń. Dobry poeta. Prawdziwy. I nieuleczalnie chory gdzieś tak u progu swojego piętnastoletniego życia. Schorzenie zwało się gruźlicą płuc. Mózgu i kości. Podana nazwa nie oddaje niczego.



nie podpowiada nam, że człowiek się zwyczajnie rozpada z dnia na dzień w straszliwym bólu i w strachu przed obłędem. Nie wspomina również, że wygląd zewnętrzny człowieka jest odstręczający.
Upiór w Operze czy Quasimodo przy nim to obiekty namiętnego pożądania. Laleczki Barbie.



człowiek ten gnije jak chory dotknięty trądem. Bez szansy na kontakt z ludźmi. Zwykłą rozmowę. Zainteresowanie. Uczucia i biologie sobie darujmy.

Drzazga. Poeta się leczył. Zrozpaczony porzucał leczenie. Wracał. A wytrwał w swojej chorobie do samego końca. Był trudnym pacjentem. Sceptycznym. A co za tym idzie drażliwym.



W jednym ze szpitali dorodna pielęgniarka powiedziała mu na osobności : Ty nawet nie pachniesz jak mężczyzna

potem obnażyła swoja cipę aż po bosko rozkładające się listki, dodając : Tu też się nie wtulisz. Nigdy …



nie zamieszczam wiersza Kazimierza Ratonia. Jeśli macie odwagę sami je znajdziecie w sieci. Jeśli będziecie mieli szczęście, traficie na te o samotności
...




20:40 / 11.09.2009
link
komentarz (7)



Różyc Sławomir - grusza


kobiety przeciągające się na gałęziach gruszy
trące biodrem obfitym o blaszki listowia
wręcz obłokiem pękatym kobiety upadłe
kiedy od tego tarcia zerwą pępowinę
i kolejno się toczą po mleczu i trawie


nim nie staną zuchwale rozwarte w rozkroku
o biodrach rozłożystych jak otwarte okna
o piersiach jak z cienia izby wyrzucone dłonie
o piersiach ciężkich czujnych co przez okiennice
o piersiach jak puchacze spadające dziobem





wiersz,na zakończenie trudnego tygodnia. A ten był męczący. Tym bardziej wzrok wyostrzmy.



22:23 / 10.09.2009
link
komentarz (7)


kieszonka


byłem dzisiaj po przelew. Kasjerka staranna. Młoda. Wierzchem blond jasny, pasemkami, pod spodem ciemniejszy.
Łamany ze słomiana herbatą. Do bladej i pociągłej twarzy dodać i przeciągnąć jeszcze powieki ecru różowe,
może jeszcze przy tych służbowo zaciśniętych ustach, dało by się, ale góra od kostiumu, a raczej bolerko,
w takiej uczniowskiej niegdyś granatowej barwie. Żeby w beżach jasnych, albo ostatecznie w małej czarnej,
ale siedzę uprzejmie. Odpowiadam krótko. Łagodnie. Nie gestykuluję.

na jej włosy patrzyłem ukradkiem. Kiedy ona spojrzała, uciekałem wzrokiem. W końcu pochwyciła.
Przekrzywiła nieznacznie głowę. Nieświadomie, i grzywka się leje fantazyjnie, potokiem. Uznała, że należy
interweniować w sprawie przyspieszenia mojego przelewu. I tutaj poznałem wartość mojego banku.
Lokuje się ona naprzemianstronnie w dwóch nadymających się półkulach. Wdzięcznie. Niby szczegół,
a jego znaczenie okazało się zbawienne, w tej całej mojej historii

wraca. Pyta : Dowodu zdaje się pan nie okazał. Okazałem – podejmuję jej watek melodyjnie. Z przejęciem kręcę
powolne, małe kółeczka na blacie jej biurka. Patrzymy oboje z przejęciem na kreślący palec. Istotnie równiutkie

- A nie leży tutaj.
Wychodząc wsunęła pani do kieszonki - rumieni się. Ale i ma ochotę poprzekomarzać trochę - A w której ?

A w tej na lewej pupce - i przelew przyśpieszył.

to jest tajemnica, ale kobiety są pewniejsze od najlepszego banku. Każdy gest. Każdy uśmiech powierzony, pomnaża
się trzykrotnie. I jak to się dzieje, że nigdy na tym nie tracą ? Zyskują na przepływie. One oczekują uśmiechu. Oddają
uśmiech z nawiązka. Na tym polega bankowość. Obroty. Obroty, odwiecznie smutnawi panowie. Albo inaczej .. geszeft.


***








21:03 / 09.09.2009
link
komentarz (7)



nie lubię śnić. Śnienie przypomina dzieciństwo. Lepią cię jak kukiełkę. Wmawiają jakieś zasady. Uczą jeść. Pisać. Zachowywać się. Idziesz do przedszkola i dowiadujesz się jakie to potworne kłamstwo. Tam pośród klocków stajesz się istota o podwójnej osobowości.



a śni mnie się czasem obrazem w pełnym HD. Ja uczestniczę , a jednocześnie słucham listy dialogowej przewijającej się w głowie. Pojawia się chłopak. Pewność, że się uczy i pokłócił się właśnie z dziewczyną pojawia się jednocześnie. Siedzi na murku nieopodal jej okna, za nim soczysty trawnik, jakby niebieskawy. Pojedynczy klomb jakiś wyszarpany. Może nie klomb jakiś dzikun. Samosiejka.



co nam odwróciło uwagę od drzwi klatki schodowej. Która się zamyka. W mroku błyska pieta w adidasach. Solidna. Rozmiar 47. Już mamy świadomość rywala. Całują się. Przez zasłony widać zarys dziewczęcej postaci. Coś ona dziwnie wątła. I jakby wycięta z kartonu. Ale tutaj obraz jest czarno biały , zupełnie jak w filmach niemych.



nasz chłopak nie jest wcale zazdrosny. Zwyczajnie patrzy na rower tamtego kolo. Popija oszczędnie piwo. Jest taki swojski. Krótko strzyżony. Z lekka nadwaga charakterystyczna u dojrzewających mężczyzn w szortach. Mocne owłosione nogi

ale po kolejnym łyku przypatruje się uważnie i stwierdza, rywal przyjechał powtórnie na o wiele lepszym rowerze. Znów czarno białe ujęcie z filmu niemego. Rower tamtego lśni jakąś srebrna iluminacją na ramie. Posiada białe futrzaste siodełko. Chłopak staje się nagle agresywny. Popycha
rywala. Czyni głośne wyrzuty dziewczynie pod oknem. Coraz brzydsze słowa.


wreszcie opłaca dwa podejrzane indywidua, aby ten rower zniszczyć. I tutaj wkracza budzić …



sam nie wiem skąd takie śnienia. Jakby mnie ktoś przekazywał z innego umysłu. Tylko co właściwie znaczą dwa czarno białe ujęcia, w klarownym i barwnym przekazie. Dziwnie statyczna sylwetka dziewczyny za szara zasłoną. I oślepiający blaskiem rower. Aż marki nie można odczytać. A właściwie rama od roweru. Popchniętego rywala, też nie udało się odtworzyć, mimo usilnych starań. Choć dłonie doskonale pamiętają opór stawiany przez materialne ciało.



kto to nadaje ?


21:40 / 08.09.2009
link
komentarz (6)
*




wymachiwanie widmowym kontom w banku chusteczką. Żegnajcie złotóweczki
słodziutkie. Że też was starczyło na budowę. Ale w banku człowiek
niczego nie jest do końca pewien.



ale banku zawsze z duszą na ramieniu.



różnie się dzisiaj pisze o Bertoldzie Brechcie. Nieco przekornie
sięgnijmy do fragmentu sztuki Brechta :




otóż trzech zamaskowanych zbirów wpada do właściciela banku.
Potrząsają groźnie długimi rewolwerami. Dawaj pieniądze !
To jest napad !




właściciel banku wprost pokłada się ze śmiechu. Patrzą zdumieni.
Lufy rewolwerów im obwisły




To jest napad ? - pyta wreszcie ocierając załzawione oczy
chusteczką – Otworzyć bank !
To jest dopiero napad !




a światowy kryzys dziś to potwierdza ...





*

20:47 / 07.09.2009
link
komentarz (6)
*



Różyc Sławomir - czereśnia


zakradasz się do snu czereśni ?
jest ich tutaj najwięcej
ból czereśni o zmierzchu bywa najdotkliwszy

musisz objąć pień zatkać otwory krwawienne
kobiety pod korą biegają wariatki
rwą mączne podbrzusza okrągłym paznokciem


otwierają się pod dłonią po raz pierwszy
obficie
zachłanne, wstydliwe czekają na dotyk





wiersz znajomego. Wierszyki, obmywające z codzienności.
Od jutra zalatany. Realizujący czyjąś złudę.



wierszyki. Ostrolistna proza. Kiedyś miałem taki zamysł
na forum : stworzyć wątek, na którym zamieszczałbym wiersze
użytkowników, co ciekawsze fragmenty wypowiedzi, soczystsze
powiedzonka. Taki Avalon, gdzie każdy, choć przez dzień
będzie bohaterem.



niedawno zalogowani staliby się pewniejsi, weterani dowiedliby,
że ciągle są w uderzeniu. Tyle, że tam można było się klonować
na czarno, nie zdzierżyłbym najazdu trolli.



a może na nlogu ? Naturalnie żebrać bym musiał u autorów
o autoryzację. Nie wiadomo, czy umieszczać takie najlepsze
sztychy nasze, na logu publicznym, czy prywatnym ?








ale pomyślcie,ktoś czasem nas pyta: Gdzie bazgrzesz ? A potem : Co tam ciebie trzyma ? A tu taka piękna wizytówka wspólna, bowiem wiem, że potraficie



a jeszcze tyle bajecznie pokręconych wpisów przelatuje niezauważonych. I poznajemy się na zasadzie przypadku. Czy to nie jest zbyt chybiony pomysł ?



14:25 / 06.09.2009
link
komentarz (2)
*





teraz będzie Protest Song. Krzyk Przedobiedni. Albowiem
Irlandczycy nas wczoraj uwalili. Bez przebierania się w szatki
płaksy, pokrótce :



Nasza reprezentacja swoimi wodewilami kojarzy się z repertuarem
teatru w małym mieścinie. Nieliczne przedstawienia klasyczne,
owe największe, o których się mówi latami, przeplatane bywają
lichymi komedyjkami dla gawiedzi.



jedynie dyrekcja nie pojmuje, że nawet gawiedź nie jest
zainteresowana Skeczami. Bo to nie komedyjki - to skecze,
improwizowane naprędce.


a potem radosne nawoływania do meczu ostatniej szansy. Lubujemy się
w tym. W gospodarce mecze ostatniej szansy, ministra finansów.
Bądź ministra od stoczni. W polityce oświadczenia antyPutinowskie.
Zbierało się. Dudniło w rosyjskiej prasie. Ale my dobrej myśli.
My - pospolite ruszenie.



W froncie afgańskim - bez zmian - zupełnie jak Remarque.
Strofowanie antySkrzypczakowe, spolegliwość żywo wyjęta
z tamtej powieści, i wykrzyczana pełna piersią landszturmisty
Kantorka. Głośno. Z oddaniem. I co by sie nie działo, zamykamy oczy ...



a potem mister Klich minister, mógłby się wreszcie ostrzyc,
zważywszy jakim resortem zarządza ...



on, ten maczo Klich, że nie wyślemy czołgów, bo to jedynie,
jako takie sprawne w kraju zostaje, że owszem nie mamy z czego,
ale tak w ogóle, to się zmobilizujemy. Czyli, że niebawem
mecz ostatniej szansy ze Słowenią.



a potem następny. I następny chwilowy entuzjazm na bazie
bąbelków z wody sodowej, tudzież oranżady, jeśli się ciało
władcze zapomni i przyłoży, bo ktoś przecież bierze za to ciągle
kaskę, i to nie małą ...



przyznam się szczerze, czuje się wydymany, wczorajszym,
i nie tylko. Dobrze, że choć cienkie są, to tak nie boli.


za ostatnie słowa, Pardon, miłe panie ...





*


12:45 / 05.09.2009
link
komentarz (11)




Teresa Smurzyńska -Luna


luna łuna
rosnący w niebo pogłos
czyste światło przemierzające
ciemność martwy okręt
płynący jak biały ptak

luna łuna
gorejąca pochodnia
wyrwany z serca promień
srebrny kołek wbity prosto w dno






wiersz dobrej znajomej, jedynie znajomej. Tylko. Piękna kobieta. Otulona skrzydłem ciemnych włosów, zamyślona, jakby wyszydełkowana pragnieniami jakim wyszukanym, marzycielskim wzorem. Ach, gdyby człowiek nie paplał tyle wtedy, nie oglądał uparcie czubka połyskującego, bo własnego nosa, Gdyby nie popijał tyle na lewo i prawo, niby nieposkromiony, jasny zwycięski, a jednak potrzepujący jak głupi latawiec na sznurku. Na uwięzi własnej próżności



czy zawsze musimy ryć morda po chodniku. A potem idiotycznie zachowywać zawadiacka gębę dla innych, dla powszedniości , przedkładając powszedniość nad niepowtarzalne, baśniowe zjawisko, które zdawało się musnąć mnie nieśmiało, żgnąć świetlistym płomieniem, poczytajcie sobie Jej słowa zwiewne, uwierzcie choć raz w świadectwo, idioty



pozdrawiam cię Krakowie. Ukłon pokorny Tereso. Pozdrawiam Cię Beatrycze ...






00:13 / 04.09.2009
link
komentarz (2)



Kontynułejszon.



tak przy poniedziałku w pracy pojawił się chłopiec. Chłopczyk w pracy nie pojawia się znikąd.
Jeśli już jest i okupuje biurka sekretarek, to znaczy, że przedszkole zamknięte. A mama w renomowanej firmie plasuje się znacznie ponad te biurka, które ten chłopczyk w obecności przechodzący prezesów, może i ma zaszczyt okupować dzieląc obowiązki i biurka, pomiędzy sekretarki, i siebie. A mama doprawdy mila jest, i przyłóż do rany, jedynie sympatyczni malcy miłych mam żywi są niesłychanie, aż mama i jej koleżanki administrujące zezwalają, aby chłopczyk znowu poleciał do tej Gosi. Dorci czy Izy.



chłopczyk powoli unosi się w powietrzu , od tego entuzjazmu i przyjaznej atmosfery, bo jest wygadany, bo ma znacznie starsze rodzeństwo, i prawa i przywileje starszego rodzeństwa przenosi podświadomie na siebie, w rozmowie z Iza. W przekomarzaniu z Izą, przełożona Dorci i Gosi. Z Gosia się przekomarza. Chodzi wszędzie. Porzuca dla niej nawet pełne pudełko herbatników. Ptasie mleczko Wawel. Cukier w kostkach karo, wycinany taki. W trefle i piki. I w trakcie przekomarzania udziela Gosi klapsa w pupę. Gosi ani mru mru. To Dorci. Iza zamyka się pokoju. Ma niesłychane ważne arkusze do wypełnienia. Aż trafia się producentka. Stwierdza : To nie jest miła zabawa. Chcesz żebyśmy cię szanowały, czy nie ?



chłopczyk wykonuje hałaśliwy odwrót długim korytarzem. Raczej nie wygląda to na śmiech.
Stwierdzam : Musiałyście wszystko popsuć ? Nikt nas nie będzie poklepywał po tyłku. Ale on on was nie oklepywał wszystkie. Jak to ? Teraz nawet Iza wychynęła na powierzchnie. Wydaje się że upatrzył sobie określony typ anatomiczny. Te dookolne spojrzenie za siebie. Mimowolne. I ta duża z profilem Smosarskiej. I ta szczupła , którą szczególnie sobie upatrzył, choć chwilowo nieosiągalna była. I ta najmniejsza, o piersiach dyskretnie wyglądających spod sweterkach, i śpiących tam sobie jak zgodne, puszyste zwierzątka.



ach, statystycznie ? Roześmiały się z ulgą, zarumienione. Rzeczywiście ciekawe – a mówi się że młode kobiety są mocno nieufne jeśli chodzi o wszelkie zawiłe badania naukowe. Wróci.



wrócił. Ale nie chciał już oklepywać. Przez tą producentkę. Jednak u nas specjalistka od HR robi doskonała robotę. Wynaleźć producentkę która jednym zdaniem ukróci wszelkie manipulacje. I właśnie wtedy poprosili mnie o coś z maszynowni. Zanim znalazłem kontakt, czarny ludzik natchnął mnie przeczuciem. Pewnie już tam się przemieścił razem z tymi brakującymi skarpetkami.
Wróciłem jakiś odmieniony. Wdziałem jakby klarowniej. Chłopczyk z wdzięcznością obejmował Izę. Zaplótł mocno dłonie na jej płaskim brzuchu, i twarzą nieomal przywarł, co ja mówię, jednoczył się z jej wypukłym pośladkiem. Na miłej twarzyczce malowało się niewolnicze oddanie. Zachwyt. Ekspresja. Błogość.



i co ze mną się stało, że o tym tak strasznie zapomniałem. Ach, moja bałamutna pierwsza, dziecięca inicjacja.
..




22:38 / 03.09.2009
link
komentarz (3)

Kontynułejszon.


statystyka.

tak przy poniedziałku w naszej spółdzielni Norweski Łosoś Wędzony Plasterkowany pojawił się chłopiec. Chłopczyk w Spółdzielni
nie pojawia się znikąd. Jeśli już jest, i okupuje biurka sekretarek, to znaczy, że przedszkole zamknięte. A mama w renomowanej
paczkowalni plasuje się znacznie ponad te biurka, które ten chłopczyk, w obecności przechodzący prezesów,
może i ma zaszczyt okupować, dzieląc obowiązki i biurka, pomiędzy sekretarki i siebie. Zaś mama miła doprawdy jest,
i przyłóż do rany, jedynie sympatyczni malcy miłych mam
żywi są niesłychanie. Aż mama i jej koleżanki administrujące z ulgą zezwalają, aby chłopczyk znowu
poleciał do tej Gosi. Czarnej Dorci czy Izy.

chłopczyk powoli unosi się w powietrzu , od tego entuzjazmu i przyjaznej atmosfery, bo jest wygadany.
Bo ma znacznie starsze rodzeństwo, i prawa, i przywileje starszego rodzeństwa przenosi podświadomie na siebie,
w rozmowie z Izabellą. W przekomarzaniu z Izą, przełożoną Ciemnej Dorci i Gosi. Z Jasną Gosią też się przekomarza.
Chodzi wszędzie. Porzuca dla niej nawet pełne pudełko herbatników. Ptasie mleczko Wawel. Cukier w kostkach karo,
wycinany taki. W trefle i piki. I w trakcie przekomarzania udziela Gosi klapsa w pupę. Jasna Gosia ani mru mru.
To Czarnej Dorci dla odmiany. Iza zamyka się pokoju. Ma niesłychane ważne arkusze do wypełnienia. Aż trafia się
producentka od oleju w naszych puszkach z flądrą podwędzaną. Stwierdza : To nie jest miła zabawa. Chcesz żebyśmy
cię szanowały ? Czy nie ?

chłopczyk wykonuje hałaśliwy odwrót długim korytarzem. Biegnie przy tym i macha rękami. Raczej nie wygląda
na szczęśliwego. Tutaj się pojawia nasz nieoceniony Józef K. Dotychczas cierpliwie degustujący wodę Żywiec w wersji gazowanej
Musiałyście wszystko popsuć ? - stwierdza z wyrzutem.
- Nikt nas nie będzie poklepywał po tyłku.
Ale on on was nie oklepywał wszystkie - uspokaja pan K. wywołując tym niemałe poruszenie wśród pań.
Jak to ? - teraz nawet Iza wychynęła na powierzchnie.
Wydaje się, że upatrzył sobie określony typ anatomiczny - sugeruje ostrożnie pan K. Patrzy przy tym wymownie
w oczy recepcjonistek. I te dookolne spojrzenie za siebie. Mimowolne. I ta duża Jasna z profilem Smosarskiej. I ta szczupła ,
którą szczególnie sobie upatrzył, choć chwilowo
nieosiągalna była. I ta najmniejsza, Ciemna o piersiach dyskretnie wyglądających spod sweterkach, i śpiących tam
sobie jak zgodne, puszyste zwierzątka.

Ach, statystycznie ? Chodzi o statystyczne poklepywanie - roześmiały się z ulgą, zarumienione.
Rzeczywiście ciekawe – przyznały dyskretnie obciągając spódniczki. Chodzi w tym o to, aby szew biegł idealnie przez środek.
Tyłem. A mówi się, że młode kobiety są mocno nieufne, jeśli chodzi o wszelkie zawiłe badania naukowe.
Wróci .. - szepnął tajemniczo pan Józef K.

wrócił. Ale nie chciał już oklepywać. Przez tą producentkę od flader. Jednak w pakowalniach ryb dalekomorskich
specjalistki od HR robią doskonałą robotę. Wynaleźć producentkę od zawiesiny olejowej, która jednym
zdaniem ukróci wszelkie manipulacje. I właśnie wtedy poprosili pana K. o coś z wędzarni. Zanim znalazł kontakt,
czarny ludzik natchnął pana K. przeczuciem. Pewnie już tam się przemieścił razem z tymi brakującymi skarpetkami.
Józef K. wrócił jakiś odmieniony. Zaróżowił się i widział klarowniej. Chłopczyk z wdzięcznością obejmował Izę.
Zaplótł mocno dłonie na jej płaskim brzuchu, i twarzą nieomal przywarł.
co ja mówię – upomniał siebie obserwujący z boku pan K. - jednoczył się z jej wypukłym pośladkiem.
Na miłej twarzyczce malowało się niewolnicze oddanie. Zachwyt. Ekspresja. Błogość.

i co się ze mną stało – westchnął w duchu Józef K. - że o tym. tak strasznie zapomniałem. Ach, moja bałamutna, pierwsza, dziecięca inicjacja.


***




21:53 / 02.09.2009
link
komentarz (10)
*


nie wie ście je my



zaczyna się się rano przy lustrze. Zęby. Żeby były białe.
Nie wystarcza. Lśniące. Koszmarne nitki dentystyczne. Jak to spłukać.
Wyżąć. Czyli wstydliwie w papierek niczym tasiemca. Dezodoranty.
Kto powiedział, że ten czy tamten spryskiwacz ma zdecydowanie
męski zapach ? Czy jeszcze istnieje jakiś naturalny męski zapach ?
Zacinanie się przy depilacji. Nie mówimy o łydkach, mówimy
o obszarach. Wychodzimy z kilkudniowym zarostem aby się w ogóle
odróżniać. Niebawem modne będą męskie aparaty na zęby. Jakbyśmy
nie byli zadrutowani jak szkieletory





w pracy na śniadanie jogurcik. Obowiązkowy listek sałaty.
Szorstkie uściski dłoni z koleżankami, i to one lecą z łapkami,
potwierdzając ten nowy przywilej. Przewińcie taśmy prawdy w głowie.
Ile wiecie o diecie. Już nawet nie zwracamy uwagi. Mówi się.
Rejestruje się. Nowa krzyczy : Uważaj ! Chcesz mnie tym majonezem
upierdolić bluzkę. Już nawet bluzgać nie potrafimy.





tylko takie nieśmiałe wymigiwanki pod wieczór. Wiesz Renia,
chyba nie przyjdę. Słuchaj, nie rób to moim kumpelom. Dodawanie
sobie męskiej stanowczości. Ja wiem, że to są niezłe dupy, ale ..
Renia przymyka oko filuternie. Chłooopie, tak to ty sobie życie
zwichniesz, albo co innego



coś blady jestem . Kupię sobie samoopalacz





*

21:50 / 01.09.2009
link
komentarz (1)
*



wczoraj napisałem ...


wchodzę na Chwilę z jedną myślą : Jutro. Jeszcze jeden wiersz
przyobiecany sparrow.


tu byłem. Tu miałem rozstawione namioty. Chwila Relaksu.
Czarna surowa skała. Zagubiona gdzieś za słupami
Heraklesa.
Znikająca w gardzieli oceanu po ostatni figowiec.


o biedna Atlantydo, moja. Jutro.


stało się. Miałem wątek poetycki na portalu jednego z czołowych
dzienników społeczno - politycznych. Chyba mnie pogięło.


nie jestem uciekinierem. Nawet mnie nie uszczknęli.Przelało
się najzwyczajniej. Wyciekło uszami. Usiłowałem zrealizować
masę ciekawych pomysłów. Jednak ciężko tak rezygnować. I czego
żałować. Pyskówek ?



a jednak więcej następnym razem

..





*

23:17 / 30.08.2009
link
komentarz (2)

Bohdan Kos - alchemia



dziewczyna płacze
gorący wszechświat żarzy się w jej łzach

gwiazdy
nasłuchujące gwiazdy matowieją w napięciu

źdźbło ciała w otchłani

tak wielki ogień
w tak małej słonej kropli

jakiż to kruszec drogocenny wypala w tym kosmicznym
piecu samotny Bóg?






wiersz mojego przyjaciela filozofa, kolegi fizyka, znajomego
wydawcy, któremu wiszę dobrą wódę, ponieważ ratował mnie w dniach
upadków plugawych, banknotami, na tę że ognistą niepamięć,
jako poeta zrozumiał,jako kabalista wychodziło z tą wódą
dla mnie z przepowiedni zawiłych, pomyślnie, i ile to się pasji
może zmieścić w jednym szczerym człowieku ?





a do tego nie przegryza po pierwszym, może znawcy gnozy
nie przegryzają wcale ? A jeszcze zna moc rodzącą się w wyobraźni
po samogonach. I potrafi czasem powiedzieć siarczyście, słowo
powszechnie uważane za, Soczyste, że różne literackie ciotki,
tylko sie rozglądają zdumione, albowiem to niemożliwe, przecież
profesor, i to ciepło bijące z oblicza, pewnie się przesłyszały,
właśnie ! nic tylko przesłyszały się, w mordeczkę ...





a tamto lato było takie długie, mglisto i ranno porankowe,
i dopijało się jeszcze do późnej jesieni.




och, ..



*



14:49 / 30.08.2009
link
komentarz (0)
*






i tak poczęło się nasze pisanie, tutaj. Od wiersza poety,
znaczonego stygmatem win ciemnych, czy się zatraci na tych
swoich ziemiach przeklętych, okaże się w niedalekiej przyszłości.
W każdym razie mamy wgląd, co tam u niego się pisze, i autoryzację.
Będzie też o innych, znanych i przyjaznych nam, bardziej
słonecznych. Filozoficznie zamyślonych . Przystępniejszych. Poezji,
trochę tu przybędzie. Zachłystywania się piosenkami. O dziewczynach.
Bo bez dziewczyn się nie da. Kapkę gotyckich kostiumów i weneckich
masek. Pacykarskiej zadumy nad obrazami..





pewnie się nie obejdzie bez użalania nad samym sobą. Ale przyrzekamy
solennie, jak najmniej dłubania w pępku, owej miłości własnej.
Po cichu się wprowadzamy się tutaj z klamotami. Rottweilery
nasze nie będą szczekać po nocy. Kotki Plamka i Niusia nie poznaczą
drzwi. Bowiem takowych nie posiadamy. Nie mamy. Nie pragniemy się
wyróżniać. Narzucać. Podszczypywać innych lokatorów komentarzami.
Pisać i komentować u innych życzliwie, owszem.





a w ogóle to jesteśmy trudno zauważalni. Jak mąka rozwiewająca się
między palcami. Taka twarz, co mignie w windzie, i trudno
zapamiętać fizys. Zresztą windy tutaj też nie zamierzamy
przetrzymywać. Będziemy chodzić pieszo.





metek nas zachęcił do zamieszkania, Tutaj. Mówił, że są przyjazne
pustostany. No to jesteśmy. Niech ktoś wpadnie na parapetówę ...




*
12:50 / 30.08.2009
link
komentarz (0)


Różyc Sławomir - drzewa owocowe



żywe drzewa wieczorem szkliły się listowiem
żywe drzewa szeptały i zdziczało serce

czerwiec nie nauczony dopił swojej barwy
po koszulkach czereśni mkną srocze zaśpiewy
znaczą żółcień kuklików potem w winnych cukrach

co się składa na czerwień zagryzionej wargi
dziś na gorzko musuje pomiędzy zębami